Zacisze

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zacisze
Zacisze
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 39,85  31,88 
Zacisze
Zacisze
Audiobook
Czyta Joanna Gajór
29,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wacław Sieroszewski

Zacisze


Wydawnictwo Psychoskok

Konin 2018

Wacław Sieroszewski „Zacisze”

Copyright © by Wacław Sieroszewski, 1931

Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o. 2018

Zabrania się rozpowszechniania, kopiowania

lub edytowania tego dokumentu, pliku

lub jego części bez wyraźnej zgody wydawnictwa.

Tekst jest własnością publiczną (public domain)

ZACHOWANO PISOWNIĘ

I WSZYSTKIE OSOBLIWOŚCI JĘZYKOWE.

Skład: Adam Brychcy

Projekt okładki: Adam Brychcy

Druk: Zakłady Graficzne „Bibljoteka Polska“ w Bydgoszczy

Wydawnictwo: Instytut Wydawniczy „Bibljoteka Polska“

Warszawa, 1931

ISBN: 978-83-8119-421-1

Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o.

ul. Spółdzielców 3, pok. 325, 62-510 Konin

tel. (63) 242 02 02, kom. 695-943-706

http://www.psychoskok.pl/ http://wydawnictwo.psychoskok.pl/ e-mail:wydawnictwo@psychoskok.pl

I.

Czerwień letniego zachodu oblewała łagodnym blaskiem stuletnie lipy i białe ściany wiejskiego dworu.

Dwór był nowy, murowany, na wysokim fundamencie z głazów, z dużemi, lustrzanemi oknami, z sutym dachem spiczastym, z otwartym gankiem nowoczesnym, wzniesionym stopni dziesięć nad ziemią i otoczonym żelazną balustradą.

Ale wspaniałe lipy wjazdowego dziedzińca oraz kędzierzawiący się zboku ogród cienisty istotą swą należały właściwie nie do niego, lecz do starego, drewnianego domostwa, którego brunatne ciało, pogarbione, pochylone, nakryte omszałą, wielekroć łataną gontówką, spoczywało opodal, zwrócone bokiem do nowego przybytku, jakby nań trochę nadąsane.

Doniedawna ono tu było jedynym gospodarzem.

Swym staroświeckim ganeczkiem, z daszkiem na okrągłych słupach, rzędem swych niewielkich okien, ukrytych pod nisko nawisłemi okapami, patrzyło dostojnie wprost na bramę wjazdową, z kępami okwitłych bzów i kwitnących jaśminów po bokach, na wysadzone strzelistemi świerkami i topolami opłotki, biegnące mimo dziedzińcowych sztachet, na srebrno połyskujące strugi wody w czarnych olszynowych zaroślach i dalej na uprawne pola, płowo spływające po stoczystej chyliźnie, aż po siny las na żółtych piachach.

Nowy dwór, przeciwnie, wszystkiemi swemi lśniącemi szybami patrzał sucho i prozaicznie na przeciwległe sobie gospodarskie podwórza i zabudowania, na obory, na stajnie, wozownie, lamusy, które mieściły się o małe stajanie po drugiej stronie starego dworu, za wielkiem szmaragdowem kołem murawy, otoczonem ubitym szlakiem podjazdu i obstawionem równo bielonemi głazami.

Tam w purpurowo-złotych tumanach kurzawy tłukły się właśnie cienie krów, koni, owiec, rozlegały się porykiwania i pobekiwania bydła, krzyki dójek i nawoływania pastusze. A ponad tem wszystkiem skrzypiał wysoko żóraw studzienny i słychać było szklane chlupanie rozlewanej w koryta wody.

Siedząca na ganku nowego dworu pani w żałobnym stroju, w czarnym koronkowym czepeczku na złotych siwiejących włosach, nie spuszczała oczu z tego gospodarczego tumultu. Nic nie uchodziło uwagi jej szeroko otwartych, szafirowych źrenic ze srebrnym połyskiem. Od czasu do czasu rzucała krótkie rozkazy przechodzącym mimo parobkom i dziewkom. Kłaniali się pokornie i szli dalej, zwiesiwszy ku ziemi spracowane ręce.

— Chodź-no Józiu! — zawołała na młodego człowieka w płóciennej kurtce i czarnych spodniach, zapuszczonych w buty z cholewami, który wyszedł z za węgła domu z kluczami w ręku.

Młodzieniec spojrzał na nią z pod okularów, trochę za daleko zsuniętych na długi nos, zdjął z gładko przyczesanej czupryny kraciastą czapkę-dżokejkę i wszedł po schodach na ganek.

— Jakże ci tam poszło z koniczyną w Zaleszczykach?

— Ha, zacząłem kosić... Już z pól poletka posiekli! Byle jutro była pogoda... Coś zachód czerwieni się bardzo!...

— To na wiatr.

— Hm! O tej porze nie bywa wiatru bez deszczu.

Pani spojrzała niespokojnie na mały, złoty zegarek.

— Nie widać ich. Nie uważasz, że to dziwne: powinni już być!

— Owszem jadą!... Mijali kościółek, kiedym wyruszał z Zaleszczyk. Widziałem zdaleka.

— Czemużeś nie powiedział?

— Zapomniałem, ale oto są!...

Wskazał ręką na bramę, w której ukazała się para cugowych koni i mały wolancik. Z poza siedzącego na koźle stangreta wychylała się rozśmiana, złotowłosa głowa chłopięca.

Twarz pani utraciła na chwilę wyraz łagodnego smutku, tułający się nieustannie w jej rysach i oczach. Radosny uśmiech zaokrąglił jej dość jeszcze świeże policzki. Wstała z ławki i zbliżyła się na krawędź schodów. Po nich już pędził na górę z wyciągniętemi rękami opiekły sztubak w niebieskim mundurku.

— Cóż tak późno? — pytała, ściskając go z tkliwością.

— Utknęliśmy, proszę mamy, na przewozie. Lina zerwała się u promu.

— Znowu!? Ach, z tym Szmulem ciągle wypadki... Czy zerwała się, kiedyście płynęli?...

— Ależ nie. Płynął pan Świderski z Rozłóg, a myśmy stali na brzegu. Zniosło ich aż pod Witów.

— Józiu, trzeba koniecznie zwrócić uwagę pana Rwęckiego na to, co się na tym przewozie dzieje. Szmul już w zeszłym roku obiecał nową linę kupić... O nieszczęście nietrudno... A to pewnie kawaler Piotrowski, o którym mi pisałeś, Antosiu? — zwróciła się do stojącego za synem gimnazjalisty.

— Tak, mamo, to Piotrowski!... Kazimierz Piotrowski, mój przyjaciel najserdeczniejszy nietylko w Warszawie, ale na całym świecie... Chciałbym bardzo, żebyś go polubiła...

Matka Antosia uśmiechnęła się życzliwie i spojrzała uważnie na śniadą, chmurną twarzyczkę ciemnego jak noc chłopaka, poczem wyciągnęła doń rękę.

— Postaramy się o to, postaramy! Wszak prawda... Kaziu, że i ty się postarasz? — odrzekła wesoło. — A teraz niech serdeczni przyjaciele umyją się i przychodzą zaraz na kolację. Macie pokoje przygotowane w starym dworze. Niech Kacper zaniesie tam rzeczy paniczów. Józiu, ulokuj ich, proszę cię!

— W starym dworze?... Jak to dobrze, matuchno... Dziękuję! Dawno o tem marzyłem. Nikomu nie będziemy przeszkadzać! — krzyknął Antoś i znowu przypadł do ręki matczynej.

Kacper, kredencerz, już ciągnął walizki w stronę starego dworu, na którego ganku stał pan Józef, dzwoniąc kluczami i otrzepując niecierpliwie szpicrutą kurz z butów.

— Chodźcie, chodźcie!... Potem się nagadacie!... — wołał na chłopców.

— Ach, nic się nie zmieniło, nic a nic!... Widzisz, Kaziu, ten las tam — to Jatwieź, o której ci mówiłem...

— A gdzież góra Sobień?

— Sobień?... Ha, ha!... Prędkiś! — roześmiał się Antoś. — Wcale nie w tej stronie... stąd nie widać, zakrywa ją ogród...

— Zakrywa ją ogród?... — powtórzył rozczarowany Kazimierz.

— Tak, ale ona wcale nie jest mała. Chcesz, pójdziemy tam zaraz po kolacji... Pokażę ci!...

— A jak tam z cenzurą, Antosiu?... — pytał konfidencjonalnie Józio.

— Z cenzurą... owszem... dobrze!... Ej, Kacper, ostrożnie, nie rzucaj tak!...

— Coś strasznie ciężkiego, paniczu!...

— Właśnie, właśnie!... Takiego narobisz „fajeru“, niech Bóg uchowa!...

— A cóż tam macie?... Nowe jakieś figle?— zainteresował się Józio.

— O, to nasza tajemnica, prawda, Kaziu? w swoim czasie dowiecie się wszystkiego!... Ale mówię ci, Józek, kiedy zobaczysz, to gębę rozdziawisz!... Nawet nie zgadniesz!... Nic podobnego nigdy jak Zacisze Zaciszem!... Dalipan!

— Abyście tylko z tej uciechy zabudowań nie spalili...

— O, co nie, to nie! Ale skąd ty wiesz? Nie bój się, my doskonale umiemy się obchodzić.

— A kolega Kazimierz, to skąd?... Czy z samej Warszawy? — wypytywał w dalszym ciągu Józio, pilnie przyglądając się z pod okularów ciemnemu przybyszowi.

— Rozumie się, że teraz z Warszawy... Ale ojciec jego miał dawniej wieś niedaleko puszczy Niepołomickiej... Skonfiskowali ją w powstanie...

Przykry grymas przemknął się po ogorzałej, ściągłej słabo obrosłej twarzy Józia.

— Chodźcie, już chodźcie!... Kolacja czeka, i stryjenka będzie się gniewać... Powiedzcie, że zaraz przyjdę... Muszę jeszcze na gumna skoczyć!...

Skręcił w stronę gospodarskich zabudowań, a chłopcy w towarzystwie Kacpra ruszyli ku nowemu dworowi.

— Wie panicz, jaką strzelbę starsza pani dla panicza przygotowała, to — mówię paniczowi — prawdziwy... egzemplarz!... — zwierzał się po drodze Kacper.

— Co ty mówisz?... I gdzież ona?...

— Gdzie ma być? W pokoju u starszej pani, schowana w szafie.

— A panna Zosia to ma paniczowi dać torbę i róg do prochu... A panna Cesia pas myśliwski!...

— Aha!... Więc to mają być niby imieninowe niespodzianki?... Dlaczegóż mi mówisz?

— Dlaczego mówię?... — obruszył się Kacper. — Bo dobrze paniczowi życzę. Miały być „siurprezy“ na piątego lipca, ale że długo czekać, więc skrócono termin. Ze względu dobrej cenzury. Jużci, że panna Zofja wcale nie za swoje pieniądze kupiła, ino za mamine. Co innego Cesia, ta własnoręcznie haftowała bez całą zimę, od samego Bożego Narodzenia, jak panicz wyjechał...

 

Antoś Ramocki uśmiechnął się i musnął wargę, gdzie miał zczasem być wąsik.

— Cóżeś, braciszku, skapcaniał tak jakoś!? Otrząśnij się, Kazik, bądź jak zawsze! — zwrócił się nagle do towarzysza, ujmując go pod rękę. — Czy ci się tu nie podoba? Czy tu nie ładnie?... Co? Powiedz!?

— Ależ owszem! Bardzo ładnie!... — mruczał ten, chowając twarz pełną wrażeń. — Widzisz, ja tak dawno nie widziałem wsi, pamiętam ją, jak przez mgłę!

Byli na ganku i wchodzili do przestronnego przedpokoju, upiększonego jeleniemi łbami, skąd troje drzwi w trzy prowadziło strony. Skierowali się na lewo, gdzie rozlegał się gwar głosów i brzęk talerzy.

Długi stół, nakryty białym obrusem i obstawiony wyplatanemi krzesłami, obsiadło już sporo osób.

Miejsce naczelne, w głównym końcu, na fotelu zajęła pani Ramocka, jako pani domu. Po prawej ręce zasiadła pani Tołłoczko, osoba niezmiernej tuszy, oraz cokolwiek brodatej urody, daleka krewna Ramockich, trochę ochmistrzyni dorastających panien, ale głównie staropolska rezydentka.

Naprzeciw niej, po lewej ręce pani Ramockiej, siedział sztywno i prosto pan pułkownik Jaskulski, siwy, chudy jak szczapa, zwiędły, jak mumja, jegomość z podkręconemi po żołniersku wąsami: pod jego krzesłem leżał zwinięty w kłębek biały ponter w kasztanowate łaty. Dalej stały puste krzesła i widać było na stole szeregi talerzy z wędlinami, z serem, z chlebem, oraz wielkie półmiski kraśnych jak korale poziomek. Wszystko gorzało różowym blaskiem zorzy, lejącym się z pałającego nieba przez wielkie okna. Pogrążony w cieniu dalszy koniec stołu również był zajęty. Tam siedziała młodzież, a koło wielkiego błyszczącego samowaru celebrowała panna Małgorzata i uwijał się Kacper z serwetą na ręku.

Antoś wszystko to ogarnął odrazu radosnem spojrzeniem. Chwacko pocałował panią Tołłoczko w rękę, pułkownika w ramię i zwrócił się do młodzieży, która już wstała i otoczyła go kołem.

— Ach, już jesteście! Jak to dobrze!... Kiedyżeście przyjechali? — pytał, ściskał za ręce i całował się ze wszystkimi. — Pozwólcie, że wam przedstawię: mój kolega Kazio Piotrowski!... — Gdzieżeś się u licha zapodział? Kaziu!...

Oglądał się na towarzysza, który jeszcze odbywał cermonję zapoznawania się z dorodną panią Tołłoczko i chudym pułkownikiem. Wreszcie i Kazio znalazł się w gronie czekających nań młodzieńców. Zmieszany, z twarzą i wzrokiem opuszczonym na dół, podawał rękę kolejno i przyjmował wyciągnięte dłonie.

— Izyda vel Izydor Szczepański! — przedstawił mu się pierwszy z brzega, biały i kędzierzawy jak owca, piegowaty student.

— Karpowicz — medyk! — mówił drugi, szatyn z marzącemi, habrowemi oczyma.

— Włodzio!... — powiedział krótko trzeci, pucołowaty, jak dziecko, i ostrzyżony na jeża wyrostek.

— Bardzo mi przyjemnie, bardzo mi przyjemnie... — mruczał coraz niewyraźniej nieszczęśliwy Kazio.

Musiał się jeszcze ukłonić pannie Małgorzacie i... wyciągnął rękę do Kacpra, którego w tym rozruchu nie poznał. Ten uśmiechał się życzliwie i kiwał głową, ale ręki nie brał. Zmieszany ostatecznie Kazimierz nie wiedział, co z sobą robić, szukał więc ucieczki na ostatniem krzesełku, gdy okrzyknął go zdaleka dobrotliwy głos pani Ramockiej.

—Tutaj, tutaj, kawalerze! Prosimy bliżej, koło pułkownika! Antosiu, prowadź kolegę; niech zajmie miejsce!

— Blondyn, pójdź tu do nogi! — huknął tubalnie pułkownik na wyżła, który rzucił swą leżę pod jego krzesłem i z oznakami żywej radości napastował właśnie zbliżającego się Antosia.

— Tak, tak!... Chodź, Kaziu! Umieścimy się w sąsiedztwie tego ponętnego półmiska! Ja na to, jak na lato!... Ach panie... panie pułkowniku, jak tu pięknie!... Nie prawda?...

— Rozumie się, panie dobrodzieju, że nie Warszawa! — potwierdził pułkownik.

— Mamusiu, te jagody pewnie z Jatwiezi?

— Nie wiem, synu, baba przyniosła!

Znalazłszy się nareszcie na nieruchomem, poważnem krześle, jak rozbitek na skale wśród morza, Kazio odetchnął, a po niejakim czasie nawet podniósł cokolwiek oczy i począł ostrożnie oglądać obecnych. Gdy wtem poczuł, że ponownie grozi mu wielkie niebezpieczeństwo. We drzwiach wiodących do salonu zaszeleściły suknie i zadźwięczały srebrne głosy panieńskie.

— Antoś!...

— Zośka!... Panna Cesia!...

Zaszurgały krzesła, rozległy się pocałunki, poczem Kazimierz ze ściśniętem sercem usłyszał znowu sakramentalne:

— Pozwól, że cię przedstawię...

Kłaniał się, suwał nogami, ale głowy nie podnosił. O, nie!... Nie uczyni tego tym razem za żadne skarby! Wolałby spotkać się oko w oko z wilkiem, panterą, ze lwem, nawet... z duchem!

Siedział z oczyma spuszczonemi pod stół i jadł przykładnie wszystko, co mu Antoś Ramocki nakładał na talerz.

Tymczasem przy stole, w tym „młodym" jego końcu, z przybyciem panien zawrzała bardzo ożywiona i zajmująca rozmowa.

— Panno Zofjo, jakże dzisiaj powiodła się kąpiel? — pytał śpiewnie Izyda.

— Doskonale, wybornie!

— Ładnie, ładnie!... Znowu pan napsocił, znowu musiałyśmy czas tracić, aby powyrzucać z łazienki raki, żaby i inne brzydactwa!... — napadła nań panna Cesia. — Wstydziłbyś się pan, panie... studencie!... Taki... duży...

— A taki głupi!... — dokończył Izyda. — Ale spytam panią, skąd pani ma taką pewność niezgruntowaną i granitową, że to ja?... Może to właśnie pan... Karpowicz... Jako medyk, on z wszelką „żywnością" przestaje... Uinteligentnia ją... Więc to może jego „ochwiary“ postanowiły skrócić swe cierpienia...

— Wszystko pan zawsze zwala na innych. Nie weźmiemy pana zato po kolacji na spacer!...

— To istnieje taki tajny, a więc ponętny projekt? Bardzo przyjemnie!

— Właśnie — tajny!... Przy księżycu na Sobień.

— Pod Biały Kamień. Owszem, zgadzam się... — wtrącił poważnie Karpowicz.

— Nie wiem, czy co z tego będzie, bo chłopcy są zdrożeni i będą pewnie woleli pójść spać. A i pani Tołłoczko zmęczona; pod Biały Kamień trochę za wysoko!... A bez niej panny nie pójdą! — wmieszała się pani Ramocka.

— Proponuję na początek... raki przy łuczywie! — wtrącił łamiącym się basem Włodzio.

— A my co będziemy robiły?... — oburzyły się panny.

— Będziecie panie pływały na łodzi i przyglądały się połowowi ze środka stawów.

— Ja również będę się przyglądał ze środka stawów! — dodał poważnie Izyda.

Karpowicz milczał i patrzał znacząco na piec.

— Pełnia — nie będzie raków!... — mruknął pułkownik.

— Nie zgadzam się, bo na pewno się nie uda. A nie należy psuć lekkomyślnie takiej pysznej zabawy. Postraszone raki nieprędko się znowu u brzegów pokażą. Już lepiej na Sobień... Poprosimy tak pięknie panią Tołłoczko, kochaną panią Tołłoczko, że pójdzie z nami!... — wolał Antoś, dając znaki siostrze oczami.

— Niewczesne spory! Nic nie będzie z projektów, ani z raków, ani z Sobienia, gdyż ktoś zajeżdża!... — odpowiedziała spokojnie Zosia.

Istotnie za oknami głucho zaturkotały koła powozu, okrążającego murawę podjazdu.

Antoś, Włodzio, Izyda, Cesia rzucili się ku oknom, nawet pani Tołłoczko powstała z miejsca.

Wtedy dopiero Kazimierz podniósł oczy i, korzystając z powszechnego zamętu, spojrzał na siedzącą naprzeciwko pannę. Nigdy takiej i w dodatku tak zbliska nie widział. Była śliczna, jak zjawisko. Złote włosy, zwinięte w koronę, zdawały się ciężarem swym przechylać wtył głowę, od czego cudna, biała szyja gięła się wdzięcznie, jak u łabędzia. Pod białem czołem, pod brwiami, zarysowanemi równiutkiemi łukami, dwoje szafirowych oczu płonęło blaskiem srebrnym, księżycowym, jak u pani Ramockiej; małe koralowe usta wpółotwarły się w chwilowem zasłuchaniu.

— Pan Domański z synem!... — zwiastowano chóralnie u okien.

— Znowu więc będziemy gremjalnie umilać życie Radcy krajowego i Żyda wiecznego tułacza!... — westchnął żałośnie Izyda.

Kazio zauważył, że blada łuna przepłynęła po twarzy panny Zofji i nagle przymierzchła, uciekła gdzieś za koronkowy kołnierzyk bluzki. Zrobiło mu się czegoś bardzo przykro. Jednocześnie dziewczyna spojrzała przed siebie, i oczy jej spotkały się ze zdumionym wzrokiem chłopca. Zanim zdążył opuścić powieki, dostrzegł, że uśmiechnęła się życzliwie, i poczuł w piersiach nową zmianę, coś, jakby słodką, a bolesną pieszczotę serca.

— Niech panny pamiętają, żeby daleko nie odchodzić, bardzo proszę! — powiedziała pani Ramocka, wstając i kierując się ku drzwiom.

Do przedpokoju wchodził siwy, wysoki pan, w eleganckiem ubraniu letniem, wizytowem, z twarzą umiarkowanie pełną, z bokobrodami, przyciętemi na sposób „austrjacki", z rzadkiemi włosami, zaczesanemi na skroniach w kształt baranich rogów. Poza nim widać było niemniej dorodną i równie elegancko odzianą postać rudawego młodzieńca. Mrużył wypukłe oczy, uśmiechał się i składał ukłony, głową i całym sobą, idącej ku nim pani Ramockiej.

Kazio odrazu domyślił się, że to ten pan jest właśnie Żydem wiecznym tułaczem.

II.

...Działo się to, niewiadomo kiedy...

...Huknął strzał, a potem rozległo się wojenne wycie Irokiezów...

— Uchu-ha-aa-iyya-o!...

Kazio jednym rzutem siadł na łóżku i z trudem odmykał zaspane powieki.

— Co?... Gdzie?...

Przez naoścież otwarte okno lał się blask słonecznego dnia, zielony, jak w puszczy, jaskrawy, jak w bajce... Tęgie kędzierzawe gałęzie szeleściły tajemniczo w podmuchach gorącego wiatru...

— Śni mi się, śni!...

Chłopak zamknął oczy i znowu pochylił na poduszki ociężałą głowę, gdy poderwał go powtóry strzał i straszny krzyk:

— Do broni!... Do broni!... Wstawać!

Znowu siadł na posłaniu i tym razem rozpoznał pośrodku pokoju Antosia w bieliźnie, strzelającego raz po raz z dwóch krucić w rozsłonecznioną głąb sadu.

— Ach, to ty!... A mnie wydało się, że to sen!... — rozśmiał się wesoło.

— Ładny sen. Już blisko południe i przyszedł leśnik powiedzieć, że w Jatwiezi wilki... Wilki, rozumiesz...

Antoś chwycił wojowniczo za krętą trąbę, wiszącą na zielonym sznurku przy jego boku, nadął rumiane policzki i zatrąbił, jak Wojski. Na ten głos chmara ogarów ozwała się z dziedzińca i dopadła okna z radosnem szczekaniem.

— Zagraj!... Łaska!... Dogoń!... Srogi!... Bywaj!... Do nogi!... Tu-u!...

Piękny, czarny, rudo-podpalany pies, który spinał się na podoknie, podebrał pod siebie łapy i jednym susem znalazł się u nóg Antosia. Reszta poszła za jego śladem i rychło w pokoju zakotłowało się od czarnych ciał, burych łap, kosmatych ogonów. Wszystko to tarzało się po ziemi, skakało, szczekało i piszczało z niezmiernej uciechy dokoła nieprzestającego trąbić na rogu Antosia. — Wkońcu z za okna wyjrzała nieśmiało biało-żółta morda wyżła.

— Chodź, stary!... Chodź, chodź!... Blondyn pójdź tu do nogi!... — buchnął Antoś głosem pułkownika.

Wyżeł lekko skoczył, a znalazłszy się na podłodze wśród tak licznego i dobranego towarzystwa, jakby z wielkiej uciechy i zawstydzenia zakiwał prawą łapą w powietrzu tuż przy pysku. Bez względu na to, oraz na pokornie i przypochlebnie przytulone do łba uszy przybysza, ogary nasrożyły się, opuściły z kłów dolne wargi i, zerkając zukosa na siebie, zawarczały. Antoś przyglądał się chwilkę z ciekawością psiej scenie, zauważył przerażenie Blondyna, wrogie zamiary reszty, i nagle błysnęła mu szczęśliwa myśl...

— Chodź stary! Nie damy cię... Znajdziemy tu dla ciebie doskonale schronisko, skąd będziesz miał śliczny widok!... Chodź, chodź!...

Ujął go za obrożę i powlókł ostrożnie przez coraz groźniej następującą zgraję ogarów do trzeciego stojącego w pokoju łóżka. Blondyn, bardzo zaniepokojony o swoje łydki, lękliwie stąpał, podwinąwszy ogon pod siebie. Dopiero, zaproszony przez Antosia do skoku, dał śmiało susa, a znalazłszy się na łóżku, wyszczerzył stamtąd na nieprzyjaciół zęby.

— A, to tak!... Patrzcie go! To psi syn!... Wśród wrogów ogon podwija a w bezpieczeństwie zęby szczerzy! Tchórzu i niewdzięczniku! Huzia na niego!... Bierzcie go... Łaska!... Srogi!... Zagraj!... Huzia!... Tuj!...

I znowu zagrała trąba, podjudzając psy. Znowu zawrzało w pokoju, a gdy nadomiar padł strzał, ogary rzuciły się hurmem i po krótkiej walce zdobyły łóżko. Ale nagle z kłębu psich ciał wynurzyła się góra pokryta kołdrą. Rozdzieleni przez nią przeciwnicy potoczyli się w różne strony; znaczna ich część spadła zpowrotem na ziemię, resztę zepchnęła para energicznie pracujących nóg. Został jedynie wtulony w kąt Blondyn. Jednocześnie z pod kołdry wysunęła się rozczochrana głowa Włodzia.

 

— Co ty wyrabiasz, pało jakaś!?... To już, doprawdy, zakrawa na świństwo!... — rzekł flegmatycznie i wyciągnął rękę do blaszanki z tytoniem, stojącej obok na nocnym stoliku.

— Świństwo: powiedziałeś!?... Tak!?... Obraza!?... Dobrze!... A więc, Zagraj, Łaska!... Srogi!... Bierzcie go!...

Wśród ogarów znowu się uczynił ruch; ale zrozumiały widocznie, że to żarty, gdyż ograniczyły się na piskach i skokach dookoła rozbawionego Antosia.

Daremnie ten trąbił, strzelał, nawoływał i szczuł, wskazując na Włodzia; skończyło się na tem, że oszalałe z uciechy psy pokładły się dokoła jego stóp na grzbietach, pokazując brzuchy i rozkładając tkliwie łapy.

Nie wiedział, co z niemi robić, uszczęśliwiony i zakłopotany: pochylał się nad niemi z czułemi słowami i pieścił je, wprawiając w coraz słodsze omdlenia.

Przy tem zajęciu zastał go Józio, który wszedł z wielkim trzaskiem do pokoju i zapytał zaraz surowo:

— Co wy tu wyrabiacie?... Wincentowa przyleciała do dworu i mówi, żeście się pobili, a nawet może pozabijali, że do siebie strzelacie, że słyszała na własne uszy śmiertelne jęki!... Antosiu, stoisz tutaj w bieliźnie, jak żona Lota...

— Ha, ha!... Paradne!... Dwója z religji!... Jak Boga kocham! Żona Lota!... To nie wiesz, że ona zamieniona została w słup soli!?

— Cóż w tem śmiesznego!? Dosyć, młokosy jesteście!... Matka niepokoi się... Już południe, a wy jeszcze na śniadaniu nie byliście. Panna Małgorzata nie wie, co robić: czy na was jeszcze czekać, czy na obiad nakrywać...

— Nie gniewaj się, Józiku!. Przecież to pierwszy dzień w cudnem naszem, kochanem Zaciszu!... po egzaminach, po takiej orce!... Pomyśl! Cóż złego, że chciałem sprezentować Kaziowi nasze ogary? Mogłyby go pogryźć, gdyby pokazał się na podwórzu nieznany!... Co? Może nie!?

— No... ale... bójcie się Boga! — przemówił Józio udobruchanym głosem. — Niepodobna życia wywracać do góry nogami!

— To się wie, Józiu! Powiedz, że my zaraz przyjdziemy. Uczynimy to lotem błyskawicy, powtórzymy bitwę pod Kircholmem, atak pod Somosierra, zdobycie armat pod Wielkiemi Dębami!... Wszystkie piorunowe czyny naszych przodków! Raz, dwa, trzy!... Tru-tu-tu!...

Antoś znowu zatrąbił, a ucichłe na chwilę ogary odpowiedziały skomleniem. Józio zatkał rękami uszy i wyniósł się z pokoju.

— Dosyć, chłopy! Włodziu, zrób mi „pipę“, ale... byczą, słyszysz!? Myjemy się niezwłocznie! Wstawaj, Kaziek! Raz, dwa, trzy!...

Włodzio wyrwał z książeczki papierosowej ćwiarteczkę bibułki, nasypał na jej środek garść tytoniu i, zwinąwszy misternie wielką gulę, wetknął ją do trzcinowego munsztuka.

Antoś wziął ją i uroczyście zapalił.

Nikt na świecie nie umie robić takiej wspaniałej „pipy“, jak Włodek! Ale zdaje się, że jedynie tego uczą was w tej waszej Rydze!...

— No, bez przytyków!... — bronił się Włodzio.

— Matka pozwala mi palić w czasie wakacyj, byle tylko nie przy niej, — usprawiedliwiał się Antoś przed Kaziem. — Doprawdy, wstawalibyście, bo już późno. Po obiedzie może istotnie wybierzemy się do Jatwiezi, co?

— A nacóż ty sam czekasz?

— Nie troszczcie się o mnie, morowe koślawce: już ja będę w mgnieniu oka!

Wśród śmiechu, chlapania, żartów, próbowania mięśni i krzyków na swywolące psy ubierali się przyjaciele, podczas gdy Włodzio, leżąc na pościeli bez ruchu, ćmił w milczeniu „pipę“ za „pipą“.

Podczas obiadu z powodzi omawianych na popołudnie rozrywek wyłonił się projekt, który wszystkich pogodził, mianowicie — wycieczka nad Rwę wozem drabiniastym z samowarem i podwieczorkiem. Nawet pułkownik z nieodstępnym Blondynem miał się do wyprawy przyłączyć, licząc, że mu się uda przy okazji zapolować na bekasy na łąkach nadrzecznych. Daremnie jednak chłopcy prosili, aby im również pozwolił zabrać dubeltówki.

— Ani mi się ważcie!... Będziecie mi pukać pod samym nosem, już ja was znam!... Jeszcze mi postrzelicie Blondyna!...

Panna Małgorzata udała się do śpiżarni, aby zapakować do koszy prowizję, panny poszły na górę przebrać się, Józio naradzał się na ganku ze stangretem Wincentym, jakie zaprząc konie, gdy wpadł od bramy zdyszany Grześ, młodszy brat Kacpra, i przerażonym głosem jął opowiadać, iż przed chwilą w opłotkach, w oczach idących na pole ludzi, ogromne wilczysko rzuciło się na stado gęsi, przewróciło Tomka-gęsiarka i gęsi podusiło:

— Dwie zabrał i poniósł, a reszta leży!

— Jakto: leży? Przecież słyszę, że krzyczą!... — zdumiał się Józio, słuchający markotnie opowiadania.

— Już nie wiem, doprawdy, proszę łaski pana! Bo się tam zrobił taki gwałt, że zara do dworu poleciałem. W bramie sobie wtedy stojałem, widziałem ino, jak wyskoczył, niby wielgachny pies, i zara Tomek do niego z kijem, a zamiast tego nogami wyfiknąl... Ludzie wołali, że wilk, więc mówię, że wilk... ale może to był Sikorów pies, gdyż rychtyk do niego podobny a taki sam szkodnik!...

W tej chwili wpadła w bramę biała chmura wystraszonego ptactwa.

Wrzaskiem, łopotem skrzydeł, gęganiem wywabiła mieszkańców obu dworów na ganki. Za ptactwem nadbiegł płaczący Tomek, jakieś dwie dziewuchy i chłop przechodni.

— Dwie wzion!... Ja go bez pysk, a on mnie łbem w brzuch!... — szlochał Tomek.

— Juści... sprawiedliwie! Tak było!... A bedzie ze źrybioka!... — przytwierdzał chłop.

— W grochu się schował!... — Widziałyśma!... zaświegotały dziewuchy.

— Istotnie, Józiu, trzeba coś przedsięwziąć... Niesłychane! — zauważyła pani Ramocka.

— Mówiłem Kalasantemu, żeby trutkę położył. Ale cóż: ten gamoń z wronami teraz wojuje, bo mu pan Opacki za głowę grosz płaci, bałamuci go w... imię popierania krajowego rolnictwa... — cedził z goryczą Józio.

— Onegdaj do źrebaka gniadej chycał, gdy ją z pastwiska pędzono, a wczorajszej nocy, to, proszę łaski pani, wziął, za przeproszeniem, u Kubika... świnię. Pięć ich tutaj bestjów banduje... Chodzą od Jatwiezi na Sobień i zpowrotem... Z lasów rządowych przyszły — objaśniał ostatecznie Wincenty.

Stali na ganku i namyślali się, patrząc na siniejącą daleko smugę Jatwiezi, na białą figurę Świętego Jana Nepomucena, wznoszącą się wśród płachty zielonego grochowiska.

Wtem wpadł na ganek Antoś, wiodąc za sobą Kazia i Włodzia.

— Cóż!? Wilk!... Słyszana rzecz?... Tuż pod dworem!... Wobec wszystkich!... I cóż? My nic, nic na to? Nie można tego przecie tak płazem puścić... Gospodarują sobie, jak w puszczy!... Więc jakże? Cóż ty na to, Józiu?... Cóż? Słyszała mama? O sto kroków od bramy! Niesłychane! Niepodobna im tego darować... Co one sobie myślą? One niedługo ze stajni mi wierzchówkę wywloką, a w zimie, co będzie, niewiadomo. Nosa pokazać nie będzie można,jak się to rozmnoży i rozzuchwali... Powiadam mamie, że płazem im tego żadną miarą puścić nie można!...

— Źle ci w głowie, dziecko! Co chcesz robić? Powiadają, że ich pięć sztuk!...

— To nic! Grankulki mamy i kul parę widziałem u Józia! Zaraz ruszamy... Niech tylko mamuchna pozwoli!... Weźmiemy pojedynkę od pana Orszy i uzbroimy Grzesia... A każdy z nas ma przecie swoją dubeltówkę...

— Niech im ciocia pozwoli. Choć nie zabiją, w każdym razie przepłoszą szkodników!...— szepnął Józio do pani Ramockiej.

Ta spojrzała na rozgorzałe oczy syna, na wyczekujące twarze chłopaków i kiwnęła głową z uśmiechem.

— A idźcie, jeżeli tak chcecie koniecznie!... Siebie jeno nie postrzelajcie, pamiętajcie!...

— Niech się mamusia nie boi!... Wiemy wszystko doskonale!... Hej, Włodziu, każ osiodłać wierzchówkę i skocz do pana Orszy... I nawet, jeżeli go w domu nie zastaniesz, to weź pojedynkę, co wisi nad łóżkiem. Przeprosimy go potem, że w takim wypadku... A ty, Kaziu, chodź ze mną!... Grzesiu, machaj do panny Małgorzaty, żeby nam przygotowała chleba, sera i wędliny, a niemało, bo to wyprawa na długo... Przymów się o butelkę wiśniówki... może nas noc zaskoczyć w lesie, a w nocy zimno!... Wątpię, żebyśmy wrócili przed północą. Tomek, opowiadaj dokładnie, jak było, i gdzie on się schował... A nie łżyj, bo tu o ważne sprawy chodzi. Chodź z nami do starego dworu, będziemy przygotowywali naboje, a ty opowiesz tymczasem szczegółowo, żeby czasu nie tracić ani chwilki... Rozumiesz!?

— Oj, oj!... Żeby go też panicz ustrzelił, toby było dobrze!... — jęknął z zawziętością Tomek. — Bo to tak było, proszę panicza, kiedym pognał „ptoki“... po pełdniu... — zaczął znowu płaczliwie.