SeksoholicyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Wiktor Krajewski, 2021

Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz

Zdjęcie na okładce

© fotomaximum/Depositphotos.com

Redaktor prowadzący: Michał Nalewski

Redakcja: Katarzyna Rycko

Korekta: Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8234-667-1

Warszawa 2021

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Wstęp

„Dasz wiarę, że ludzie robią takie rzeczy?”, zapytał mnie pewnego dnia Szymon, jeden z moich późniejszych rozmówców. A mnie bardziej niż sam fakt, że je robią, zainteresowało coś innego. Dlaczego je robią? Co im to daje? Jak to się stało, że przekroczyli granicę, za którą seks przestaje być budujący, a zaczyna niszczyć? I czy da się z tej drogi zawrócić?

Rozmowy z seksoholikami, które znalazły się w tej książce, były stąpaniem po polu minowym i musiałem być bardzo ostrożny, żeby na żadną minę nie nadepnąć albo nie znaleźć się w polu rażenia innej. Temat jest niezwykle delikatny – jak o seksoholizm pytać, żeby nie zawstydzić albo nie urazić? Może trudność powodowały mój konserwatyzm, pruderia czy w końcu nieumiejętność mówienia o seksie? Dobór odpowiednich słów, nazw czy sformułowań wymagał ode mnie sporej językowej gimnastyki. Praca nad tą książką była dla mnie nauką powstrzymywania się przed ocenianiem, ogromną lekcją tolerancji. Powinienem dopisać: dla „inności”, ale za wszelką cenę próbuję uniknąć słów: dziwny, inny, nienormalny. Byłyby krzywdzące dla ludzi, o których piszę. Oni nie są inni, dziwni, nienormalni. Ja sam kompletnie inaczej postrzegam zdrową seksualność niż moi bohaterowie. Czy moje podejście jest właściwsze? Nie. Odmienne. Koniec.

Pisząc tę książkę, poznałem mnóstwo osób, których nigdy nie miałbym okazji spotkać, oraz odwiedziłem miejsca, do których normalnie nie trafiłbym z własnej woli. Chciałem je zobaczyć, przekonać się, czy moje wyobrażenia o nich były właściwe. Teraz już wiem, jak to wszystko wygląda, ale opinię zachowam dla siebie. Nie mogę natomiast przemilczeć swojej oceny niektórych opisanych zachowań, które przez większość czytelników mogą być uznane za nieetyczne, inne z kolei, z punktu widzenia prawa, są karalne. Nie ma dla nich mojej zgody. Słuchając moich rozmówców, wielokrotnie miałem ochotę przerwać wywiad i wrócić do swojej strefy komfortu, którą zresztą nie raz opuszczałem podczas pracy nad tą książką. Dziś, po przeprowadzeniu godzin rozmów z bohaterami, czuję, że już inaczej patrzę na ludzi. Nie lubię tej zmiany. Ale zaszła. Trudno.

Do napisania tej książki zainspirował mnie mój kolega, wspomniany już Szymon. Nazwijmy go tak na potrzeby tej opowieści, bo nie chciał, żebym używał jego prawdziwego imienia, a ja tę decyzję rozumiem i szanuję.

Szymon jest jedną z takich osób, przy których już od pierwszych minut masz wrażenie, że jesteście starymi przyjaciółmi. Najpewniej takimi jeszcze z czasów szkoły podstawowej i macie na koncie wiele wspólnych przeżyć, zarówno tych dobrych, jak i takich, które kiedyś nie dawały ci spać. Gdy jednak zdasz sobie sprawę z tego, że to tylko pozory, bo przecież się nie znacie, patrzysz na niego i widzisz, że to chłopak żywcem wyjęty z amerykańskich filmów, taki kapitan szkolnej drużyny futbolowej. Życie usłane różami, atrakcyjnymi dziewczynami oraz uwielbieniem rówieśników. Bez problemów, bez łez i poczucia, że grunt usuwa się spod stóp.

Nie wygląda na swoje trzydzieści osiem lat, raczej bliżej trzydziestki. Wiele jeszcze przed nim – zarówno wzlotów, jak i, wiadomo, upadków.

Szymon ma w sobie coś takiego, że nawet gdy nie widzicie się przez dłuższy czas, nie brakuje wam tematów do rozmowy. Nie skupia się wyłącznie na opowiadaniu historii ze swojego życia, ale uważnie słucha tego, co ty masz do powiedzenia. Dopytuje, wykazuje troskę i zainteresowanie, potrafi pocieszyć. Ale i wypowiedzieć się krytycznie. Robi to w taki sposób, że daje ci do myślenia i po chwili raczej stwierdzasz, że „ma gość rację”, niż czujesz się urażony, bo w bolesny sposób dotknął czułej struny.

Dobrze zarabia w agencji reklamowej, jest zabawny, błyskotliwy. Typ człowieka, za którym pójdą tłumy. Uprawia dużo sportu. Gra w siatkówkę i regularnie chodzi na siłownię. Cokolwiek włoży, zawsze wygląda dobrze. Kupuje masę najmodniejszych ubrań i chyba nigdy nie ma kłopotu, że „nie ma co na siebie włożyć”. Choć on twierdzi inaczej.

Znamy się już jakiś czas i zapraszam go do siebie. Nie zwracam uwagi, gdy przekraczając próg mojego mieszkania, rzuca:

– Byłem kiedyś w twojej kamienicy na grupówce.

– Na czym?

– Taki Amerykanin urządzał seksimprezy. Mieszkał gdzieś na piątym piętrze.

– Ludzie to mają fantazję… – wzdycham i temat się urywa.

Rozmawiamy głównie o głupotach, nabijając się ze wszystkiego, w tym z siebie nawzajem. Jest mistrzem ciętej riposty.

Gdy Szymon zapada się pod ziemię, znika jego profil na Facebooku, przestaje istnieć konto na Instagramie, wiem, że dzieje się coś niedobrego. Jego telefon nie odpowiada. Esemesy nieodczytane. Nie ma człowieka.

Wszystko w życiu ma swój początek i koniec, naturalna kolej rzeczy. Najradośniejszy śmiech i najsmutniejsze łzy. Przyjaźnie i miłości, i wrogość też. Już dawno zapomniałem, że znałem kogoś takiego jak Szymon, gdy pewnego dnia, idąc ulicą Marszałkowską w Warszawie, wpadłem na niego pod hotelem Novotel. Stał i palił papierosa. Dziwne, nigdy nie palił.

– Czyli jednak żyjesz? – zapytałem, zapominając się przywitać.

– Żyję.

– I palisz?

– Dużo palę teraz. Choć wcześniej nie paliłem.

– A co się z tobą działo? – zapytałem i szybko się poprawiłem: – Dzieje.

– Jestem na odwyku.

Sądzę, że żartuje, bo on zawsze wszystkich wkręcał. Mimo to udaję, że wierzę w banialuki, które opowiada:

– Niby od czego ten odwyk?

– Od seksu.

– Ostatnio czytałem artykuł pod tytułem Sekso­holizm – najprzyjemniejsze z uzależnień. – Zaśmiałem się w głos, aż mężczyzna przechodzący obok popatrzył na mnie spode łba.

– Tak się może wydawać, że jest to miłe uzależnienie. I wszyscy reagują w tak…

– …głupi sposób?

– Ty to powiedziałeś – przybrał poważny ton. – Ja poszedłem na odwyk z czymś kompletnie innym. Myślałem, że chleję i ćpam i to są moje problemy. Na terapii wyszło, że istotą mojego problemu nie są wódka ani mefedron, ale właśnie seks. Tamte używki były dodatkiem. Problematycznym dodatkiem, lecz tylko dodatkiem… Wiesz, że ja nie pamiętam większości naszych rozmów? – pyta prosto z mostu.

Nie miałem zielonego pojęcia. Wydawało mi się, że nasze rozmowy były więcej niż kumpelskie, że były przyjacielskie. Więc gdy do niego dzwonię i proszę o rozmowę, w której opowiedziałby mi o swoim dramacie, bo tak właśnie należy nazywać ów stan rzeczy, spodziewam się niechęci lub przynajmniej zawahania. Ale nie. Zgadza się. Proponuje, żebyśmy umówili się, jak skończy pracę, bo obecnie przebywa w ośrodku uzależnień, ale może wychodzić do pracy. Musi jednak każdego dnia wracać tam na noc.

Spotykamy się w centrum Warszawy na jednej z modnych ulic pełnych kawiarenek, hipsterskich kafejek i wytwornych restauracji. Otaczają nas budynki. To nie bez znaczenia.

– Pamiętasz, kiedyś wspomniałeś o seksimprezach, na których bywałeś. Mówiłeś, że byłeś na jednej w mojej kamienicy. Gdzie zazwyczaj ludzie urządzają te, jak to nazwałeś, grupówki?

– Rozejrzyj się dookoła.

Z lewej kamienice. Z prawej kamienice. Przed nami kamienice. Za nami kamienice.

– No, rozejrzałem.

– To teraz wyobraź sobie, że w przynajmniej pięciu mieszkaniach, których okna widzisz, spotyka się grupa obcych sobie ludzi. Nie mają pojęcia, jak się nazywają, czym się zajmują, czy mają rodzinę. I rżną się ze sobą na potęgę. I to przez kilkanaście godzin non stop. Później opuszczają mieszkanie i każdy idzie w swoją stronę. Wracają do normalnego życia, ale na chwilę. Bo przy najbliższej okazji znowu wezmą udział w grupówce. Tylko będą na niej nowi nieznajomi, entourage będzie inny, ale reszta taka jak zawsze. Dasz wiarę, że ludzie robią takie rzeczy?

– Nie.

– To lepiej daj. Bo masz przed sobą gościa honorowego imprez tego typu.

Po tym, jak kumpel opowiedział, co się z nim działo przez cały ten czas, natychmiast wszedłem na Wikipedię i wpisałem hasło „seksoholizm”.

„Jednostka chorobowa obejmująca przymus zachowań o podłożu seksualnym, które mają destrukcyjne skutki dla życia społecznego i emocjonalnego jednostki, jak np. kompulsywna masturbacja, natręctwa seksualne, częsta zdrada, częste oglądanie pornografii.

Pojęcie seksoholizmu jako odrębnej jednostki diagnostycznej jest przedmiotem kontrowersji w kręgach psychologów i psychiatrów. Obecnie uznany jest przez wielu specjalistów za modę obyczajową, związaną ze wzmożoną popularnością dobrze sprzedającej się tematyki seksualnej w mediach. Według proponujących diagnozowanie tych objawów jako wyizolowanej jednostki chorobowej stanowi ona jedną z form uzależnienia psychicznego. Wskazują oni na szeroki zakres możliwych przyczyn, włączając w to zespół stresu pourazowego, wpływ rodziców w rodzinach patologicznych i inne czynniki środowiskowe. Nieleczona ma potencjalnie negatywne skutki dla osoby dotkniętej tym problemem.

Należy podkreślić, że każde zachowanie prowadzące do uzyskania nagrody lub unikania psychicznego dyskomfortu może zamienić się w przymus, może być uzależniające. Nałogowy hazard, wydawanie pieniędzy czy objadanie się również spełniają te kryteria. Podobnie jak w alkoholizmie i narkomanii, nałogowe zachowania seksualne wiążą się ze zniekształconym myśleniem, racjonalizowaniem, bronieniem siebie, uzasadnianiem swojego zachowania i obwinianiem innych za powodowanie trudności. Chociaż niektóre osoby uzależnione od seksu są hiperseksualne – dążą do stosunku seksualnego lub orgazmu kilka razy dziennie – większość taka nie jest. Jeśli ktoś jest uzależniony od romansów, może go doprowadzać do euforii dreszcz polowania i zdobywania, a nie sam akt seksualny”.

 

Niby wszystko jasne, ale moją uwagę zwraca to, że seksoholizm jest „przedmiotem kontrowersji w kręgach psychologów i psychiatrów”. I rzeczywiście pojawiają się głosy szanowanych specjalistów, że seksoholizm to nic innego jak „moda obyczajowa”, służąca za usprawiedliwienie na przykład częstego zmieniania partnerów seksualnych. Ciekawe…

Na ten temat postanowiłem również porozmawiać z doktor Agatą Loewe, psychoterapeutką, seksuolożką i założycielką Instytutu Pozytywnej Seksualności, a prywatnie moją dobrą znajomą.

Seksoholizm to…

Seksoholizm to obecnie bardzo rozwinięty pod względem komercyjnym rynek seksuologiczny. Tak samo było z viagrą w latach 90. Zazwyczaj trafiają do mnie osoby, które straciły już wszystko. Sama używam innej terminologii – zachowania, które wymykają się spod kontroli. Seksoholizm zakłada autodestrukcję totalną, czyli zrobię dużo, żeby mnie wszyscy odrzucili.

Paradoks…

Polega on na tym, że świat ma mi udowodnić, że nie powinienem na tym świecie być. Widzę to bardziej w kategorii lęku czy depresyjności. W książce opisujesz podobną sytuację, ale sama miałam do czynienia z chłopakiem, który poprzez ciągłą masturbację miał takie obtarcia penisa, że jego narząd był jedną wielką raną. Jak zapytasz takich ludzi, ile ekstaz i wytrysków mieli, okazuje się, że to nie jest potrzeba fizjologiczna. Bardziej można ją przyrównać do drapania się czy cięcia. Zachowanie obsesyjno-kompulsywne.

Ile razy na dobę człowiek myśli o seksie?

Zależy od badań, na które się powołujemy. Istnieją takie, które mówią, że człowiek myśli o seksie cały czas. Zygmunt Freud miał teorię, że wszystkie nasze popędy życiowe bazują na seksualnych żądzach, czyli libido. Jest ono siłą życia, wyzwalaczem, siłą sprawczą, która powoduje, że chce nam się żyć i funkcjonować. Nie jesteśmy w stanie odpowiedzieć jednoznacznie na pytanie, ile razy w ciągu doby człowiek myśli o seksie. Taki sam problem stanowi odnalezienie poprawnej odpowiedzi na pytanie, dlaczego ludzie uprawiają seks. Czy jest to zwierzęce? A może jest to kulturowe? Nie ma czegoś takiego jak właściwy poziom popędu seksualnego.

Nie ma „normalnego” popędu seksualnego?

Dla każdego norma będzie inna i optymalna dla niego samego czy osoby, z którą seks uprawia. W społeczeństwie panuje hipokryzja i rozdwojenie, bo nieważne, czy masz za dużo, czy za mało seksu, zawsze te ilości są złe. Naprawdę, nikt tak do końca nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, jaką część życia ludzkiego powinien zajmować seks.

Nie ułatwiasz sprawy. Dobrze, zajmijmy się terminem „seksoholizm”.

Na potrzeby naszej rozmowy możemy używać terminu „seksoholizm”. Ludzie szukają ujścia dla swoich lęków społecznych, cywilizacyjnej depresyjności. Sięgają po narkotyki czy inne substancje chemiczne, są pracoholikami, zakupoholikami, uprawiają hazard, obsesyjnie liczą kalorie czy przybraną na siłowni masę… Osoby, które kompulsywnie sięgają po seks, załatwiają sobie ujście niezałatwionego psychologicznego czy psychiatrycznego problemu. Wiele osób w dzisiejszych czasach ma zaburzenia lękowe lub depresyjne i próbuje je rozładować między innymi poprzez seks.

Żyjemy we wstydzie dotyczącym naszej seksualności. Idąc Freudem: pojawia się rozszczepienie na kilka „ja” – taki doktor Jekyll i pan Hyde, który żyje w społeczeństwie: jest czysty, schludny, robi karierę, ale w środku jest trzęsący się człowiek, który potrzebuje dać upust i zdetonować siebie. Robisz świetną karierę, masz napięcie w ciele, w tygodniu masz dwa dni wolnego, żeby to wywalić. Z wiekiem widzisz, że kac trwa dłużej. Gdy kawa przestaje wystarczać, szukasz innego wyjścia. Góry i doliny. Wysoka efektywność w życiu codziennym, wysoka wydajność w weekend. Seks ma ogromną funkcję dawania ujścia napięciom i uzyskiwania szybkiej przyjemności. W dużym uproszczeniu, ale tak to właśnie wygląda.

Seksoholizm niesie ze sobą jakieś problemy?

Miałam kiedyś klienta, który uprawiał seks, z kim popadnie. Zdawał sobie sprawę, że podoba się transseksualnej dziewczynie, która świadczyła usługi seksualne za pieniądze. On podobał jej się tak bardzo, że nie chciała od niego zapłaty. Uprawiał z nią seks ze względu na jego dostępność, mimo że czuł później do siebie obrzydzenie, bo osoby trans nie były w jego kryteriach piękna i orientacji seksualnej. Pojawiał się w nim wewnętrzny zgrzyt, czy jest gejem, osobą biseksualną, a może osobą trans. Wszystko mu się pomieszało i sam nie wiedział, co się z nim dzieje. Opisywał to doświadczenie jako odczucie, jakby możliwość uprawiania seksu przejęła nad nim kontrolę, bez znaczenia, z kim i z jakimi konsekwencjami. W jednym z twoich wywiadów mamy postać kobiety, która uprawia seks z bezdomnym. Rozmawiasz też z mężczyzną, który miał podobną historię z osobą niebinarną w Tajlandii. Te przypadki pokazują, że ich chęć seksu jest tak ogromna, że nie myślą o tym, co stanie się po, jak będą się z tym czuli. Uprawiają seks, a dopiero później pojawia się poczucie winy i wstyd.

To z czego te osoby czerpią przyjemność, skoro później pojawia się w nich obrzydzenie do samych siebie?

W ich przypadku chodzi o realizację swojego popędu, a nie o dojście do orgazmu. Są przypadki osób, które masturbują się przez siedem czy dziesięć godzin i nie kończy się to orgazmem czy ejakulacją. U mężczyzn orgazm i ejakulacja zazwyczaj idą w parze, ale nie muszą. Dla tych ludzi przyjemność nie jest punktem odniesienia. Seks służy temu, żeby się wyżyć, spuścić napięcie. Masz nadzieję, że dzięki seksowi zniwelujesz stres, rozładujesz się i ci przejdzie. Okazuje się, że tak nie jest i paradoksalnie seks sprawia, że jesteś jeszcze bardziej nabuzowany. Tak jak osoby sięgające po alkohol. Piją i trudno im powiedzieć: „koniec”. Wszystko zależy od definicji seksu i na podstawie indywidualnej normy możemy stwierdzić, co jest zdrowe seksualnie, a co nie.

Mężczyzna musi mieć ciągły wzwód, żeby się masturbować?

Kobiety też mają wzwód – erekcję łechtaczki. Fizjologiczny stan pożądania i podniecenia powoduje, że narząd wypełnia się krwią. Zarówno kobiety, jak i mężczyźni, którzy masturbują się kompulsywnie, nie potrzebują mieć poczucia wzwodu.

Wiesz, do czego możemy to porównać? Są osoby, które mają tik, dajmy na to nerwowo drapią się po uchu. Inne szukają rozładowania napięcia w spodniach. Jest to wpisane w element cierpienia, masochizmu, frustracji, że masz narząd, który nie reaguje. Gdyby spojrzeć na to, co się dzieje, zanim seks się wymknie spod kontroli, to się okaże, że są to często osoby, które mają niezdiagnozowane problemy psychologiczne, zaburzenia seksualne, takie jak brak erekcji, za wczesna ejakulacja. Żyją w przekonaniu, że nie są normalni, czyli tacy, jacy chcieliby być. Próbują sami to sobie udowodnić. Im więcej mają seksu, tym mocniej czują się bliżej nieosiągalnego. Tyle że taka gratyfikacja jest krótkotrwała.

Bohaterowie tej książki często mówią, że seks anonimowy jest najlepszy.

W psychoseksuologii nazywa się to „rozszczepieniem pożądania seksu z miłością” (ang. love/lust split). Te osoby zazwyczaj chcą być z kimś blisko, ale nie potrafią lub są odrzucane, więc racjonalizują to sobie w ten sposób, że same będą odrzucać. Teoria przywiązania łączy się z rozwojem dziecięcym. Jest matka, która jest nieobecna emocjonalnie lub fizycznie, i jest płaczące dziecko. Matka nie reaguje na płacz, a tym samym pojawia się myślenie u dziecka, a potem u dorosłego, że na nikogo nie może liczyć. Seks jest więc w tym przypadku formą zaufania. Te osoby mają potrzebę bliskości w seksie, ale im mniej kogoś znają, tym jest to mniej zagrażające emocjonalnie. Dajmy na to taką sytuację. Kobieta poznaje kogoś, chce się z nim związać, im jest fajniej, tym częściej myśli o seksie z kimś innym. W rozmowach, które przeprowadziłeś, jest przykład kobiety, która ma partnera idealnego, ale chodzi z innymi do łóżka. O co w tym wszystkim chodzi? O przewrotność, transgresję, perwersję polegającą na tym, że erotyczne jest to, co jest obce, cudze. Erotyczność i seks mieszkają w zagrożeniu. Zdobywanie, tajemniczość, egzotyka, gonienie króliczka. Ludzie sięgają po to, bo poczucie bezpieczeństwa i pożądanie nie idą w parze.

A co powiesz o mężczyźnie, który prowadzi „farmę suk” i zamyka kobiety w klatkach?

Można tu szukać rysu narcystycznego. Można postawić hipotezy i na przykład porównać go do rozwydrzonego dziecka, które zamiast jednej matki ma ich kilka i wyżywa się na nich. Jest to w głównej mierze spowodowane niechęcią do siebie samego. Rozmowy, które przeprowadziłeś, pokazują, że seks może być destrukcyjny, wręcz autodestrukcyjny. Stoi on w tym samym szeregu co zażywanie szkodliwych substancji czy samookaleczenie.

Może warto się zastanowić, czy osoba regulująca trudne emocje seksem nie szuka przypadkiem granicy, która sprawi, że po jej przekroczeniu się opamięta. W wielu przypadkach potrzeby seksualne uruchamiają się w chwili ogromnego stresu. Musi być stresor wywołujący mechanizm psychologiczny. Oni muszą dotknąć dna – w ich mniemaniu – żeby poszukać pomocy. Bohaterowie książki i ich zachowanie są doskonałym obrazem tego, że oni walczą sami z sobą.

Paradoksalnie w seksie bez kontroli ci ludzie odnajdują inną kontrolę. Seksoholiczne objawy pojawiają się, gdy na łeb na szyję wali się co innego. Sam zobacz. Te zachowania w chwili stresu są różne. Jedni kupią i wypiją wino, drudzy położą się do łóżka spać, kolejni odpalą PlayStation i spędzą kilka godzin na grze, jeszcze inni pójdą na siłownię. Seks jest w tej samej kategorii.

W książce pojawia się historia mężczyzny, który nie idzie do pracy, a zamiast tego idzie uprawiać seks z kobietami poznanymi online. To jest podobny model zachowania jak dziecka, które gdy idzie do szkoły, to przy wejściu skręca do parku, żeby tam grać na komórce. Silna reakcja lękowa w obydwu przypadkach.

Agata, wyjaśnij mi, czemu ludziom łatwiej się przyznać do uzależnienia od alkoholu niż od seksu?

Łatwo jest wywołać wstyd w Polsce. Często widzę w swoim gabinecie klientów, których moje pytania zawstydzają. Żyjemy w świecie, w którym jesteśmy zawstydzeni każdym seksem. To pomyśl o tym, co czują osoby, które mają podobnie, tylko jeszcze realizują fantazje, które u nich samych powodują ogromny wstyd. Od najmłodszych lat słyszymy, że musimy się szanować, że nie możemy się puszczać, że nie powinniśmy być wyjątkowo otwarci, czyli cieszyć się seksem. To jest jeden z powodów, dla których brudny seks staje się pociągający. Jest w seksuologii kategoria erotyzacji wstydu. Robisz rzeczy zakazane, żeby się lepiej poczuć. Czy tak finalnie jest? Niekoniecznie.

Czy orientacja seksualna ma znaczenie, jeżeli mówimy o grupie osób cierpiących na seksoholizm?

Nie ma żadnego. Częściej jednak będzie się go diagnozować wśród osób heteroseksualnych, bo zazwyczaj matki dzieci czy żony przyprowadzają swoich mężów na terapię. Oni zwykle nie przychodzą do gabinetów z własnej woli.

Seksoholik musi cały czas szukać nowych seksualnych bodźców?

Trafiają do mnie osoby z autodiagnozą seksoholizmu po innych terapiach. Sztandarowym przykładem jest mężczyzna, którego żona przyłapuje na zdradzie. Terapeuta siedzi i dziwi się, że skoro są szczęśliwym małżeństwem i jego żona jest piękna, po co on to robi. Ano właśnie robi, bo tam w środku jest poczucie pustki, które trzeba zapełnić i dostarczyć sobie wystarczającej ekscytacji.

Taki człowiek, dla którego seks to rodzaj wyżycia się, ma szansę nauczyć się czerpać przyjemność z seksu?

Tak. Wymaga to wykonania pewnego wysiłku i wiąże się z ogromną determinacją i zmianą stylu życia. Musisz przywrócić w sobie czucie i zejść z koncentracji z jednego obiektu, jakim jest penis czy łechtaczka. Akt seksualny musi przestać być aktem rozładowania. Praca z osobą, której seks wymyka się spod kontroli, jest rodzajem rehabilitacji seksualnej. Oczywiście, możemy mówić o abstynencji seksualnej. Bohater jednego z wywiadów zdecydował się na to. Obawiam się jednak, że taka decyzja może okazać się nie do końca skuteczna, bo istnieje możliwość, że przyjdzie chwila, gdy puszczą wszelkie hamulce. I wtedy może wydarzyć się coś, czego się po sobie nie spodziewaliśmy. Warto szukać sekspozytywnych terapii, które uczą łączyć seks z bliskością i negocjowania swoich własnych pryncypiów zdrowia seksualnego.