Wakacje Fryderyka

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Tytuł oryginału: Freddy Goes to Florida. [To and again]

Wydanie pierwsze, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2013

Redakcja: Ewa Holewińska, Anna Pawłowicz

Skład i łamanie: EKART

Ilustracje: Kurt Wiese

ISBN 978-83-7686-199-9

Copyright © 1949 by Walter R. Brooks

Copyright © renewed 1976 by Dorothy R. Brooks

Copyright for the Polish edition © 2013 by Wydawnictwo Jaguar

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar Sp. Jawna

ul. Kazimierzowska 52 lok. 104

02-546 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

Wydanie pierwsze w wersji e-book

Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2013

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Spis treści

  Dedykacja

  I

  II

  III

  IV

  V

  VI

  VII

  VIII

  IX

  X

  XI

  XII

  XIII

  XIV

  XV

  XVI

  XVII

  XVIII

  XIX

  XX

  XXI


Dla Anne i Nannie


I

Kogut Karol wyszedł przed kurnik i niespiesznym krokiem przemierzył podwórze. Na dworze panowały jeszcze ciemności: nic dziwnego, było dopiero w pół do piątej nad ranem, słońce jeszcze nie wzeszło. Wzdrygnął się i pomyślał o wygodnej grzędzie w ciepłym kurniku, miał jednak istotny powód, żeby na nią nie powrócić. Gospodarz, pan Bean, nie miał zbyt wiele pieniędzy, nie mógł sobie pozwolić na kupno budzika, więc to na kogucie spoczywał obowiązek budzenia go każdego ranka. Kiedy ostatnim razem Karol zaspał, pan Bean bardzo się rozgniewał i zagroził, że pani Beanowa upiecze go w cieście na niedzielny obiad. Karol wcale nie lubił zrywać się przed świtem, kiedy wszystkie inne zwierzęta jeszcze smacznie spały, uważał jednak, że lepsze to od brytfanny, choć nie do końca wierzył groźbom pana Beana. Tak więc również tego ranka wskoczył na płot, bardzo jeszcze zaspany, odchrząknął kilka razy i zapiał na cały głos:

– Kukuryku! Kukuryku! Kukuryku!

Niebo na wschodzie rozjaśniało się, różowiało coraz bardziej, ale poza tym jeszcze przez dłuższy czas nic się nie wydarzyło. Potem odezwały się drozdy na wielkim wiązie rosnącym koło stodoły. Zaczęły cicho rozmawiać. Niedaleko Karola przebiegł po płocie młody pręgowiec, siadł na słupku obok płotu i zaczął myć pyszczek łapkami. Z chlewika dochodziły pochrząkiwania i kwiki, co pozwoliło Karolowi zorientować się, że świnie myślą już o śniadaniu. Zapiał znowu.

Aż wreszcie, daleko za polami, gdzie niebo spotyka się z horyzontem, rozbłysła złota iskierka, rosła i rosła, przypominała już ognisko, za chwilę wyglądała jak stojący w płomieniach dom, potem jak płonące miasto. Ukazała się górna krawędź słońca, przybywającego z tamtej strony planety, gdzie przez całą noc zalewało swoim blaskiem chińskie pagody, Himalaje i dżungle Afryki, i wszystkie inne dziwne miejsca, gdzie ludzie pracują oraz bawią się, podczas gdy my sobie smacznie chrapiemy.

A kiedy tylko słońce zaczęło wyłaniać się zza widnokręgu, w oknie sypialni pojawiła się głowa pana Beana. Gospodarz miał na niej białą bawełnianą szlafmycę z czerwonym frędzlem, a jego twarz niemal całkowicie zakrywał bujny, szpakowaty zarost – za sprawą którego nawet pani Beanowa nie wiedziała, jak jej mąż naprawdę wygląda. Gospodarz patrzył przez okno, żeby zobaczyć, jaki dzień się zapowiada.

Gdy tylko pan Bean wychylił się z okna, Karol zeskoczył z płotu. Spełnił swoje obowiązki na ten dzień. Co prawda nadal było mu zimno i chciało mu się spać, ale nie wrócił do kurnika. Wiedział, że o tej porze nie śpi już jego żona i jej osiem sióstr.

– Nikt nie zmrużyłby oka wśród tego gdakania – mruknął gniewnie. – Utnę sobie drzemkę w stajni.

– Dzień dobry, Karolu – odezwał się Hank, stary siwy koń, którego boks znajdował się najbliżej wrót stajni. – Już czuć w powietrzu nadchodzącą zimę.

Karol podfrunął, żeby zasiąść na krawędzi żłobu.

– Czuć zimę?! – zawołał. – I to jak! Ja bym raczej powiedział: ziąb jak wszyscy diabli, ot co!

– Cóż, jesień – stwierdził Hank. – Trudno spodziewać się czego innego. Za miesiąc czy dwa spadnie śnieg.

– Fuj! – powiedział Karol i wzdrygnął się.

– Co prawda zimą mam mniej pracy – stwierdził Hank – ale przyznam, że lato lubię bardziej. Dokucza mi reumatyzm w tylnej nodze, zwłaszcza podczas mroźnych nocy.

– Pewnie – rzekł ze współczuciem Karol. – To musi być okropne. To wstyd, powinieneś mieć koc albo jakąś derkę do przykrycia, w tej stajni przecież hulają przeciągi. Ale pan Bean nigdy nie pomyśli, że zwierzęta cierpią, śpi sobie pod pierzyną i czterema pledami. Co go to obchodzi, przecież on nie marznie! A pomyśl o mnie. Każdego ranka, zimą i latem, muszę zerwać się przed świtem, zwlec się z wygodnej grzędy i piać, zdzierać sobie gardło, tylko dlatego, że on skąpi pieniędzy na budzik. Nieważne, czy pada, czy mróz, piać trzeba. A gdyby któregoś dnia zdarzyło mi się zaniedbać ten obowiązek, co mnie czeka? Zostanę upieczony, ni mniej, ni więcej!

– Ciężki los – przyznał Hank.

– Oj, los, los! A teraz znów nadchodzi zima. Nie znoszę zim! Nawet w największy mróz będę musiał wychodzić, brnąć przez śnieg, ryzykując, że odmrożę sobie dziób. Jakoś bym to przebolał, gdybym resztę dnia mógł spędzić w cieple. Gdyby w kurniku był piecyk i kilka porządnych, wełnianych koców, pod którymi można by spać. Aha, poza tym pod kurnikiem powinna być piwnica, bo podłoga jest zimna jak lód.

Hank westchnął.

– Tak – rzekł. – Życie nie jest łatwe. Trudno zaprzeczyć. Tylko co możemy na to poradzić?

– Możecie wybrać się do ciepłych krajów – odezwał się niespodziewanie świergotliwy głosik spod sufitu.

Spojrzeli w górę, ale panował tam jeszcze mrok, niczego nie widzieli.

– Kim jesteś? – spytał Karol. – I o czym właściwie mówisz?

– Jestem jaskółką – odpowiedział głosik – a mówię o wędrówce na południe. My, ptaki, co roku migrujemy do ciepłych krajów, a skoro nie lubicie zimy, nie ma powodu, żebyście wy również nie mieli się tam wybrać.

– Co ty powiesz?! – rzekł Karol raczej niechętnym tonem. – To może opowiedz coś więcej, jeżeli masz do powiedzenia coś godnego uwagi. Skąd mamy wiedzieć, czym się zajmują jakieś tam małe ptaszki?

Karol, jako ptak domowy, czuł się istotą nieskończenie wyższą od dzikich ptaków. Wypiął dumnie pierś. Jaskółka tylko zaśmiała się szczebiotliwie.

– Nie musisz się tak nadymać – powiedziała. – W gruncie rzeczy nigdy nie wyściubiłeś dzioba poza swoje podwórko i musisz robić, co ci każą, bo inaczej wylądujesz w brytfance. A ja przebyłam w moim życiu tysiące mil i nikt nie może mi niczego nakazać.

 

– No, wiecie co…! – zaczął Karol, ale Hank uciszył go.

– Zaczekaj, ona naprawdę może mieć coś ciekawego do powiedzenia – rzekł, po czym spytał grzecznie jaskółkę, czy mogłaby dokładniej wytłumaczyć, o co chodzi z tymi wędrówkami na południe.

Opowiedziała im więc, jak każdej jesieni, kiedy zaczyna się robić chłodno, ptaki gromadzą się w wielkie stada, a potem odlatują. Przebywają setki mil, niektóre zatrzymują się na Florydzie, inne lecą jeszcze dalej, do Ameryki Środkowej albo Południowej. Tam, na południu, przez całą zimę świeci słońce i jest ciepło. Śnieg nie pada nigdy, nie wieją zimne wiatry, zawsze bez trudu można znaleźć pożywienie. Aż wreszcie nadchodzi wiosna i ptaki wybierają się wtedy z powrotem na północ.

Skończyła swoją opowieść, sfrunęła z belki, ćwierkając, po czym wystrzeliła jak strzała przez drzwi na dwór, na słońce.

– Wierzysz jej? – spytał Karol, kiedy już się oddaliła. Uważał, że to poniżej jego godności, żeby traktować poważnie coś, co mówi byle jaskółka – chociaż tak naprawdę ta opowieść bardzo go zainteresowała.

– Wierzę – odparł Hank. – Słyszałem już wcześniej, że ptaki odlatują na południe. Dobry pomysł. Niestety, nie dla mnie. Stąd na Florydę jest kawał drogi. Ale gdybym umiał latać, nie powiem, chyba bym spróbował.

– Też nie umiem latać – powiedział Karol. – To znaczy, trochę umiem, ale nie za bardzo. Gotów jednak byłbym przejść wiele mil, aby dotrzeć do miejsca, gdzie jest ciepło i słonecznie przez całą zimę i gdzie nie musiałbym wstawać rano, dopóki się nie wyśpię. Oczywiście, wyruszyć samotnie to żadna przyjemność, ale gdyby udało się zgromadzić więcej chętnych…

– Gdyby znalazło się więcej chętnych – rzekł Hank – też chętnie bym się wybrał.

Karol zeskoczył ze żłobu.

– W takim razie porozmawiam z innymi zwierzętami – zapowiedział. – Jeżeli będą chciały, spotkamy się wszyscy wieczorem i omówimy sprawę.

Wyszedł na podwórze.

Im dłużej się zastanawiał nad tym pomysłem, tym większe podniecenie go ogarniało. Podreptał do sadu, gdzie spotkał wilgę i parę kosów, z którymi uciął sobie pogawędkę. Kiedy opowiedziały mu, jak przyjemnie, jak beztrosko się żyje w tropikalnym słońcu południa, nabrał ogromnej ochoty, żeby natychmiast tam się znaleźć. Potem odwiedził świnie, krowy i inne zwierzęta. Wszystkie wyraziły zainteresowanie, wszystkie przyznały, że lękają się nadchodzącej długiej, mroźnej zimy, więc jeżeliby Karol znał takie miejsce, gdzie jest ciepło i słonecznie, chętnie się tam z nim udadzą. Zaprosił je na wieczorne zebranie w oborze i obiecał, że wtedy wszystko opowie, a potem kto będzie chciał, może zabrać głos w dyskusji. Następnie zastanowią się, kiedy wyruszyć w drogę.

II

O tym, co opowiedziały mu ptaki wędrowne, Karol rozmawiał z wieloma zwierzętami na farmie, jednak nie zająknął się ani słowem na ten temat przy swojej żonie.

O zebraniu w oborze nie powiadomił ani Henrietty, ani jej ośmiu sióstr.

– Ona kręci nosem na wszystko, co tylko wymyślę – mruknął do siebie – a siostry oczywiście zawsze się z nią zgadzają. Zebranie uda się lepiej, jak Henrietty na nim nie będzie. Potem mogę jej o wszystkim opowiedzieć.

Żona Karola, Henrietta, była bardzo zajętą kurą, miała bowiem na głowie dziesięć małych kurcząt. I spoglądała koso na Karola, który rzadko imał się jakiejś pracy, a tylko wciąż właził jej w drogę i przeszkadzał.

Tego wieczoru, kiedy Karol wychodził, kazała mu zawrócić i spytała, dokąd to się wybiera.

– Mam ważne spotkanie w interesach – rzekł wyniośle. – Wygłoszę podczas niego mowę.

– Phi! A co komu po twojej mowie? – obruszyła się Henrietta, ale miała mnóstwo roboty, bo trzeba było ułożyć do snu wszystkie kurczaki, więc Karol zdołał wymknąć się, nim zdążyła powiedzieć coś więcej.

Zebranie udało się znakomicie. Przybyły prawie wszystkie zwierzęta z farmy, więc obora była pełna aż po wrota. Karol przemawiał długo i kwieciście, w żywych barwach odmalowując obraz życia na południu, błogiego nieróbstwa w cieniu drzewek pomarańczy, dni spędzonych na pogawędkach oraz wesołej zabawie. Świnie, które zjawiły się licznie i zasiadły w pierwszym rzędzie, przyklasnęły mu z całym entuzjazmem; krowy muczały, kaczki kwakały, a psy szczekały i nawet myszy, które rozsiadły się rządkiem na jednej z belek stropu, popiskiwały entuzjastycznie.

– Tak więc, drodzy przyjaciele – rzekł Karol, gdy przekazał im już wszystko, czego dowiedział się od ptaków – przedstawiłem wam fakty. Teraz do was należy decyzja, jak się do nich odniesiecie.


Jeśli o mnie chodzi, pragnę pójść za przykładem ptaków wędrownych i udać się na południe, by tam spędzić zimę. Co prawda, im jest łatwiej niż nam. Ptaki mogą przefrunąć nad rzekami, które my będziemy musieli przepłynąć lub przebyć w bród, ponad górami, które dla nas oznaczają konieczność mozolnej wspinaczki. Nie będę ukrywał, że uczestników wyprawy czekają prawdopodobnie niemałe trudy. Jednak z mojego doświadczenia wynika, że niczego, co naprawdę zdobyć warto, nie da się zdobyć łatwo. Chętnie jednak usłyszę, co macie na ten temat do powiedzenia – a więc przystąpmy teraz do dyskusji.

Pośród burzy oklasków zeskoczył ze starej bryczki, która służyła mu za trybunę.

Przez jakiś czas wszystkie zwierzęta mówiły naraz. Wszystkie obawiały się długiej, mroźnej zimy, a kiedy ktoś – mam wrażenie, że był to Fryderyk, najmłodszy i najbystrzejszy z prosiaków – zawołał: „Ruszajmy już dziś!”, odpowiedziały trzykrotnym „hurra!”, po czym naprawdę zaczęły zbierać się do wymarszu.

Jednak wtedy głos zabrał Dżok, większy z dwóch psów, mądry owczarek szkocki:

– Panie i panowie – zaczął. – Wszyscy słyszeliśmy, co powiedział mój przyjaciel kogut. Trudno mi się z nim nie zgodzić, pięknie by było, gdybyśmy wszyscy mogli spędzić tę zimę na południu.

– Tak, tak! – zawołały wszystkie zwierzęta chórem.

– Jednak chyba zapomnieliśmy o jednym. Nie umiem się tak pięknie wysławiać jak Karol, ale chciałem tylko powiedzieć, że nie wolno nam zapomnieć o naszych obowiązkach. Nie możemy wszyscy porzucić pana Beana, bo bez nas sobie nie poradzi…

Tutaj Karol przerwał mu:

– Pan Bean?! – zawołał z oburzeniem. – A co nas obchodzi pan Bean? Czy on kiedyś coś dla nas zrobił? On nie marznie podczas mroźnych nocy, ma piec i pierzynę, a my co? My się nie liczymy! Mógłby się przecież postarać, żeby i w naszych domach było ciepło. Dlaczego.

– Tak, tak, Karolu – powiedział Dżok – ale daj mi skończyć. Posłuchaj, pan Bean karmi nas, zapewnia nam dach nad głową, dba o nas, kiedy któreś z nas zachoruje. Nie możemy go przecież nagle porzucić.

– No, może i masz rację – przyznał niechętnie Karol.

– Oczywiście, że mam rację – podjął Dżok, a następnie stwierdził, że te zwierzęta, których pan Bean nie będzie potrzebował zimą, mogą wyruszyć na południe, jeżeli mają na to ochotę, natomiast jego zdaniem inne powinny zrezygnować z wyprawy. – Ja nie mogę wyruszyć na południe – oświadczył. – Poza tym jeden z koni musi tu zostać, żeby pan Bean mógł pojechać bryczką do miasta. Musi też być w gospodarstwie przynajmniej jedna z krów i kilka kur, żeby pan Bean miał jajka oraz mleko. To wszystko, co mam do powiedzenia.

Ukłonił się i usiadł.

Wywiązała się długa dyskusja, jednak ponieważ wszystkie zwierzęta chciały wyruszyć, żadne z nich poza Dżokiem nie zamierzało przyznać, że jest niezbędne na farmie. Mówiły jedno przez drugie coraz głośniej, coraz bardziej złościły się na siebie i mało brakowało, a zebranie przerodziłoby się w bijatykę, kiedy rozległo się rozdzierające:

– Miaaauuuuuu!!! – po czym przez wrota wmaszerował kot Jinx.

Zapadła cisza, wszystkie myszy na belce pisnęły w przelęknieniu, wstały jak jedna mysz i cichutko skryły się w mysiej norce.

– Cześć, zwierzaki – rzucił Jinx. – O co tyle zamieszania? Słychać was aż przy stawie młyńskim, polowałem tam na żaby. Nie róbcie takiego hałasu, bo staruszek Bean przyjdzie tu ze strzelbą. No, o co chodzi?

– Pięknie! – stwierdził z uznaniem, gdy dowiedział się, w czym rzecz. – Świetna myśl! Doskonale, Karolu! Kto by się spodziewał, że właśnie ty wpadniesz na taki wyśmienity pomysł. Ale wiecie co? Nie ma sensu się kłócić, kto wyruszy, a kto zostanie. Ciągnijmy losy, tak będzie najsprawiedliwiej. Powiadacie, że na wyprawę może się wybrać tylko jedna krowa, a są trzy: Pani Wanda, Pani Wilhelmina i Pani Wiśnia. Dżok, weź do pyska trzy słomki, jedną długą i dwie krótkie. Niech losują – ta, która wyciągnie dłuższą słomkę, zobaczy Florydę.

Dżok przygotował źdźbła, w losowaniu zwyciężyła Pani Wanda.

– Widzicie? Można wszystko załatwić uczciwie i bez kłótni – stwierdził Jinx. – A teraz konie. Pospieszcie się, już późno.

Odkąd pojawił się kot, zebranie przebiegało płynniej. Ponieważ Jinxowi udało się zaprowadzić w obradach jaki taki porządek, dość szybko zapadły decyzje co do tego, bez których zwierząt pan Bean będzie mógł się obyć zimą. Kiedy już wszystko zostało postanowione, Karol znowu zabrał głos. Nie miał już co prawda nic do powiedzenia, ale uwielbiał przemawiać, zresztą mówił tak pięknie, że lubiano go słuchać i nikomu nie przeszkadzało, że po zakończeniu przemowy nic z jego słów nie zostawało w pamięci.

– A teraz, drodzy przyjaciele – zagaił – nim zakończymy nasze doniosłe spotkanie, chciałbym podzielić się z wami pewną refleksją; pragnę, żebyście zabrali ją w waszych sercach, gdy się rozejdziecie, jako pamiątkę tego porozumienia i poczucia wspólnoty, które nas dziś połączyło. Gdy tak spoglądam na te młode, pełne zapału oblicza, zgromadzone pod jednym dachem, staje się dla mnie jasne.

Na zawsze pozostanie tajemnicą, co stało się jasne dla Karola, bo właśnie w tym momencie nagle przerwał i pospiesznie zeskoczył z bryczki. We wrotach obory pojawiła się jego żona, Henrietta.

Pośród milczących zwierząt ruszyła prosto ku niemu. Chwyciła go za skrzydło.

– Młode, pełne zapału oblicza, co?! – zawołała gniewnie. – Ja ci zaraz urządzę młode, pełne zapału oblicze!

– To mówiąc, trzepnęła go w głowę prawą nogą. – Masz tu coś, co możesz zanieść sobie do domu! – huknęłą i uderzyła go z drugiej strony. – W życiu jeszcze nie słyszałam takich bzdur! – Karol skulił się i wcisnął głowę między ramiona.

– Ależ, moja droga…! – zaprotestował.

– Żadna tam „moja droga”! – zagdakała Henrietta.

– Wracaj do domu, tam jest twoje miejsce. Żeby tak się wałęsać po nocach! Żeby się szlajać w towarzystwie niemądrych świń i płochych krów! Co za pomysł! – Rozgniewana kura bezceremonialnie pchnęła męża w stronę wrót.

Jednak nim zdążyli wyjść, pojawiła się kolejna postać – niewysoki, brodaty mężczyzna w długiej, białej koszuli nocnej i dywanikowych kapciach. Harmider obudził w końcu pana Beana, więc gospodarz wyszedł z domu, żeby zobaczyć, co się dzieje. W jednej ręce trzymał latarnię, w drugiej bat. Na głowie miał białą bawełnianą szlafmycę z czerwonym frędzlem.

– Marsz do łóżek, zwierzaki! – zarządził zrzędliwie. Nie czekając na ich odpowiedź, odwrócił się i poczłapał z powrotem do domu.

Nie minęło pół minuty, a w oborze nie było już nikogo. To znaczy nikogo oprócz Pani Wandy, Pani Wilhelminy i Pani Wiśni, które tam mieszkały.

III

Następnego ranka, gdy tylko pan Bean wyszedł z domu, kot Jinx, który udawał, że śpi za piecem, wskoczył na stół i zgarnął ołówek oraz kartkę. Udał się z nimi pod wielki wiąz rosnący za stodołą. Podniósł głowę, sondując wzrokiem koronę drzewa. Wkrótce dostrzegł lśniące oczko, spoglądające na niego zza gałęzi.

– Dzień dobry, droździe – odezwał się grzecznie.

– Chciałbym cię prosić o pewną przysługę. Część z nas, zwierząt domowych, wybiera się na południe, żeby tam spędzić zimę, ale nie znamy drogi, ponieważ żadne z nas jeszcze tam nie było. Pomyślałem, że może zechciałbyś naszkicować dla nas coś w rodzaju mapy?

Drozd zeskoczył trochę niżej, przekrzywił główkę i zerknął na Jinxa prawym okiem.

– Nie wiem, skąd taka myśl, że zechciałbym cokolwiek dla ciebie zrobić – pisnął. – Nieustannie mnie prześladujesz. Dopóki znajdujesz się na podwórzu, ani ja, ani moja rodzina nie mamy nawet chwili spokoju. W dodatku zeszłego czerwca śmiertelnie zaatakowałeś kuzyna mojej żony. A może już o tym zapomniałeś?

 

– Skąd znowu, doskonale pamiętam – odpowiedział Jinx. – To był godny ubolewania wypadek, było mi ogromnie przykro z tego powodu. Nie miałem pojęcia, że tamten drozd był w jakikolwiek sposób spokrewniony z twoją żoną, więc kiedy zobaczyłem, jak kręci się koło twojego gniazda, pomyślałem, że chce ukraść twoje dzieci, na co oczywiście nie mogłem pozwolić. Wiem, działałem pochopnie. Później, kiedy zdałem sobie sprawę, jak straszny błąd popełniłem, gotów byłem zrobić wszystko, aby przywrócić go do życia. Niestety, było już za późno.

– No, raczej – odrzekł sucho drozd. – Zostało z niego tylko kilka piórek.

– Och, nie rozdrapujmy starych ran – zaproponował Jinx. – Jak to mówią, co się stało, to się nie odstanie. A jeżeli narysujesz dla mnie tę mapę, to obiecuję, że nigdy więcej nie będę polował ani na ciebie, ani na twoją rodzinę.

– A, to co innego – powiedział drozd, który uznał tę propozycję za uczciwą.

Sfrunął na dół, ujął pazurkami ołówek, po czym sporządził mapę, dokładnie ukazującą najkrótszą drogę na Florydę.

Tymczasem inne zwierzęta, które wybierały się w podróż, pakowały manatki i składały wizyty pożegnalne tym, które miały pozostać w domu. Rozeszła się bowiem wieść, że pan Bean zamierza tego ranka wybrać się do miasta, zwierzęta uznały więc, że to najlepszy moment, aby wyruszyć w drogę. Gospodarz zamierzał wrócić późno po południu, a wtedy one będą już wiele mil od domu.

Niemal wszystkich na podwórzu ogarnął podniosły nastrój, tylko kogut Karol był nieszczęśliwy. Siedział samotnie w najciemniejszym kątku kurnika, smętnie zwiesiwszy ogon. Jego małżonka, Henrietta, stanowczo zabroniła mu udziału w wyprawie.

– Zachciewa ci się słoneczka w zimie, co? – oburzała się. – Nigdy w życiu nie słyszałam podobnego steku bzdur! Nie masz prawa włóczyć się po kraju, bo masz żonę i dzieci, a twoim obowiązkiem jest otaczać je opieką. Co prawda, trudno powiedzieć, żebyś dotąd się z tego obowiązku wywiązywał. A kto będzie budził pana Beana co rano, jeśli wolno spytać?

– Sam się może budzić – argumentował Karol. – Zresztą zimą nie musi tak wcześnie wstawać.

– Tak czy siak, zostajesz tutaj. Bez dyskusji! – orzekła jego żona. Oznaczało to ostateczne rozstrzygnięcie sprawy. Karol wiedział, że kiedy Henrietta uprze się, tak jak teraz, on sam nie ma już nic do gadania.

Niektóre ze zwierząt uważały, że również kot nie powinien opuszczać gospodarstwa, ponieważ ciążył na nim obowiązek strzeżenia przed myszami zgromadzonego w stodole ziarna i warzyw. Jednak pod tym względem szybko udało się osiągnąć kompromis: część myszy pragnęła również wyruszyć na wyprawę, toteż Jinx obiecał, że ich nie tknie, jednak pod warunkiem, że myszy pozostałe na gospodarstwie trzymać się będą z daleka od zapasów. Ucieszyło to bardzo zwierzęta wybierające się na Florydę, bo chociaż Jinx był trochę nieobliczalny, mało dbał o pozory i często dość nieoględnie się wyrażał, w razie jakichś kłopotów lepiej było mieć go w swoim towarzystwie. Przecież żadne z nich nie wiedziało, jakie niebezpieczeństwa mogą czyhać po drodze.

Nawiasem mówiąc, części ze zwierząt, tym mniej odważnym, którym z początku udzielił się entuzjazm, jaki ogarnął wszystkich zgromadzonych w oborze, mniej już teraz było spieszno do wędrówki – zwłaszcza kiedy przemyślały sobie sprawę dokładnie. Wszystkie owce wycofały się z udziału w wyprawie, podobnie większość myszy i wszystkie świnie, wyłączywszy Fryderyka. Z tym że świnie nie obawiały się niebezpieczeństw, natomiast były okropnie leniwe, więc sama myśl o tym, że musiałyby maszerować nawet i po trzydzieści kilometrów dziennie, w dodatku dzień po dniu, wystarczająco je zniechęciła.

Aż wreszcie nadszedł ten wielki dzień. Wczesnym rankiem pan Bean zaprzągł Williama do bryczki, po czym wyruszył w kierunku miasta. Zwierzęta zebrały się na podwórzu. Nieszczęsny Karol przyglądał im się przez okienko kurnika. Wszystkie zwierzaki cieszyły się, były podniecone myślą o czekającej je wyprawie; wszystkie świnie postanowiły odprowadzić Fryderyka, wszystkie mówiły jednocześnie, nie szczędząc mu cennych rad w obfitości tak wielkiej, że nikt nie zdołałby ich wszystkich zapamiętać. Hank, stary siwy koń, cofnął się do stajni, żeby zjeść jeszcze trochę owsa, bo kto wie, kiedy znów nadarzy się okazja, by tego przysmaku skosztować. Wrócił, a po krótkiej chwili namysłu poszedł do stajni jeszcze raz. Alicja i Emma, dwie białe kaczuszki, poczłapały, kołysząc się na boki, przez całe pastwisko aż do swojego ulubionego stawu, który miały wszak ujrzeć ponownie dopiero na wiosnę. A tymczasem Karol był coraz smutniejszy.

– Może byś tam poszedł i pożegnał się z nimi, Karolu? – zagadnęła Henrietta. Martwiło ją przygnębienie małżonka, bo w gruncie rzeczy obdarzona była dobrym sercem i w głębi tego serca kryła wiele ciepłych uczuć dla swojego koguta. Ale z drugiej strony, często gniewała ją pustota i lekkomyślność Karola.

– Nie – odrzekł ponuro Karol. – Nie. Zostanę tutaj. Oni wszyscy o mnie zapomnieli. Nawet o mnie nie pomyślą, bo przecież nie mogę iść z nimi. Nawet nie pamiętają, kto wpadł na ten pomysł. Nie, niech sobie idą. Istoty bez serca! Co mnie to obchodzi?

– Bzdury! – orzekła Henrietta. – No, idź. Już!

Więc Karol nastroszył pióra i z dumnie wzniesioną głową pomaszerował na podwórze.

Skończył się czas pożegnań, podróżnicy byli już gotowi do wyruszenia w drogę. Na podwórzu zapanowała cisza, gdy ustawili się gęsiego, a potem powędrowali drogą, która jak długa, biała wstęga miała ich zaprowadzić w odległe ciepłe kraje. Przodem szedł Jinx, a jego ogon prężył się buńczucznie niczym lanca. Za nim podążał prosiaczek Fryderyk i pies Robert, młodszy brat Dżoka. Za nimi szli Hank oraz Pani Wanda, a pochód zamykały dwie białe kaczuszki, siostry Alicja i Emma. Myszy, czyli bracia Ik, Quik i In oraz kuzyn Augustus biegły poboczem, żeby nikt ich nie rozdeptał.

Zwierzęta pozostające na gospodarstwie zgromadziły się w bramie, machały im łapami i kopytami, wołając:

– Do widzenia! Do widzenia! Nie zapomnijcie przesłać wiadomości, gdy będziecie już na miejscu! Bawcie się dobrze i pamiętajcie o nas tam, na Florydzie!

Pojawiło się stadko jaskółek, śmignęły na chyżych skrzydłach ponad głowami podróżników.

– Do widzenia! – ćwierkały. – Zobaczymy się za tydzień albo dwa. Jeszcze dziesięć dni i my także wyruszymy na południe.

Karol siedział na słupie bramy. Patrzył w ślad za oddalającą się grupką przyjaciół. Stawali się coraz mniejsi i mniejsi w oddali, a potem zniknęli za wzgórzem. Biała droga znów była pusta. Jednak Karol jeszcze długo siedział tam, wysoko. Pióra jego ogona oklapły, opuścił głowę na pierś, a z oka kapnęła mu wielka łza. Na szczęście nikt nie widział, że płacze, bo wszystkie zwierzęta powróciły już do swoich codziennych zajęć.

Przynajmniej tak mu się zdawało. Widziała go jednak Henrietta, która spoglądała przez okno kurnika.