Pani Walewska

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Pani Walewska
Pani Walewska
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 49,85  39,88 
Pani Walewska
Pani Walewska
Audiobook
Czyta Michał Breitenwald
19,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Pani Walewska, nie zważając na przechwałki męża, odczytywała list. List istotnie był dość lakoniczny, bo zawierał kilka frazesów o niemożności, z powodu spóźnionego przyjazdu do Warszawy, złożenia wizyty szambelaństwu, zapowiadał w końcu odwiedziny na jutro i prosił panią szambelanową o pozwolenie złożenia u jej stóp bukietu kwiatów na dobrą wróżbę nowego roku.

Pani Walewska dotknęła różowej wstążki przepasującej bukiet i rzekła niepewnie:

– Wielki marszałek dworu? Taki zaszczyt... niespodziewany... nie wiem, czemu przypisać.

Szambelan wydął obwisłe policzki, odchrząknął i kołysząc się na palcach, wycedził z całą stanowczością:

– To nie marszałek, tylko cesarz!

Pani Walewska drgnęła.

– Skąd ta supozycja?

– Bo wielkiemu marszałkowi dworu wolno tylko tych wyróżniać, kogo wyróżnia cesarz. Oczywisty dowód. Cesarz pytał pewno nie raz – wystarcza. Marszałek śpieszy zaadresować się do względów. Za Durokiem pójdzie Murat, za Muratem książę Borghèse za Borghèse’em Davout czy inny. Słowem, dwór. O czym tu myśleć. Napoleonowi może już kto ze starej szlachty francuskiej co wspomniał. Z królem jegomością, a na owe czasy imć panem stolnikiem litewskim, nie lada relacje mieliśmy z najprzedniejszą szlachtą, kiedy jeszcze tacy Durocowie puzdra za nami dźwigali! Ale co to acani? Jesteś zdekurażowana. Owóż przyczyna! Grzeczny sobie kawaler – nic nadto. Jeżeli to uczynił, pewno i nie bez kozery dla samego siebie. Przecież mają nowe rządy zaprowadzać; nie wiadomo, kto stanie na czele. Sympatie cesarskie nie odgadnięte, „Blacha” aż drży z alteracji, nie wiadomo. Przyjdzie chwila, stanie się.

Szambelan, dla większego zadokumentowania swoich słów, dosyć żwawo wyprostował się, lecz prędzej jeszcze zgiął się w pałąk i schwycił za nogę. Ból drętwy ostudził zapały pana Anastazego i przypomniał mu podagrę i ósmy krzyżyk.

– Ziąb tu u ciebie. Nie każesz palić. Zawsze na przekór. Trzeba jutro wcześniej wstać, jeszcze niejedno wypadnie zarządzić, a potem księżna, wreszcie Duroc. Strach pomyśleć, ile trudu, bo przecież Talleyrandowi choć kartą trzeba się odwzajemnić. Wieczerzać będę u siebie. Pomóż mi do drzwi.

Pani Walewska ujęła męża pod ramię i powiodła go na drugą stronę pałacu, i oddała w ręce Baptysty, a sama powróciła do siebie.

Szambelan po zaznanych wzruszeniach dostał lekkiej febry, która tym mu była dokuczliwsza, że przypominała o starczej niemocy w chwili, kiedy przyszłość zdawała się zapowiadać mu powrót najświetniejszych czasów, kiedy przez dwa miesiące z górą był nieodstępnym towarzyszem króla; a wszelkich najtajniejszych spraw powiernikiem. Ryx go się już zaczynał bać. Intryga familii usunęła go wówczas, ale żeby miał był ten rozum, co dzisiaj! Bo teraz gdyby przyszło przy cesarzu – murem stanąć potrafi. Byle go kto nie ubiegł. Cóż, był Flemming, był Brühl, może przyjść kolej na Walewskiego. Napoleon szuka człowieka zdatnego, bez wątpienia szukać musi, bo choćby nawet koronę miał wziąć Murat, toć jeszcze sam nie poradzi, nie podoła. Jeżeli, to wówczas „Blacha” pozna! I ten pyszałek Małachowski, co na Katona wiecznie kroił, a z Kołłątajem i Ignacym Potockim królem chciał dowodzić, odbierze za swoje, odbierze za swoje! Wszystkim się dostanie. Całe lata knuli, zmawiali się, konfederacje tworzyli, koncypowali odezwy, uniwersały, zbierali ruchawki – ot, i mają! Jeden zagryzł się na śmierć, drugi fortunę zaprzepaścił, trzeci pogrzebał wpływy, czwarty dożył dzisiejszych czasów, lecz i naocznie patrzył na rumowisko swoich zamysłów. A szambelan, on przez całe życie miał wstręt do wszelkich ruchów, stronił od rebelii, posłował, ale ani protestów nie wnosił, ani krzykaczów nie wspierał, dworu się trzymał, szambelaństwa doczekał się. Fortuna wzrosła, Prusacy respekt dlań mieli, grosz mu w amcie nie przepadł, cztery procesy graniczne sam Landrecht mu przysądził, a jeżeli teraz Napoleon o niego się dopytuje i ministrów mu nasyła, pewnie że nie bez kozery.

Stanowisko naczelne, wpływy. O lada uśmiech, lada skinienie co najprzedniejsi zabiegają. Dosyć mu wyraz rzucić, żeby być odgadywanym. Jedno spojrzenie i wyrok łaski albo niełaski. Potęga, władza!

Gdy te marzenia kołysały pana Anastazego, inne zgoła uczucia wstrząsały szambelanową.

Po oddaleniu się męża pani Walewska przeszła do ubieralni i odprawiwszy służebną, zasunęła się w róg wyściełanej kanapy. Wiadomość, że ma pozostać w Warszawie, nie dawała jej spokoju; życie w pustkowiu walewickim, którego tak obawiała się przed chwilą, wydało się jej rajem. Warszawy się bała, chłodu wiejącego ku niej z salonów, bała się i księżnej siostry, i Anetki Potockiej, i słynnej pani de Vauban, i tego całego świata intryg, plotek, drobnych nienawiści, małych zabiegów. Sama znała go dotąd niewiele, lecz z każdego zetknięcia się z nim wynosiła gorycz, żal, bolesną ranę. I za co? Czy że uległa woli matki, że oddała się człowiekowi, który mógł być jej dziadem, że wyrwać musiała z serca wszystkie porywy, że życie stało się dla niej ową księgą, mającą najpiękniejsze początkowe karty zlepione? Z dzieciństwa nieomal, z dzieciństwa pełnego jasnej myśli, promiennej wiary jutra, została wtrącona w odmęt przesytu. Kazano jej, wschodzącej nieledwie, iść z zachodem – i poszła, i skryła wszystkie swe zawody, i wierzyć chciała, że dzień zaczyna się i kończy chmurnym zmierzchem, że zmierzch daje ciszę życia, a ta cisza właśnie jest nieskończenie lepsza nad dawne, jej własne, bujne mary.

Pani Walewskiej przyszło na myśl, że pobyt w Warszawie zapewnić jej może większą swobodę, a przynajmniej wyrwać z jednostajności, powstrzymać gderliwość męża, a wreszcie mieć niejaką rozmaitość. Myśl ta jednakże przeszła na jedno wspomnienie księżny Jabłonowskiej, która bez wątpienia nie omieszka rozciągnąć dookoła niej swych opiekuńczych skrzydeł. Nawet ambitne nadzieje męża i pamięć panów de Périgord i Duroc nie nęciły szambelanowej. Co by ona robiła na zamku pośród takiego świetnego towarzystwa? Ona, biedna szlachcianka, na przyjęciach cesarskich? Czyżby potrafiła nawet się poruszać, czy zapytana przez cesarza zdobyłaby się na odpowiedź, wskazaną może przez dworską etykietę, a nie płynącą z serca? Nigdy! Dziś, tam na drodze, widziała go i czuje się dumna, i zadowolona, i szczęśliwa. Ozwała się do niego tak, jak jej najszczerszy zapał podyktował. Napoleon, wracający z pola bitwy, był dla niej wielkim, był tym, jakim go przedstawił Paweł, był tym bohaterem legendowym, zbawcą, wszechwładnym panem Europy, królem królów. Lecz tam, na zamku, w otoczeniu pochlebców, zauszników... niech mu inni biją pokłony, zabiegają o uśmiech, walczą o skinienie.

Anastazy ma przywidzenia, jakąś grzeczność poczytał za dowód szczególniejszej łaskawości. Rozczaruje się szybko. A jednak należy Francuzom przyznać, że w uprzejmości nikomu prześcignąć się nie dadzą. Bo choćby te kwiaty. Marszałek dworu cesarskiego, pamiętający o kwiatach dla pani Walewskiej! Ileż on musiał takich biletów napisać, a ilu ludzi rozesłać, żeby z cieplarni wydostać aż tyle bukietów, boć niewątpliwie rozdali ich kilka dziesiątków.

Pani Walewska sięgnęła machinalnie po bukiet i jęła bawić się zwieszającymi się ponad wstążką kiściami konwalii, a przebierać stulone pąki róż. Naraz pod palcami szambelanowej zaszeleścił między konwaliami kawałek papieru. Pani Walewska wyjęła go. Na skrawku widniał wyraźny napis: Pour la belle Marie!

Pani Walewska rozwinęła papier, na wewnętrznej jego stronie były wypisane wyrazy tym samym równym, czytelnym charakterem: On s’est fait répéter votre nom jusque’a l’apprendre par coeur.

Szambelanowa zadrżała, przysunęła papier do oczu, wyrazy biły ku niej całą pełnią równo zaokrąglonych liter: „Powtarzano sobie wasze imię aż do wyuczenia się na pamięć”.

Więc tam w zamku... za pośrednictwem bukietu, przysłanego przez marszałka dworu... Lecz któż by ważył się na podobny krok? Gorajski? Niepodobna, może ten wstrętny hrabia Hercau? Charakter pisma ten sam, którym był nakreślony list do szambelana, z pewnością ten sam. Ale w takim razie skąd Duroc? Nie widziała go nigdy na oczy. A jeżeli to on był wczoraj z cesarzem?

Pani Walewskiej w oczach pociemniało, rumieniec gniewu trysnął na jej piękną twarzyczkę.

Więc za jej dobrą wolę, za poryw bezinteresowny, za swawolną może ciekawość, lecz płynącą z najczystszych źródeł zapału, uwielbienia – płacą jej miłosnym madrygałem! Więc on – ten wielki, ten bożek wojny, wódz, pogromca śniony, wzywany – byłżeby równy pospolitym pustakom, także sobie tłumaczył owo zawołanie, którym go powitała, owo przypadniecie do stopni pojazdu?

Pani Walewska roześmiała się z samej siebie. Fantazja za daleko ją uniosła. Nieprzystojną natarczywość tego... tego Duroca poważyła się cesarzowi przypisać. On miałby na tak lichy krok się ważyć, miałby zamężnej kobiecie słać? Nie, sto razy nie! Duroc, tylko Duroc, nikt inny. Trzeba, żeby Anastazy się dowiedział o wszystkim, trzeba, żeby powagą swą osłonił ją przed podobnymi napaściami.

Szambelanowa schwyciła za bukiet, zmięła skrawek papieru i z hardo podniesioną głową zawróciła do pokojów męża, lecz gdy ujęła za klamkę drzwi wiodących do sypialni szambelana, ziąb dotkniętego metalu wskroś ją przejął i zmroził w niej wszystką krew. A jeżeli Anastazy wyśmieje jej obrażoną dumę, jeżeli imię marszałka będzie mu imponowało, jeżeli do niej zechce przystosować dawne swe dworackie mniemania, z których tylekroć jej się zwierzał, jeżeli dla wiadomej mu przekory nie uzna ani obaw, ani gniewu?

Pani Walewska cofnęła się od drzwi i powlokła z powrotem do swojej sypialni. Nie, ona nie dopuści, aby bodaj i temu Durocowi nie dać należytej odprawy. Sama wymierzy sobie sprawiedliwość, da mu uczuć, jak źle się zaadresował, uczyni to wyraźniej, prościej, niżby zdołał bodaj szambelan przy najlepszych chęciach. Odeśle mu i ten bukiet, i to pisanie. Pozoru nie da, że je czytała.

 

Szambelanowa nie namyślała się długo, zadzwoniła na pokojową i kazała przywołać do siebie Domagalskiego.

Stary strzelec stawił się natychmiast.

Pani Walewska zasunęła nieszczęsną kartkę między kwiaty i dała je Domagalskiemu.

– Trafisz do zamku królewskiego?

Strzelec chciał odpowiedzieć, lecz szambelanowa nie pozwoliła mu myśli zebrać.

– Musisz trafić! Tam zapytasz o marszałka dworu cesarskiego, Duroca, dotrzesz do niego i oddasz mu ten bukiet. Gdyby cię pytano, kto cię przysyła, powiesz wprost, że ja. Liczę na ciebie, wiem, żeś mi oddany. Wymknij się tak z domu, żeby cię nie spostrzeżono. O całym tym posłaniu ani słowa do nikogo!

Domagalski skłonił się nisko i stał zafrasowany, spoglądając niespokojnie na trzymane w ręku kwiaty.

– Proszę waszej wielmożności, jeno że tam czekają na mnie, mam jechać do Walewic i duchem wracać.

Szambelanowa podeszła do strzelca i położyła mu rękę na ramieniu.

– Miałam ciebie za oddanego mi i wiernego.

Domagalskiemu oczy się rozbłyszczały.

– Jam gotów, proszę waszej wielmożności, byle...

Tu stary strzelec urwał nagle i spojrzał zdziwionym wzrokiem na kwiaty.

Szambelanowa odgadła znaczenie tego spojrzenia.

– Domagalski – rzekła z naciskiem – znasz mnie od dziecka; tu nie rzecz w dokonaniu posłania, lecz w istotnej przysłudze. Kto inny powinien by o tym pomyśleć. Lecz ciebie niewolić nie chcę. Widzę, że nie masz ochoty, zostaw te kwiaty, odniosę je sama.

– Proszę waszej wielmożności, jam gotów! Gdzie trzeba, pójdę, niech sobie, bodaj spóźnić się przyszło.

Szambelanowa powtórzyła rozkaz, zalecając Domagalskiemu kilkakrotnie, aby się nie dał byle czym zbyć i do marszałka dworu dotarł, i kwiaty mu doręczył, unikając tłumaczeń i odpowiedzi.

Rozdział IV

Nazajutrz z samego rana do sypialni pani Walewskiej zapukał Baptysta, zwiastując przez drzwi, że pan Anastazy czeka już na szambelanową gotów do wyjazdu.

Pani Walewska jęła ubierać się pośpiesznie, lecz zanim zdążyła się uczesać, dano jej znać o przybyciu księżnej siostry. Szambelanowa chciała prosić ją przez służebną o chwilę cierpliwości, gdy księżna Jabłonowska wsunęła się niespodziewanie do sypialni.

– Ma chére Marie! Daruj natarczywość, nie mogłam sobie odmówić... Toujours belle! Przypadkowo przez mego kozaka dowiedziałam się, że zostajecie. Niezmiernie się cieszę! Niech cię uściskam!

– Prawdziwie, wdzięczna jestem – wyjąkała z trudem pani Walewska.

– Ach! Nie ma za co! Ja zawsze dla ciebie! Jakże Anastazy? Wczoraj był dosyć źle. Uspokoiłam go, jak mogłam. Rozumiesz, w jego wieku... Przy tym widocznie ktoś mu doniósł o tej promenadzie wczorajszej. Cóż, Warszawa małe miasto, lada co pochwycą. Ale, winszuję ci wczorajszego sukcesu, wszyscy o tobie mówią!

Pani Walewska pobladła.

– Sukcesu? – odparła z wysiłkiem.

– No, przecież miałaś szczęście rozmawiać z cesarzem! Zrobiło to podobno na nim wrażenie. Upewniam cię, że mówię prawdę. Dość ci powiedzieć, że Duroc wczoraj, późnym wieczorem, był u Vaubanki, jak najszczególniej rozpytywał się o ciebie. Anetka nie posiadała się z gniewu. Bardzo chwalę zręczność, że udało ci się skłonić Anastazego do pozostania.

– Myli się księżna.

– Chére Marie! No, przecież mnie, jako siostrę, nie powinnaś tytułować. O, niech cię uściskam! Masz we mnie szczerze oddaną. Może chciałabyś co z Anastazym, z całego serca ci pomogę!

– Dziękuję.

– Naturalnie, w tym wszystkim nie ma jeszcze nic pewnego. Napoleon w ogóle nie ma stałości w intencjach. Lecz to się pokaże. Jestem dobrze z Talleyrandem, potrafię go wyrozumieć i uprzedzę cię w porę. Tylko, moja najdroższa, gdybyś miała sposobność, pamiętaj, że dwa starostwa odebrali nam Prusacy i to na trzy lata przed śmiercią mego męża nieboszczyka. Pretensji nie wnoszę, ale słuszna rzecz, aby mi sprawiedliwość wymierzono.

Szambelanowa targała niecierpliwie trzymaną chusteczkę. Gdy księżna Jabłonowska skończyła, pani Walewska ozwała się zimno:

– Przepraszam najmocniej, ale nic z tego wszystkiego nie rozumiem.

Księżna uderzyła z lekka szambelanową po ręku i rzekła żartobliwie.

– Très bien, très bien! Tak trzeba, koniecznie, dopóki się nie wyklaruje, ani słowa. Nie wiesz o niczym, do niczego się nie zobowiązujesz. Powiadam ci, Talleyrand go zna na wylot, fantastyk, brutal, trzeba z nim ostrożnie i umiejętnie. Powiem ci nawet nowinę. Eleonora Dénnelle de la Plaigne ma syna. Właśnie pozawczoraj przybył z tym kurier z Paryża. Talleyrand ledwie mógł ukryć wzruszenie. Cesarz w odpowiedzi wysyła aż dwóch adiutantów! Nie wiadomo, co z tego wypaść może. Trzeba więc podwójnego taktu, bardzo wielkiej ostrożności. A przy tym Anetka zabiega. Nie dość na tym, w drodze, pod Pułtuskiem, Lubomirska miała audiencję. Cesarz był ujęty jej wdziękiem, więc wszystko zależy...

Szambelanowa siedziała z ustami zaciśniętymi, z głową pochyloną. Księżnę to milczenie uraziło.

– Ma chère! Ciebie może niecierpliwi, że ja się mieszam? Miałam sobie to za obowiązek. Zdawało mi się, że moje doświadczenie przyda ci się na coś. Wierz mi, gdybym nie ja, pani Grabowska nigdy by nie doszła była do takich rezultatów. Pochlebiam sobie, że znam dwór, znam ludzi, mam doświadczenie...

– Wielce zobowiązana jestem, lecz mi to doświadczenie jest zgoła niepotrzebne.

– Ależ Marylko! Powiem ci całą prawdę. Vaubanka była u mnie. Zaklęłam ją, przyrzekłam za ciebie, że o niej nie zapomnisz. Ona może pomóc. Bo myślisz, że jeżeli taki Talleyrand nie zechce, to zdołasz docisnąć się do zamku?

– Nie wybieram się tam wcale.

– Nie rozumiem cię, przecież...

– Mam męża – odparła wyniośle szambelanowa – który jest zarazem i jej bratem, o czym należałoby pamiętać.

Księżna poruszyła się niespokojnie na krześle.

– Widzę, że zanadto ufasz własnym siłom, zapominasz, że w razie czego potrafię skłonić Anastazego do powrotu na wieś.

– Tego jedynie pragnę.

Księżna gotowała się do odpowiedzi na to niespodziewane odezwanie, gdy we drzwiach ukazał się szambelan wyświeżony, woniejący z daleka.

– Ach, pani siostra tutaj? Właśnie mieliśmy jechać do ciebie. Potrzebujemy twojej pomocy, twojej rady.

– Trudno mi w to uwierzyć!

– Idzie przede wszystkim o stroje. Rozumiesz, Marylka nie wie, gdzie się obrócić, a przy tym nie potrafiłaby. Nie bywaliśmy od tak dawna. Trzeba by nadto wypośrodkować inne damy. Więc, kochana siostruniu?

– Ach, mój Anastazy, cóż ja mogę? Joubert stoi dla wszystkich otworem – nic łatwiejszego, jak poczynić zakupy. Zresztą, słyszę właśnie, że Marylka myśli o powrocie do Walewic, co znajduję bardzo rozsądnym. W jej usposobieniu jest to bardzo naturalne, wcale nie dziwno, że chce usunąć się od dworu. Boć to przecież nie dwór, ale obóz!

Pan Anastazy skrzywił się.

– Pani siostra się myli. Są chwile, w których niejedno trzeba poświęcić, niejednego się wyrzec. W Warszawie zostać musimy, niepodobna mi uchylać się...

– Ach, tak! – zauważyła księżna, nadając temu wykrzyknikowi szczególniejszy akcent.

Szambelan wzruszył ramionami i podniósł się na palcach.

– Mnie samemu nie jest po myśli, ale cóż, niepodobna się wymówić, mogliby powziąć urazę; a nadto gotowi by wypominać, żem nie chciał, żem zezwolił na panoszenie się rozmaitych ichmościów. Tedy mniemam, że nie odmówisz Marylce, że pomożesz jej.

– Ależ! Mój Anastazy, skoro sobie tego życzysz, jam gotowa! Bardzo chętnie, Joubert sprowadził prześliczne materie, jest w czym wybierać.

Tu księżna z całym zapałem jęła projektować toaletę dla szambelanowej, snując dobory kolorów, a osobne czyniąc plany dla muślinów, aksamitów, madrasów, triestów i ost-indyjskich tiulów.

Pan Anastazy dzielnie sekundował siostrze, każdym spięciem, każdą wstążką się zajmował, nad każdym szczegółem się zastanawiał. Niekiedy przykładał szkła do oczu, mierzył badawczym spojrzeniem postać żony i dopiero decydował.

Pani Walewska nie przyjmowała zupełnie udziału w rozprawach i zachowywała się tak, jakby nie o niej mówiono, jakby nie dla niej gotowano te wszystkie świetności.

W trakcie tych narad dano znać szambelanowi o przybyciu wielkiego marszałka dworu, Duroca. Pan Anastazy bez zbytniego pośpiechu jął zbierać się do wyjścia na spotkanie gościa.

Księżna nie mogła ukryć, zdziwienia.

– Duroc? Duroc u ciebie?!

– Phi. Wczoraj był pan de Périgord, dziś Duroc, aż do uprzykrzenia – odrzekł spokojnie szambelan i wyszedł.

Księżna zwróciła swe małe, przenikliwe oczy na panią Walewską.

– Chèrie! Stokroć cię admiruję. Nie spodziewałam się wcale po tobie takiej finezji. Moja droga, już mi nie przecz, toć przedziwna finezja. Wczoraj, wyznam ci szczerze, bałam się trochę o ciebie. Anastazy był w okropnym humorze. Rozumiesz. Mężczyźni są wszyscy jednakowi. Wychodząc, nie byłam pewna, czy nie wybuchnie, czy ci nie zrobi sceny. Każdy z nich umie być „pojedynczym”. Słów nie mam dla twego taktu. To ci robi zaszczyt.

– Nie rozumiem uznania, którym mnie księżna siostra raczy obdarzać.

Księżna roześmiała się cicho i pogroziła figlarnie palcem szambelanowej.

– Oj, ty filutko, powinnam się urazić na ciebie za ten brak szczerości, ale już wolę ci darować. Byle ostrożnie – kto wie... Znałam panią Grabowską, nikomu przedtem w głowie nie było, żeby dojść mogła do takiego znaczenia, ciebie to denerwuje, więc już nic nie powiem. Byle ostrożnie, byle ostrożnie.

Szambelanowej łzy stanęły w oczach.

Księżna nie zwróciła uwagi na to rozdrażnienie. Po kilkakroć zaprzysięgła się, że jak najlepsze ma intencje dla bratowej, obiecała natychmiast objechać magazyny i sprawdzić, co jeszcze można by dobrać do stroju, i po najczulszych pożegnaniach odjechała.

Pani Walewska odetchnęła pełną piersią po oddaleniu się księżnej. O znaczeniu jej słów, o sensie domyślników nie mogła wątpić. W szambelanowej zagrała obrażona, dotknięta do żywego duma. Za wietrznicę ją mają, posądzać chcą o nie wiadomo jak występne zamiary. Na plotce, na niczym nieusprawiedliwionym przypuszczeniu budują cały gmach domysłów.

Pani Walewska wspomniała na bukiet, na przybycie Duroca, który gościł w tej chwili u pana Anastazego, i lęk ją zdjął. Lęk przed ludźmi, przed tajemniczymi uśmiechami księżnej, przed suchym, ironicznym rechotem Anetki Potockiej, którym powitała ją na pamiętnym zebraniu.

Pani Walewska podeszła do okna, przyłożyła rozpalone czoło do obmarzniętej szyby i zapatrzyła się w białe kwiaty mrozu. Jakaś ciemń ją otaczała, jakaś tajemniczość, świadomość niebezpieczeństwa kołatała w niej przeczuciem. Po kilkakroć chciała wmówić w siebie, że ją dziecinne zdejmują obawy, że sama plącze, łączy ze sobą nic nieznaczące fakty, że przesadza w dociekaniach, że kojarzy oderwane słowa, że księżna, mówiąc o utraconych starostwach, mniemała, że może się zdarzyć niewinna okazja. Lecz te tłumaczenia, którymi chciała się szambelanowa uspokoić, pokrzepić – nie trafiały do jej przekonania. Głos wewnętrzny mówił jej, że powinna natychmiast zwierzyć się mężowi, że powinna wyznać mu wszystko, co ją łamie, co napawa strachem.

Szambelanowa nie zdawała sobie jeszcze sprawy, co i jak powie mężowi, ale niemniej spowiedź taka wydała jej się konieczna, nieodzowna. W chwili gdy pani Walewska utwierdziła się ostatecznie w tym postanowieniu, wyrwał ją z zadumy głos pana Anastazego. Szambelanowa drgnęła, a spostrzegłszy przed sobą niezwykle uroczyście uśmiechniętą twarz męża, straciła pewność, czy wyznanie jej znajdzie upragniony oddźwięk.

Pan Anastazy po raz drugi tymczasem powtórzył:

– Pozwól na chwilę. Duroc bardzo mnie obligował o zaszczyt przedstawienia się tobie.

– Duroc?

– Jesteś roztargniona. Wielki marszałek dworu! Nie marudź! Nie przystoi, aby zbyt długo czekał. Owszem, jest on nadspodziewanie... nigdy bym nie myślał, żeby miał takie formy. Bardzo na miejscu. Grzeczność trzeba cenić.

– Może innym razem. Nie jestem ubrana do przyjmowania wizyt.

Szambelan wydął pogardliwie usta.

– Nie potrzebujesz przecież robić zbytnich skrupułów. Mały negliż jest w tonie. Owszem, niech wie, że Kolumna-Walewska wcale sobie takiej wizyty za szczególniejszy honor nie poczytuje. Chodź.

– Głowa mnie boli, przeziębiłam się – broniła się szambelanowa.

Pan Anastazy rozgniewał się:

– Fochy, humory! Głowa! Naucz się panować nad sobą! Bez panowania kroku nie zrobisz na dworze! Te względy muszą ustąpić! Grzeczność, formy i koniec. Myślisz, mnie raz się zdarzyła? Pamiętam, na obiedzie czwartkowym w Łazienkach ząb mnie rwał, a tu król jegomość jął rozpowiadać ucieszne metafory, wszyscy się śmiali, więc i ja śmiać się musiałem, choć mi łzy z bólu kapały. No, dosyć tego! Proszę za mną. I tak dałem mu czekać zanadto.

 

Szambelan ujął żonę pod rękę i powiódł do sali.

Pani Walewska w myśli układała sobie wyniosłą odpowiedź, jaką złamać potrafi każdy uśmiech, każdy półsłówek wyrafinowanego dworaka i szła zasłuchana w przyśpieszone tętno własnego serca.

– Duroc, książę Frioulu, wielki marszałek dworu jego cesarskiej mości – rozległ się naraz głos pana Anastazego tuż nad uchem pani Walewskiej.

Szambelanowa podniosła niepewne oczy i zdumiała się. Przed nią stał ten sam generał, który w Jabłonnej z taką uprzejmością ułatwił jej pamiętną rozmowę z cesarzem.

Duroc z wdziękiem i dystynkcją skłonił się szambelanowej i powitał ją wytwornym komplementem.

Szambelanowa ledwie mu głową skinęła, z zalęknieniem oglądając się dokoła, jakby szukając miejsca, gdzie by schronić się mogła.

Wielki marszałek, nie otrzymawszy odpowiedzi na pierwsze odezwanie, przemówił po raz wtóry.

Pani Walewska i tym razem jeszcze nie mogła się zdobyć na odpowiedź.

Pan Anastazy ledwie ukryć mógł zniecierpliwienie na to oczywiste parafiaństwo żony, ratując zaś milczenie, rzekł pośpiesznie:

– Zechciej wybaczyć, panie marszałku, żona moja jest cierpiąca.

– Więc wina po mojej stronie, ważyłem się trudzić panią niespodziewaną chęcią złożenia jej uszanowania.

– Proszę pana, panie marszałku, racz zająć miejsce – wyjąkała pani Walewska.

Duroc siadł na fotelu naprzeciw szambelanowej. Pan Anastazy stanął za krzesłem żony i postukiwał tabakierką.

– Doprawdy, nie wiem, czym zasłużyłem sobie na taką łaskawość, nigdy bym się nie poważył dłużej naprzykrzać, gdyby nie miły obowiązek uproszenia pani, abyś uświetniła swoją obecnością bal prezentacyjny.

– Panie marszałku... nie wiem...

– Naturalnie – podchwycił żywo szambelan, nie pozwalając dokończyć żonie rozpoczętego zdania – dołożymy starań, żeby nie zawieść.

– Najjaśniejszy pan, któremu miałem szczęście przedstawić listę mających się przedstawić osób, po dwakroć zalecił mi upewnić się, że państwo przybędą.

Pan Anastazy odchrząknął i poprawiwszy gwiazdę orderową, dorzucił uprzejmie:

– Wielce obligowani za zaszczytną pamięć.

– Ach, panie szambelanie – odparł z wdziękiem Duroc – po tylu miesiącach życia obozowego jesteśmy wprost spragnieni zarówno tak miłego towarzystwa, jak i dalej, głębiej sięgającej rozmowy. Życie mało daje nam chwil przyjemnych. Prawda, bywają wypadki, że wśród wojennego rozgwaru, gdzieś na zapadłym postoju przemknie się nam urocze zjawisko, jakaś dobra wróżka ześle mgnienie upojenia. Widziadła atoli takie giną, znikają. Czyż dziw, że upatrzywszy sposobną chwilę, gonimy za nimi, ścigamy każdą myślą, tęsknimy całą duszą.

Szambelan na ten zwrot niespodziewany kiwnął głową i z miną statysty odchrząknął, choć w głębi wątpliwość go zdejmowała, czy marszałek nie robi aluzji do nowego sojuszu z Turcją.

Pani Walewska zaś mocniej pochyliła się ku przodowi, unikając wzroku marszałka.

Duroc tymczasem przeszedł żywo do ostatnich wypadków wojennych i z wprawą dworaka ślizgał się po dobrze mu znanych sprawach; niczego z zamysłów gabinetowych nie odkrył, żadnego nowego światła nie rzucił, mówiąc wiele, nie wyrzekł ani jednego stanowczego zdania. Dopiero gdy przyszedł do ostatniego dnia rozprawy pułtuskiej i wspomniał na powrót do Warszawy, zmienił nagle ton i zakończył z przejęciem:

– Dzień wczorajszy był istotnie jednym z najpiękniejszych w życiu najjaśniejszego pana. Niebo i ziemia złożyły się na to, aby mu urok zimy w całej przedstawić krasie. Nie pamiętam nigdy cesarza, aby tak był rozmarzony, przyjęcie, które mu zgotowano w Jabłonnej, niezatarte wyryło ślady w jego sercu.

– Proszę. Nie wiedziałem nic o tym.

– Panie szambelanie, nie należy brać moich słów co do litery. Gdyby tam były bramy triumfalne, łuki, girlandy, cyfry, nie sprawiłyby wrażenia. Temu, któremu już tylekroć razy sypano kwiaty pod nogi, słano kobierce, palono pochodnie, trzeba czegoś więcej nad powszednie hołdy, temu najsztuczniejszy ceremoniał obojętny się wyda. W Jabłonnej było inaczej. Tam spotkało go zawołanie serca, tam powitało spojrzenie pełne ufności, zapału, wiary. A jedno takie spojrzenie starczy niekiedy za miliony.

– Ba, ba! Zapewne, zapewne – potakiwał z godnością pan Anastazy.

Pani Walewska drżała ze wzruszenia.

Duroc nagle zmienił przedmiot rozmowy i zwróciwszy się do szambelanowej, zagadnął niespodziewanie:

– Pani lubi kwiaty?

Pani Walewska drgnęła, lecz uczuwszy na sobie badawczy wzrok bystrych oczu marszałka, odparła z mocą:

– Tak, nie zerwane.

– Pytanie to niech usprawiedliwi moją wczorajszą śmiałość. Nieświadomy zwyczajów polskich, obawiam się, czy nie popełniłem niestosowności. Lecz sądzę, że kwiaty są tylko hołdem.

– Same kwiaty, tak.

– U nas wolno im niekiedy mówić.

– U nas nie każdy ma prawo ich słuchać.

– Lecz przyjąć je godzi się zawsze. Jak pani znajduje konwalie? Dla mnie nie tyle, ile dla cesarza nie masz piękniejszych. Łącząc delikatność zapachu z mocą, są uosobieniem prostoty, koją swym wiewem aromatycznym.

– I chcą odurzać.

– Pani to poczytuje za występek? Czyż życie nasze, a raczej chwile szczęścia, nie są odurzeniem, upojeniem?

– Nie dla wszystkich.

– A przecież konwalie tyle w sobie kryją szczerości! Czyż można ich nie uznawać, czyż wolno odtrącać? Wszak niosą ze sobą całą swą istność, wszak ze tchnieniem swym oddają część własnego bytu.

– Panie marszałku. Jeżeli konwalie są symbolem tylu uczuć podniosłych, to nie mogą równocześnie być oznaką igraszki, tam gdzie ich woń spłynie, tam zstępować winno poszanowanie, zachowanie, tam nie miejsce dla swawoli.

– Najgoręcej podzielam to przekonanie – zakończył Duroc i powstał z miejsca.

Wielki marszałek raz jeszcze ponowił zaproszenie, wspomniał o mającej nastąpić prezentacji na zamku i po kilku komplementach, mile łechcących miłość własną szambelana, odjechał.

Pan Anastazy był niezmiernie zadowolony z tych odwiedzin, tak że nawet nie spostrzegł roztargnienia, z jakim pani Walewska pożegnała marszałka, i co prędzej uznał za właściwe podzielić się z żoną przepełniającymi go myślami.

– Widzisz, wczoraj wątpiłaś, dziś masz dowód oczywisty, kłaniają się, zabiegają. A cóż, owszem. Tylko niech im się nie zdaje, że lada warunki przyjmę. Ho, ho! Za narzędzie wziąć się nie dam! Byle urzędem mnie nie zdobędą! Duroc wcale sobie gładki, nikt by nie pomyślał, że jest tak mizernego pochodzenia. Bardzo zręcznie prowadziłaś konwersację o tych... tych konwaliach, bardzo, bardzo...

Szambelanowa spojrzała niepewnie na męża.

– Więc wiesz?

– A to dobre. Chyba miałem dosyć czasu do osłuchania się z tymi półsłówkami. Przez ciebie radzi by trafić do mnie. Z początku wydałaś mi się onieśmielona, a potem doskonale. Francuzik nie wiedział, co odpowiedzieć. Tak z nimi trzeba, tylko tak.

Pani Walewska odetchnęła.

– Dlatego też mniemałabym, że powinniśmy wracać do Walewic.

Szambelan, który był właśnie podniósł się na palcach, na to odezwanie się drgnął tak mocno, że o mało nie upadł.

– Co, co? Wracać do Walewic? Żartujesz!

– Bo przecież... wobec tego niepodobna, abym była obecna na recepcji. Księżna siostra miała...

– Jak to, niepodobna? Co księżna? Naplotła ci i koniec – wybuchnął pan Anastazy. – Zazdrość zdejmuje wszystkich! Wszyscy po jednych pieniądzach! Pani do męża musisz się stosować.

– Wszak nie możesz narzekać, lecz kiedy chcesz zostawać, to mnie pozwól...

– Ani mi w głowie! Fochy nowe, grymasy! Tak, wiem, zgaduję, już cię korci, aby przeciw mnie iść. Gdym chciał siedzieć w Walewicach, było ci źle, wzdychałaś do Warszawy, wczoraj jeszcze nie podobało ci się, że zamierzam wracać, dziś miasto ci obrzydło. Byle na złość, byle na swoim postawić.