Pani Walewska

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Pani Walewska
Pani Walewska
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 49,85  39,88 
Pani Walewska
Pani Walewska
Audiobook
Czyta Michał Breitenwald
19,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział V

Pałac Brühlowski gorzał, bił potokami świateł, rzucając oślepiające łuny na ciemń saskiego dziedzińca. U podjazdu pałacowego od godziny już przesuwał się nieprzerwany korowód karoc, landar i sani, wyrzucając na dywanami zasłane schody tłumy spowite szubami, deliami, opończami, omotane dziwacznymi szalami, okryte wojskowymi płaszczami. Niekiedy spod nie dość szczelnego okrycia wychylił się na okamgnienie rąbek bogatej szaty lśniącej, puszystej, niekiedy odchylona klapa płaszcza ukazała skrawek gwiazdy orderowej, wywołując szmer ukontentowania pośród tłoczącej się gawiedzi. Czasem z barwy woźniców i strzelców, z maści koni, z herbów na landarze gawiedź odgadywała jadących, poznawała i wówczas nazwisko padało, biegło z ust do ust, raz wymawiane ze skupieniem uwagi, z pełnym szacunku zapatrzeniem, to znów z ironicznym szmerem, z szyderczym rechotem czy tylko z obojętnym skrzywieniem ust.

Goście przybywali coraz tłumniej, coraz huczniej, coraz śmielej pukali woźnice z batów, coraz skwapliwiej stojąca u podjazdu służba biegła do drzwiczek, coraz szerzej rozwierały się drzwi u wejścia do pałacu.

W szatni, na dole, ruch panował nieustający, potęgujący się. Tam z bombiastych salop i zamaszystych okryć dobywały się roje powłóczystych, szeleszczących, drogimi kamieniami zroszonych szat, złotem i srebrem haftowanych mundurów, mieniących się kolorami fraków.

Z szatni, po ostatnim przeglądzie stroju w zwierciadłach przedsionka, goście wstępowali na szkarłatem wyłożone schody, u których szczytu stał uśmiechnięty, wyświeżony, sypiący bez wytchnienia uprzejmymi powitaniami gospodarz balu, pan Talleyrand de Périgord, książę Benewentu.

Talleyrand właśnie tym balem rozcinał węzeł gordyjski karnawału, usuwał wahanie się Poniatowskiego i zakłopotanie ministra dworu, Duroca.

Życzeniem cesarza było dać się poznać bliżej szerszym kołom ówczesnego towarzystwa warszawskiego, nadać swemu pobytowi nad Wisłą uroczysty charakter, a sąsiadów w zdumienie wprowadzić majestatem cesarskim. Po kilku prezentacjach na zamku, mających charakter krótkich zbiorowych audiencji, za najlepszą okazję uznano bal, ale wynikły niespodziewane trudności.

Napoleon mieszkał w zamku, lecz znów książę Józef był prawie pod zamkiem i niemal że w nim gospodarzył. Cesarzowi więc nie wypadało odgrywać roli pana domu, zwłaszcza iż zamek, według dyplomatycznego orzeczenia gabinetu przybocznego, mógł zanadto wielkie nadać przyjęciu znaczenie. Poniatowski zaś nie mógł spraszać na bal tam, gdzie przebywał panujący. Nie dość na tym – wyszukanie bardziej obojętnego miejsca było jeszcze trudniejsze, gdyż choć Warszawa posiadała moc nieprzebraną magnackich siedzib, z dawna nawykłych do goszczenia nawet ukoronowanych, lecz z chwilą wkroczenia Francuzów siedziby te wypełniono kwaterami marszałków, generałów, wyższych oficerów i urzędników dworu cesarskiego, a że nadto zjazd obywateli i szlachty się zwiększał, a zajazdów było mało, więc kto mógł tylko, to protekcji szukał, dawnym względom się przypominał i bodaj o komnatkę w pałacu się przymawiał. Było więc komu wydać bal, lecz nie było gdzie.

Trudności te rozstrzygnął Talleyrand, który wprowadziwszy się do kwatery Davouta, mieszczącej się w pałacu Brühlowskim, przyjął na siebie rolę gospodarza, a łącząc w swej osobie godność pierwszego ministra, dla jednych podnosił znaczenie balu do wartości oficjalnego przyjęcia, dla drugich mógł je zredukować do zwykłej uprzejmości towarzyskiej, zaszczyconej obecnością cesarza.

Warszawa nie zastanawiała się wówczas nad dwuznacznością tego wszystkiego i podążyła tłumnie do pałacu Brühlowskiego, byle nie zaniechać sposobności zbliżenia się do Napoleona.

Kto mógł trafić tylko, bodaj przez dziesiątą osobę, do księcia Józefa, do którego z przedstawicieli Rządu Tymczasowego, do osoby mającej jakie takie znajomości między generalicją – ten na bal się napraszał, wypominał dawne swoje pozycje i znaczenie i zabiegał, byle go nie pominięto.

Talleyrand był łaskaw bardzo, zebranie sprowadzone do przyjęcia u ministrów nie wymagało ani tak surowego doboru, ani takich ograniczeń, jak bal cesarski – zaproszeń więc rozesłano tyle, ile pałac mógł zmieścić, dachem swym objąć.

Zjeżdżały się tłumy.

Talleyrand w nieskazitelnie czerwonym fraku ze złotymi haftami, ze szkłami w jednej ręce, a z chustką wyperfumowaną w drugiej, składał ukłony, zamieniał uśmiechy, odpowiadał protekcjonalnie na pozdrowienia, których czasem nie rozumiał, gdyż recytowano je niekiedy po polsku, a co chwila niemal zwracał się do stojących za nim kilku panów, poleconych mu przez księcia Józefa dla udzielenia objaśnień i przypominania nazwisk.

Książę Benewentu był niezmordowany, od godziny już kłaniał się, witał, a tu dopiero teraz należało zdwoić uprzejmość, ile że zjeżdżać się zaczęli coraz więksi dostojnicy, a tytuły książęce i magnackie nazwiska na prześcigi szły ze sobą.

Nareszcie już i ta najpotężniejsza fala przepłynęła.

W salonach był już książę Borghèse, Poniatowski, Murat, Davout, Małachowski, Maret i całe rodziny Potockich, Radziwiłłów, Gutakowskich, Wojczyńskich, Sobolewskich, Łubieńskich, Moszyńskich, Krasińskich, Tyszkiewiczów i Ossolińskich.

Zwarte szeregi oficerów gwardii, które u wejścia na salę stały, aby tym lepiej przyjrzeć się słynącym z piękności Polkom, zaczęły się przerzedzać.

Pan de Talleyrand coraz niespokojniej poglądał ku drzwiom podjazdu, lecz te otwierały się już teraz bardzo rzadko. Jeden ze stojących obok Talleyranda kawalerów ośmielił się zagadnąć ministra.

– Zdaje się, że są już wszyscy. Czy mości książę nie rozkaże wysłać kuriera do zamku?

Talleyrand skrzywił się niecierpliwie i odrzekł:

– Nie trzeba, jeszcze musimy zaczekać.

Kawaler cofnął się ku towarzyszom i zaczął z nimi szeptać; pan de Périgord zaś wsparł się o boczną balustradę i zapadł w zadumę, wodząc machinalnie oczyma po sczerniałych freskach przedsionka, zatartych herbach i cyfrach, jarzących się świecznikach, sznurach wyciągniętych służby.

Na tym zamyśleniu pochwycił pana de Périgord książę Bassano.

– Czy Najjaśniejszy Pan już zawiadomiony?

Talleyrand wzruszył ramionami.

– Wiesz pan przecież, że jeszcze nie przyjechała.

– A jeżeli nie przyjedzie wcale?

– Nie mam jeszcze stanowczej odpowiedzi, jedna z pań pojechała właśnie.

– Ależ to zakrawa na śmieszność, żebyśmy wszyscy wyczekiwali na jakąś tam gąskę!

Pan de Périgord roześmiał się ironicznie.

– Cóż pan chcesz, cesarz wyraźnie rozkazał, żeby mu dać znać dopiero wówczas, kiedy ona przyjedzie. A gdyby jej się podobało przybyć wcześniej, to zawiadomić natychmiast.

– Dzieciństwo! W ten sposób jej się może w głowie przewrócić! Dziwię się Durocowi, iż nie przełożył, nie wytłumaczył. Zwróci to uwagę. Cesarzowa będzie żywiła urazę. Ledwie z Eleonorą się skończyło...

Talleyrand strzepnął niecierpliwie palcami.

– Mnie pan tego nie potrzebujesz przypominać! – odparł porywczo, tracąc nagle swą dworacką flegmę. – Takie sprawy załatwiać się powinno przez lokai, a nie dziwowisko robić i zmuszać innych do brania w nim udziału!

Książę Bassano spojrzał dziwnie na pana de Périgord, ten ostatni pośpieszył złagodzić swoje odezwanie:

– Właściwie idzie mi tylko o Warszawę. Powiadam panu, mało jeszcze kto wie.

Dyplomaci obrzucili się wzrokiem pełnym nieufności i umilkli.

Między Talleyrandem i księciem Bassano zapanowało nieznośnie przykre milczenie. Nienawidzili się, nie znosili, a jednak musieli ciągle ze sobą przestawać, porozumiewać się, opracowywać papiery i całymi godzinami wystawać na posłuchaniu u cesarza. Pierwszy, dawny panek, biskup nawet, szlachcic, który w pogoni za władzą umiał przywdziać maskę republikanina, nienawidzący z dnia na dzień coraz więcej swego mocodawcę i pana, nie mógł znieść widoku wyrastających dookoła siebie potentatów; drugi zaś, niedawno tylko pan Maret, a teraz już duc oddany Napoleonowi – niemający ani cienia dwulicowości Talleyranda, szukający nawet w dyplomacji dróg uczciwych, osobistą zasługę stawiający ponad rodowe tradycje – nie cierpiał tych karierowiczów szlacheckich, co nie wytrwali w swym hardym przywiązaniu do Burbonów, którym starczył pierwszy festyn cesarski, aby przywdziać dworskie fraki. Książę Bassano był tym właśnie, który podsunął Napoleonowi pamiętne zdanie o szlachcie francuskiej: „Chciałem zrobić z nich generałów i marszałków, lecz oni woleli być moimi lokajami”. Bassano do takich właśnie zaliczał i Talleyranda, jeno uważał go za niebezpieczniejszego, za szkodliwszego, a już odezwań lekceważących cesarstwo znieść nie mógł. Stąd częste sprzeczki, obijające się niekiedy aż o drzwi gabinetu cesarskiego, stąd walka nieustanna, zażarta, często z uśmiechem na ustach, stąd współzawodnictwo i wzrastająca z dniem każdym nienawiść.

Po długiej chwili książę Bassano uważając, że coś przecież powiedzieć trzeba – bodaj dla przyglądającej się ciekawie galerii sług i kawalerów polskich, pomagających Talleyrandowi w czynieniu honorów – rzekł od niechcenia:

– Książę Poniatowski będzie towarzyszył cesarzowi przy obchodzie osób?

– Nie wiadomo. Duroc będzie wiedział.

– Nie wątpię. Lecz tu trzeba by koniecznie wysunąć Wybickiego, towarzystwo niejednolite. Książę nie u wszystkich ma mir.

– Nie wiem, co pan widzi w tym Wybickim. Łączą pana, o ile wiem, stosunki przyjaźni, lecz z tym trudno się liczyć, jeżeli idzie o dobro...

– Zapomina pan o życzliwości okazywanej Wybickiemu przez cesarza.

– Najjaśniejszy Pan jest też czasem za dobry. Niekiedy wyróżnia ludzi, idąc za pierwszym popędem serca i nie zawsze szczęśliwie.

– Musisz pan to mówić z głębokiego przeświadczenia. Tu nie mogę przeczyć.

 

Talleyrand zrozumiał przymówkę.

– Ani ja, patrząc na pana.

Bassano poczerwieniał i miał odwzajemnić się Talleyrandowi, lecz ten postrzegłszy w drzwiach wchodowych damę, skłonił się Maretowi i ruszył ku damie.

Dama nieco staroświeckim dygiem odpowiedziała na powitanie pana de Périgord i pochyliła się ku niemu.

– Jakaż odpowiedź?

Dama zasłoniła usta wachlarzem, przymrużyła oczy i wyrzuciła z przejęciem:

– Jedzie!

– No, przecież! Nie wiedziałem, co czynić. Księżna rozumie.

– A co ja przeszłam! Anastazy całej swej powagi musiał użyć...

– Kto taki?

– No, brat mój, mąż.

Talleyrand uśmiechnął się sarkastycznie. Księżna pogroziła wachlarzem.

– E, panie ministrze, proszę nie żartować!

– Ach, cóż znowu! Tylko pan Anastazy...

– Nie wolno być złośliwym! Należy mi się podziękowanie.

Talleyrand ujął księżnę za rękę i złożył wyrazisty pocałunek.

– O, nic z tego, nic! Gdybym była o dziesięć lat młodsza, wystarczyłoby bez wątpienia.

– Tym gorzej dziś dla mnie, że już nie starczy.

– Teraz rozumiem, dlaczego nazywają cię sułtanem.

– Pani wierzy?

– Wierzę, bo sama odczuwam, jak od razu usidlasz. – Księżna w tym miejscu westchnęła z takim przejęciem, że aż pokład pudru osunął się jej z twarzy, za czym dodała, zniżając głos: – Tylko, panie ministrze, lansuj ją, lansuj koniecznie!

– Ależ księżno...

– Nie wymawiaj się! Odezwij się dobrze!

Talleyrand roześmiał się serdecznie.

– Więc pani widzisz w niej kandydatkę na panią Pompadour? Jak wy nie znacie cesarza!

– Tak, lecz przecież...

Talleyrand objaśnił szeptem:

– Szukacie subtelności uczuć, głębi, ideałów? Wiesz, księżno, kogo on kocha? Siebie, a potem... Widziałaś pani u podjazdu tych dwóch gwardzistów, on ich także kocha, ale wtedy, gdy na jego skinienie konają na polu bitwy.

– Okropne! – przyświadczyła księżna.

– Lecz, niestety, prawdziwe.

– Jednak zawsze czegoś spodziewać by się można.

– Zapewne.

– Więc nie odmawiajże jej pan pomocy.

– Hm. Zależy. Jeżeli będzie umiała być rozsądna, chociaż z góry uprzedzam, że to, w szerszym rozumieniu, daremny zachód. Nie da się tego bliżej wytłumaczyć. Miewa fantazje. Nienawidzi oporu. Poza tym nawet nie sili się na zachowanie pozorów.

Pan de Périgord westchnął. Księżna zasmuciła się szczerze.

– Pan mnie przerażasz! Nie dziw się, proszę, memu zaniepokojeniu, wypada mi tak bliską krewną...

– Ach, rozumiem doskonale – odparł ze współczuciem Talleyrand. – Niech mi księżna wierzy, przez samo zachowanie dla twej osoby postaram się oszczędzić jej goryczy.

– Jestem nieskończenie wdzięczna!

– Będę pamiętał, jakby o moją córkę własną chodziło. Byle była rozsądna.

Księżna uścisnęła z przejęciem rękę ministra i chciała mu dziękować jeszcze, gdy w głębi przedsionka powstał lekki ruch służby, a w ślad za nim ukazała się pani Walewska z mężem. Talleyrand przyłożył szkła do oczu i jął z miną znawcy przyglądać się szambelanowej, każdy jej ruch, każdy załam powłóczystej sukni w lot chwytając.

Księżna ze swej strony ledwie ukryć mogła wzruszenie.

– A, to nie do darowania! Co za dziwactwo! Prosiłam... błagałam... Sama sobie winna... sama!

Pan de Périgord nie zdążył podzielić konfuzji księżnej. Szambelanowa z szambelanem powitali go już ukłonem. Talleyrand wykrztusił jakiś niezrozumiały komplement i podał ramię pani Walewskiej, szambelan zaś księżnej. Ruszono do sali.

Księżna trzepotała gwałtownie wachlarzem, pan Anastazy krztusił się z lekka i lewą ręką poprawiał orderową wstęgę.

Minister zamieniał z panią Walewską urywane, banalne zdania.

Wszyscy zdawali się być wzruszeni, niepewni.

W samym progu sali księżna pochyliła się ku bratu i szepnęła z drżeniem w głosie, wskazując z lekka na idącą przed nią szambelanową.

– Jak mogłeś pozwolić?!

Pan Anastazy zmarszczył czoło z taką desperacją, że aż peruka mu się kiwnęła i odpowiedział głosem zbolałym:

– Uparła się! W ostatniej chwili... Za nic...!

– Ależ to kompromitacja! W takim stroju!

– Byle na przekór! Byle na złość! Gdyby nie obowiązek, wyrzekłbym się...

– Lecz co ludzie powiedzą?! – wybuchnęła księżna Jabłonowska.

W odpowiedzi na ten wykrzyknik z otwartych drzwi sali zaczął iść długi, przeciągły szmer. Szmer dziwny, niezrozumiały, który nawet Talleyranda tak dalece onieśmielił, że stracił zwykłą pewność siebie i zdawał się mieć minę ofiary, skazanej na pełnienie najprzykrzejszych obowiązków, uginającej się pod ciężarem sprawiedliwego spojrzenia dotkniętej opinii.

W natłoczonej sali szmer wzrastał. Złotem haftowane a szamerowane srebrem mundury rozstępowały się, różnobarwne fraki i skrzące się od brylantów suknie usuwały się na stronę, oczy wszystkich zwróciły się na szambelanową. Najbardziej zajęci rozmową wykręcali głowy w stronę, gdzie, prowadzona przez Talleyranda, szła pani Walewska.

Zaciekawienie to, zainteresowanie było mimowolne.

Pani Walewska bowiem jawiła się niby kontrast wszystkiego, co w lśniącej a ociekającej przepychem sali miało stanowić pyszną dekorację majestatu, co miało być tłem potęgi Bonapartowej, wyrazem dostojeństwa, co było miarą piękna. Pani Walewska ważyła się rzucić rękawicę i modzie, i wymogom dworskim, i pojęciom dobrego tonu, i radom potężnego Jouberta, i wskazówkom księżnej, i życzeniom męża. Pani Walewska na bal u ministra, na bal cesarski bez mała przybywała w białej tiulowej sukni, nieomal dochodzącej pod szyję, nie ozdobionej żadnym spięciem, żadnym żywym kolorem, żadnym kamieniem. Ani jednego zawiłszego węzła gęstych splotów na głowie, ani jednego kwiatu u gorsu, ani jednego pierścionka na ręku, prócz gładko kutej obrączki ślubnej.

Pani Walewska w tym stroju, z głową ku ziemi pochyloną, wydawała się kopciuszkiem, panną wyciągniętą z zakamarków garderoby na dziwowisko wielkiego świata.

Szmer w sali przeszedł stopniowo w hałaśliwy rozgwar, pierwsze strzały złośliwych uwag padać zaczęły, ironiczne uśmiechy zarażały już najpowściągliwszych, gdy Talleyrand, postrzegłszy idącego naprzeciw księcia Bergu, zatrzymał się na środku sali.

Murat zbliżył się z wymuszoną grzecznością.

– Ach! Zdaje się, że pani Walewska? Przedstawże mnie, proszę, panie ministrze.

Pan de Périgord wyrzucił pośpiesznie tytuły szwagra cesarskiego. Murat skłonił się lekko i jął pobłażliwie mierzyć postać szambelanowej, cedząc wyraz po wyrazie:

– Dawno szukałem sposobności... poznania... bardzo miło... O ile wiem...

Pani Walewska podniosła głowę, rumieniec trysnął na jej bladą twarzyczkę.

Murat urwał zdanie, poglądając ze zdumieniem na szambelanową. Zdumienie marszałka udzieliło się otoczeniu.

Pani Walewska, teraz gdy stała z głową odchyloną, gdy pozwalała badać głębie swych ciemnoszafirowych, spłoszonych oczu, gdy białością ramion walczyła o pierwszeństwo ze śnieżną swą szatą, gdy każdym drgnieniem powiek, każdą linią klasycznie rzeźbionych rysów, każdą niewymyślną fałdą sukni, miała szlachetną dumę, a biła prostotą, zdawała się być boginią zstępującą do śmiertelnych, jutrzenką gaszącą wszystkie błyski gwiazd, promieniem dnia, wpadającym między czerwone światła lamp.

W sali powstał znów szmer, lecz przeciągły, cichnący.

Tłum mundurów i fraków otoczył szambelanową, słowa pochwały, zachwytu zrywały się coraz śmielej. Pani Walewska tymczasem zdobyła się na kilka wyrazów odpowiedzi dla Murata; za czym palona spojrzeniami, mieniła się kolorami, spoglądała z trwogą, szukając, zda się, miejsca wolnego od natrętnych oczu, a niby mówiąc: „Przecież niczym nie starałam się wdzięków podnieść, pragnęłam odwrócić waszą uwagę niewymyślną suknią, ani brylanty skrami nie znaczą mych rąk, nie bramują szyi, nie przepasują warkoczy, nawet kwiatu nie wzięłam – cóż was jeszcze wabi, co pociąga, co zastanawia, że mi przejść wzbraniacie”.

Pan de Périgord, który nie zdawał sobie sprawy ze zmiany wrażeń zachodzącej na sali, a który dotąd zachował w pamięci, że prowadzi damę wystrychniętą na parafiańskiego podlotka, skorzystał z milczenia Murata i przeciskając się przez tłum mundurów i fraków, poprowadził panią Walewską do kanapy w rogu sali. Za czym skłonił się szambelanowej i odszedł, pozostawiając ją znów na opiece pana Anastazego i księżnej Jabłonowskiej. Ta ostatnia, ciągle jeszcze dysząca zgrozą urażonej mody i zadraśniętej ambicji, nie omieszkała wyjaśnić pani Walewskiej swego nieukontentowania:

– Ma chère! Postawiłaś na swoim. I patrz, co się dzieje! Oczu podnieść niepodobna! Chciałaś chyba dowieść, że nie masz wyobrażenia o dworskim zebraniu. Daruj, ale to boli.

Szambelanowa odwróciła głowę ku księżnej i odrzekła spokojnie:

– Nie wiedziałam, że aż tak wielką przykrość sprawię.

Księżna obrzuciła badawczym spojrzeniem twarzyczkę pani Walewskiej i dodała łagodniej:

– Kto nie ma eksperiencji światowej, powinien słuchać starszych. A, mój Boże, tak by ci w szafirowym było do twarzy!

W pani Walewskiej ozwała się nagle mimowolna zalotność.

– Więc istotnie tak mój strój razi?

– Bez wątpienia! Chociaż... jesteś dziś bardzo dobrze, ale jakbyś ty wyglądała...! Jakbyś mogła wyglądać – a tak, nie wiadomo. Talleyrand był skrzywiony. Uważałam! Wątpliwa rzecz, czy będziesz mogła być przedstawiona cesarzowi.

– Czyż tak?! – przerwała z ukontentowaniem szambelanowa. Księżna spojrzała surowo na bratową.

– Marie! Pamiętaj choć na Anastazego! Ach! Pan hrabia Hercau! Witam! Marie! Pozwól.

– Miałem szczęście poznać – ozwał się hrabia, składając wyszukany ukłon. – I dlatego poważam się prosić o pozwolenie przedstawienia paniom jednego z młodych oficerów gwardii, kawalera Bertrand.

– Proszę bardzo – pozwoliła księżna.

Hercau skinął na stojącego w pobliżu porucznika.

Szambelanowa uczuła na sobie wyraziste spojrzenie Bertranda, słyszała zamaszysty brzęk ostróg, odpowiedziała machinalnie na zwrócony do niej komplement i już chciała odetchnąć swobodniej rada, że uwolniła się od pustej ceremonii, gdy za Bertrandem stanął Montbrun, za Montbrunem Drouot, za Drouotem Milhaud, za Milhaudem Flahaut – a potem już mundur za mundurem, frak za frakiem cisnął się ku pani Walewskiej.

Szambelanowa ledwie ukryć mogła pomieszanie, onieśmielenie, z wysiłkiem słuchała rubasznych niekiedy, a często mocno przesadzonych czołobitności, a od czasu do czasu obrzucała sunącą ku niej gromadę wzrokiem strwożonym i jakby pytać się chciała: „Za co, dlaczego mnie pod tym pręgierzem stawiacie?”. Na domiar księżna podczas tych hołdów jeszcze znajdowała okazje do westchnień i cichych przypomnień:

– Widzisz... A co by to było dopiero... Patrz na Gutakowską, na Lubomirską: aksamity... tylko aksamity dzisiaj! A Sobolewska ze swoim diademem w kąt by poszła! Biedny Anastazy! Powiadam ci, znać, że cierpi.

Nareszcie gromada mężczyzn zaczęła rzednąć nieco dookoła szambelanowej, już teraz co starsi a przedniejsi sunęli z powitaniem.

Księżna atoli dzielnie wyręczała panią Walewską i prawie że na swe barki wzięła cały ciężar odpowiedzi, które już musiały być i randze przystojne, i stanowisku odpowiednie, i rodowi a zasługą prezentującego się równoznaczne.

Jeden hrabia Hercau i porucznik Bertrand nie opuszczali zajętych stanowisk przy szambelanowej i na przemian zwracali się ku niej, starając się podtrzymać rwącą się rozmowę.

– Byłem zdesperowany – zaręczał piskliwym głosem hrabia Hercau. – Straciłem prawie nadzieję, że pani raczy przybyć.

– Nie pojmuję pańskiej desperacji.

– Lecz ja ją odczuwam – wtrącił się Bertrand – a że nie dzieliłem jej, to jedynie, że po raz pierwszy mam honor widzieć panią szambelanową.

– Powiedz, poruczniku, nie tylko widzieć, lecz i podziwiać!

– Pan hrabia nadto uprzejmy.

– Raczej skąpy w wysłowieniu – poprawił Bertrand.

– O, mój poruczniku, czyż nie wierzysz w chwile, gdy nadmiar sentymentu więzi wyrazy?

– Jak najmocniej, a pani szambelanowa?

– Mniemam, że pan hrabia ma tylko skłonność do wartkich duserów.

– Na honor, pani szambelanowo! – zaprzeczył Hercau. – Nigdy nie byłem więcej szczery!

– Powinnam być złośliwa.

– Racz pani wysłuchać! Jeden z najsławniejszych iluminatów w księdze mego życia wyczytał, że wzejdzie dla mnie chwila, w której kobieta oczaruje mnie, olśni, porwie, do rydwanu swego przykuje aż po ostatnie dni! Dotąd wątpiłem o prawdziwości przepowiedni, dziś się przed nią korzę.

 

Szambelanowa nie próbowała nawet odpowiedzieć na to wyszukane wyznanie.

Bertrand spojrzał niechętnie na hrabiego, a chcąc zdobyć nad nim przewagę, ozwał się z ukłonem do pani Walewskiej.

– Czy mogę prosić o zaszczyt odtańczenia ze mną kadryla?

– Sama nie wiem właściwie.

Na wyrazistej twarzy Bertranda odbiło się szczere zasmucenie.

– Byłoby to dla mnie szczęściem!

– Ach, moja bratowa tak mało tańczy – wmieszała się nagle księżna, która mimo prowadzonej rozmowy podchwyciła prośbę porucznika.

– Gdyby jednakże? – nalegał Bertrand.

Księżna trąciła nieznacznie panią szambelanową.

– Bardzo wątpię, panie oficerze.

Szambelanowa pobladła z lekka i niespodziewanie ozwała się do skonfudowanego Bertranda:

– Wszak do kadryla? Przyjmuję.

Porucznik zadzwonił ostrogami i spojrzał z triumfem na skonfundowanego Hercau. Księżna ledwie ukryć mogła swą alterację. Widać było, że chce jakieś słowo rzucić szambelanowej, lecz ta udała tak zajętą rozmową z Bertrandem, że księżna musiała wyrzec się tej myśli. Było to wszakże nad siły księżnej Jabłonowskiej, spostrzegłszy więc stojącego w pobliżu brata, dała mu znak wachlarzem, a gdy ten się zbliżył, rzekła stroskanym tonem:

– Mon cher! Obawiam się o Marysieńkę! Wszak doktor Corvisart zalecił wystrzeganie się. Będzie tańczyć kadryla. Właśnie porucznik Bertrand był łaskaw prosić.

Zanim szambelan zdążył odpowiedzieć, porucznik, usłyszawszy swe nazwisko, odwrócił się ku niemu i wyciągnąwszy rękę do pana Anastazego, zarekomendował się uroczyście:

– Bertrand, adiutant sztabu Jego Cesarskiej Mości.

– Wielce obligowany – wybełkotał szambelan i dopiero kiedy Bertrand pochylił się znów ku pani Walewskiej, zrozumiał intencję słów księżnej i stuknął hałaśliwie tabakierką.

Księżna nadto szepnęła po raz drugi:

– Rozumiesz?! Kadryl. Z porucznikiem.

– To niepodobna! Właśnie książę Borghèse pytał...

– Asekuruję ci, że prawda!

– Ależ ja na to nie zezwolę!

– Naturalnie, masz prawo!

Szambelan podniósł się na palcach i już gotował się do spełnienia swej zapowiedzi, gdy pośród sali rozległ się przeciągły szept: „Cesarz! Cesarz!”.

Rozgwar ucichł, oczy zebranych zwróciły się ku drzwiom wchodowym. Po chwili rozległo się donośne zawołanie Talleyranda:

– L’empereur!

Na chórze zabrzmiały dźwięki poloneza. Siedzące panie powstały ze swych miejsc.

Wszedł Napoleon, zatrzymał się w progu, jakby pozwalając przyjrzeć się sobie, za czym poprzedzony przez Talleyranda, a mając za sobą Duroca, Wybickiego i Poniatowskiego, ruszył nerwowym krokiem ku środkowi sali.

Tłum gości pana de Périgord falował z lekka, rozwierał przed władcą szeroką drogę, chylił przed nim głowy i oddech zapierał. Twarze gorzały, z oczu szły błyski, serca biły przyśpieszonym tętnem, dreszcz przejmował i tych, co go już oglądali, i tych, co widzieli go po raz pierwszy.

Napoleon nie zawiódł. Wpół rozchylone usta, wytężone spojrzenia, gnące się najhardsze karki mówiły, że i tu był zawsze takim, jakim przedstawiali go legioniści, jakim czyniły go relacje Dąbrowskiego i Wybickiego, jakim malowała go wieść idąca z pól Marengo, Austerlitzu i Jeny, jakim go mieć chciano. Ten sam mundur strzelców konnych, zielony z czerwonym podciętym mocno pod szyję kołnierzem, taż sama biała kamizelka z rąbkiem krwawej wstęgi legii honorowej, ten sam wzrok magnetycznie przenikliwy i też same chmury, drżące w fałdach brwi.

Na środku sali Napoleon zatrzymał się i odwrócił się ku wielkiemu marszałkowi dworu.

Duroc odgadł ten ruch, bo pochylił się ku cesarzowi i rzekł nieznacznie:

– Na lewo, pod lustrem, w białej sukni.

Po małej pauzie Napoleon skierował głowę ku wskazanemu przez Duroca miejscu, pomknął spojrzeniem między tłumem dam i panów, prześliznął się po kilkunastu twarzach i zatrzymał się tam, gdzie wsparta na ramieniu Bertranda stała pani Walewska.

Zaczęła się prezentacja.

Wybicki z Poniatowskim i Talleyrandem stanęli tuż za plecami monarchy, aby mu być drogmanami w rozpoznawaniu ludzi i darzeniu ich miłościwymi słowami.

– Małachowski, marszałek sejmu – mówił za plecami cesarza Wybicki.

– Był cierpiący – dorzucił z drugiej strony Talleyrand. Napoleon ledwie że okiem rzucił na sędziwego marszałka i ozwał się niespodziewanie:

– A! Rad jestem. Jakże małżonka?

Marszałek drgnął z lekka, nie pojmując, co znaczyć mogło pytanie o zmarłą dawno żonę; lecz zanim na odpowiedź się zdobył, Wybicki już następnego dygnitarza wymieniał:

– Ostrowski Tomasz.

– Członek Rządu Tymczasowego. Pracuje bez wytchnienia – dodał pośpiesznie Poniatowski.

– Jakże się pan bawi? Już na karnawał chyba nie możecie narzekać – rzekł cesarz w konkluzji tych dwóch objaśnień.

Najbliżej stojący ledwie ukryć zdołali zdumienie. Talleyrand zakrył usta chustką. Poniatowski zagryzł usta, Wybicki poczerwieniał. Ostrowski chylił posiwiałą głowę a szarpał z lekka gwiazdy orderowe. Duroc po raz wtóry szepnął coś do ucha cesarzowi. Napoleon poruszył się niecierpliwie i brwi ściągnął.

Dalsze odezwania były już lepiej zastosowane, bardziej idące za podpowiadanymi wskazówkami.

Gdy atoli cesarz od grupy mężów a dawnych posłów, senatorów i dostojników zbliżył się do dam, roztargnienie znów powróciło i to silniejsze jeszcze, niekiedy graniczące z impertynencją, z grubiaństwem.

Sędziwa księżna Ossolińska dowiedziała się od cesarza, że jej do twarzy w stalowym kolorze, młodziutką a piękną Tomaszową Łubieńską spotkało zapytanie, czy jej syn dawno służy w wojsku, korpulentna pani Wojczyńska usłyszała komplement, że musi lekko tańczyć, jasnowłosej pani Sobolewskiej cesarz oświadczył wprost, że tylko ciemne blondynki mogą pretendować do tytułu piękności, księżna Dominikowa Radziwiłłowa, obsypana pudrem na dawną modę, miała zaszczyt z cesarskich ust przekonać się, że ma niezmiernie świeżą cerę.

Wybicki pocił się, Poniatowski mienił się kolorami, Talleyrand krzywił się pociesznie, a tu dziwolągi rosły, wzmagały, padały na prawo i na lewo.

Cesarz nie zwracał uwagi na podpowiadane słowa, na wymieniane głośno nazwiska, szedł coraz prędzej, pomijał bez ceremonii niektóre damy i zbliżał się ku miejscu, gdzie prawie w samym końcu sali, w pobliżu Aleksandrowej Potockiej stała z głową pochyloną pani Walewska.

Każdy ruch, każde odezwanie się Napoleona świadczyły, że co prędzej chce skończyć nudną ceremonię, że ani myśli liczyć się ze względami towarzyskimi, że i tu rozkazywać przyszedł, a nie ulegać jakimś formom czy zwyczajom.

Po wyrzuceniu jeszcze kilkunastu wyrazów, które kłaniające się damy nieomal o odrętwienie przyprawiały, cesarz z lekkim odcieniem zadowolenia zatrzymał się przed spowitą aksamitami, łunami brylantów bijącą panią Aleksandrowa Potocką, słynącą z wdzięków pod popularnym swym nazwiskiem panieńskim: Anetki Tyszkiewiczówny.

– Będzie pani tańczyła ze mną kadryla – rzekł oschle Bonaparte, spoglądając wciąż ku miejscu, gdzie stała szambelanowa.

Anetka podniosła z lekka swe ciemne, wyraziste oczy i odrzekła z powabnym uśmiechem:

– Niewymownie wdzięczna za ten zaszczyt, sire!

Na dźwięk głosu pani Aleksandrowej Napoleon teraz dopiero zwrócił się ku niej, obrzucił jednym spojrzeniem całą jej wytworną a pełną niezaprzeczonego powabu postać.

– Bardzo zajmująco pani wygląda.

– Sire!

– Jesteś w stanie wywrzeć wrażenie.

– Najjaśniejszy Panie, tam gdzie ty stąpisz...

– Patrząc na panią, trzeba uwierzyć w piękność Polek. Tak, tu można dopiero ponieść porażkę.

– Sire – odparła bez wahania pani Aleksandrowa – twoim przeznaczeniem jest zwyciężać.

Napoleon skrzywił się nieznacznie i zagadnął raptownie:

– Jakże pani chowają się dzieci? – za czym, nie czekając na odpowiedź, skinął na Talleyranda, aby mu podał szklankę lemoniady, i nawiązał rozmowę z Wybickim.

W trakcie tej niefortunnej konwersacji z panią Aleksandrową Duroc odłączył się od orszaku cesarskiego i zbliżył się do pani Walewskiej.