Niewierni

Tekst
Z serii: Nielegalni #2
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Niewierni
Niewierni
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 79,98  63,98 
Niewierni
Niewierni
Audiobook
Czyta Krzysztof Gosztyła
39,99  28,39 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Tam… tam było takie rodzeństwo… dzieci wtedy. – Głos mu zadrżał na widok pytającego spojrzenia Czeczena. – Było ich wtedy sześcioro. Wiesz coś o tym?

– No… a co?

– Jak oni się nazywali? Pamiętasz?

Czeczen spojrzał nieco zdziwiony, że Jagan z takim zaangażowaniem pyta o podobne rzeczy, a nie o Muhamedowa.

Ten jednak kontynuował:

– Najstarsza miała na imię Amina…

– Bogajew… Wasi waleczni żołnierze wybili wcześniej całą rodzinę Bogajewów. Macie pecha, bo Bogajewowie to bardzo waleczny tejp.

Jagan szybko wyjął notatnik i zapisał nazwisko, żeby nie zapomnieć. Bo twarze pamiętał, jakby to było dzisiaj.

– Amina była najstarsza… też się jej nie upiekło… – Zelimhan zawiesił głos. W jego oczach nie było już śladu łez, jedynie dzika kaukaska nienawiść.

Jagan nawet nie zauważył reakcji Czeczena.

– Amina… po niej ten… Rustam…

– I bliźniacy Szamil i Asłan – dokończył Ahmetow. – Przez trzy lata byli potem w naszym oddziale, ale ja ich prawie nie znałem. Zajmował się nimi Dżochar i osobiście Muhamedow. Ja byłem wtedy w Inguszetii – tłumaczył. Czuć było, że coś kręci, ale Jagana to teraz nie obchodziło.

– Czyli oni nazywają się Amina, Rustam, Szamil i Asłan Bogajewowie?

– Tak.

Jagan przybliżył się do jego ucha.

– To przyjrzyj się uważnie, Zelimhan – wyszeptał.

Wyjął telefon, przez kilka sekund czegoś w nim szukał, po czym podsunął go pod nos przesłuchiwanemu.

Ahmetow podniósł na moment wzrok, spojrzał beznamiętnie i jeszcze niżej opuścił głowę. Dla Jagana to była wystarczająco czytelna odpowiedź.

– Gdzie oni teraz są?

– A skąd mam wiedzieć! – kłamliwie odparł Czeczen, ale zaczął się na poważnie zastanawiać, czy propozycja wyjazdu do Europy, przynajmniej na jakiś czas, nie jest w jego sytuacji najlepsza.

– Posłuchaj, capie! Na razie nic nie utargowałeś. Przypomnij sobie, gdzie oni są, i pospiesz się. Będę bardziej życzliwy…

– Poza twoim zasięgiem, Ruski – odparł niespodziewanie Zelimhan. – Dostali nowe paszporty i są już pewnie gdzieś w Polsce… a tam ich nie dostaniecie!

– Co tam robią?

– Mnie o to pytasz?! W ogóle… po co ci to wszystko?

– Chodź na chwilę – odezwał się niespodziewanie Gruzow.

Kosow z pistoletem w dłoni pozostał przy Czeczenie, a reszta wyszła do drugiego pokoju. Zaricki wyraził zaniepokojenie przeciągającym się przesłuchaniem, ale nawet nie zapytał o Bogajewów. Gruzow natomiast stwierdził z przejęciem, że Dżochar, o którym mówił Zelimhan, to nikt inny, tylko „Buster Keaton”, najbardziej zaufany człowiek Muhamedowa do zadań specjalnych i kontaktów z Al-Kaidą.

– Zapytaj go teraz o pistolet – rzucił na koniec i wszyscy wrócili do sąsiedniego pokoju.

– Kiedy wyjechali do Polski? – zaczął Jagan.

– Skąd mam wiedzieć! Chyba niedawno… nie wiem…

– Kiedy? – Chwycił go za gardło. – Kiedy, koźle?!

– Dwa… góra trzy lata temu – wycharczał Czeczen.

– No dobrze, capie. To już coś. Zaczynasz się rozkręcać.

Jagan był umiarkowanie zadowolony. Włożył rękę do kieszeni, by wyjąć złotą tetetkę.

Zorganizowanie zasadzki w mieszkaniu w Groznym, ujęcie Zelimhana Ahmetowa i w ogóle wszystko to, co się właśnie wydarzyło, było silnym stresem dla trójki oficerów połączonych sił rosyjskich służb specjalnych. Nie było tylko niczym specjalnym dla Jagana, który jednak zajęty przesłuchaniem więźnia nie mógł o wszystkim pamiętać, zwłaszcza że grupą dowodził doświadczony major Zaricki.

Nie mógł zatem pamiętać, że należało zamknąć drzwi na klucz i że ktoś powinien obserwować otoczenie, skoro podłączone do komputera Oko Proroka wciąż działało. Na ekranie monitora jak na scenie widać było pod drzwiami trzy uzbrojone postacie, które wyraźnie czegoś nasłuchiwały.

Jagan wyjął z kieszeni złoty pistolet i uniósł go powoli. Ostatnie, co zapamiętał, to oczy Zelimhana, które jak zahipnotyzowane podążały za złotą tetetką. Dziecinne zaskoczenie przybrało w nich wyraz zdziwienia, by wreszcie się przemienić w szczere przerażenie. Ale zabrakło już czasu na jedno choćby pytanie.

Drzwi do mieszkania wyleciały z zawiasów i do środka, strzelając z pistoletów automatycznych, wtargnęło trzech mężczyzn. Grad pocisków rozrywających wszystko na swej drodze i dewastujących gipsowe ściany sparaliżował wszystkich.

Biały gęsty pył i drobiny drewna wypełniły powietrze.

Jagan natychmiast zdał sobie sprawę, że nie dosięgnie teraz swojego skorpiona, który leżał na stole dwa metry od niego, i schylił się tak nisko, jak mógł. Jasne było, że Zaricki i Gruzow znajdowali się najbliżej napastników, wprost na linii ognia.

Kątem oka zobaczył przebiegające postacie, ale nie był pewien, kto to jest. Instynktownie rzucił się w kierunku swojego pistoletu i gdy tylko go dotknął, poczuł, że już panuje nad sytuacją.

Zanim strzelił w żarówkę, zobaczył Zelimhana, który z roztrzaskaną i odchyloną do tyłu głową wciąż siedział na krześle, oraz szeroko otwarte oczy Gruzowa leżącego na ziemi z dymiącym papierosem w ustach.

Stan 200 – przemknęło mu przez myśl.

Zrobiło się cicho. Jagan szybko ocenił, że Zaricki i Kosow z pewnością nie przeżyli ataku i że nie ma co na nich liczyć, chociaż nigdzie nie mógł dostrzec ciał. Musiał podjąć decyzję natychmiast, zanim napastnicy ruszą do ataku. Chwilowa cisza świadczyła, że ma jeszcze szansę.

Wycelował swojego skorpiona i puścił długą serię w ciemny otwór drzwi, roztrzaskując drewniane framugi. Pomyślał, że skoro stawi opór, napastnicy będą musieli się zastanowić, co robić dalej. Te sekundy były najważniejsze. Nim skończył strzelać, był już przy oknie.

Tak jak sobie wcześniej zaplanował, postanowił zeskoczyć po balkonach. Nigdy nie wchodził do akcji, jeżeli nie przygotował wcześniej odwrotu, a manewr z balkonami miał przećwiczony.

Zanim napastnicy się zorientują, że taki cyrkowy numer jest w ogóle możliwy, będzie już na dole. To tylko dziesięć pięter.

W ciągu trzydziestu pięciu sekund dotarł do drugiego, skąd skoczył już na trawnik. Z góry nikt nie strzelał. Ruszył biegiem w kierunku parkingu i natychmiast zauważył dwóch mężczyzn w czarnych skórach, którzy stali przy wejściu na klatkę schodową.

Niezauważony zbliżył się na odległość dwudziestu dwóch metrów i oddał w biegu dwie krótkie celne serie. Potężne uderzenie kilkunastu pocisków 7,65 rzuciło tamtymi o ścianę.

Już miał przyspieszyć, lecz nagle się zatrzymał. Nie przebrzmiało jeszcze echo wystrzałów i nie opadł kurz po pociskach, gdy Jagan zawrócił i podszedł do wejścia.

Jeden z mężczyzn leżał na brzuchu, spod którego wypływała gęsta kałuża krwi. Jego ciało wciąż drgało, ale dla Jagana było oczywiste, że to koniec. Drugi, bardziej chłopiec niż mężczyzna, może dwudziestoletni, z otwartymi szeroko oczami, siedział oparty o ścianę i próbował coś mówić, ale z jego ust wydobywała się jedynie jasnoczerwona piana.

– Ożeż ty! – Jagan się nad nim pochylił. – Nuuu… smotri, drug moj… Gospodi, kakoj podarok u tiebia… – Wyciągnął rękę po najnowszy model skorpiona, który leżał obok, dokładnie taki, jaki widział u Czeczenów na motorze.

Ranny wyraźnie chciał coś powiedzieć, ale zachłysnął się krwią i niezdarnie próbował odszukać dłonią automat.

– Nuuu… czto… pacan? – Jagan nachylił się bliżej. – Czego?

Ale chłopak tylko bełkotał i bluzgał krwią.

Jagan wziął skorpiona, potem pistolet drugiego mężczyzny. Podniósł się, stanął nad chłopcem okrakiem i nie celując, strzelił mu w czoło.

Zaczął biec, jakby dostał skrzydeł. Lekko i bez wysiłku, mimo że był porządnie obciążony bronią. Kiedyś sobie obiecał, że już nigdy nie porzuci żadnego pistoletu, tym bardziej automatu. Rozpierała go wspaniała świadomość, że ma tylko dla siebie najnowszy model skorpiona, i to w dodatku czeczeński, czyli nierejestrowany, a to było bardzo ważne.

Kierował się w stronę, gdzie, jak wiedział, jest bezpiecznie. Gdy oddalił się o czterysta trzydzieści dwa metry, przystanął, żeby wyrównać oddech i trochę odpocząć. Położył się w pozycji witruwiańskiej na nieskoszonym trawniku i spojrzał w bajkowo rozgwieżdżone kaukaskie niebo.

Takie niebo może być tylko tutaj. Jest pięknie! – pomyślał i poczuł, że dwugłowy smok podziela jego radość.

Dotknął kieszeni, w której tkwiła złota tetetka, i chociaż przez cały czas czuł jej ciepło i wiedział, że tam jest, to jednak musiał się upewnić.

Od początku nie wątpił, że ta magiczna broń jest mu przeznaczona. Nie dość, że wyprowadziła go bezpiecznie ze strzelaniny, to jeszcze mu pomogła w ustaleniu, gdzie jest rodzeństwo Bogajewów, a to było najważniejsze. Muhamedowem zajmą się inni.

– Polska – pomyślał. To przecież niedaleko.

Było jedenaście minut po północy, ale Jaganowi się wydawało, że jest już czternaście.

16

Konrad obudził się cały spocony i odetchnął z ulgą, że to był tylko sen. Jeszcze brzmiał mu w uszach dźwięk tłuczonego szkła wymieszany z chrzęstem metalu, a wszystko to na skrzyżowaniu alei KEN i Indiry Gandhi.

Za każdym razem, gdy przejeżdżał tamtędy do miasta i widział wypadek, ogarniało go jakże typowe uczucie – jak to dobrze, że to nie ja! Przed chwilą jednak widział wszystko tak realistycznie, że aż się zawahał, czy nie zjechać do garażu i nie sprawdzić swojego saaba 900i cabrio, model z 1985 roku.

Zupełnie hipotetyczna świadomość, że coś mogłoby mu się stać, napawała go przerażeniem. Bo to nie był jakiś tam samochód, jaguar, bmw czy nawet maybach, to była część jego ciała i duszy, i to nawet ta ważniejsza. Od kilku miesięcy nie dawała mu spokoju dziura wypalona w tylnym siedzeniu, więc horror, jaki mu się przyśnił, z jego saabem w roli ofiary, zaowocował złym nastrojem już od samego rana.

Tak czy inaczej Konrad solennie postanowił, że dzisiaj do pracy pojedzie metrem i w przyszłości będzie unikał tego skrzyżowania.

 

W końcu mogę jeździć Rosoła… to przecież także wygodna i szeroka ulica – pomyślał i poszedł do łazienki.

Włożył dres, wypił szklankę kefiru Robico i po kilku chwilach był już na ulicy Wilczy Dół. Zatrzymał się i zrobił parę ćwiczeń, żeby rozciągnąć mięśnie. Było pochmurno, ale wyjątkowo ciepło. Pomyślał, że nie padało od kilku dni, więc na Kabatach nie będzie podtopień. Zawsze denerwowało go czyszczenie butów z błota, a nigdy nie zaczynał biegu w brudnych. W końcu to były czerwone salomony XT wings s-lab 4.

Zrobił swoją stałą trasę do Pyr i z powrotem. Na Leśnej spotkał Przemysława Saletę, który biegł w przeciwnym kierunku z pieskiem na smyczy. Mijali się czasami na Kabatach i chociaż się nie znali, to Saleta zawsze pozdrawiał Konrada, choć powinno być odwrotnie. Po każdym takim spotkaniu Konrad od razu czuł się lepiej, bo to był w końcu sam Przemysław Saleta i nie dość, że sympatyczny i kulturalny, to jeszcze nieco wyższy. Konrad miał dziwne wrażenie, że Saleta pozdrawia na trasie tylko jego, ale nie potrafił wytłumaczyć, skąd się ono wzięło. Tak czy inaczej świadomość ta była na tyle miła, że przy niej trwał. Widząc go, od razu poprawiał styl swojego biegu, by wyglądał bardziej świeżo i sprężyście, bo Saleta poruszał się, jakby sunął po wodzie.

Wrócił do domu zdyszany, bo po schodach wbiegł na sporym przyspieszeniu. W przedpokoju zrzucił buty i stanął, dysząc, przed wielkim lustrem oprawionym w barokowe ramy. Spojrzał na swoje odbicie i przez moment pomyślał, że może powinien już zmienić strój na taki, jaki ma Saleta. Po krótkiej ocenie jednak uznał, że nie będzie nikogo naśladował, a szczególnie jego. Pozostanie wierny swojemu spranemu bawełnianemu dresowi z wypchanymi kolanami i napisem niemożliwym już do odczytania. Styl Rocky Balboa bardziej odpowiadał jego charakterowi niż obowiązujący teraz powszechnie à la Lara Croft.

Po goleniu i prysznicu zjadł tost z miodem i wypił szklankę mleka, oglądając poranne wiadomości na TV24. Z pewnym zaskoczeniem zauważył, że od pewnego czasu nie widział w telewizji swojej byłej partnerki Justyny, i trochę się zaniepokoił.

Początkowo, po wyborach wygranych przez Partię Gładkiej Gadki, jak ją nazywał, Justyna niemal nie schodziła z ekranu. Rano i wieczorem męczyła się z żałośnie miłymi i papierowo uprzejmymi politykami, którzy nigdy nie odpowiadali na jej proste pytania.

Może w końcu zmądrzała – pomyślał naiwnie i zrobiło mu się trochę głupio, więc skończył jeść i poszedł do łazienki.

Wypłukał usta, wytarł twarz i przyjrzał się sobie uważniej w łazienkowym lustrze oświetlonym trzema halogenami. Sprawdził dłonią jeszcze raz, czy się dobrze ogolił, i poczuł nagle, że musi zakomunikować coś mężczyźnie w lustrze, coś ważnego i osobistego.

– Potrzebujesz kobiety, chłopie! Prawdziwej, takiej dorodnej! Nic więcej nie będę ci tłumaczył. Tak już na tym świecie jest! Jak tego nie zrozumiesz, to musisz iść się przebadać… czy coś tam.

Aż się zachwycił, z jakim autentycznym dramatyzmem i przejęciem wypowiedział tak naiwną kwestię.

Ja pierdolę! Czy dzisiaj jest dzień świra? Eeee… mam jeszcze czas.

Mimo że chciało mu się śmiać z samego siebie, dobrze wiedział, że tak właśnie czuje, ale akurat nie potrafił dobrać lepszych słów, by wytłumaczyć sobie tę prostą i oczywistą dla każdego mężczyzny prawdę. Jeszcze bardziej zrobiło mu się głupio, kiedy przypomniał sobie scenę z wujkiem Teo na drzewie z filmu Amarcord. Ten obraz prześladował go od zawsze jak wyrzut sumienia, przestroga, że też tak może skończyć.

Wczorajsze zdarzenie w hotelu Marriott zrobiło na nim takie wrażenie, że jeszcze tego samego dnia powołał zespół, który miał się zająć jego rozpracowaniem, czyli ustaleniem, o co w tym wszystkim chodzi. Właściwie nie za bardzo jeszcze wiedział, co mają rozpracować, co ustalić, po co i dlaczego, ale im dłużej się zastanawiał, tym więcej pojawiało się pytań i denerwował się coraz bardziej, a to już było wystarczającym uzasadnieniem, by nadać sprawie priorytet. Tak działało jego poczucie obowiązku, chłodna kalkulacja zasad pracy operacyjnej i nieokiełznana dusza oficera wywiadu.

Było wpół do dziesiątej rano. Na dwudziestym piętrze jednego z warszawskich wieżowców firma Vigo, czyli Wydział Specjalny Q Agencji Wywiadu, pracowała już na pełnych obrotach. Ewa przygotowała dla wszystkich kawę w dwóch termosach, które postawiła na stole konferencyjnym. Przygotowała też sześć filiżanek i szklany dzbanek z mlekiem.

Konrad wszedł do sali ze swoim wielkim kubkiem z logo CIA w dłoni, ale nikt tego nie zauważył, bo wszyscy stali przy oknie, obserwując maszerującą na dole demonstrację Solidarności.

Nowo powołany zespół pod komendą Konrada składał się z jego zastępcy, czyli Sary Korskiej, Marcina harleyowca, Lutka, chłopaka Ewy, i M-Irka. Słowem – stała szóstka.

Zmiana sytuacji politycznej w Polsce odbiła się także na Wydziale Q. W poniedziałkowy poranek nazajutrz po wyborach Marek Belik, dotychczasowy pierwszy zastępca Konrada i przyjaciel Ciężkiego, został przeniesiony do gmachu AW na Miłobędzkiej i od tej pory słuch o nim zaginął. Nikt go nie żałował, więc i pamięć o jego krótkiej obecności w Wydziale długo nie przetrwała. Belik jednak coś po sobie pozostawił, coś specjalnego. Pustkę po nim wypełniła znacznie lepsza atmosfera. Czuł to każdy, choć mało kto uzmysławiał to sobie z taką siłą jak Sara, dla której obecność Belika była oczywistą niesprawiedliwością i osobistym wyzwaniem. Od samego początku.

Teraz Sara była pierwszym zastępcą, chociaż stanowisko to formalnie wciąż nie było obsadzone. Konrad zastanawiał się coraz częściej, czy nowy szef AW szuka na to stanowisko swojego wiernego człowieka, czy też jest mu obojętne, kto zarządza Wydziałem Q. Jakkolwiek było, w obu wypadkach nie mogło to dobrze świadczyć o szefie.

– Zaczynamy! – oznajmił głośno Konrad i wszyscy zajęli miejsca.

Ucichł gwar, stukot filiżanek, zgrzyt przesuwanych krzeseł i prośby o mleko czy cukier. Pięć par oczu spoczęło na prowadzącym zebranie.

– Sprawa będzie mieć kryptonim „Ural” – zaczął Konrad.

– Dlaczego „Ural”? – zapytał natychmiast Marcin, uprzedzając Sarę.

– No… bo… – Konrad zawahał się na moment. – Ural łączy Azję i Europę, a tu mamy Azjatów i białych… więc Ural będzie chyba dobry – wyjaśnił niepewnie i przygryzł wargę, jednak odgłos zapalniczki Zippo jeszcze bardziej go speszył. – Ktoś ma lepszy pomysł? – zapytał, kierując na nią spojrzenie.

– To jest świetne! – wykrzyknął Marcin. – Takie proste, bezpośrednie i głębokie jednocześnie… inteligentne!

– Daj spokój – przerwała mu Sara. – To nie ma znaczenia. Ural, Ałtaj czy Góry Świętokrzyskie…

– Zamykamy ten temat – stwierdził wyraźnie Konrad, jeszcze bardziej speszony. – Wszyscy wiemy, że coś się wczoraj stało w hotelu Marriott, tu, obok nas. Trzeba jednak, byśmy wspólnie uporządkowali wszystkie fakty i spróbowali określić, co się właściwie stało i co będziemy dalej robić. Gospodarzem sprawy będzie Sara – rzucił bez uzgodnienia z nią i trochę za karę, że nie spodobał jej się kryptonim sprawy.

W rzeczywistości jednak czuł gdzieś w głębi, że Sara na to czeka, i wcale się nie pomylił.

Sprawa wyszła od jej byłego chłopaka, Jacka Morawca, i dlatego Sara bardzo chciała coś sobie udowodnić. Wiedziała, że to coś wypływa z jej kobiecej duszy, a dopiero potem – szpiegowskiej. Choć romans z Jackiem dawno się już zakończył i nawet myślami nie wracała do tamtych chwil, to teraz drgnęło w niej coś dziwnego i musiała ustalić co. Dlatego to była jej sprawa i Konrad nie powinien był pierwszy wymyślać kryptonimu – uważała.

– Wczoraj około pierwszej sprzątaczka w hotelu Marriott weszła niespodziewanie do pokoju numer 2313 na dwudziestym trzecim piętrze – zaczęła referować. – W apartamencie zobaczyła pięciu mężczyzn, którzy siedzieli za stołem. Na jej wejście… widok… nastąpiła u nich widoczna konsternacja… może lepiej powiedzieć: zaniepokojenie. Tak czy inaczej mężczyźni natychmiast, aczkolwiek dosyć nieudolnie, próbowali ukryć jakieś dokumenty. Ten pokój powinien być opróżniony trzydzieści minut wcześniej, co oznacza, że faceci musieli mieć wystarczająco ważny powód, by przeciągać spotkanie…

– Prawdopodobnie nie spodziewali się, że ktoś ich zaskoczy – stwierdził Konrad.

– Dlaczego nie wywiesili kartki „nie przeszkadzać” i nie zamknęli drzwi na łańcuch? – zapytał Lutek.

– Trudno na to odpowiedzieć – skonstatowała Sara. – Czynnik ludzki… zwykły błąd…

– Sądzę, że spotkanie dobiegło końca i coś musiało ich zatrzymać, ponieważ doba hotelowa już minęła. Dodatkowo jeden z białych mężczyzn ledwo zdążył na lotnisko – dodał Konrad.

– No właśnie, szefie. Tak jak mówiłem… nooo… nie zdążyłem, kurczę – tłumaczył się Marcin.

– Wszystko w porządku – odpowiedziała Sara. – Nic się nie stało. Wszyscy improwizowaliśmy. Dziadka musiało zatrzymać coś bardzo ważnego, skoro odkładał wyjazd na lotnisko do ostatniej chwili. Czyli… podsumowując ten etap, należy stwierdzić, że panowie rozmawiali o jakichś bardzo ważnych sprawach i wyraźnie nie chcieli, by ktokolwiek o tym się dowiedział.

– Stąd taka nerwowa reakcja na niespodziewane wejście sprzątaczki – dorzucił Marcin i z przekonaniem pokiwał głową, aż wszyscy popatrzyli na niego ze zdziwieniem.

– Punkt drugi – zaczęła Sara, wyjęła papierosa i trzymała niezapalonego między palcami. – Mamy pięciu mężczyzn, trzech Azjatów i dwóch białych. Jeden w wieku około siedemdziesięciu lat, może więcej, obywatel Szwecji, Gustav Winklund, numer ID 3810040312, drugi biały, około czterdziestu, czterdziestu pięciu lat, brak danych. Azjaci, dwóch prawdopodobnie młodych, wiek trudny do określenia, i jeden znacznie starszy… może sześćdziesiąt lat, wyraźnie szef, boss.

– Winklund błyskawicznie wymeldował się z hotelu, a pokój zajmował tylko jedną dobę. Rezerwacji dokonano z adresu mailowego w Sztokholmie – stwierdził Konrad.

– W drodze na lotnisko jechałem tuż za nim – włączył się Marcin. – Sprawdzał się! Nie ma najmniejszej wątpliwości. Odleciał samolotem do Kopenhagi. Nie miał bagażu, tylko nieduży neseser, ale nie zdążyłem poprosić o pomoc Straży Granicznej, bo już przeszedł na drugą stronę. Na lotnisku z nikim się nie kontaktował. Siedział w barze i pił piwo, ale nie wyglądał na zdenerwowanego.

– Czy telefonował… w taksówce albo na lotnisku? – zapytał znudzonym głosem Irek.

– Na lotnisku nie, ale w taksówce… nawet na pewno! Rozmawiał i rozglądał się wokół. Ja w tym samym czasie rozmawiałem z szefem przez komórkę. – Marcin był wyraźnie pobudzony.

– Dawaj telefon! – zarządził Mirek, a na widok zdezorientowanej miny Marcina powtórzył ostrzej: – Dawaj i już!

– Mam tu zdjęcia… prywatne…

– Dawaj! – ryknął Irek, zabrał telefon i wyszedł z Mirkiem z pokoju.

– Ciekawe! – skomentował po chwili Konrad, czując, że M-Irek wie, co robi.

– Czekamy na nich czy…? – zapytała Sara.

– Idziemy dalej – zadecydował Konrad.

– Kierowca taksówki hotelowej stwierdził, że Winklund rozmawiał w nieznanym mu języku, ale na pewno nie po angielsku, francusku ani niemiecku. Właściwie nie umiał powiedzieć, co to był za język, ale żaden z tych, które potrafił rozpoznać… nawet mniej więcej – zrelacjonował Marcin.

– Skoro to Szwed, to pewnie mówił po szwedzku – wtrąciła Sara.

– Tym bardziej że w Szwecji mają mnóstwo różnych dialektów – poparł ją Konrad.

– Drugi biały. – Sara spojrzała na swoje odręczne notatki. – Według Jacka, który pojechał za nim, wysiadł w Wilanowie i znikł. Niestety, to była zwykła taksówka i teraz trzeba ją odnaleźć. Mamy numer rejestracyjny. Musimy porozmawiać z kierowcą, może zauważył coś podejrzanego…

– Ja się tym zajmę – zareagował natychmiast Marcin. – To moja robota!

– Tu masz dane. – Sara podała mu kartkę.

– Trzeba to zrobić jeszcze dzisiaj – zarządził Konrad. Odpowiedziało mu zmarszczone czoło Marcina.

– Azjaci – kontynuowała Sara. – No bloody fucking idea – zaklęła ostro. – Kto to jest? Nic nie wiadomo! Ustaliliśmy, że pojechali taksówką na plac Trzech Krzyży i tam wysiedli. Nic więcej! Co za ptice? Nie mamy pojęcia!

– No, Chińczyków jest dużo… Wietnamczyków u nas też nie brakuje. Będziemy mieli problem, żeby to ustalić. Jeśli to jakaś mafia chińska czy wietnamska, to policja nam pomoże – stwierdził Marcin.

– Jeżeli to sprawa kryminalna, to nam nic do tego… ale to nie jest żadna mafia. Ja to wiem! – stwierdził z pełnym przekonaniem Konrad. – Ja to czuję! To jest coś w sam raz dla nas – dodał i odruchowo przygryzł wargę, aż Sara musiała dać mu znak, żeby przestał, bo głupio wygląda.

– W zasadzie to wszystko – stwierdziła. – Aha, zapomniałabym! Jacek roztropnie przeszukał pokój 2313, zanim weszła tam sprzątaczka, i nic nie znalazł. Nawet jednej chusteczki do nosa, gumy do żucia, nic. Dwa skrawki papieru w sedesie. Wyglądało, jakby ktoś coś podarł i spuścił w klozecie. Winklund spał w tym pokoju tylko jedną noc. Żadnych śladów!

 

– To też coś mówi – odezwał się milczący dotąd Lutek.

– Właśnie – dodał Konrad i wszyscy na chwilę zamilkli, jakby oczekiwali, że wymyślą coś nowego. – Dobrze! Idź, Marcin, po M-Irka. Zaczniemy teraz przeglądać nagranie z kamer hotelowych.

– Szef wie, że to nielegalne – zauważył Marcin z poważną miną.

– Idź!

– Siedzieli wczoraj do rana, żeby oczyścić ten film… Jest super!

– Idź już, człowieku!

– Szef strasznie dzisiaj nerwowy – rzucił Marcin w drzwiach i już po drugiej stronie powiedział do siebie: – Musiało mu się coś strasznego przyśnić w nocy… jak nic!

Lutek stanął przy oknie i zaczął przez nie wyglądać. Sara zapaliła w końcu papierosa. Konrad dziwił się nawet, że nie zrobiła tego wcześniej, tylko trzymała go między palcami.

Dopiero teraz zauważył, że włożyła klasyczną skórzaną marynarkę w jasnobrązowym kolorze. Do tej pory nigdy jej nie widział w skórzanej odzieży. Pomyślał, że pewnie byłoby jej też dobrze w skórzanych spodniach.

Niektóre kobiety rodzą się piękne i takie już zostają, ale przytłaczająca większość musi później wciąż poprawiać naturę – skonstatował Konrad. Sara ma dużo szczęścia… i nie musi wydawać na kosmetyki.

Dolał sobie kawy z termosu i stanął obok Lutka. Na ulicy pod nimi trwała właśnie walka zastępów związkowych Solidarności z policją. Na dwudzieste piętro docierał jedynie niewyraźny, bezdźwięczny obraz ozdobiony czarnymi pióropuszami dymu z płonących opon. Po chwili obok Konrada stanęła Sara z filiżanką w ręku i przez dłuższą chwilę obserwowali w milczeniu ulicę. Nie zauważyli, że Lutek wcale nie interesuje się tym, co się dzieje na zewnątrz, tylko stoi wpatrzony w daleki horyzont nad Warszawą.

Otworzyły się drzwi i wszedł Irek razem z Marcinem. Zaczęli zasłaniać okna. Wszyscy zajęli miejsca naprzeciwko czterdziestosiedmiocalowego telewizora Sony. Irek włączył komputer i ekran się ożywił, a po chwili ukazał się na nim obraz z holu Marriotta.

– Nagranie dostaliśmy od pana Morawca wczoraj po dziewiętnastej. To kopia cyfrowa w HD – zaczął Irek. – W holu mają osiem kamer pokrywających praktycznie całą przestrzeń oraz dwie przed wejściem. Dochodzą kamery na piętrze i w windzie. To nowoczesny system VDRS Professional OEM. Całe interesujące nas zdarzenie trwało cztery minuty czterdzieści siedem sekund, to jest od chwili wyjścia Azjatów i białych z pokoju do momentu, jak rozjechali się taksówkami.

– Dlaczego wyszli z pokoju wszyscy razem? Przecież muszą wiedzieć, że na korytarzu są kamery. To nieprofesjonalne, nawet jak na mafię – wtrącił Marcin.

– Marcinku – odezwała się kordialnie Sara. – Ty wiesz, ile ty i ja, i nawet nasz szef Konrad robimy błędów? Czegoś się przestraszyli i już poleciało. Dlaczego nie zamknęli się w pokoju? Noo…?

– Podzieliliśmy obrazy na poszczególne kamery, tak by postacie były lepiej widoczne, i usunęliśmy szumy – dokończył Irek i zapytał: – Zaczynamy? Bo Mirek pracuje jeszcze nad telefonem Marcina i szybko tu nie wróci.

– Zaczynaj! – zarządził Konrad.

Na ekranie pojawił się przyciemniony obraz długiego korytarza hotelowego, wystarczająco jednak wyraźny, by można było rozpoznać wszystkie szczegóły. Po chwili z pokoju wyszedł mężczyzna w granatowym garniturze i rozejrzał się po pustym korytarzu.

– Azjata… ten młodszy… – skomentował Marcin.

Po kilku sekundach wyszedł drugi, też w granatowym garniturze. Zaraz po nim pojawił się starszy Azjata w jasnym płaszczu i z teczką w lewej ręce. Zdecydowanym krokiem ruszyli w kierunku wind. Jeden młody z przodu, drugi z tyłu.

– Zatrzymaj! – rzucił Konrad do Irka. – Nie ma najmniejszej wątpliwości!

– To obstawa tego starego Chińczyka. Zawodowcy, to pewne! Ale to chyba nie jest mafia – stwierdziła niepewnie Sara.

– Raczej nie… owszem.

– A dlaczego nie mafia? – zapytał Marcin.

– Ten ubiór, garnitury… te fryzury jakieś staromodne, ten krok. I ten prochowiec z lat siedemdziesiątych… – ciągnął Konrad. – Nie pasuje mi to!

– Teraz takie są na topie! – wtrącił zdecydowanie Marcin.

– Nie mają broni – odezwał się nagle pewnym głosem Lutek.

– To po co taka ochrona?

Lutek jednak nie odpowiedział i dalej siedział na krawędzi stołu, z rękami założonymi na piersi. W rozciągniętym, grubym granatowym golfie wyglądał jak stary szyper z Orkadów.

– Puść dalej – zarządził Konrad.

Azjaci zatrzymali się przy windzie jakieś dziesięć metrów od pokoju. Wtedy na korytarzu pojawiło się dwóch białych. Starszy w jasnej wiatrówce, z mocno siwymi włosami zaczesanymi do tyłu, w grubych okularach i z dużym neseserem w dłoni. Wyglądał, jakby lekko utykał. Za nim wyszedł drugi, znacznie wyższy, o ciemnych włosach i szczupłej sylwetce, w ciemnej marynarce i koszuli bez krawata. Zatrzasnął drzwi i rozejrzał się dokoła. Stary Szwed czekał z Azjatami przy windzie, gdy młody szybko podszedł do zakrętu korytarza i wyraźnie się kryjąc, zajrzał za róg.

– Bingo! Bingo! – zawołał Marcin.

– No, to sprawa jasna! – stwierdziła z przekonaniem Sara, podniosła się i zdjęła skórzaną marynarkę, pod którą miała bluzkę bez rękawów.

Na ten widok wszyscy zamarli na ułamek sekundy.

– Po co on to zrobił? – zapytał w końcu poruszony Konrad. – To hotel… są kamery… powinien o tym wiedzieć! Facet się zdekonspirował. Ale… to nie jest oficer wywiadu czy służb specjalnych, proszę państwa. To amator! Chyba że się mylę.

– No więc kto to jest? – dopytywał się Marcin.

– Na terrorystę z Al-Kaidy nie wygląda… – wtrąciła Sara.

– To może chodzi tu o szpiegostwo przemysłowe… Sony kontra Samsung albo Cola przeciw Pepsi – dorzucił Marcin.

– Duże koncerny zatrudniają w oddziałach bezpieczeństwa czy wywiadu najlepszych emerytowanych oficerów – odezwał się Konrad – zawodowców z CIA, Mosadu i tak dalej… Ten nie może być ze służb specjalnych. Jestem prawie pewien. Zobaczmy dalej!

Po chwili wszyscy weszli do windy. Irek przełączył program i na ekranie ukazało się pięć postaci w windzie widzianych z góry. Po minucie dojechali na parter. Zanim otworzyły się drzwi i wyszli do holu, stary Szwed i stary Azjata podali sobie ręce. Irek zmienił kamerę. Z tej pozycji widać było, jak Azjaci sprężystym, dosyć nerwowym krokiem kierują się do wyjścia. Ochroniarze byli wyraźnie zdenerwowani i rozglądali się intensywnie. Doszli do drzwi obrotowych, jeden przeszedł pierwszy, stary zaczekał wewnątrz, potem przeszedł, a za nim drugi ochroniarz. Zmiana kamery i widać, jak ochroniarz otwiera przed starym drzwi taksówki SaWa, rozgląda się i zaraz za nim wsiada. Drugi ochroniarz usiadł z przodu. Taksówka odjechała.

– W wypadku Azjatów mamy pewność – stwierdził Konrad, kiedy Irek zatrzymał film. – To ktoś bardzo ważny, a ci dwaj to jego ochroniarze.

– Zaprezentuję teraz poprawione i powiększone stop-klatki każdego z żółtków… – zapowiedział Irek.

– Mówimy „Azjatów” – poprawił go Konrad.

– Wybraliśmy takie sekwencje – ciągnął niespeszony Irek – na których widać całe ich sylwetki, a na kolejnych twarze, tak by nadawały się do identyfikacji.

Na ekranie pojawiły się dwa zdjęcia oznaczone numerem 1. Cała sylwetka młodego mężczyzny i obok zdjęcie jego twarzy. Przez dłuższą chwilę wszyscy w milczeniu wpatrywali się w obraz.

– Daj obok zdjęcie tego drugiego – zaproponowała Sara. – Porównamy ich. Może coś z tego będzie.

Irek postukał w klawiaturę komputera i na ekranie pojawiły się teraz dwie sylwetki Azjatów obok siebie.

– Mają takie same garnitury… – zaczął Marcin.

– W ogóle są tacy sami… aż trudno powiedzieć, który jest który… chyba nawet buty mają identyczne. Może to bliźniacy? – kontynuowała Sara. – Wyglądają jak wycięci z któregoś Bonda…

– Rzeczywiście – stwierdził Konrad. – Prawie się od siebie nie różnią, ale to chyba nie są jakieś eleganckie, drogie garnitury… Wyglądają mi na Chińczyków… z Chin…

– To są północni Koreańczycy – odezwał się obojętnym głosem Lutek.

Aż wszyscy zamarli, tak niesamowicie zabrzmiały jego słowa. Lutek odzywał się rzadko, ale jeśli już to robił, nigdy nie pudłował, jak na strzelnicy, i wszyscy na dwudziestym piętrze dobrze o tym wiedzieli.