Dary Wiatru Północnego

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wacław Sieroszewski

Dary Wiatru Północnego

Saga

Dary Wiatru PółnocnegoZdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 1936, 2020 Wacław Sieroszewski i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726426045

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Rok był zły, nieurodzajny, a przednówek taki srogi, że nawet u zamożnych gospodarzy mysz w śpiżarni niebardzo się mogła pożywić.

Wdowa, komornica, mieszkająca na końcu wioski w ubogiej chałupce, dawno już głodowała. A ponieważ lepsze kęski wtykała zawsze synowi i sama ledwie coś niecoś czasem liznęła, więc od tego niedojadania zaniemogła. Położyła się na ławie i zipie:

— Zaco to nas taka kara boska spotyka!? Czyśmy to nie pracowali? Nie harowali od świtu do nocy?!... Czyśmy długów nie płacili?... Czyśmy ludzi krzywdzili?... Na cudze się łakomili? Oj, oj! Niema na świecie sprawiedliwości!... Niema! Och, och!...

— Nie gadajcie, matulu, nie krzywdujcie sobie... Robili my pięknie, co na nas przystało, to teraz możemy każdemu w oczy śmiało spojrzeć i swego nie popuścić! — pocieszał ją syn, Tomek.

— Niema już co, synku, popuszczać, niema!... Rychło pomrzemy!...

Tomek popatrzał na chorą żałośnie.

— Jak mamy umrzeć, matulu, to poco tę krzynkę mąki w komorze chowacie?

— Dla ciebie, synku, dla ciebie!... Może jakoś do zwiesny zdołasz przedychać... A potem dostaniesz robotę, poprawisz się...

— Nie, matulu, nie zgodzę się na to! Kiedy umierać, to razem!... Przyniosę ja tę mąkę, zagniotę klusek, ugotuję... Najemy się do syta, matulu, a jutro, co Bóg da!... Choć się poweselimy przed śmiercią!... A może się jeszcze wszystko na dobre obróci!... Wróżyła mi przecie cyganka, że będę królem!

— Gdziezaś królem!... Choćby dobrym gospodarzem!...

— Tyle mi do gospodarza, co i do króla!... Dlaczego niemam sobie podchlebić!? Teraz to każdy los swój w swojej garści nosi!... Tylko nie należy żałować mozołu...

— Nie żałowaliśmy, nie żałowali, a co z tego?... — jęczała chora.

— Więc pójdę, matulu po tę mąkę, co?!

— Ano rób, jak chcesz! Najedz się na ostatek, a potem to mię starą rzuć i w świat idź szukać roboty, bo tu nic nie wysiedzisz!...

Wziął Tomek miskę i poszedł przez sień do komory.

Wiatr zimny marcowy bił w chałupę, jakby się z nią mocował. Strzechę na niej potargał, pokruszył; za węgły, za zręby chwytał, że aż skrzypiały i stękały, jak żywe. Zimno było tak, że Tomkowi w lot ręce zgrabiały. Ale jakoś mąkę z dzieży wytrząsnął na misę, stare ciasto z dna i ścianek pilnie wyskrobał i niesie wszystko do izby zpowrotem. Wtem, kiedy drzwi do komory zawierał, jak nie dmuchnie mu wietrzysko w miskę; mąka niby dym buchnęła mu w twarz, oślepiła, a po chwili, gdy przetarł oczy, już na misce nic nie znalazł — czyściuchna była, jakby wymyta. Wyskoczył ze złości za tą mąką na próg, a wietrzysko mu tam jeszcze czapkę z głowy zwiało, śmieje się, chichoce, gwiżdże na kołkach płotu, na badylach starej wierzbiny... A mąka jego niby biały obłoczek wieje nad grudą, nad błotną drogą.

Zapamiętał się chłopak, zaklął, po czapkę skoczył, schwycił ją, mocno na uszy wcisnął i czerwoną z gniewu twarz do wiatru zwrócił:

— To ci psota!... Rabuśnik!... U najbiedniejszego ostatnie zabierać!

Spojrzał na chatę, która trzęsła się cała niby wystraszona kura, na małe, ciemne okienko, przez które nagle wyjrzała chuda twarz matczyna, i pięścią się po łbie prasnął:

— Zamrze, ani chybił!... Poco ja będę do niej chodził, ją tylko martwił!... Lepiej pójdę w świat za tą moją mąką... Abo nie!... Nie może być, żeby wolno było ludziom ostatnie zabierać!... Ja do niego, do rabusia, dojdę i choć mu w żywe oczy prawdę powiem!... Choć mu naurągam!... Złodziej wietrzysko i tyle!... Z cudzego żyje! Zabiera, nie pyta... Ale ja mu ta swego nie daruję... Matulę, jak mnie nie będzie, to sąsiedzi może poratują... Nic tu sam nie zrobię!

Zwrócił się twarzą do wiatru, czapkę poprawił, pochylił się i poszedł. Wiatr koło uszu mu gwizdał, podśpiewywał, prześmiewał się, pięściami w piersi go walił, a Tomek nic; łbem powietrze bodzie, a wciąż idzie, choć mu się nogi na oślizłej grudzie raz wraz rozjeżdżają. Zabiera go wiatr to z tej, to z tamtej strony, obraca, poły sukmany aż na głowę mu zarzuca, oczy ślepi, szczypie coraz srożej w policzki, w ramiona, w kolana, a on nic, precz idzie... Usta zaciął, pięści ścisnął, z trudem dycha, a idzie. Idzie wprost tam, skąd wiatr wieje, wprost przeciw wiatrowi. Nawet nie patrzy. Raz jeno oczy podniósł i aż mu serce struchlało: chmurzyska okropne się kłębią na niebie, a pod niemi las się kłania od wichru czubami, niby żyto kłosami.

Była już noc, kiedy się nareszcie dowlókł przez zziębłe pola do tego lasu. Okazało się tu cieplej i ciszej; wgórze nad nim, coprawda, skrzypiały gałęzie i leciały stamtąd szyszki i sęki, ale w dole ledwie-ledwie go owiewał zimny dech wichury. Bał się iść w las głęboko, żeby nie zbłądzić, a i w ciemnościach, jak smoła czarnych, tu i tam migały jakieś zielonawe brzydkie podwójne ogniki i poprzez szum boru zasłyszał parę razy stąpania czającego się zwierza.

— Wilki! Trza ogień palić, a to zjedzą!...

Szczęściem hubkę i krzesiwo miał ze sobą. Rychło nazbierał suchych chróściaków, trawy, kory żywicznej, iskier skrzesał i rozpalił ogieniek. W sam czas, bo już zupełnie blisko w chróściaku brzydko trzasło i rozległo się niby psie mruczenie. Bestje krążyć zaczęły dokoła niego, coraz to błyskając w ciemnościach zielonawemi ślepiami. Paliwa miał mało, choć wszystko wokoło zeskubał, zebrał na ognisko.

— Nic nie poradzi!... Trzeba leźć na drzewo!... — postanowił.

Wybrał gałąź co smolniejszą i, machając nią jak pochodnią, poszedł szukać jakiej poręcznej, rosochatej sosny. Wilki wciąż szły za nim. Bał się wprost leźć na drzewo, żeby go za nogi nie ściągnęły, więc przedtem mały ogień opodal rozniecił i dopiero w jego blasku wgramolił się po grubym pnisku na górę i siadł na wielkiej rososze, jak na koniu. Kołysało go tu, kołysało, jak na morzu. Korona sosny chyliła się to w tę, to drugą stronę, jakby się ot-ot ułamać miała. Skrzypiały sękate gałęzie, jęczał pień, szumiała targana wichrem czupryna igliwia. Zewsząd leciał łoskot, poświst, sypały się szyszki i sęczki... Siedział Tomek na gałęzi niby na rozbujanej szalenie huśtawce, ledwie żywy ze strachu, że się wszystko razem z nim ułamie i zwali wprost w paszczę wilczysków. Ale przyzwyczaił się rychło, spostrzegł, że sosna, choć skrzypi, jednak jest mocna, pasem się do konara przywiązał i niedługo zdrzemnął się.

I śniło mu się, że go matula kołysze, a siwy dziad z ogromnem brodziskiem dmucha nań i śmieje się, aż mu się opasły brzuch trzęsie... Patrzał nań, patrzał, aż jak wrzaśnie:

— A tuś mi, wietrze północny!... Dawaj mąkę!...

A z dołu mu odpowiada:

— Uuu!... uu!... uu!...

Obudził się. Oczy otwiera. Nie rozumie, gdzie jest, lata niby wrona w powietrzu, tam i napowrót wraz z czubem drzewa. Dokoła szum, jęk, gwizd, a pod nim daleko ciemne rozłogi polne i leśne, pełne siwego świtania.

— Uuu-u-uu!... — znowu doleciało go z dołu.

Spojrzał i odrazu oprzytomniał. Siedem ogromnych, burych wilków siedziało pod drzewem, ostre mordy do góry zadzierało, patrzało nań, jak na dojrzałą ulęgałkę, rychło im w paszcze spadnie, i od czasu do czasu wyło przeciągle. Co tu robić? Jeść mu się chciało, zimno mu było, bolało całe ciało od niewygodnego snu. Eh! Bodaj to u matki w ciepłej chałupie!...

Ale nagle przypomniał sobie smutną, zbolałą twarz starej, wyglądającą za nim przez szybkę, i ogarnął go dawniejszy gniew:

— Przeklęty wiatr północny! Jedlibyśmy sobie teraz właśnie kluski gorące, bo napewnoby z wczorajszego zostało!

Zaczął przemyśliwać, jak wilki odegnać.

Rozejrzał się po sośnie. Duża była, stara, sękata i smolna. Siedział w jej wielkich rosochach jak w gnieździe bocianiem.

Chodziło mu po głowie, żeby wilczyska ogniem postraszyć. Ale jak?... Zaczął odłupywać kozikiem żywicę, korę, lepić gałki. Ulepił wielką, jak pięść, gomółkę, zapalił i gorejącą cisnął na największego kudłacza. Przylepiła mu się do szerści na grzbiecie. Wilczysko z początku nie zrozumiało, co się stało. Zerwało się i zęby wyszczerzyło. Ale kiedy kudły mu się palić zaczęły, kiedy gorąca żywica zaczęła go do żywego przypiekać, zakraczał i dalejże w kółko się kręcić, aby zębami płonącego miejsca dostać. Zbiegli się towarzysze-wilcy, patrzyli na wyskakującego w dymie i ogniu brata, nic nie rozumiejąc, aż wilk potoczył się, któregoś z nich potrącił, z bólu zębami go w bok uciął i zaczęli się gryźć. Inni też dalejże na nich, zachęceni wielkim ruchem...

Lecą kłaki, leci piana na wszystkie strony, a wilczyska kłębem taczają się po ziemi. W tej bijatyce zgasła zduszona smolna gomóła. Pomęczyły się bestje, parę ich ze skomleniem uciekło, ale reszta położyła się znowu na ziemi wokoło drzewa z wywieszonemi ozorami, spoglądając łakomie na Tomka. Tylko ostrożniejsze pokładły się już dalej, pochowały po krzach tak, że im stamtąd ino krwawe pyski widać było i błyskały zielone ślepia. Nie mógł ich tam Tomek swemi gorejącemi pociskami dosięgnąć. Jeszcze jeden rzucił, ale nie doleciał, upadł na ziemię i zgorzał. Podniosły się wilczyska i dalej odeszły, zupełnie w gąszcz się zaszyły, widział jednak Tomek ze swej wysokości, że są, że go pilnują.

 

— Niema rady, przyjdzie zmarnieć tu z głodu i ziąbu! — rozmyślał markotnie.

Próbował wołać:

— Olaboga!... ludzie, ratujcie!...

Ale gdzie tam! Szum, rozruch, stękanie w borze od wichury szło takie, że sam swego głosu nie słyszał. Poglądał, poglądał żałośnie na drogę, co się skrajem lasu wiła — może kogo Opatrzność przyniesie!

— Nic nie widać. Kąt głuchy, bór dziki. Kto tu chodzi?! Chyba jaki leśnik... Ale w takie wietrzysko, to i on woli w chałupie siedzieć!

Dopiero pod wieczór coś zaczerniało pośród pola. Widzi Tomek, wilki też w tę stronę pomykają jeden za drugim, wypełzły na skraj lasu, w jedną stronę wytknęły pyski. Po drodze coś się wolno zbliżało.

— Ee! Niech co chce będzie! Zlezę i jak zacznę prać bestje, to mnie popamiętają!... — myślał sobie Tomek.

Ułamał dwie dobre gałęzie, rozszczepił je, w rozszczepy wsadził żywiczne gomółki, co mu zostały, naszykował krzesiwo, pas podciągnął i czeka.

— Jak to z pola przyjdzie, to wilki nań się rzucą, a wtedy szusnę na dół!... Może to krowa albo koń, to go będą żreć, o mnie zapomną!...

Ale to nie była ani krowa, ani koń, tylko dwóch żydków. Już ich Tomek dobrze widział, jak szli, zgiąwszy się pod wiatr, a cug im długie chałaty rozwiewał. Jeden dźwigał wielką basetlę, a drugi skrzypce pod pachą chował.

Wilczyska przyczaiły się wśród traw zeschłych i krzów, przywarowały przy samej ziemi. Czekają.

Żal się zrobiło Tomkowi żydków. Krzyczy, woła z całych sił:

— Wilki! Ho, ho, ho! Wilkiii!... Pilnuj!...

Gdzie tam: wiatr głos jego precz w las odrzuca, w szumie i łomotaniu gubi. Widać jednak, że coś tam do żydków doszło, bo się zatrzymali i rozglądają. A wilczyska do nich.

Skamieniały żydki. Nawet głosu nie wydały. Widzi Tomek tylko, że skrzypek smyk z chusty wyciągnął i na wilków go wystawia, a basetlista za basetlę się schował.

— Źle! Zjedzą ich!... — pomyślał Tomek, zsunął się na dół i zaczął swoje pochodnie zapalać. W przeloty między krzakami wciąż spogląda, co wilki robią. Te z początku powoli, a potem coraz prędzej pomykały do żydków.

Wtem zahuczała basetla, zaświegotały skrzypce, urznęła muzyka siarczysta, jak na najbogatszem weselu. Żachnęły się wtył wilki na ten głos, aż łapami zaorały grudę. Wstrzymały się, mordy wytknęły, patrzą, węszą... Nic podobnego nie widziały i nie słyszały w swem wolnem życiu. Ostrożnie otoczyły kołem grających żydków, przysiadły na ogonach, zbliżyć się nie śmią, słuchają. A żydzi stanęli do siebie plecami i precz tną od ucha obertasy, kujawiaki, mazury... Wszystko głośne, wszystko żwawe, aż w Tomku dusza się śmieje... Wilki paszcze rozdziawiają, mruczą, ale zbliżyć się nie próbują. Jeno kiedy skrzypce bardzo już cienko zawiodą, niektóre z nich aż łapą koło ucha machną i cichutko zawyją...

— Pomdleją im ręce, pomdleją! Pójdę ja na wilczyska, póki czas!... — szepnął Tomek.

Wyskoczył z gęstwiny, dwie pałające pochodnie, jak dwie dzidy, przed sobą wytknął i popędził.

— Oho ho!... Hu ha!... Tu tu tu! Tuj!

Wiatr płomienie pochodni rozdymał, skry z nich leciały słupem, dym czarny walił — nie do człowieka Tomek podobny był, lecz do piekielnego stwora. Obejrzały się wilki, zerwały. Przestały grać żydki; dopiero, gdy Tomek blisko podbiegł, jak znowu utną! Nie wytrzymały bestje, wzięte w dwa ognie, podwinęły ogony i poszorowały w las, szybciej od wiatru.

— Hu-hu-hu!... Tiu-tiu-tiu! — hukał i gwizdał na nie Tomek, potrząsając pochodniami.

— Aj waj! Śmiały pan jest chłopak! Bóg panu zapłać!... W nocy toby nas zjadły.. W nocy to i granie nie pomoże! Niech im się złe przyśni... Pfu! Taki brzydki zwierz! Niech ich gęś kopnie! — przemówił wreszcie basetlista, ciężko wzdychając.

— Ty im, Mojsie, nie życz źle, bo jeszcze wrócą! — wstrzymywał go skrzypek.

— A pan skąd jest, panie chłopiec?

— Jestem z Glinianej.

— Z Glinianej, to daleko, to jeszcze za naszem miasteczkiem...

— A kto pan będzie?! Co?

— Chodźcie przedtem do boru, rozpalimy ogień, bo jak się smolaki dopalą, to wilki mogą wrócić!

— Juści, że mogą wrócić! Kto im zabroni, tym szelmom?! Jak one nas nastraszyły... Ja już myślał, że ja umarł... Żeby ich zdusiło!

— My szli do drugiego miasteczka! — przerwał mu ostrożny skrzypek, oglądając się za siebie. — Tam bogaty kupiec, może wy słyszeli, Berek, co zbożem handluje, wydaje córkę zamąż... To bardzo bogaty kupiec... My chciały zarobić... Bez ten wczorajszy wiatr, to my się spóźniły... W basetlę dmie jak w żagiel...

— A wy, panie chłopiec, dokąd idziecie? — spytał basetlista, grzejąc ręce u rozpalonego przez Tomka ogniska.

— Idę, do północnego wiatru!...

— Ny, wolne żarty!... Do którego wiatru?... Do tego co wieje?!

— A do tego!

Żydki zamilkły.

— A jaki pan ma interes do tego wiatru?... — spytał wreszcie ostrożnie basetlista.

— On nas z matulą skrzywdził! Ostatnią garść mąki wywiał!... Będę żądał zwrotu. Albo co?

Żydki cmoknęły i spojrzały na niebo.

— Wie pan co, panie chłopiec?... Może nas pan lepiej odprowadzi do miasteczka, to my panu za to damy złotówkę.

Tomek pomyślał.

— Nie, nie pójdę z wami... Muszę się śpieszyć... Bo jak przestanie wiać, to jak do niego trafię?... A i pieniądze mi niepotrzebne. Głuchym borem, pustyniami pójdę, poco tam pieniądze, tam nic kupić niemożna...

— Pieniądze zawsze dobrze mieć!

— Lepiej dajcie mi jeść, jeżeli macie, bo nie jadłem od wczoraj od rana!

— Ajaj!... — cmokły żydki. — My wam damy wszystko, co mamy... Wy nas zbawiły... My wam damy białą bułkę i gotowanych jaj, ale niech pan nas do miasteczka odprowadzi!... Tam są mądre ludzie, to panu może krótszą drogę do tego wiatru pokażą!...

— Nie, nie pójdę! — upierał się Tomek. — Jak co robić, to robić! Jak wiele srok za ogon trzymać, to nie zdoli się żadnej. Smolniak wam zrobię, skrzypki macie; machajcie smolniakiem i grajcie! Nie pójdą za wami wilki, nie pójdą!...Prędzej za mną pójdą!...

— I za to niech panu Bóg da zdrowie!... Niech pan sobie pierwej podje... Tu bułka, a tu są jajka, a tu ząbek cebuli... Niech pan je na zdrowie!

Zgłodniały Tomek zajadał, aż mu się uszy trzęsły. Żydki przyglądały mu się z pod oka i szwargotały między sobą.

— Wie pan co, panie chłopiec, że choć te wilki być może za panem pójdą, to niech pan lepiej nas odprowadzi... My panu damy czterdzieści groszy!... Co?... Nie chce pan?... To niech pan nas odprowadzi do karczmy na rozstaju... Do tej karczmy, co w niej siedzi Krzywy Grzela... Pan zna Krzywego Grzelę?... Nie zna pan?... — gadał basetlista.

— On bardzo mądry! On mądrzejszy nawet, niż jeden żyd... — wtrącił skrzypek.

— Co ty mówisz, Mordko?!... On mądrzejszy, niż dwa żydy, niż trzy, niż pół tuzina żydów... — krzyknął basetlista.

— On mądrzejszy od jednego cygana!... — poprawił Mordko.

— No tak! On mądrzejszy od jednego cygana! On wszystko wie, on panu drogę do tego wiatru pokaże... A myby sobie razem z panem szli... Coby panu szkodziło, żeby my z boku szli?... Droga szeroka!... A tam dalej do miasteczka, to myby sami poszli... Tam dużo ludzi mieszka, dużo kolonij po drodze, dużo psów... Tam wilki nie chodzą nawet w nocy... — dowodził basetlista.

— A stamtąd idzie droga, którą wszyscy chodzą do wiatru... Jak strzała na północ... Pan, panie chłopiec, będzie musiał i tak na tę drogę wyjść... tylko lasem przez gąszcze... To pan jeszcze dwa razy dłużej pójdzie, niż drogą!... — dogadywał skrzypek.

Tomek poglądał na huczący od wichru las, na ciemne niebo, z którego zaczął deszcz kropić, i dał się namówić. Zrobił parę pochodni, zapalił jedną i poszli powoli błotnistą drogą. Żydzi wciąż wypytywali się go o wiatr północny i jaki on ma do niego interes.

Tomek bąkał ni to, ni owo, bo sam dobrze nie wiedział.

— Nie mam interesu, ino krzywdy mojej dochodzę!... — bronił się.

— Ny, a co pan zrobi, panie chłopiec, jeżeli tam wkońcu tego wiatru nie będzie nic... tylko taka sobie wielka, pusta dziura, z której dmucha i dmucha? — spytał ciekawie basetlista.

— A to ją zatkam!... — mruknął gniewnie Tomek.

Żydki znowu między sobą poszwargotały po żydowsku.

— To już ja pana poproszę, panie chłopiec... — zaczął po chwili skrzypek — żeby pan całkiem tej dziury nie zatykał... Niech pan z łaski swojej małą dziurkę zostawi... Ja mam konia i czasem sobie jeżdżę, szmaty kupuję, to mu dobrze jest, jak trochę dmucha, muchy i komary ogania!

— Niech pan uważa, panie chłopiec, że jak zupełnie nie będzie żaden przewiew na świecie, to zrobi się wielki zaduch!... — wtrącił basetlista — a od tego może być jaka choroba!

— No i wiatraki przestaną mleć!... — dodał skrzypek.

Nie wiedział Tomek, co im odpowiedzieć, ale ustąpić nie chciał, więc milczał. Było mu jednak z nimi coraz gorzej, słabło w nim postanowienie. Na szczęście już widać było karczmę, w której miał się zostać.

Karczma była mała, brudna, odrapana. Stały w niej stoły i stołki pod ścianami. Szynkwas był zastawiony butlami z wódką, blaszankami i kieliszkami. Na talerzach leżały kiełbasy, ser, śledzie, obwarzanki. Za szynkwasem stał szynkarz Grzela, mrużył swoje krzywe oczka i skubał kozią bródkę... Kiedy żydzi i Tomek od izby weszli, nie ruszył się, bródki nie przestał szczypać, czekał, aż bliżej podejdą.

Żydzi zaczęli opowiadać mu z wielkim hałasem swoją przygodę z wilkami. A tak jeden przez drugiego krzyczeli, że aż z sąsiedniej świetlicy wyszła gruba jak fasa szynkarzowa, i, założywszy ręce pod fartuchem, słuchała ich z otwartemi ustami.

— Aj, aj!... To była taka muzyka, taka muzyka, że nietylko wilki, ale i ludzie mogliby jej słuchać i dać za nią wielkie pieniądze!... — krzyczał basetlista.

— Już nam ręce zaczęły mdleć, już te wilki zaczęły bardzo ziewać... — dodał skrzypek.

— Wtem wyskoknił z lasu ten pan chłopiec... — wołał basetlista.

— Ogień mu leci ze wszystkich stron... — podpowiadał skrzypek.

— Moiściewy!... Moiściewy!... — wzdychała szynkarzowa.

— Krzyczy, gwizda, gorzej niż ten wiatr...

— Wilki ogony pod siebie...

— uciekają... Aj-waj!...

— Moiściewy!... Moiściewy!... Rety!...

— Za to my tego pana chłopca tu przyprowadziły... żebyście wy, Grzelo, dali mu dobry nocleg i dobrze jeść i pić... A my za wszystko zapłacimy... Niech mu Bóg da zdrowie!

— Niech mu się wszystko wiedzie! — gadał basetlista.

— Bo widzicie, Grzelo, ten pan chłopiec, to on idzie do północnego wiatru — objaśniał cicho skrzypek.

— To wy mu jutro drogę pokażecie, najlepszą, najkrótszą drogę!... — huczał basetlista.

Grzela zerkał z pod oka na Tomka, który siadł sobie koło drzwi na rogu ławy, wyjął kozik i zaczął obstrugiwać na laskę młody dębczak, jaki z lasu przyniósł. Główkę laski wygładził, sęczki poobrzynał, porobił z nich dobre guzy, że kij wyglądał, jak mała, tęga maczuga. Machnął nią i pomyślał, że teraz to i bez ognia mógłby się niezgorzej od wilków opędzać.

— A skądżeście to, panie podróżny?... — spytał szynkarz.

— A ze świata! — odpowiedział niechętnie Tomek, któremu Grzela wcale się nie spodobał.

— A czegóż wam, panie podróżny, dać? — pytał dalej z uśmiechem Grzela.

Tomek zmieszał się, gdyż pieniędzy nie miał; poprosił więc o kawałek suchego chleba z solą. Ale żydzi zaczęli krzyczeć, że tak się nie godzi, i nalegali, aby sobie nie żałował, więc rzekł nieśmiało:

— Kiedy tak, to dajcie jajecznicy z kiełbasą i szklankę herbaty!...

— A piwa to się nie napijecie?

— Nie. Drogę mam ciężką, sprawę niebezpieczną, a od piwa, to się głowa kiwa!... — odrzekł rezolutnie.

Pochwaliły go żydy, ale Grzela krzywo się uśmiechnął.

Przespał się w karczmie Tomek, wypoczął i nazajutrz skoro świt wybrał się w dalszą drogę.

— Co wam się tak śpieszy do tego północnego wiatru? Nie ucieknie!... Od stworzenia świata wiał i dalej wiać będzie... Nic mu nie zrobicie!

— Zrobię, czy nie zrobię, ale niech choć wiem, zaco mię taka krzywda spotkała?... Niech choć się dowiem?...

— Żeby was tylko co gorszego po drodze nie spotkało?

— Co ma mnie spotkać? Nic nie mam, prócz tego kija... A na niego i na moje połatane bucięta i wytartą sukmanę to się chyba nikt nie połaszczy...

— Różnie bywa w górach... Bo stąd to niedługo góry pójdą!... — odpowiedział wymijająco szynkarz.

Tomek podziękował za dobre słowo, wziął węzełek z bochenkiem chleba, który mu żydzi kupili, i poszedł.

 

Droga, którą mu Grzela wskazał, szła borem głuchym, ciemnym, szumiącym; stawała się coraz węższą, coraz mniej torną. Niedługo znikły ślady kół, zostały jedynie przyprasy od płozów sanic, na których w zimie tędy drzewo wożono. A wkrótce i to znikło. Droga zamieniła się w ścieżkę, wijącą się wśród olbrzymich drzew, których korony ginęły gdzieś w zielonym zmroku. Szumiała tam wgórze, tak jak wczoraj, wichura, ale wdole było cicho, jak w kościele. Ogromne pnie, odziane korą spękaną, oropiałą od żywicy, porosłą siwemi liszajami, ani drgnęły. Stały równo, prosto, jak z kamienia. Niktby nie pomyślał, że ich czuby tańczą tam w wietrze, zmagając się z nim, tłuką gałęziami o siebie. Jedynie głuchy, jednostajny łoskot, przelewający się tam jak fale morskie, oraz sęczki i szyszki, lecące na dół, mówiły, że burza nie ucichła.

Rychło, jak przepowiadał karczmarz, ziemia zaczęła się wydymać we wzgórki, garbić wznosić do góry. Wydawało się, że bór chce wstępować na niebo. Zrobiło się jeszcze ciemniej, jeszcze ciszej, a przez rzadkie otwory wśród drzew przeglądały tu i ówdzie straszne, poszarpane skaliska. Ostre złomy i wielkie głazy coraz częściej zastępowały drogę Tomkowi, a ścieżka wśród nich wiła się jak wąż i traciła się miejscami doszczętnie. Jagodniki wielkie jak krzaki, próchniaki zwalonych pni, porosłe paprociami, pokryte powojem, przegniłe i splątane jak pakuły trawy przeszłoroczne, kałuże zastałej w jamach wody, błotniste mokradła, strumienie, huczące od spienionej wody — utrudniały bardzo podróż.

Już parę razy Tomek zatrzymywał się, zjadał chleba, zapijał wodą, przegryzał trochę dla smaku zeszłorocznemi, zwarzonemi mrozem jagodami, których tu było dużo, bo ich nikt nie zbierał. Robiło się coraz mroczniej, ale czy to było od gór, czy od chmur na niebie, czy od zbliżającej się nocy, tego Tomek wywnioskować nie mógł, gdyż nic nie było widać wokoło, prócz nieprzeliczonych ciemnych pnisków, szarych głazów, siwych mchów i liszajów, kudłatych jak niedźwiedzie wykrotów oraz rudej, iglastej ściółki na ziemi. Nawet podszycia krzaków, paproci, traw i jagód w tym głuchym, wysokim borze rosło już mało. Przyszedł nareszcie Tomek do skalnej ściany, okrutnie stromej i takiej wysokiej, że jak spojrzał na jej szczyt, w głowie mu się zakręciło. Kiedy rozważał, jak ją okrążyć, od której strony zajść, żeby kierunku nie zmylić, gdy wypatrywał skąd wiatr wieje, po dygocących na wysokościach krzach i trawach, okrzyknął go ktoś niespodzianie zbliska:

— Hej, człowieku, a czego haw szukacie?!

Drgnął Tomek, spojrzał wokoło, nic nie dostrzegł.

— Do góry pojrzyjcie, do góry!... Po ziemi nosem nie orajcie... Tu som góry, som skały!... — rozśmiał się ten sam głos opodal.

Zadarł Tomek głowę, szukał w powietrzu, ale nikogo nie znalazł.

— Wszelki duch pana Boga chwali! Człowiek jesteś czy zwid, pokaż się albo ustąp maro!... Ja cię nie ruszam!...

Rozległ się śmiech, do krzyku jastrzębia podobny.

— Czego mam ustępować, kiej nie ja do ciebie, ino ty do mnie przyszedł!... Nie ptak jestem, cobym po wietrze fruwał... Pojrzyj po ludzku, poszukaj!...

Dopiero wtedy Tomek spostrzegł tuż prawie przed sobą powyżej na gzemsiku, na skalnej półeczce, człowieka w czerwonych portkach, w kierpcach rzemiennych, w czarnej jak sadza koszuli, siedzącego z opuszczonemi nad przepaścią nogami. W rękach trzymał wpoprzek kolan ciupagę, a z pod czarnego serdaka, włożonego futrem na wierzch, błyskał szeroki, suto mosiądzem nabijany pas. Z obu stron ciemnej jak miedź twarzy, z pod okrągłego kapelusza z sokolem piórem spływały mu na ramiona długie, czarne włosy.

Skłonił mu się grzecznie Tomek; nieznajomy głową mu odkiwnął.

— Proszę ja pięknie pana, czy nie wiedzą, którędy tę górę najlepiej obejść?... — spytał Tomek, nie wkładając czapki na głowę.

— Tej góry nijak obejść nie można. Ona od kraju do kraju ziemi w niebo się spiera!

— Więc dalej jakże iść!!

— Ci, co tu przyszli, to dalej już nie chodzą!

— A jeżeli kto ma interes?

— Co za interesy mogą mieć w takich skałach, kamieniskach, w takich turnicach i wirchach, w takich śnieżycach i lodach nietopniejących... Tu my strażujem i nikogo dalej nie puszczamy!...

Tomek głowę czapką nakrył i zamyślił się.

— A może puścicie?! Co wam z tego panie, że wstrzymacie takiego, jak ja, chłopowinę?! Przecie ja wam nic nie zrobię!

Nieznajomy rozśmiał się.

— A czyj będziesz i skąd?

— Z dolin jestem, Tomek, syn wdowy komornicy, co mieszka na końcu wsi!...

— A dokąd idziesz?

— Do północnego wiatru!...

Nieznajomy głową kiwał, jakby wszystko dobrze już przedtem wiedział, wreszcie splunął przez zęby i rzekł:

— Może i puścimy. Chodź, chłopcze, hań upłazikiem (zboczem góry), jak perć (dróżka) wiedzie do góry...

Począł się Tomek drapać po skalnem rumowisku przed siebie na urwisko. Zziajał się, zmęczył, ledwie zdołał wejść na okrutne opoki, zwalone prostopadle jak ściana. Kiedy się dostał na gzyms, góral już go czekał, sparty na ciupadze.

— Idź przodem! — powiedział, puszczając chłopca przed sobą.

— Dokąd pójdę?! Żartujecie, panie!... Tędy i kot nie przejdzie!...

— Do północnego wiatru chcesz, a bitej drogi się boisz!... — rozśmiał się nieznajomy.

Przemógł się Tomek, poczerwieniał i poszedł, choć w głowie mu szumiało i zdawało się, że wąziutki gzyms upływa mu z pod nóg. Coraz stromsza, coraz straszniejsza przepaść błękitniała wdole. Po krótkiej chwili las w niej wyglądał już niby drobny mech. Srogie, czarne kamieniska sterczały w powietrzu nad niemi i pod niemi jak rogate byki. Pięli się wciąż, czepiając się pazurami i nogami szczelin. Tam, gdzie gzyms się obkruszył, została tylko szczerba powietrzna, bezdenna, sina jak lód. Wieszali się na skałach jak pająki. Czuł Tomek, że śmierć ciągle czyha pod nim, że dość niezręcznego ruchu, pośliźnięcia się nogi, niedobrego chwytu ręką, a runie z wiszaru i zostanie po nim na dnie tylko krwawa plama. Dodawało mu odwagi, że góral szedł za nim spokojnie, niby nic.

Nareszcie dostali się na szerszy przyczółek skalny, który wisiał nad przepaścią jak ganek. Kilka 1imb rosło pośrodku, czepiając się głazów krętemi korzeniami; pochylona nad krawędzią brzoza zwieszała w przepaść swoje lśniące warkocze. Dalej drogi nie było. Nieznajomy gwizdnął zcicha i z za wielkiego głazu, ze szpary wysunęła się kudłata, ciemna głowa.

— Hej! To ty, Wojtek?... Bywaj, bywaj!

— Właź... Czego stoisz?! — trącił nieznajomy w ramię Tomka.

— Gdzie mam włazić?

— Kładź się na czworaki, obaczysz!...

Usłuchał Tomek i dostrzegł pod głazem głęboką pieczarę, w której krwawo błyskało światełko.

Wypełzł na kolanach, a za nim góral, który go prowadził. Niewiele dalej przejście rozszerzyło się na tyle, że mogli wstać i weszli do obszernej jaskini, czerwonej od blasku płonącego pośrodku ogniska. Nad ogniem wielki kocioł wisiał na łańcuchu i dymił się smakowicie. Dokoła na skórach końskich i bydlęcych, na gałązkach kosodrzewiny leżało dwunastu chłopów. Wszyscy kudłaci jak ten, co Tomka przywiódł, wszyscy ciemni z oblicza z krętemi wąsiskami, w czarnych, wysmolonych koszulach, w portkach czerwonych albo białych pięknie modro i kraśno wyszytych, w ciżmach rzemiennych. Wszyscy mieli pasy na sobie szerokie, mosiężnemi guzami nabijane, a za pasami pistole, miedzią okute. Jedni popijali wino ze złotych dzbanów, inni kurzyli fajki srebrem wykładane, jeszcze inni grali w karty, a jeden leżał zosobna na niedźwiedziej skórze i na gęślikach brzdąkał. Niebardzo się na przybyłych nawet oglądali. Dopiero gdy Tomek przy ogniu stanął, uniósł się z posłania ten grajek i spytał, bystro wpatrując się w chłopaka:

— A skądżeście, Wojciechu takiego świstka wzieni?

— Sam przyszedł, zdołu. Ceper 1 som!...

— Widzę, co som ceper. A co chcom?

— Wiatru północnego szukajom!... — rozśmiał się Wojtek!

Wtedy zwolna pozostałe chłopy poruszyły się i ogień kołem obsiadły.

— Wiatru szukajom?... A co z nim zrobiom?

— Może wiatrak majom?.. A może tak sobie dmuchanie lubiom?

— A może im pod nosem nie pachnie, więc ciągu potrzebujom...

— A może przez dziureczki w butach świstać chcom?...