Księżna ŁowickaTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Wiele by o tym mówić – ozwał się po chwili Kosiński, kończąc w głos tok myśli. – Ale pora nam wracać. Pozwól, panie Walery, wejdźmy na ten pagórek, na nim zawsze kres mej wieczornej przechadzki. Tędy, tędy.

Kosiński wgramolił się szparko po wężykowatej ścieżce, aż stanął na ściętym szeroko wierzchołku i rozejrzał się z upodobaniem.

Z pagórka roztaczał się malowniczy krajobraz.

Krajobraz niewyszukany, nie zdumiewający skurczami natury, nie przerażający grozą żywiołowych śladów i nie odrzucający wyrafinowaniem południowych krain, lecz w zamian zharmonizowany, szczery, zbożnymi wystrojony garby, białymi zrębami chat przybrany, kępami lip, jaworów, brzóz i olch przetykany, wieżyczką dzwonnicy kościółka ozdobiony, a cały do ramion czarnych krzyża przydrożnego tulący się, a w niebo srebrem poglądający – polski krajobraz.

– Patrz, patrz, majorze! Jak tu ziemi tej kochanej nie miłować! Siła świata zeszedłem, a nigdzie podobnej nie oglądałem. Ech, ech, kiedy tak sobie tu czasem stanę, a pomyślę o naszej doli, to dalipan, żałość nurtuje, żeśmy tak mało dla tej rodzonej uczynili i rwie człeka na koń, w pole, do obozu, na bitwę! A cóż! Targowa Górka, mniemasz sobie, folwark tęgi, gospodarski, ot, sadyba pierwsza lepsza, kłopotarstwem skibnym zapocona. Ho ho, panie Walery, a ja ci mówię, spróbuj jeno tu na tym pagórku pobudkę zagrać... A będzie komu się zebrać, nawet koniska są, co się z kantarów pozrywają. Kręcisz głową. Hę? A widzisz ten wiatrak, wiesz kto w nim miele? Ogniomistrz Kulerski, pod Friedlandem nauczył się ci mleć. Tu, pod zagajnikiem, sierżant ósmego pułku tymczasem za polowego jest. Nad drogą kowal Wieczorek, w ułanach Konopki na majsterka się wypromował... Tam przy cmentarzysku od strony Mystek...

Generał urwał nagle i bystrym wzrokiem wpatrzył się w faliste, księżycowym światłem wybielone pasmo gościńca.

– Dalipan, rwie ktoś co koń wyskoczy! Zważ, majorze, ten obłoczek pyłu. Co za licho po nocy! Chyba koń mu się zbiegał.

Major zwrócił oczy we wskazaną przez generała stronę.

– Ani chybi, jedzie ktoś.

– Hm, hm, a może posyłka z Winnogóry wraca? Nicpoń konia mi na nic ochwaci!

Tymczasem hen, z oddali, tętent kopyt końskich iść zaczął; najpierw przytłumiony, niewyraźny, a potem coraz pełniejszy, coraz mocniejszy. A równocześnie ciemna sylwetka jeźdźca, pochylonego na łęku, silniej się odcięła.

Generał nie tracił z oczu jeźdźca i konia, a dogadywał:

– Kiej diabeł! I sadzi opętaniec, jakby ci rozkaz do szarży szwoleżerom wiózł. Szczaniecki Lutek tęgo w siodle się trzyma, ale by temu nie strzymał. Jak to konia prowadzi równo! My ślałbym, że Maciej Mielżyński z Miłosławia, bo tego nosi aż z amorów do Prokopówny, swej familiantki, ale i ten by nie potrafił...

Naraz jeździec w bok od gościńca skręcił i na drogę ku dworowi generała wpadł.

Kosiński się zaniepokoił i pociągnąwszy za sobą majora, ku bramie ruszył.

– Kto to może być? Kto to może być? Idźmy, idźmy!

W kilka chwil później generał z Łukasińskim dopadli bramy. Generał odsunął zaworę i wyszedł na drogę.

Jeździec rósł w oczach. Już widać było, jak koń rwał kopytami ziemię, jak płatami piany ślady swe znaczył, jak zatoczył się pod kamionką przydrożną i nogi do kłusa chciał zebrać i jak mu jeździec jednym uderzeniem ostróg nogi do galopu wyciągnął. Aż koń stęknął chrapliwie, obłokiem kurzu się okrył, zarył kopytami i stanął tuż przed bramą.

Kosiński, który w jakimś niepewnym skupieniu nadjeżdżającemu się przyglądał, rękami strzepnął i zakrzyknął raźno:

– Szczaniecki! A waszmość, co za harce wyprawiasz?!

Zagadnięty zsunął się z siodła, postąpił ku Kosińskiemu i naraz stężał, niby w ziemię wrósł.

Kosiński rzucił się ku Szczanieckiemu, za ramiona go ujął i targnął nim.

– Panie Ludwiku! Przez miły Bóg! Mówcie, mówcie, co wam. Co wam?

Szczaniecki zatoczył się jak pijany, powietrza chwycił i wyrzucił:

– Wódz kona!

Kosiński zatrząsł się. Kiście jego rąk wpiły się w ramiona Szczanieckiego, z gardła dobył mu się charkot zajadły, uporem niewiary przepojony, buntem wrzący.

– Wódz? Nasz wódz? Co tobie za wódz? Jeden jest, słyszysz? Jeden!

– Dąbrowski – szepnął Szczaniecki i pierś mu zadygotała spazmatycznie.

Rozdział III

W pół godziny po przyjeździe Szczanieckiego do Targowej Górki kocz generała, czwórką gniadoszów oprzęgnięty, zajechał przed dwór.

Pan Amilkar jeszcze jakiś rozkaz ekonomowi Kosobudzkiemu wydał, za kaszkiet porwał i do pojazdu wskoczył; za nim pośpiesznie Szczaniecki. Major, który był w pobliżu stał, rozumiał, że mu zostać wypada, i generała chciał żegnać, lecz Kosiński skinął nań i wskazał mu miejsce.

– Jedziesz także.

Łukasiński nie śmiał się wymawiać. Konie ruszyły z kopyta. Jechali długo w milczeniu, jakby wsłuchując się w przytłumiony turkot kół a kołatanie orczyków. Wreszcie generał dotknął ramienia Szczanieckiego.

– Panie Ludwiku, powiadajcie mi wszystko. Szczaniecki pochylił głowę i zaczął cichym, nierównym głosem:

– Z sejmu warszawskiego wrócił smutny, zasępiony. Ani go rozerwać, ani czym ucieszyć.

Zabiegamy z Prądzyńskim, aby „naszego starego” orzeźwić. Gdzie, z której strony zaczniesz, ku legionom wraca, Tremona i Liberadzkiego wypomina, o śmierci Rymkiewicza pod Adygą rozpowiada. A co i rusz, mówi: „Pora i mnie do swoich, do rodzonych”. Albo: „Dziw, dziw, że jeszcze po świecie chodzę”. Raz mnie dojęło i powiadam: „Generale, gdzie tu dziw, toć zaś szósty krzyżyk panu, generałowi się skończył”. A on mi: „Bajesz, Lutek, patrz wokół, co się dzieje, i dopiero rachuj, a zobaczysz, że takim dawno czas!” I tak ciągle. Na dobitek nastręczył się generałowi Gąsiorowski ze Zberek, który sługował w dziewięćdziesiątym czwartym roku, bydgoską wyprawę odbył, a pod Łabiszynem przez huzarów Szekelego był usieczon.

Jużci końca nie miały wypominki. Mnie z Prądzyńskim pasja brała, bo z tego zawsze naszemu staremu na smętek, ale gdzie byś Gąsiorowskiemu gębę zamknął! Z tej jednej rany dwie rzeki krwi utoczył, a co Prusaków więcej musiał zatłuc, niż Szekeli miał. Aż tu niebo nam zsyła pismo rotmistrza Kępińskiego z zaprosinami na kuma. Nasz stary się otrząsł i z Prądzyńskim do Krakuszowic ruszył. Tam ci pono zdjęła go raptem ochota do Pierzchowic zajrzeć, a ojcowiźnie się napatrzeć. Ziąb był, kapuśniak, samotrzeć konno, w surduciku się wybrał.

Nazajutrz na wyjezdnym już czegoś słabował. Po drodze, w Krakowie, Prądzyński chciał medyka wołać, lecz generał nie pozwolił. „Poddawać się nie myślę, mówił, jadę do dom”. Ledwie Prądzyński ubłagał go, żeby dwa dni wypoczął. Aleć wypoczynek na nic się nie zdał. Duszność napadła generała, ledwie co do ust wziął. Trzeciego dnia Prądzyński gwałtem medyka się napierał. Generał mu: „Nie ma kiedy, do dom mi pilno, do dom muszę, siła spraw muszę”. Prądzyński ustąpił, bo myślał: „Pani generałowa łacniej sobie z naszym starym poradzi”, więc jeno do pośpiechu nakłaniał. Ale generał sam jakby go paliło, na przeprzęgach się niecierpliwił, a pędzić konie przykazywał. Aż gdy nareszcie przed pałac winnogórski zajechali, generał, jakby go poderwało, niby młodzik skoczył ku gankowi, noga mu się podwinęła i runął na ziemię. Było to wczoraj. Akurat nadjechałem dowiedzieć się, kiedy generał wraca. A tu gwałt, rejwach w Winnogórze. Chirurg z Wrześni, medyk ze Środy, cyrulików trzech, generał chory, żar odeń bije, płucami zarabia, noga od stłuczenia sczerniała na węgiel. Noc zeszła jako tako. Leżał na wznak, ani się użalił, ani słowa nie rzekł, ani się nie żachnął.

Rano przywlókł się labuś Radziwiłła, lekarz zawołany. Opatrzył generała, potem do mnie:

„Płuca pół biedy, ale z nogą strach, bo może gangrena”. Na południe generał się niby ocknął i woła mnie z Prądzyńskim. „Na mnie czas – powiada – do roboty trza się wziąć, żeby nieładu nie było”. Mnie jakby kto pałką w ciemię. Mocuję się. „Generale – powiadam – nie dopuszczaj takich myśli”. A on uśmiechnął się dobrotliwie. „Znam ją, staruchę, nabiegała się za mną, napatrzyłem się jej w ślepia, już mi nie sfolguje, do jutra chyba wytrzymam”. I zaczęło się. Prądzyński musiał zasiąść do pisania. Generał ostatnią wolę zadyktował, potem panią generałową przyzwał i mówił z nią długo na osobności. A gdy ta łzami się zalewała, cieszył ją, a otuchy dodawał; potem dzieci pieścił a tulił, aż mówi Prądzyńskiemu: „Wołaj proboszcza, niech co należy uczyni!” Prądzyński po klechę na plebanię, a generał do mnie znów:

„Lutek, poadiutantuj mi raz jeszcze, Amilkara wezwij, niech go uścisnę przed śmiercią!”

Chciałem ruszać, a on: „Czekaj, czekaj, przyjacielu, a może nie zdążysz, rad bym po dniu odejść, ale kto wie, kto wie... daj mi rękę, czuwaj nad moimi sierotami”. Szczaniecki odetchnął i zakończył:

– Tak było, a co teraz, w tej chwili...

Kosiński rzucił się na siedzeniu i zakrzyknął na stangreta:

– Hej tam, konie wypuszczaj!

Kocz zadudnił gwałtownie po kamienistej drodze.

Generał tarł czoło, niby myśli szukał.

– Widzisz, pułkowniku, da Bóg, że się to ku dobremu wyklaruje; no, bo choć niepodobna, cóż byśmy bez niego? Gdzieżby tam gangrena? Taki labuś też potrafi siebie i drugich obełgać.

Żebym medykom wierzył, tobym już od dwudziestu lat ziemię gryzł.

– Ja też nie wierzę – mruknął Szczaniecki.

– I dobrze! – podchwycił żywiej Kosiński. – Strachu napędzili i tyle.

– Nie w tym rzecz.

– Aa?

– Generał powiedział! – wybuchnął groźnie Szczaniecki.

Kosiński stęknął, zasunął się w róg kocza i słowa nie rzekł. Łukasińskiego, który był niemym świadkiem całej Szczanieckiego misji, dziwne targały uczucia. Oto te bóle serdeczne zmalały mu, uciszyły się, zmilkły, a mózg cały przejęła groza śmierci tego, z imienia którego wzrósł, którego miłował jeszcze, zanim wielbić umiał, ku któremu pragnął się garnąć, u którego spodziewał się znaleźć pomoc i wskazanie dla swoich zamierzeń.

 

Major prawie że wyrostkiem na służbę się zaciągnął, ale nie wiodło mu się pod Dąbrowskiego dostać, a choć kampanię roku dziewiątego odbył, do dywizji wodza legionów się nie docisnął, ile że go na garnizon do Zamościa z batalionem szóstego pułku zasadzili. Tu jeszcze i rok dwunasty przesiedzieć musiał, aż go wprost po pogromie do Krakowa na organizację w trzynastym roku książę Józef wziął. Lecz i tu znów ani się spodział, jak w Dreźnie uwiązł i razem z korpusem marszałka Saint-Cyra, przez złamanie przez Austriaków kapitulacji, do niewoli był zawleczon i dwa lata na Węgrzech pokutować musiał. I tak się stało, że od czasu kiedy jako pacholę raz jeden w Warszawie, po wejściu Francuzów, Dąbrowskiego zobaczył, to go wtóry raz oglądał dopiero w tym roku na cesarskiej paradzie.

Teraz bodaj że zamysły Łukasińskiego przepadły. Wszak ci i Wierzbołowicz, i Machnicki, i Szreder, i pan Sobański od słowa Dąbrowskiego czynili zawisłym każdy krok naprzód; bez przyzwolenia wodza legionów nie ważyli się działać. Generał kona, a może już wielka dusza żołnierza-obywatela uleciała? A jeżeli nawet kołacze podotąd w zacnym sercu, gdzie myśleć o przedkładaniu planów organizacyjnych walczącemu ze śmiercią, gdzie racji dowodzić umierającemu?

Na marne poszły zabiegi, na marne. Ta wycieczka w Poznańskie, upozorowana podróżą do Karlsbadu, przysporzy mu za powrotem nieprzyjemności, narazi na wściekłość księcia, na karę, na podejrzenia, na indagacje. Nie żal by mu było zresztą i na reformę pójść, dymisję wziąć, a choćby rok na odwachu pokutować, gdyby droga jego osiągnęła cel, gdyby mógł rzec towarzyszom: „Dąbrowski z nami!” Te wyrazy starczyłyby za najkunsztowniejszy plan, najtęższe hasło, za najbarwniejszy sztandar.

Winnogóra czuwała. Mimo późnej nocy wszystkie bramy na ścieżaj rozwarła, łunami świateł i światełek biła, a gorączkowym niepokojem w każdym zakątku pulsowała.

Nic to, że i sam pałac bramy rozwarł, a jasnością tu i ówdzie tryskał, nic, że u podjazdu dziesiątek kałamaszek, koczobryków zebrał, a u podsieni czeredę pstrą skupił. Bywało tak, i nieraz bywało, że towarzysze broni, oficerowie, a pana Dąbrowskiego podkomendni, chmarą do Winnogóry zjadą, wodza obsiądą i dalej wypominać, rozpowiadać, skarżyć się a tęsknić, a słowa mocnego wyglądać. Aż dopiero pan Dąbrowski wysłucha uważnie, w oczy prosto spojrzy i powie. Powie krótko, jasno, a tak płomiennie, tak serdecznie, że każde rozmazanie tężeje, każde samolubstwo milknie, każda zawiść głuchnie, każde zniechęcenie wiarą kipi, każda miernota myśli ku wielkiej idei się rwie. Rwie się nie dlatego, aby pan Dąbrowski rządów Agamemnona się napierał, gromami raził lub w katońską stroił się togę, lecz że błękit nieba nawet ponurozielone fale Atlantyku na szmaragdy zamienia, że słońce nawet alpejskie lodowce topi w wartkie strumienie.

Bywało tak, że stalą ryte oblicze Chłopickiego gniewem się zapali, że Sokolnicki szarpie z alteracji orderową wstęgę, że twarz Haukego spływa zimnym wyrachowaniem, że Zajączek stuka drewnianą kulą, a nie wie, ku której przechylić się stronie, a młódź adiutancka i wojskowa waży się w rozterce, gdy wtem Dąbrowski się ozwie i rozpraszają się chmury, jedna jest ziemia rodzona. Bywało, że w noc późną pałac winnogórski światłami tryska, a wokół niego cisza, cisza wielka. Wódz mówi – słuchają kommilitoni; wódz mówi – nikt przerwać nie śmie, Polska słucha cała.

Lecz teraz snadź ustał rygor, snadź zepsowała się subordynacja, bo koniuchy nawet z poszmerem ku podsieniom się cisną, bo dudnią kopyta konnych posyłek, bo ognie mrugają nawet w chatach winnogórskich, bo choć nie rezurekcja, a ludek do kościółka się ciśnie, kędy proboszcz Sołecki po nocy Panu, Bogu się naprzykrza, a świętym pańskim wczasy zakłóca.

Juści coś na opak w Winnogórze. Dość rzec, że stary Wawrzon, co od lipskiej potrzeby z kurami spać chodził, a nogę drewnianą na kołku wieszał, po północy do izby się dowlókł i miast do snu, się układać, na córkę swą, włodarzową, zakrzyknął, aby mu munduru ze skrzyni dobywała.

Włodarzowa, choć rozespana, przestraszyła się.

– Co ojciec?

Wawrzon machnął kijem.

– Głupiaś, smarkata! Wyłaź z pościeli, dawaj mundur!

Włodarzowa ulękła się groźnej miny rodzica i jęła co tchu dobywać wojskowego odzienia, a pomagać w ubieraniu. Wawrzon zrzędził, prychał, a wąsiska ocierał.

– Jakże w pałacu? – zagadnęła po chwili włodarzowa.

Stary obruszył się.

– Co w pałacu? Nie lepiej?

Wawrzonowi oczy zaszkliły się, po mundurze spojrzał. Włodarzowa pokiwała smutnie głową.

– Ojciec, ojciec, położylibyście się, wytchnęli.

– Milczeć jeden z drugim! Gdzie krzyże? Przypnij krzyże, niech pozna, z kim ma do czynienia!

– Albo gdzie ojciec myśli?

Wawrzon zawahał się i niby rękoma otrzepując, odrzekł niepewnie:

– Ano... do ten... do kościoła!

Włodarzowa aż przykucnęła ze zdumienia. Toć od czasu, kiedy to rodzic, jak mówił, papieża w Rzymie bijał, nikt go jeszcze w kościele nie widział.

Wawrzonowi to nieme zdziwienie dokuczyło.

– Czegóż gębę wyciągasz?

– Nic sobie – wykręciła politycznie włodarzowa – właśnie Józek poszedł. Mówił, że ksiądz proboszcz nabożeństwo o zdrowie będzie odprawiał; to ja się zbiorę.

– Tyś tam niepotrzebna; taka baba to u niego nic!

– Kiedy ksiądz proboszcz...

– Co mi ksiądz proboszcz! – uniósł się Wawrzon i kij ku niebu wzniósłszy, wybuchnął groźnie:

– Ja z nim pogadam! Ja mu powiem, kto papieża bijał!

I Wawrzon chwycił za czapę grenadierską, nasadził ją, kijem młynka wywinął i stukając drewnianą nogą, ruszył groźny, nasępiony do kościoła, do Pana Boga, o zdrowie generała się prawować.

Kocz generała Kosińskiego zatoczył się cicho przed pałac winnogórski. Nikt go nie witał, nikt nie przyjmował.

Generał wysiadł, rzucił zapytanie jednemu z ciżby sług i ruszył wraz ze Szczanieckim i Łukasińskim do pałacu.

Tu Szczaniecki polecił majora opiece jednego z domowników, a sam za generałem na pokoje poszedł.

Wieści były złe. Pan Dąbrowski pod noc opadł z sił i leżał bez duchu. Medycy radzili między sobą, koncypowali leki, nadrabiali minami, wywodzili, że byle kryzys przeszedł, to i niebezpieczeństwo minie, raz ufali siłom przyrodzonym pana generała, to znów wyszukiwaniem przykładów uleczenia zgoła podobnych cierpień próbowali i siebie krzepić, i innym otuchy dodawać. Nie udawało im się ani jedno, ani drugie.

Łukasiński w bocznej komnacie, tuż przy antykamerze, pod ścianą zasiadł. Było tu tłumno, rojno, lecz cicho. Przychodzili jedni, wychodzili drudzy, ani się pozdrawiając, ani ze sobą mówiąc. Niekiedy obok drzwi rozwartych do antykamery mignęły akselbanty adiutanckie Prądzyńskiego. Ktoś zrywał się i szedł ku nim, nikł; a gdy wracał, ktoś inny rzucał pytanie, nadchodzącemu, następowała odpowiedź i znów cisza zalegała komnatę głębsza, smutniejsza.

Niekiedy ktoś zagadywał półgłosem do najbliższego sobie sąsiada, choć go nie znał, choć go pierwszy raz w życiu oglądał. Przedmiot rozmowy i jej forma były zawsze jedne. Niekiedy który z medyków do komnaty zajrzał, znajomego oczyma wyszukał i relację mu zdawał.

Wówczas jeden i drugi z najbliższych do mówiącego podchodził i słuchał, za czym tworzyła się gromadka, nikt na dyskrecję nie zważał.

Dniało. Dopalający się pająk resztkami świec swych praw dowodził. W komnacie osób wciąż przybywało, tak że do sali obok już drzwi otworzono, aby miejsca przysporzyć.

Łukasiński siedział nie ruszając się z miejsca. Choć wokół obce napotykał twarze, przecież swojsko mu było, bratnio. Toć wszyscy tu jednym niepokojem się trwożyli, jedną i tą samą skrą nadziei się krzepili. Nad ranem dopiero w komnacie ukazał się generał Kosiński. Był blady, wyczerpany. Podszedł do majora, szepnął:

– Nie poznał mnie.

I osunął się obok Łukasińskiego na krzesło. Major wyczekał i zagadnął:

– Jednakowo wciąż?

– Nieprzytomny.

Mijały godziny. Słońce dźwignęło się, roziskrzyło różowa tarczę, rozpaliło ją do białości i wzbiło się pod niebiosa, piękny, jasny dzień czerwcowy w całej ukazując krasie.

Wódz legionów, od wczorajszego wieczora na poły obumarły, odetchnął głębiej, poruszył się i oczy otworzył. Postać niewieścia u wezgłowia czuwająca zerwała się i bez szelestu do ręki chorego przypadła.

– Daj mi pić, Basiu.

Postać śród półmroku komnaty pośpieszyła do stolika i podała napój. Wódz pił długo, chciwie.

– Późno już?

– Po południu.

– A tak mroczno.

– Przywarliśmy okiennice.

– Otwórz je, otwórz... niech widzę, niech patrzę...

Fale światła wpadły do komnaty. Wódz oczy zmrużył, oswoił je z jasnością i rozwarł znów, a poglądał wokół.

Tak, toć w tej komnacie zawarł całą swoją tęsknicę, wszystkie smutki i radości spławił, a najmilsze zebrał pamiątki. Toć w tej komnacie roiło się od skarbów nad skarbami, od relikwij, od świętości.

Więc ściany miały kunsztownymi freskami wyrażone cmentarzysko bohaterów a towarzyszów broni. Tu, na tle italskiego nieba a apenińskich łańcuchów, śród żałosnych cyprysów a rzymskich zwalisk, szły pomniki umiłowanego Tremona, Liberadzkiego prawego, Darewskiego, konfederata-legionisty, Lipczyńskiego, szefa, kapitana Zadery; dalej, pod palmami, Jabłonowskiego, co na San Domingo umarł, i Sułkowskiego, co w Egipcie poległ; i tak wokół komnaty aż do rogu, kędy strzęp olszyny nad imieniem Godebskiego się unosił.

W komnacie zaś, tuż pod Godebskim, na ziemi dwie armatki mosiężne, a przy nich na kobyłce czaprak, dar rządu włoskiego, złotem haftowany, a kulami spod Novi zryty, na nim siodło i rząd w ogniu złocony. Bliżej okna biuro księgami założone, a czarą króla Jana III harde, a tuż z lewej, we wgłębieniu, mała zbrojowienka generalska, co przytulniejsza, co kochańsza.

Więc pałasz złoty, dar Naczelnika, więc starucha żelazna, co dwadzieścia dwa lat wojowała, więc pistolety księcia Józefa, bandolety i ładownice, ryngrafy a epolety od prochu sczerniałe, czapy i kapelusze ołowiem znaczone, a pośrodku znak legioński, czyli sztandar. W przeciwległej stronie sekreterka kunsztownie wykładana a kryjąca i gwiazdy orderowe, i krzyże, i puzderko ze słynną agrafą brylantową, najwaleczniejszemu a rannemu pod Friedlandem Polakowi przez lud warszawski ofiarowaną, i perspektywę, co tyle rozstrzygała bitew, i pierścień z napisem „Ojczyzna swemu obrońcy”, co go Kościuszko od narodu dostał, a panu, Dąbrowskiemu oddał, i papierzysków co niemiara; papierzysków ważkich, pieczęciami królewskimi napuszonych, ministerialnymi insygniami zapstrzonych, co najwyższych imionami cyfrowanych, a na rozmaity sposób sentymenty ku Rzeczypospolitej zaprzysięgających. A przy sekreterce rzędem, w ordynku, niby na strażnicy, trzy marmurowe kolumny. Na pierwszej Czarniecki, na drugiej Sobieski, a na trzeciej Bonaparte, chmurny, zadumany. Ponad tym żołnierskim dobytkiem, hen, pod sufitem, godło: tarcza z orłem i pogonią.

Wódz poglądał wokół długo a rzewnie, wreszcie ku kobiecie skinął:

– Daj mi rękę, Basiu... ciężko mi cię opuszczać, ale tak trzeba, trzeba, kochanie...

Kobieta padła na kolana przy łóżku i łkaniem wybuchnęła.

– Przed tobą zadanie wielkie, dwoje dziatek, ku nim patrz, a krzep się. Daj mi pić jeszcze.

Tak... teraz mi lżej... Szczaniecki wrócił?

– Jest, Henryku, pan Amilkar przyjechał, starosta Chłapowski.

– Proś ich do mnie, proś wszystkich... i kto z domowych, także wołaj... czasu niewiele zostało. Drzwi do komnaty skrzypnęły. Dwóch medyków weszło na palcach. Pan Dąbrowski postrzegł ich.

– Czego waćpanowie? Czego?

– Miłościwy panie, chcieliśmy aby nogę opatrzyć.

– Niewarta honoru.

– Jedna chwila.

– Więc jej szkoda. Opatrzycie sobie za godzinę. Teraz podnieście mnie wyżej. Dajcie czego, z sił opadam... pragnienie dławi.

– Może wina?

– Co chcecie.

Wódz osłabł nagle, oczy przymknął i dyszał ciężko, aż się targnął i spojrzał w głąb, kiedy w rozwartych na ścieżaj drzwiach stała zwarta gromada towarzyszów broni, podkomendnych, sąsiadów, domowników i sług.

I wódz legionów wyciągnął ku nim ręce i żegnał się z każdym, i każdego zwał po imieniu, i każdemu słowo rzekł serdeczne, i każdemu upominek przeznaczył.

 

I szli do wodza, a chylili się doń, a cisnęli do rąk.

I szedł Amilkar Kosiński generał, i szedł Wawrzon, niegdyś sierżant, szedł Chłapowski, starosta kościański, i Balcerzak, chłop z krzyżem żołnierskim na sukmanie, i Niegolewski pułkownik, i Marcin strzelec, i Prądzyński adiutant, i Mielżyński, pan na Miłosławiu, i Bobolecki ekonom, i foryś Snopek, i wojewoda Wybicki, posiwiały w jednych z wodzem zabiegach, i pan Kwilecki z Wróblewa, i Ludwik Szczaniecki, z dziewiątego roku, najmilszy pana Dąbrowskiego sztabowiec, i Filip kołodziej, i Janek, sierota po doboszu, pana Dąbrowskiego chrzestny, i Łukasiński major, choć obcy, i Sitko kmieć, i Sołecki proboszcz, i Zajączkowska szafarka, i stangret Jędrek, i Siamsio Żyd.

I szli jeszcze inni, bo wódz sam jeszcze szukał w gromadzie, nikogo nie pominął, każdego dojrzał. A potem adiutanta Prądzyńskiego przyzwał i ordynans ostatni mu wydał.

– Po żołniersku mnie pochowacie. Mundur legioński, nie inny... Trzy kule moje spod Novi, Tczewa i Berezyny i trzy szable, wierne drużki, do trumny. Nic zresztą: żadnych wstęg, żadnych orderów. Nie chcę okazałości... żołnierzem jestem, nie personatem, nie dygnitarzem...

Po tych słowach znów wódz legionów osłabł i umilkł.

Cisza zalegała komnatę, cisza dławionych łkań, lecz stężałych z bólu, zamarłych serc.

Aż twarz wodza znów płomieniem życia zajaśniała.

– Amilkar!

Generał Kosiński ujął rękę Dąbrowskiego.

– Powiedz im... powiedz, niech się łączą, niech ławą idą, niech na własne liczą siły... niech rąk nie opuszczają!

Głos wodza spotężniał, wielkie, szare jego oczy zabłyszczały.

– „Patrzcież, patrzcież, cóż nam przyniósł tyloletni przelew krwi? Męstwo żołnierza wsławiło wodzów, ale jakiż narodowi stąd owoc? Czegóż jeszcze możemy się spodziewać, a czegóż obawiać więcej? Każdy z was drży na los, który ostateczną toń gotuje ojczyźnie. A możeż być inaczej, gdy nie masz węzła, który by wszystkich jednoczył? Marnie straciliśmy z tej przyczyny najpomyślniejsze sposobności. Niech się zjawią nowe, przelejecie znowu strumienie krwi, wsławią się nowe pola walki, pomnoży się liczba ofiar, ale niepodległości i swobody daremnie byście szukali. Słabi, bo nie zjednoczeni, poddać się musicie przemocy! Łączcie się w jedną gromadę, zgaście w sobie wewnętrzne rozterki, spiżem jednego celu się przejmijcie – a godzina wolności wybije!”

Głowa Dąbrowskiego opadła na poduszki.

Kosiński oburącz dłoń wodza cisnął.

– Błogosław nam – szepnął – błogosław, generale!

– Miłujcie się, sromajcie niezgody... łączcie się... łączcie! Dzieci moje... Basieńko...

Pani generałowa z dwojgiem sierotek u wezgłowia uklękła. Dąbrowski już dyszał, już odchodził, gdy naraz jakaś myśl straszna sfałdowała mu wyniosłe czoło. Szarpnął się, ostatek sił zebrał.

– A od tych... niczego nie przyjmiesz, o nic nie poprosisz! Nie im służyłem... Niech żadne z dzieci moich ani tknie złota najeźdźców... Bóg z wami...

I twarz wodza rozchmurzyła się, ostatni błysk życia źrenicami spłynął, pierś wezbrała raz jeszcze i opadła na zawsze.

Skonał.

Sześć dni biły dzwony winnogórskie, sześć dni głosiły ziemi polskiej wieść okrutną, sześć dni jeszcze widokiem drogiego oblicza wodza legionów krzepiły się tłumy ludu, aż zawarło się wieko trumny, aż ukochane zwłoki dźwignęli posiwiali w komendzie generała żołnierze, aż je ponieśli.

Kościół winnogórski kirem się okrył, zielenią umaił, światłami trysnął, ołtarzy własnych zaniechał, a skupił się cały u stóp amarantem i srebrem zdobnej skrzyni, boć skrzynia ta zawarła w sobie wszystko, co przez ćwierćwiecze było ziemi polskiej chwałą, nadzieją i wiarą.

W głębi, poza trumną, ksiądz Miaskowski, proboszcz katedralny poznański, modły w licznej asyście odprawiał, lecz tłum ani zważał, cały ku amarantom zapatrzony, na ćwiekach srebrnych skamieniały.

Jeszcze kiedy ksiądz Miaskowski na ambonę wszedł, a szczęśliwością niebieską cieszył, tłum ani drgnął, a nawet i budującym przemówieniem księdza Wilkońskiego z Nekli się nie poruszył.

Dopiero kiedy u stóp katafalku stanął w legiońskim mundurze Amilkar Kosiński, na głowni pałasza drżącą wsparł rękę, powiódł dokoła groźnym, a łzami lśniącym spojrzeniem, a huknął:

– Jeden był ziemi naszej generał!

To naraz pierś osłupiałego ludu zatrzeszczała tępym gruchotem, a żałosnym zadygotała jękiem.

A nie dobierał słów Kosiński, nie budował retorycznych zwrotów ani trojańskich nie wypominał rycerzów, ani ewangelicznych nie sztukował cytat, jeno sercem powiadał, a powiadał tak, że chwilami zdało się, jakby łomot bitewny tu się rozlegał, jakby z grobu dźwigali się wojownicy na wtóre za ojczyznę umieranie, jakby skowyt nikczemny zdrajców i sprzedawczyków znów milkł na odgłos Dąbrowskiego pobudki, jakby ognie biwakowe wygnańców modlitewnym sekundowały poszmerem, jakby wódz ukochany szedł wciąż na czele, wiódł, prowadził, zwyciężał. Tak powiadał Amilkar Kosiński, a lud płakał a krzepł, tężał, gorzał, hardział, a ze srebra i amarantu trumiennego testament wieczny brał.

I siwa głowa wojewody Działyńskiego dźwigała się dumnie, i prężył się stary Wawrzon, niby do apelu, i matki rozognionym okiem poglądały ku synom, i młódź jednym drżała zawołaniem, i bledli pruscy żołdacy, co tu symulować chcieli królewskiej mości dla zmarłego wodza przyjacielstwo, i lękali się ci wszyscy, którzy z urzędowej dworności przybyli świadczyć, że Dąbrowski umarł.

A kiedy w ostatku Amilkar Kosiński twarz ku trumnie zwrócił i zakończył gromko:

– Panie generale Dąbrowski, a kiedy raport swój niebieski zdasz, wróć na ziemię rodzoną, trwaj w nas i wiedź nasze legiony do Polski, bo my pod twoim dalej chcemy iść przewodem!

– Tysiąc piersi zaszemrało: „Pod twoim dalej iść chcemy przewodem”, niby nowe „Ojcze nasz” zaczynając społem odmawiać.

Major Łukasiński, którego ciżba uniosła i dobyła z kościoła, przystanął za ogrodzeniem, aby adiutanta Prądzyńskiego znaleźć, ile że ten ostatni spotkanie mu wyznaczył dla omówienia sprawy projektowanych lóż masońskich.

Lecz niełatwe to było zadanie. Ścisk i tłok panował okrutny, bo spotęgowany tym, że ten i ów chciał dygnitarzom a personatom się przyjrzeć, a inny znów ze znajomkiem myślami podzielić.

Na domiar, sznury pojazdów, bryk i wózków rozmaitych tarasowały wolny przestwór od drogi i zwiększały tumult. Żandarmi pruscy usiłowali co prędzej ład zaprowadzić, lecz swoimi nawoływaniami jeno przysparzali zamętu.

Raz i drugi śród zwartego pogłowia, hen u drzwiczek landary, ukazały się Łukasińskiemu akselbanty Prądzyńskiego, ale przeć ku nim nie mógł, rozumiejąc, że adiutant generała Dąbrowskiego musi i o uhonorowaniu niejednego pamiętać, i jako domowy usłużyć.

Zresztą majorowi nie spieszyło się, potrzebował sam i czasu, i wytchnienia, aby po smutnym obrządku uspokoić się, uciszyć.

Od chwili przyjazdu Łukasińskiego do Targowej Górki dziwna w nim zaszła przemiana.

Prawda, że on tu przybył niby z planem, niby z gotowym zamysłem, niby z postanowieniem, niby dla zjednania wodza legionów na patrona związku, niby na szukanie sprzymierzeńców a bratnich duchów. Aleć major w sobie samym czuł jakąś niemoc, jakąś leniwość, jakieś niezdecydowanie, jakieś mgły, które mu dal przesłaniały, a ogromem zadania przerażały. Tymczasem to, co wczoraj jeszcze poczytywał za klęskę, dziś jawiło mu się zwycięstwem. Wszak ci gdyby w Warszawie doszła Łukasińskiego wiadomość o śmierci Dąbrowskiego, to bodaj na miesiące, a może i lata beznadziejnością by go złamała. Któż bo Dąbrowskiego by zastąpił?

Kniaziewicz, Kosiński, Chłopicki? Cała generalicja polska razem nie nagrodziłaby jednego Dąbrowskiego! Lecz te dni, przeżyte w obliczu zwłok wodza, te chwile ostatnie Dąbrowskiego, te słowa, którymi uchodzące życie wodza legionów pożegnało ziemię miłowaną, mocą twórczą napełniły Łukasińskiego. Teraz major nie potrzebował oglądać się za imieniem, za protektorem, za autorytetem, ani głowić, komu z możnych a poważnych starczy odwagi, siły a miłości ojczyzny, aby na naczelne stanowisko patriotycznego ruchu się deklarować. To imię bowiem, ten protektor, ten autorytet był, trwał i wołał, choć z grobu: „Łączcie się w jedną gromadę, spiżem jednego celu się przejmijcie, a godzina wolności wybije”. Więc łączyć się należy, krzepić, aby nie skarleć w okowach najeźdźcy, aby być gotowym, gdy godzina wybije, aby tej nowej, przyszłej godziny nie zmarnować, nie zaprzepaścić, nie uczynić znów daremnym krwi przelewem.