Księżna ŁowickaTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Północ dawno wybiła na wieży Zamku Królewskiego, warty głównego odwachu już do następnej gotowały się zmiany, a komnatka Żanety Grudzińskiej mrugała jeszcze światełkiem, jeszcze czuwała, jeszcze w dal ciemną, a oparami przepastnych mgieł spowitą, słała drżące blaski.

Upłynęły godziny od chwili, gdy pani Brońcowa, złożywszy pocałunek na czole córki, udała się na spoczynek. Upłynęły godziny od chwili, gdy w głębi korytarza mieszkania Brońców umilkły stąpania służby, a Żaneta siedziała wciąż jeszcze z twarzą w dłoniach ukrytą, skupiona, na poły zastygła. Serce jej równym uderzało biciem, pulsa tętniały spokojnie, mięśnie nie dygotały kurczowo, pierś nie falowała, myśl bez trudu, bez natężenia długie a szare rozsnuwała pasma. A przecież mimo te pozory, postać Żanety tchnęła ciszą żalu, ciszą skargi.

Lecz Żaneta taką już na świat przyszła, taką się narodziła. Ani mniej, ani więcej, niż jej dwie siostry, kochana przez rodziców, ani inaczej, niż one chowana, ani inaczej edukowana: a jednak Żaneta od dzieciństwa różniła się usposobieniem, różniła się wrażliwością, różniła upodobaniami. To, co Józefinę pobudzało do serdecznego śmiechu, to Żanetę napełniało nudą, to, co Antuanetę gniewało, toż samo Żanetę bolało. Tam, gdzie Antuaneta miała pogodną rezygnację, tam, gdzie Józefina ulegała, nie kryjąc przymusu, tam Żaneta buntowała się, opierała.

Dzieciństwo Żanety było smutnym; i nie dlatego, aby brakło mu warunków materialnych, i nie dlatego, aby poskąpiło miejsca dla wybuchów radości, swawoli czy zabawy, lecz że natura Żanety była naturą tej rośliny, której nie tylko słońca trzeba, ale i wielkiego słońca, nie tylko dżdżu obfitego, ale i ciepłego, ulewnego dżdżu, nie tylko ziemi tęgiej soczystej, lecz i gorącej ziemi.

Być może, iż niemały wpływ na Żanetę wywarło i to, że danem jej było przyjść na świat, jako najstarszej z trzech córek hrabiego Grudzińskiego i Marii Dorpowskiej; i że stąd Żaneta najgłębiej z dzieci odczuła niesnaski rodziców, że najwcześniej zetknęła się ze zgrzytami niedobranego czy poróżnionego stadła. Żaneta bodaj jedna spośród rodzeństwa patrzyła, jak z dnia na dzień pękały ogniwa łańcucha wiążącego rodziców, jak dom wrzał piekłem nieustannych starć małżeńskich, jak ład niszczał, jak szeptały sługi, jak potem zalegała głusza złe udawanych pozorów i jak znów następowało gwałtowne starcie.

I Żaneta od maleństwa umiała już przedziwnie manipulować instynktowną perfidią dziecka, zmuszonego być Metternichem śród rodzicielskich nieprzyjaźni.

Lecz Żaneta nie przechylała się ani na stronę matki, ani na stronę ojca. Prawda, bywały chwile, gdy podczas nieobecności męża, pani Dorpowska sama wyjeżdżała z Popowa, strojna, piękna, roześmiana, Żanetkę zdejmowała żałość do matki. Wówczas nawet dziecinnym swym szczebiotem ostrzegała ją, aby wracała szybko, żeby tatuś się nie gniewał. Lecz gdy następnie nadjeżdżał ojciec i pytał o matkę, Żaneta spieszyła znów ucieszyć go wiadomością, iż matka wróci zaraz, że pojechała tylko po pierniczki dla Józefinki, tylko po lalkę dla Antuanetki.

Po jednej z gwałtowniejszych scen Żanetę wraz z siostrami odwieziono do babki Dorpowskiej, do Poznania, a stąd już wprost na pensję do pani Vauché, do Warszawy. Tu już wieść o ojcu zaginęła, na pensji bywała tylko matka.

Żaneta próbowała pytać o ojca, lecz matka zbywała ją ogólnikami, że ojciec musi w Popowie zostawać. Trwało tak lat kilka, aż pewnego razu matka zapowiedziała córkom, że im przyprowadzi nowego tatusia. Za czym w kilka dni przyszła z panem Brońcem.

Józefinka nowym tatusiem była zachwycona, ile że pan Broniec zjawiał się często na pensji i zawsze obładowany przysmakami. Antuanetka miała dlań wiele życzliwości od pierwszej chwili. Jedna Żaneta boczyła się długo i uporczywie. Ale pan Broniec zwyciężył oziębłość Żanety, bo ani do serca nie brał dąsów podlotka i był zawsze tak równomiernie dobrym, jasnym, uśmiechniętym i wyrozumiałym dla panienek, że niepodobna było ani nań się krzywić, ani nań się skarżyć. Pani Vauché i ksiądz Malesherbes, Francuz, przez lata całe byli najbliższymi opiekunami panien Grudzińskich, bo aż do czasu, gdy Żanetę z Józefiną pani Brońcowa odwiozła do Paryża, do pani Collins, na dokończenie edukacji. Właściwie pensja pani Vauche w zupełności wystarczała dwom starszym córkom pani marszałkowej, gdyż pani Collins nie dorzuciła nic ani do ułożenia wytwornego, ani do wiadomości, ani bodaj do czystości francuskiego akcentu. Lecz mimo to pani Brońcowa usilnie przetrzymywała córki nad Sekwaną, bo jak złośliwi powiadali, ciężko było marszałkowej do dorosłych córek się przyznawać, ciężko obok nich między ludźmi pokazać.

Powrót z Paryża do Warszawy, do matki był dla Żanety i Józefiny przejściem wprost z surowej klauzuli pensjonatów do pustoty salonowego życia.

Dom marszałka Zamku, Brońca, jeszcze od czasów Księstwa Warszawskiego był jednym z ognisk towarzyskiego życia, lecz ognisk ani wyszukanych, ani poważnym łączeniem się ludzi słynących. Treścią rozgwaru, panującego u Brońców, był stół wykwintny a suto zastawiony, gospodarz, którego największą radością było uraczyć gościa co najlepiej, i gospodyni roztrzepotana, lubiąca stroje, przyjęcia, zaloty i plotki.

Stąd u marszałkostwa więcej bywało biboszów niż statecznych mężów, więcej pustogłowców płci obojga niż uczonych, więcej zbieraniny różnego autoramentu niż osób do siebie pasujących.

Kto jeno raz przestąpił progi marszałkostwa, ten już bez pytania mógł, ile razy chciał, do pełnego zawsze stołu zasiadać, a po całych wieczorach chichotać w salonie z panią Brońcową.

Od czasu do czasu zebrania u Brońców ustawały, lecz bodaj tylko na czas przyjazdu księcia warszawskiego czy następnie cesarza Aleksandra. Marszałek bowiem był zajęty dworskim swym urzędem. Te pauzy przymusowe niegdyś mocno nawet dokuczały Brońcowi, bo książę warszawski był skromnego obyczaju człekiem, wstrzemięźliwym i po trosze lubił skąpić. Tedy marszałek nie tylko, że pola do popisu dla siebie nie miał, lecz w dodatku sam stosować się musiał do książęcego stołu. Jakoż wzdychał żałośnie pan Broniec, a skarżył się, iż taki dobry król tak źle jada.

Ale w zamian, jak po księciu nowy król polski, Aleksander, w Zamku się rozsiadł, to dni służby zamieniły się dla pana Brońca w najczarowniejsze, nieprzebrzmiałe nigdy wspomnienia.

Ba, toć przecież Aleksander I na kuchni się znał, i o winie także potrafił rozprawiać. I jak się znał! Napoleon ze zdobywanych miast wygarniał dzieła sztuki, historyczne pamiątki.

Aleksander zaś w czternastym roku sto tysięcy butelek szampana wolał zarekwirować z Epernay, niż Paryżowi malowidła zabierać. Co ważniejsze, cesarz Aleksander umiał jeść i pić, i umiał chwalić.

Tak czy owak, nie trzeba było być moralistą, aby obawiać się dla panien Grudzińskich tej nieopatrznej gościnności państwa Brońców. Jakoż pojawienie się Żanety i Józefiny niemało dostarczyło okazji do pobożnych przepowiedni, że szkoda edukacji, szkoda tej urody na otoczenie hulaków, że szkoda panien Grudzińskich.

Aliści, zanim ktoś najzłośliwszy zdołał ukuć plotkę o niewątpliwym objawie złego wpływu gości marszałkostwa na ich córki, wpływ ten objawił się, lecz w odwrotnym dla puszczyków kierunku. Zebrania u Brońców stały się dyskretniejszymi, mniej rubasznymi, przystojniejszymi.

Młodzież gromadą ruszyła do domu marszałka. Bywalce i niestrudzeni bibosze, jak Kubicki i kawaler Żaboklicki, do zakamarka za kredensem ustąpili, raczyć się z Brońcem, a z Molskim, wierszopisem, pałeczkę zalewać. Pani Brońcowa wpadła szczęśliwie od razu w rolę stroskanej o swe pisklęta kokoszy i trzeba przyznać, jeżeli i miała niejedną płochość romansowego serca na sumieniu, to teraz tym czujniej, tym lepiej strzegła córek.

Co prawda, panny Grudzińskie mogły były obejść się bez tej czujności matczynej, gdyż o ile odziedziczyły po pani Brońcowej całą jej słynną niegdy urodę i z sutym naddatkiem, o tyle nic nie wzięły z jej charakteru, z jej przywar i z jej ubogich przymiotów duszy. Nawet Józefina, która najsilniej z panien Grudzińskich odzwierciedlała matkę, nie posiadała i cząstki jej wrodzonej przewrotności.

Tymczasem, jeżeli wpływ zjawienia się w domu Brońców panien Grudzińskich niejednemu złemu językowi figla wypłatał, to rzec można, iż Żanetce szczególniej bolesny sprawił zawód.

Żaneta była spragniona przywiązania, uczucia, miłości rodzicielskiej, o której tak pięknie rozpowiadał ksiądz Malesherbes, ciepła rodzinnego – gdy spotkała ją jeno afektacja kobiety, która nareszcie zdecydowała się przyznać do trzech córek, która w nich próbowała szukać przedłużenia własnej zwiędłej piękności, która mieć je chciała za ambicję, za szczeble ku porośnięciu w znaczenie i szacunek.

Żaneta na razie nie zdawała sobie sprawy z tego zawodu, starała się przezwyciężyć żal, który ją nurtował, starała się wierzyć, iż los dał jej więcej niż posiadała każda z jej rówieśniczek.

Pożycie Żanety z Józefiną było zgodne, przyjazne, siostrzane, lecz nie zharmonizowane, nie zlane. Przedsiębiorczy, ognisty, a przy tym giętki i oportunistyczny temperament Józefiny nie znajdował oddźwięku w spokojnym, smętnym usposobieniu Żanety. Józefina z Żanetą nie rozumiały się. W zamian, mimo przeciwieństw, mimo pozornie różnych charakterów, Żaneta z Antuanetą kochały się, miłowały i zgadzały zawsze. Pierwsza dla drugiej była i strażniczką, i opiekunką, i matką. Druga dla pierwszej i powierniczką, i pogodą, i rozweseleniem, i słońcem.

Stąd, gdy po powrocie pod dach matki, nareszcie do domu przybyła i najmłodsza Antuanetka, Żaneta tym żywsze okazywała jej przywiązanie; i bodaj nie z samolubnego poczucia, aby wypełnić pustkę dotkliwą przez matkę nie postrzeżoną, lecz aby Antuanetę przed tą pustką właśnie uchronić. W domu Brońców o Grudzińskim nie było mowy, jakby nie istniał, nie żył. Raz jeden tylko marszałkowa, gdy Antuaneta, nie bacząc, wspomniała ojca, odezwała się raptownie: „Moje panienki, trzeba, żebyście wiedziały, że pan Grudziński się żeni”.

 

Ta wiadomość zabolała Żanetę. Zdawało jej się, iż matka do najtajniejszej skrytki serca jej sięgnęła, aby wyrwać zeń to, co Żaneta kryła na godziny smętku, a co było dla niej drogim, miłowanym obrazem bardzo dobrego, a jeno nieszczęśliwego ojca.

Pan Broniec, wedle sił i pojęcia, starał się odpowiedzieć zadaniu ojczyma, a że po swojemu zadanie to pojmował, więc totumfackim pasierbic został.

Panny Grudzińskie lubiły marszałka, zwały poufale „Beauperkiem” lub „Bronperkiem”, ale i nie trudziły go niczym, chyba frykasem lub sprawunkami. Pan Broniec zresztą rad był ze swego stanowiska, kochał na własny sposób pasierbice, na własny sposób okazywał im pamięć i na własny sposób nimi się chlubił. A jeżeli ktoś w tym chlubieniu marszałka dopatrywał się tego samego tonu, jaki miał Broniec dla tortu wiedeńskiego, omszałej butelki maślacza czy żółwiowej zupy, to jeszcze nie było w tym ujmy dla przywiązania do pasierbic, a raczej dokument, jak wysoce panny Grudzińskie stawiał.

Zresztą, przewództwo nad pannami Grudzińskimi objęła niepodzielnie pani marszałkowa.

Pan Broniec zaś zadawalniał się stanowiskiem nie żadnego oficera sztabu, lecz urzędnika komisariatu prowiantowego. Oczywiście przybycie córek do domu stało się dla pani Brońcowej początkiem zabiegów, aby co najkorzystniej, co najlepiej wydać je za mąż. Było to zadanie trudne, bo pani marszałkowa miała wymagania ambitne, a panny były biedne, nawet zupełnie biedne.

Spora fortunka państwa Brońców stopniała od dawna, zamieniając się w wiszący na włosku tytuł własności i niezliczoną ilość długów i dłużników. Pensja zaś marszałkowska nie starczyła na opłacenie strojów jednej pani domu. Na domiar Brońcowie ani myśleli o pohamowaniu rozrzutności, o umniejszeniu wydatków, a raczej myśleli zawsze o uświetnieniu przyjęć, o podniesieniu stopy życia.

Jak sobie dawali radę, jak zdołali nie tylko długów nie płacić, lecz wciąż nowe zaciągać, to było przedmiotem podziwu całej Warszawy, a marszałkostwa tajemnicą. Co ludzie mówili, to mówili, a dom Brońców opływał w dostatek, lśnił zamożnością i niczego sobie nie skąpił.

Ta sztuka zachowania pozorów, a właściwiej kunszt wydawania pieniędzy z próżną kiesą za pasem był miłym dla bywalców, przyjemnym dla tych, którzy szukali rozrywki, kompanii, dymiącego komina. Ale nie dla tych, których uroda panien Grudzińskich nęciła, nie dla tych, którzy trzeźwo patrzyli w przyszłość. Nic bo, że panny Grudzińskie nie posiadały fortuny, że nie miały wiana, lecz że groziły przyszłym mężom nawyknieniami do zbytku, do rozrzutności, do życia nad stan, a bodaj że zapowiadały ciężary, bo długi rodziców. Długi zaś te nie ważyły nawet szali pogłosek, że pan Grudziński ma jeszcze mająteczek i że córkom przekaże, bo pan Grudziński Brońcowej wypłacił więcej, niż mógł, bo sam niewiele posiadał, bo żenił się po raz drugi. Młodzież zalegała pokoje marszałkostwa, hołdowała piękności panien Grudzińskich, lecz deklaracji się strzegła.

Dla sprawiedliwości trzeba rzec, iż w istocie młodzież strzec się potrzebowała jeno własnych zapałów, jeno powłóczystych oczu panien Grudzińskich. Pani Brońcowa bowiem mierzyła wysoko, a panny zaś tak były oszołomione nowym, nieznanym im otoczeniem, tak dalekie od zastawiania sieci, a choćby próbowania motylich skrzydeł, że kto ćmich porywów się strzegł, ten bez niebezpieczeństwa mógł krążyć i napawać się wdziękami panien Grudzińskich.

Żaneta, zarówno jak i jej siostry, nie zdawała sobie sprawy ze stanowiska towarzyskiego rodziców ani z zamysłów matki, ani z położenia materialnego. Świat i ludzi znała jedynie ze starannie dobranych książek, z nauk dystynkcji, o ułożeniu salonowym, z wytwornych rozmów pani Vauché, z mistycznych tłumaczeń księdza Malesherbesa. Ale Żaneta miała wrażliwość, czuła wszystko, co bodaj musnęło ją, co tknęło, co nie odpowiadało snom, które śniła, pięknym zasadom, które wchłonęła, to wszystko warzyło ją, niepokoiło, smuciło. I Żaneta chwilami była bardzo nieszczęśliwa i kryła się w swej komnatce; a niekiedy, zaskoczona przez Antuanetkę, wybuchała jakimś mimowolnym, niezrozumiałym dla niej samej, a przecież nieutulonym, płaczem.

Pani Brońcowa z początku niepokoiła się łzami Żanety, lecz przekonawszy się, że tryskały zazwyczaj bez żadnego wytłumaczonego powodu, składała je na wrodzone usposobienie i oswoiła się z nimi dowodząc, że gdy Żaneta za mąż wyjdzie, to i takie panieńskie przypadłości ją opuszczą. Ten pogląd marszałkowej sprawił, iż kiedy łzy Żanety przestały już być odruchem niewytłumaczonych tęsknot, nie skrystalizowanych żalów, pani Brońcowa miała dla córki tylko tę samą filiżankę kwiatu lipowego na ukojenie, tylko tę samą wodę różaną na zaczerwienionych oczu wyklarowanie.

Mijały godziny; Żaneta trwała wciąż jeszcze w bezruchu, w osłupieniu.

Jak to było, jak się to stało. Na balu u pani generałowej Mokronowskiej spotkała po raz pierwszy Wacława. Jej tylko cały wieczór asystował, z nią tylko tańczył. A trzeciego dnia już wprost do niej, w dom ojczyma przyszedł. I potem zaczęły się wieczory nigdy zadość długie, rozmowy nigdy nie wyczerpane. Matka rada była Wacławowi; mówiła wprost Żanecie, by uprzejmie go witała, by dlań była łaskawa, bo to i ród dobry, i fligeladiutant króla jegomości, i fortuna znaczna. I Żaneta skłaniała się do życzenia matki, lecz nie dla tych racji, boć gdyby Wacław Gutakowski żołnierzykiem zwykłym był a chudopachołkiem, toć serce Żanety równie mocno by ku niemu kołatało. Trwało tak. Podczas wizyt Wacława asystowała Żanecie bądź matka, bądź Beauperek, bądź Józefina. Wizyty Gutakowskiego ciągnęły się długo. Matka się niepokoiła, czyli fligeladiutant dość poważne ma zamiary. Żaneta nie podzielała tego niepokoju. Była szczęśliwa, bardzo szczęśliwa, byle przychodził, byle go widziała, byle go słyszała. Aż pewnego wieczora, gdy Żaneta jak zazwyczaj była w salonie z Józefiną i Wacławem, matka wywołała Żanetę i rzekła:

– Zostaw ich samych... oświadczył się o Józefinkę.

A potem nastały dla Żanety dni długie, noce białe i udręka poglądania na rozradowaną twarz Wacława, i na owo szczęście, które na dom ojczyma zeszło, i na przygotowania wyprawne, i na przedweselną krzątaninę, i na biały welon Józefiny, i na stułę, która rozerwała w sercu Żanety ostatnią nić złudy.

Na chwilę tego szamotania się z buntem nurtującym Żanetę zjawił się wielki książę, cesarzewicz.

Żaneta była tak złamana duchowo, tak bólem skołatana, że ledwie umiała zdobyć się na należne zachowanie dla księcia krwi. Lecz to bodaj przyzwyczajonemu do dworskich komunałów cesarzewiczowi wraziło się w pamięć, spotęgowało zaciekawienie.

Książę zaczął coraz częściej szukać towarzystwa Żanety. Ta ostatnia oswoiła się z tym, zwykła. Uprzejmość cesarzewicza pochlebiała Żanecie, niekiedy sprawiała nawet zadowolenie, zwłaszcza gdy wielki książę wyraźniej swą sympatię zaznaczył wobec Józefiny. Lecz i poza tym Żaneta nadto była kobietą, aby nie imponowała jej siła i zadufanie bijące z każdego ruchu, z każdego spojrzenia Konstantego. Cesarzewicz przy tym zaciekawiał Żanetę, uosabiał jakiegoś mocarza z bajki, przywodził na pamięć jedno z tych pięknych a rozmarzonych opowiadań o życiu królów i królewiczów. Być może, do pełni obrazu brakło Konstantemu urody, lecz nic do niej było Żanecie. Powoli Żaneta powzięła dla cesarzewicza coś w rodzaju przyjaźni czy wdzięczności za zaufanie, które jej okazywał, za niewinne dowody pamięci. Zresztą nie miała i nie mogła mieć do Konstantego uprzedzenia, bo znała go jedynie z tego, co sam jej o sobie mówił, bo w domu unikano zawsze rozmów drażliwych, a od czasu, gdy cesarzewicz stałym został gościem, strzeżono się ich w dwójnasób. A o ile jakaś wieść niepochlebna o księciu wdarła się do państwa Brońców, to już oboje marszałkostwo starali się ją tak oświetlić, aby cienia na osobie cesarzewicza nie zostało. Lecz harmonię zażyłości panny Grudzińskiej z wielkim księciem zaczęły zakłócać jakieś niespodziewane, piorunowe zwroty w rozmowie, czynione przez Konstantego. Żaneta bała się ich zawsze, ile że obocześnie twarz cesarzewicza pałała nienaturalnym ogniem, oczy jego świeciły natrętnym, dzikim blaskiem, a głos chrobotał przeraźliwiej. Wielki książę wyglądał wówczas na upiora.

A dalej nastąpiły wizyty generała Fanshawe i jego poszepty, znoszące Żanecie wieści o cesarzewiczu, o tym, że się pyta o zdrowie Żanety, że niepokoi się, czy przeziębienie minęło, czy Żaneta będzie na teatrze. A dalej już i podarki, i kwiaty, i wyróżnienia ze strony świty księcia, i czołobitności generała Kuruty, „cyfra” brylantowa „frejliny” i samego cesarza łaskawe słowa. Żaneta przyjmowała te oczywiste już dowody skłonności cesarzewicza, bo nie przyjąć ich nie mogła, bo przyjaźń księcia była dla całego domu Brońców ukontentowaniem, bo dowody te sprawiały Żanecie dziecinną uciechę, bo nie upatrywała w nich żadnych szczególnych oznak.

A potem, potem skłębiło się wokół Żanety wszystko. Cesarzewicz stał się natrętniejszym, gwałtowniejszym, matka tylko o nim mówiła Żanecie. Fanshawe zanudzał zleceniami Konstantego, najwięksi dygnitarze ku Żanecie się cisnęli na przyjęciach u namiestnikowej, rówieśniczki dręczyły Żanetę zapytaniami. Nawet on, Wacław, o rozwadze mówił, nawet Józefina winszowała jej losu, równocześnie zaś brzmiały wciąż w uszach Żanety złowrogie słowa Łukasińskiego. Żaneta poruszyła się nagle i spojrzała ku drzwiom, lecz wspomniała, że Antuanetki nie było, że nie było iść do kogo, nie było przed kim się wyznać, że trzeba było samemu pozostać.

I Żaneta dźwignęła się ociężale i jęła do snu, się układać. Gdy miała gasić lampę, wzrok Żanety padł na krzyż, wiszący ponad łóżkiem, lecz odwróciła odeń głowę i rzuciła się na łóżko, wyczerpana, znużona. Lecz teraz, miast snu, zmory ją owiały i dręczyły, i szarpały, i łyskały małymi, świdrującymi oczyma spod szczotkowatych, płowych brwi, i charkotały przyduszonym śmiechem Konstantego, i jęczały skargami majora, i odzywały się echami zajadłej kłótni rodziców, szeptały nosowym, przeciągłym głosem jakieś zaklęcia, jakieś modlitwy, jakieś psalmy ponure.

Aż nagle, tuż nad głową Żanety rozległ się cichy głos marszałka:

– Nie śpisz, Żanetko? Śpij, śpij, kochanie. Wszystko, co trzeba, spisałem. Będziesz miała i werduńskie konfekty...

Tu głos Brońca załamał się, wielka łza padła na twarzyczkę Żanety.

Żaneta wybuchnęła serdecznym płaczem.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?