Skandalista lord Gray

Tekst
Z serii: The King's Elite #3
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Virginia Heath

Skandalista lord Gray

Tłumaczenie: Janusz Maćczak

HarperCollins Polska sp. z o.o.

Warszawa 2021

Tytuł oryginału: The Disgraceful Lord Gray

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Ltd., an imprint of HarperCollinsPublishers, 2019

Redaktor serii: Grażyna Ordęga

Opracowanie redakcyjne: Grażyna Ordęga

© 2019 by Susan Merritt

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2021

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Romans Historyczny są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A. Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-672 Warszawa, ul. Domaniewska 34A

www.harpercollins.pl

ISBN 978-83-276-7451-7

Konwersja do formatu EPUB, MOBI: Katarzyna Rek / Woblink

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Lipiec 1820

Gray mógł bez wątpienia spodziewać się surowej kary ze strony lorda Fennimore’a – zwłaszcza po niefortunnym incydencie z podartą bielizną, który wydarzył się ubiegłej nocy. Dowódca Królewskiej Elity był całkowicie pozbawiony poczucia humoru, co nie wróżyło dobrze świeżo odkrytej, lecz intensywnej ambicji zawodowej Graya.

– Trefor! Oddaj to natychmiast!

Bezcelowe było ściganie tego przeklętego psa, który uważał to za zabawę i pozostawał w stanie radosnej euforii, odkąd przybyli wczoraj do Suffolk. I właściwie trudno mu się dziwić. Nie licząc pierwszych kilku tygodni od narodzin, Trefor zawsze spędzał życie w mieście i nie znał otwartych przestrzeni, z wyjątkiem Hyde Parku i parku St James. Tutaj zaś znalazł bezkresne zielone pola, po których się uganiał, liczne drzewa, pod którymi mógł się załatwiać, i mnóstwo patyków do aportowania. Psotny kundel Graya pędził ku kuszącemu odległemu horyzontowi, trzymając mocno w pysku stary kapeć lorda Fennimore’a.

Na skraju wynajętej przez Graya posiadłości pies, jakby się z nim drocząc, upuścił kapeć i przyjrzał się przekornie panu, merdając ogonem i stawiając uszy.

Gray ruszył powoli ku Treforowi, udając, że na niego nie patrzy i że wcale nie obchodzi go kapeć jego przełożonego, teraz wilgotny od psiej śliny. Gdy znalazł się w odległości zaledwie kilkunastu centymetrów, rzucił się naprzód niczym pantera, ale pies był szybszy – znów chwycił kapeć i pognał ku linii drzew na horyzoncie.

– Trefor!

Tym razem Gray jednak puścił się w pogoń za psem, który zniknął w niewielkim zagajniku – nie tylko z powodu kapcia swojego surowego przełożonego, ale ponieważ w oddali pojawiła się para owiec, a Trefor był z owcami obznajomiony jeszcze mniej niż z otwartą przestrzenią. Gray pragnął wywrzeć korzystne pierwsze wrażenie na wicehrabim Gislinghamie, stać się dla niego idealnym sąsiadem, zaprzyjaźnić się z nim i wkraść się w jego łaski, by dzięki temu zyskać wstęp do elitarnego kręgu towarzyskiego wicehrabiego. Nade wszystko zaś musiał zjednać sobie lorda Fennimore’a, jeśli miał liczyć na upragniony awans. To zaś stanie się niemożliwe, jeżeli Trefor porani któreś zwierzę ze stada, gdyż wówczas wicehrabia zabroni Grayowi wstępu na swoje ziemie i wszelkie nadzieje rozwieją się już u zarania.

Trefor był łagodnym i przyjaznym psem. Ale głupie owce nie wiedziały o tym, gdy biegł, aby się z nimi przywitać. Gray przywiózł go ze sobą powodowany przeświadczeniem, że dżentelmenowi rezydującemu na wsi przystoi mieć u boku przynajmniej jednego wiernego psa. Jednak Trefor był wprawdzie bezgranicznie lojalny wobec pana, ale był też nieposkromiony i odporny na wszelką tresurę.

Ponieważ Trefor wciąż nie wyłonił się z zagajnika, Gray ruszył pomiędzy gęsto rosnące drzewa, póki nie natknął się nieoczekiwanie na stromy brzeg wąskiego, lecz głębokiego strumienia przecinającego pastwisko.

Wspaniale, jeszcze do tego woda!

Trefor przepadał za nią nie mniej niż za kapciami, patykami, piłkami i kiełbaskami, więc teraz niewątpliwie zanurkował radośnie w strumieniu. Niektóre zdarzenia były równie nieuchronne, jak noc nastająca po dniu czy kolejna reprymenda ze strony gniewnego przełożonego Graya z powodu jego niesfornego, rozdokazywanego psa, która nastąpi zaledwie kilka godzin po poprzedniej. Tego ranka nie tylko kapeć lorda Fennimore’a będzie przemoczony. Gray właściwie nie mógł winić Trefora za chęć kąpieli – chociaż była dopiero godzina ósma, letnie słońce już mocno przypiekało.

Po nocy źle przespanej przez Graya z powodu nowego miejsca, lepkiego upału oraz przygniatającego brzemienia nowej funkcji i przemożnego pragnienia, aby dowieść lordowi Fennimore’owi, że jest właściwym człowiekiem do wykonania zleconego mu zadania, sam chętnie dla orzeźwienia zanurzyłby się o świcie w tym potoku. Wprawdzie rano umył się w zimnej wodzie, jednak teraz po niespodziewanym pościgu za Treforem był tak spocony, że jego nienagannie uprasowana koszula przylgnęła do rozgrzanej skóry. Dżentelmen nie powinien pokazywać się publicznie w takim stanie.

Chociaż w gruncie rzeczy co z niego za dżentelmen? Przestał nim być przed dekadą, gdy jego życie legło w gruzach. Ponieważ jednak sam ponosił za to winę, pogodził się z tym i obecnie odnosił się z filozoficznym dystansem do tego, co go wtedy spotkało. Szkoda czasu na żale, zwłaszcza że potem zdołał tak wiele osiągnąć.

Przebył długą drogę od tamtego pamiętnego lata, gdy był lekkomyślnym ubogim młodzieńcem. Stał się kimś całkiem innym. Nie utrzymywał stosunków ze swoim arystokratycznym bratem, odkąd serce złamała mu zdrada, jaka spotkała go ze strony nieczułego ojca i kobiety, która w istocie wcale go nie kochała. Gray nie żałował utraconej przeszłości – niedoszłej żony ani swoich niedojrzałych, romantycznych i ostatecznie płonnych marzeń o ich przyszłym szczęśliwym życiu. Rzadko o tym myślał. Stało się to, co się stało, i los skierował go na całkiem inną drogę, która ku jego miłemu zaskoczeniu doprowadziła go do pasjonujących przygód.

Był teraz starszy, znacznie mądrzejszy i jasno pojmował swoje przeznaczenie. Rolę szpiega, którego zadaniem było sprawienie, aby wrogów Korony spotkała zasłużona kara. Gray widział i dokonał więcej, niż bywa udziałem większości ludzi. Te doświadczenia uczyniły go twardym, sprawnym i nieugiętym. Po tym, jak jego naiwne serce pękło wskutek doznanego zawodu miłosnego, wiódł interesujące życie. Podróżował po świecie, przeżył wspaniałe przygody, poznał mnóstwo fascynujących ludzi, zarówno nadzwyczaj dobrych, jak i wyjątkowo podłych. Romansował przelotnie z wieloma kobietami, zamiast tej jednej, której niegdyś ślubował wierność aż po grób. A teraz pełnił służbę dla rządu Jego Królewskiej Mości. Ilu spośród jego byłych przyjaciół mogłoby się tym pochwalić?

O ile on albo jego niepoprawny kundel nie zaprzepaszczą tej misji, Gray niebawem stanie na czele doskonale wyszkolonego, najtajniejszego i najważniejszego oddziału Królewskiej Elity, która podlegała tylko lordowi Fennimore’owi, ministrowi spraw wewnętrznych i królowi. Niezgorsza kariera jak na człowieka, którego rodzina się wyrzekła, gdy w wieku zaledwie dwudziestu jeden lat stracił cały majątek w domach gry. Gray poszukiwał przygód i rozrywek bardziej, niż skłonny był przyznać.

Prawdę mówiąc, pod tym względem nadal się nie zmienił. Dziesięć ciężkich lat i brutalna zdrada nie ostudziły jego zapału do lekkomyślnych awantur ani upodobania do chwytania chwili. Życie jest zbyt krótkie, aby marnować je na rozpamiętywanie utraconych szans. Nie ma sensu użalać się nad zmiennymi kolejami losu, daremnie pomstować albo dręczyć się wyrzutami sumienia. Lepiej przeżywać życie tak jak Trefor: cieszyć się bieżącą chwilą, zapomnieć o przeszłości, której nie da się odmienić, i nie dbać o to, co przyniesie jutro.

Gray usłyszał plusk i znajomy odgłos, jaki Trefor zwykle wydawał, pływając – coś pomiędzy sapaniem a prychaniem – nieco stłumiony wskutek tego, że pies niewątpliwie wciąż trzymał w zębach skradziony kapeć. Gray poszedł kilka jardów wzdłuż brzegu, zatrzymał się i zmierzył gniewnym spojrzeniem kundla, który radośnie zataczał kręgi w wodzie.

– Z twojego powodu pewnie znów spotka mnie ostra reprymenda. Nie wystarczyło ci myszkowanie w szufladach komody starego lorda? Myślałem, że trafi go apopleksja, gdy zobaczył pogryzioną przez ciebie bieliznę, ale przynajmniej miał zapasową. Z pewnością jednak nie zabrał ze sobą drugiej pary kapci. – Gray ujął się pod boki, z cierpką miną, jaką przybierał zawsze ojciec, zwracając się do niego. – Zapewne jesteś z siebie dumny, co?

Wnioskując z energicznego merdania ogonem, Trefor rzeczywiście był dumny, szczęśliwy i ogromnie z siebie rad. Po krótkim namyśle Gray zrezygnował z próby wyciagnięcia go na brzeg. Kapeć był już niewątpliwie nieodwracalnie zniszczony, a kazania lorda Fennimore’a nie da się uniknąć, jednak ranek był piękny, miejsce ustronne, a woda kusząca. Grzechem byłoby nie skorzystać z okazji do odświeżającej kąpieli, która złagodzi perspektywę czekającej Graya reprymendy.

 

Trefor spostrzegł wahanie pana i gramoląc się na brzeg, szybko wypuścił z pyska kapeć. Po mniej więcej trzech sekundach buszowania w zaroślach znalazł odpowiedni patyk, usiadł grzecznie przed Grayem i popatrzył na niego, zapraszając do zabawy. Gray nie potrafił się oprzeć i niewiele myśląc, ściągnął lśniące nowe trzewiki, zdjął nowe ubranie i zaczął radośnie brodzić w wodzie.

– Powinnyśmy chyba poszukać jakiegoś ocienionego miejsca, w którym mogłabyś rozstawić sztalugi – powiedziała Thea.

Popatrzyła w górę na słońce świecące na bezchmurnym błękitnym niebie i zmarszczyła brwi. Kochała słoneczny blask, lecz była to miłość bez wzajemności. Przekleństwem rudowłosej Thei była blada wrażliwa cera. Wystarczyłoby dwadzieścia minut na słońcu, a Thea na kilka dni stałaby się czerwona jak burak.

Harriet teatralnie przewróciła oczami. Wyciągnęła Theę o świcie z łóżka, aby pogawędzić z nią podczas prób malowania. Akwarele były nową pasją Harriet, którą jednak wkrótce porzuci, podobnie jak wszystkie wcześniejsze, gdyż w gruncie rzeczy nie potrafiła na niczym skupić się na dłużej.

– Nie spiekłabyś się, gdybyś włożyła kapelusz – zauważyła.

Co nie znaczy, że sama nosiła kapelusz czy koronkowy czepek, jak przystało dobrze wychowanej dojrzałej wdowie.

– Wiesz, że w taki upał w kapeluszu spociłaby mi się głowa, a wtedy moja fryzura upodobniłaby się do ptasiego gniazda odparła – Thea.

Ruszyła energicznym krokiem w kierunku kępy drzew, wiedząc, że Harriet nie pożałuje jej odrobiny cienia, dopóki Thea dotrzyma jej towarzystwa. Łączyła je osobliwa relacja. Pomimo trzydziestoletniej różnicy wieku były nie tylko sąsiadkami, lecz także najlepszymi przyjaciółkami. Zapewne dlatego, że Harriet była z natury swobodna i lekkomyślna, a Thea uważała się za taką samą trzpiotkę. Mieszkały o rzut kamieniem od siebie, a ponieważ inne miejscowe damy nie wydawały się im dostatecznie interesujące, zadzierzgnęły niezwykłą więź wkrótce po tym, jak Harriet owdowiała.

– Ciotka Caro zaprosiła na dzisiejsze popołudnie pół hrabstwa na podwieczorek i tym razem nie chciałabym wyglądać jak czupiradło – oświadczyła Thea.

Wilgotne powietrze już rujnowało jej fryzurę i chociaż dziś rano pokojówka starała się nad nią zapanować przy pomocy licznych spinek i klamerek, Thea czuła, że niesforne kosmyki wyrywają się na wolność i skręcają w sterczące spiralki.

Codziennie kierowała do Wszechmogącego pretensje o to, że obdarzył ją takimi krnąbrnymi, zwijającymi się włosami. Dosyć lubiła ich oryginalny miedziany kolor, który nadawał jej niepowtarzalny wygląd i dostarczał pretekstu do unikania strojów w mdłych pastelowych barwach, jakie musiały nosić inne niezamężne dziewczęta. Niestety niesforne loczki były istną zmorą. Podczas gdy twarze wszystkich innych młodych dam okalały piękne, miękko spływające pukle, Thea nosiła na głowie aureolę sterczących spiralek.

– Z pewnością będzie tam pan Hargreaves – powiedziała Harriet.

– O Boże, mam nadzieję, że nie! Ten człowiek jest takim straszliwym nudziarzem!

I niewątpliwie łowcą posagów oraz, jak przypuszczała Thea, jednym z kochanków jej ciotki – chociaż nigdy nie wyznałaby tego nawet Harriet. Zachowywała dla siebie podejrzenia dotyczące małżeńskiej niewierności ciotki, chociaż przyjaciółka wiele razy próbowała pociągnąć ją za język w tej kwestii. Owszem, Thea uwielbiała wuja, ale wiedziała, że nie był zbyt dobrym mężem i karygodnie zaniedbywał swoją delikatną drugą żonę. Niekiedy zwracał się do niej wrogim, pełnym goryczy tonem, a gdy był w szczególnie kłótliwym nastroju, jego zachowanie wprawiało Theę w zakłopotanie. Z kolei nieszczęsna Caro od lat szukała pociechy u innych mężczyzn. Thea nie pochwalała tego, jednak starała się nie osądzać ciotki. To najnieszczęśliwsze z małżeństw stanowiło dla niej poważne ostrzeżenie przed konsekwencjami poślubienia niewłaściwej osoby.

Pan Hargreaves był zapewne jedną z licznych przelotnych miłostek ciotki Caro i dzielił z nią łoże. Tych dwoje wymieniało podejrzanie wiele ukradkowych spojrzeń, gdy sądzili, że nikt na nich nie patrzy.

– Wszystkie te chełpliwe opowieści o jego nadzwyczajnych koneksjach… Jakby miał mi imponować fakt, że zna jakichś arystokratów – rzekła Thea.

– Jednak jest niezaprzeczalnie przystojny. Jeżeli kobieta już musi związać się z mężczyzną dozgonnym węzłem małżeńskim, lepiej, aby jego widok sprawiał jej przyjemność. Zależało mi na tym, kiedy musiałam wyjść z mąż. Crudge, niech Bóg ma go w opiece, odznaczał się wyjątkową urodą. Poza tym lubił jeździć konno, a tego rodzaju fizyczna aktywność wywiera cudowny wpływ na pośladki mężczyzny. Moim skromnym zdaniem nie ma niczego wspanialszego niż widok jędrnych męskich pośladków opiętych ciasno bryczesami z koźlej skóry – oznajmiła jej niepoprawna przyjaciółka z figlarnym błyskiem w oczach. – Czy wspomniałam ci już kiedyś, że to ja go uwiodłam?

– Stale o tym opowiadasz – odparła Thea.

I to z intrygującymi detalami. W zasadzie cała wiedza Thei dotycząca sfery erotycznej pochodziła od Harriet.

– Byłam w nim już zakochana i niewątpliwie go pożądałam, więc uznałam, że nie ma sensu tracić czasu na długie ceremonialne zaloty. Okazało się to najlepszym rozwiązaniem. Pobraliśmy się szybko i dzięki temu mogliśmy cieszyć się sobą nawzajem w łóżku znacznie wcześniej, niż gdybyśmy trzymali się długotrwałych konkurów. – Harriet westchnęła. – I na Jowisza, ten mężczyzna wspaniale wyglądał nago… Pan Hargreaves ma ładne pośladki, a przynajmniej tak sądzę. Nie zdołałam jeszcze dokonać dokładnych oględzin, tak abym mogła zyskać pewność. Udało mi się jednak rzucić okiem podczas przyjęcia połączonego z polowaniem w zeszłym miesiącu. Ten człowiek ma mocne uda, co zazwyczaj stanowi dobry znak. Chociaż prawdę mówiąc, chodzi mi bardziej o ciebie niż o niego. Pragnę, abyś przed zamęściem przeżyła jakąś podniecającą przygodę. Wiedziesz życie o wiele zbyt przewidywalne i uporządkowane jak na tak młodą osobę. To woła o pomstę do nieba… Chwileczkę… czy to pies szczeka?

Obie przystanęły i nasłuchiwały. Po chwili całkowitej ciszy, zakłócanej tylko porannym ćwierkaniem ptaków, od strony drzew znów dobiegło przenikliwe szczekanie.

– To nie brzmi dobrze.

– W rzeczy samej – przyznała Thea. Krzaki zaszeleściły głośno i znów rozległo się szczekanie psa, pobudzając jej wyobraźnię. – Myślisz, że to nieszczęsne zwierzę cierpi?

Thea uwielbiała zwierzęta i nie mogła znieść myśli, że teraz jedno z nich doświadcza bólu. Kolejne szczekanie przyniosło odpowiedź na to pytanie i sprawiło, że serce zabiło jej szybciej. Thea podciągnęła spódnice i puściła się pędem. W ubiegłym miesiącu leśniczy jej wuja dwukrotnie natrafił w posiadłości na zastawione sidła, stanowiące dowód, że ktoś ma chrapkę na jego bażanty. Zapewne łapa biednego psa uwięzła w sidła, a zwierzę wpadło w panikę i poraniło się, próbując się wyswobodzić.

Thea wbiegła między drzewa, kierując się ku odgłosowi szczekania, a potem zahamowała gwałtownie na szczycie skarpy, zaskoczona niespodziewanym widokiem pary nadzwyczaj jędrnych męskich pośladków.

Bardzo ładnych gołych męskich pośladków.

Z ust wyrwał się jej żałosny zszokowany pisk. Pośladki zniknęły pod wodą, a po chwili ich właściciel obrócił się, zasłaniając rękami najbardziej wstydliwą część ciała, która chociaż była teraz zanurzona w strumieniu, jednak pozostawiała niewiele pola dla wyobraźni Thei. Jej wzrok powędrował od tych rąk w górę, ku płaskiemu brzuchowi z intrygującym pasmem ciemnych włosów rozszerzającym się na mocnej klatce piersiowej. Muskularne ramiona. Wspaniale wyrzeźbione bicepsy. Napotkała rozbawione spojrzenie szarobłękitnych oczu w jednej z najbardziej urodziwych twarzy, jakie kiedykolwiek widziała.

– Dzień dobry paniom.

– Ee…

Thei po raz pierwszy w życiu zabrakło słów. Jej policzki zapłonęły szkarłatnym rumieńcem i potrzebowała całej siły woli, by powstrzymać się przed powędrowaniem spojrzeniem w dół, ku widokowi, którym przed chwilą się napawała. Zamrugała i otworzyła usta jak ryba wyrzucona na brzeg. W końcu opamiętała się, przystojnie odwróciła wzrok i zawstydzona utkwiła go w przestrzeni przed sobą.

– Witam pana – odrzekła nad jej ramieniem Harriet, a potem bezceremonialnie trąciła ją łokciem. – Cofam wszystko, co mówiłam o bryczesach z koźlej skóry. Ogromnie się je przecenia.

Przyjaciółka bez cienia wstydu przepchnęła się obok Thei, niewątpliwie po to, aby lepiej przyjrzeć się nieznajomemu. Ani na moment nie oderwała od niego wzroku.

– A kimże pan jest? – spytała.

– Jestem lord Graham Chadwick – odpowiedział. Thea spostrzegła kątem oka, że skłonił się uprzejmie, nadal przyciskając jedną dłoń do swej męskości. Zachowywał się całkowicie swobodnie. – Ale proszę mówić mi Gray. Dopiero co przybyłem do tego hrabstwa.

– Ach tak! Wynajął pan niedawno posiadłość Kirton House, nieprawdaż? A zatem w gruncie rzeczy jesteśmy sąsiadami – mówiła Harriet, która nie straciła kontenansu. Najwyraźniej uznała, że ta sytuacja stanowi świetną okazję do towarzyskiej pogawędki i niewątpliwie zamierzała przedłużyć spotkanie dla swych własnych skandalicznych powodów. – Ja jestem lady Crudgington z Exley House, a to panna Theodora Cranford, podopieczna pańskiego nowego gospodarza.

– Jego podopieczna?

Usłyszawszy, że nagi mężczyzna o niej wspomniał, Thea z poczuciem winy podniosła na niego wzrok, szczerze zawstydzona tym, że jej spojrzenie znów powędrowało ku jego imponującej szerokiej klatce piersiowej. Po stoczeniu zaciętej bitwy ze swoim krnąbrnym i impulsywnym wewnętrznym ja, z wahaniem spojrzała mężczyźnie w oczy. Z jego twarzy zniknął pewny siebie uśmiech, zastąpiony przez wyraz, którego nie potrafiła w pełni rozszyfrować.

– Właśnie, chociaż Thea już dawno osiągnęła pełnoletniość, więc w istocie jest teraz po prostu jego bratanicą. – Harriet posłała przyjaciółce znaczące spojrzenie. – Zadowoloną z tego, że więdnie w domu wuja, dopóki Kupidyn w końcu nie ześle jej odpowiedniego rycerza w lśniącej zbroi.

Thea uznała, że musi przerwać przyjaciółce, zanim ta zacznie na serio ją swatać, co zwykła z upodobaniem czynić przy każdej nadarzającej się okazji. Nie miała jednak pojęcia, co powinna powiedzieć.

– Panie Gray… to znaczy, lordzie Graham… ee… – Czy ta sytuacja mogłaby się stać bardziej żenująca? – pomyślała. – Usłyszałyśmy szczekanie psa… Zjawiłam się, aby przyjść mu z pomocą… Nie zamierzałam zakłócić pańskiego… ee… spokoju…

No wspaniale, teraz plotła jak idiotka i rzucała spojrzenia we wszelkie możliwe strony. Prawdopodobnie sprawiała wrażenie, jakby cierpiała na nerwowy tik – co by wyjaśniało, dlaczego żaden rycerz nie pofatygował się, żeby ją uratować. Twarz tak bardzo paliła ją ze wstydu, że prawdopodobnie dałoby się usmażyć na niej placki.

Aby oszczędzić sobie dalszego zakłopotania, Thea odwróciła się gwałtownie plecami do mężczyzny i wpatrzyła w pobliskie drzewa.

– Niechże pan włoży coś na siebie! – rzuciła. – Zachowuje się pan nieprzyzwoicie. Jak pan może pluskać się nago w strumieniu mojego wuja?

Chciała jasno zamanifestować, że jest oburzona jego całkowicie niestosownym zachowaniem – i wcale nie kusi jej, aby gapić się bezwstydnie na jego wilgotne nagie ciało. Koszula i bryczesy mężczyzny leżały przy jej nogach, więc podniosła je gwałtownie i nie odwracając się, podsunęła je przyjaciółce.

– Daj mu to! Natychmiast!

Usłyszała, że mężczyzna brodzi ku brzegowi, a gdy zerknęła nieco w prawo, spostrzegła, że Harriet podaje mu jego porzucone bezwstydnie ubranie w taki sposób, że lord Jak Mu Tam musiałby wynurzyć się z wody, by go dosięgnąć. Thea rzuciła przyjaciółce ostre spojrzenie, które ta oczywiście całkiem zignorowała, mówiąc:

– Jak do tego doszło, że znalazł się pan nagi w strumieniu wicehrabiego Gislinghama? Czy w rezydencji Kirton House nie ma wanien kąpielowych?

– Z całego serca przepraszam obie panie za to, że je zszokowałem – rzekł. Thea zobaczyła, jak jego duża dłoń chwyciła podane mu ubranie, a potem usłyszała chlupot wody, gdy znów się w niej zanurzył. – Ale zawinił mój pies. To on sprowadził mnie na złą drogę. To wyłącznie jego wina, że przyłapałyście mnie panie na pluskaniu się w strumieniu.

W tym momencie z zarośli wyłonił się błyskawicznie smoliście czarny zwierz trzymający w pysku olbrzymi patyk. Popatrzył przelotnie na Theę, a potem jednocześnie upuścił patyk i otrząsnął się, rozbryzgując błotnistą wodę na jej ulubioną zieloną muślinową suknię, po czym radośnie zamerdał ogonem.

 

I rzucił się ku Thei.

Jego dwie wielkie wilgotne łapy uderzyły ją prosto w brzuch. Wymachując rękami jak wiatrak podczas wichury, usiłowała złapać równowagę. Odruchowo postawiła nogę za siebie, aby się nią podeprzeć, i zbyt późno uświadomiła sobie, że stoi na pochyłym zboczu. Przewróciła się niezdarnie do tyłu i jej stopy straciły kontakt z podłożem. Ku swemu skrajnemu przerażeniu wylądowała z głośnym pluskiem w wodzie, zaledwie kilka cali od krocza tego irytującego i nadal nagiego mężczyzny.