Poza wiarąTekst

Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

W serii ukazały się ostatnio:

Peter Godwin Strach. Ostatnie dni Roberta Mugabe

Elisabeth Åsbrink W Lesie Wiedeńskim wciąż szumią drzewa

Swietłana Aleksijewicz Ostatni świadkowie. Utwory solowe na głos dziecięcy

Andrzej Muszyński Południe

Wojciech Górecki Abchazja

Katarzyna Kobylarczyk Pył z landrynek. Hiszpańskie fiesty

Maciej Wasielewski Jutro przypłynie królowa

Emma Larkin Spustoszenie. Nieopowiedziana historia o katastrofie

i dyktaturze wojskowej w Birmie

Norman Lewis Grobowiec w Sewilli. Podróż przez Hiszpanię

u progu wojny domowej

Gellert Tamas Mężczyzna z laserem. Historia szwedzkiej nienawiści

Angelika Kuźniak Papusza

Peter Robb Sycylijski mrok

Michał Książek Jakuck. Słownik miejsca

Luca Rastello Przemytnik doskonały. Jak transportować tony kokainy

i żyć szczęśliwie

Stefano Liberti Na południe od Lampedusy. Podróże rozpaczy

V. S. Naipaul Indie. Miliony zbuntowanych

Magdalena Grochowska Wytrąceni z milczenia (wyd. 2 zmienione)

Florian Klenk Kiedyś był tu koniec świata

Angelika Kuźniak Marlene (wyd. 2)

Elisabeth Åsbrink Czuły punkt. Teatr, naziści i zbrodnia

Frank Westerman Czysta biała rasa. Cesarskie konie, genetyka i wielkie wojny

Barbara Demick W oblężeniu. Życie pod ostrzałem na sarajewskiej ulicy

Paweł Smoleński Oczy zasypane piaskiem

Scott Carney Czerwony rynek. Na tropie handlarzy organów,

złodziei kości, producentów krwi i porywaczy dzieci

Mateusz Janiszewski Dom nad rzeką Loes

Norman Lewis Neapol ’44.

Pamiętnik oficera wywiadu z okupowanych Włoch

Witold Szabłowski Zabójca z miasta moreli.

Reportaże z Turcji (wyd. 2 rozszerzone)

Peter Harris Słuszny opór. Konstruktorzy bomb, rebelianci i legendarny proces o zdradę stanu

Liao Yiwu Bóg jest czerwony. Opowieść o tym, jak chrześcijaństwo

przetrwało i rozkwitło w komunistycznych Chinach

Dariusz Rosiak Wielka odmowa. Agent, filozof, antykomunista

Anthony Shadid Nadciąga noc. Irakijczycy w cieniu amerykańskiej wojny

Ilona Wiśniewska Białe. Zimna wyspa Spitsbergen

Iza Klementowska Samotność Portugalczyka

W serii ukażą się m.in.:

Swietłana Aleksijewicz Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka

Drauzio Varella Ostatni krąg. Najniebezpieczniejsze więzienie Brazylii

V. S. Naipaul

Poza wiarą

Islamskie peregrynacje do nawróconych narodów

Przełożył Justyn Hunia


Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż jednorazowe pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Tytuł oryginału angielskiego Beyond Belief: Islamic Excursion

Among the Converted Peoples

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt układu typograficznego Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Harry Gruyaert / Magnum Photos / FORUM

Copyright © by V. S. Naipaul, 1998

All rights reserved

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2014

Copyright © for the Polish translation by Justyn Hunia, 2014

Redakcja Zuzanna Szatanik /d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś /d2d.pl

Korekty Renata Arkuszewska /d2d.pl, Alicja Listwan /d2d.pl

Skład Zuzanna Szatanik /d2d.pl

ISBN 978-83-7536-859-8

Wydawnictwo Czarne sp. z o.o.

www.czarne.com.pl

Redakcja: Wołowiec 11, 38­-307 Sękowa, tel. +48 18 351 00 70

e­-mail: redakcja@czarne.com.pl

Audiobooki i e-booki: anna@czarne.com.pl

Wołowiec 2014

Wydanie I

Spis treści

Seria

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Prolog

I INDONEZJA

1 Bohater dnia

2 Historia

3 Nawrócony

4 Święte miejsce

5 Kampung

6 Pod lawą

7 Oh Mama! Oh Papa!

8 Duchy

II IRAN

1 Fundacja Uciskanych

2 Pana Jaffreya podróż tam i z powrotem

3 Wielka wojna

4 Słona ziemia

5 Więzienie

6 Męczennik

7 Kom: drakoński sędzia

8 Rak

9 Dwa plemiona

III PAKISTAN

1 Zorganizowany związek przestępczy

2 Wspólnota polityczna

3 Rana w rodzinnej wiosce

4 Partyzantka

5 Pokutnik

6 Strata

7 Z północy

8 Stopa Alego

9 Wojna

IV MALEZYJSKIE POSTSCRIPTUM

1 Stare ubrania

2 Nowy typ

3 Syn bomoh

4 Inny świat

Podziękowania

Przypisy

Dla Nadiry Khannum Alwi

Prolog

Ta książka opowiada o ludziach. Nie jest utworem publicystycznym. Składają się na nią historie zebrane w 1995 roku w trakcie pięciomiesięcznej podróży po czterech niearabskich krajach muzułmańskich – Indonezji, Iranie, Pakistanie i Malezji. Są zatem tło i temat.

Islam zrodził się jako religia Arabów. Każdy wyznający go nie-Arab jest konwertytą. Religia ta nie jest jedynie sprawą sumienia czy osobistej wiary. Stawia najwyższe wymagania. Światopogląd konwertyty ulega przeobrażeniu. Jego święte miejsca znajdują się w krajach arabskich, jego świętym językiem staje się arabski. Zmienia się też jego wyobrażenie historii. Odrzuca on własną historię; rad nierad, staje się częścią dziejów Arabów. Konwertyta taki zmuszony jest zerwać ze swoim światem – wywołuje to w społeczeństwach ogromne zaburzenia, które mogą dawać się odczuć nawet po upływie tysiąca lat. A owo zrywanie trzeba stale ponawiać. Ludzie tworzą sobie fantastyczne wyobrażenia na temat tego, kim i czym są, a islam krajów nawróconych zawiera pierwiastek neurozy i nihilizmu. Takie kraje łatwo doprowadzić do wrzenia.

 

Prezentowana praca jest kontynuacją książki Among the Believers [Pośród wierzących], którą ogłosiłem drukiem przed siedemnastoma laty i która poświęcona była mojej podróży po wspomnianych krajach. Gdy w 1979 roku wyruszałem w tę podróż, o islamie nie wiedziałem zgoła nic – to najlepszy sposób na rozpoczynanie śmiałych przedsięwzięć – i w tej pierwszej książce wziąłem pod lupę tę wiarę, a także coś, co jawiło się w niej jako rewolucyjny potencjał. Wątek nawrócenia stale się przewijał przez tamtą książkę, lecz nie widziałem go wówczas tak wyraźnie, jak podczas swojej drugiej podróży.

Poza wiarą stanowi rozwinięcie wspomnianej książki, podejmuje snutą w niej opowieść. Podąża jednak inną drogą. W mniejszym stopniu przynależy do literatury podróżniczej. Pisarz jest w niej mniej obecny i mniej dociekliwy: usuwa się w cień, zawierza swojemu instynktowi, by stać się odkrywcą ludzi i tropicielem opowieści. Opowieści te, wyrastające z siebie nawzajem, tworzą sobie tylko właściwy wzór i rzucają światło na każdy ze wspomnianych krajów oraz ich utajone motywacje. Wszystkie cztery części tej książki układają się w całość.

Swoją karierę pisarską zaczynałem jako twórca literatury pięknej, zarządca narracji – w owym czasie poczytywałem to za najwyższe wtajemniczenie. Gdy przed blisko czterdziestu laty poproszono mnie, bym odbył podróż po dawnych posiadłościach kolonialnych w Ameryce Południowej i na Karaibach, uradowała mnie sama perspektywa przemieszczania się – latanie małymi samolotami do osobliwych miejsc, żeglowanie po południowo­amerykańskich rzekach – wszelako nie miałem wówczas pewności, jak napisać o tym książkę, jak z tego, co robię, ułożyć jakiś wzór. Za tamtym pierwszym razem wykpiłem się autobiografią i krajobrazem. Wiele lat później zrozumiałem, że dla pisarza najważniejszą rzeczą w podróży są ludzie, których napotkał na swojej drodze.

Dlatego też w moich książkach podróżniczych tudzież kulturowych eksploracjach pisarz jako podróżnik stopniowo usuwa się w cień. Na pierwszy plan wybijają się mieszkańcy odwiedzanego kraju, a ja na powrót staję się tym, kim byłem na początku: zarządcą narracji. W XIX wieku fikcyjne historie służyły celom, których nie dało się łatwo osiągnąć za pomocą innych form literackich, wiersza bądź eseju, celom takim jak zdawanie sprawy z zaznaczających się w społeczeństwie zmian czy opisywanie stanów umysłu. Wydaje mi się dziwne, że to właśnie książka podróżnicza – początkowo tak obca moim instynktom – przywiodła mnie na powrót do tego miejsca, do poszukiwania opowieści; gdyby jednak owe opowiadania były przeinaczone bądź naciągane, mijałyby się z celem tej książki. W tych historiach jest dostatecznie dużo złożoności. To one są sensem tego utworu – czytelnik nie powinien doszukiwać się wniosków.

Można się zastanawiać, czy gdyby w jakiejś części tej książki pojawili się inni ludzie i inne opowieści, to czy zasugerowaliby inny obraz danego kraju. Sądzę, że nie: pociąg składa się z różnych wagonów różnych klas, lecz przemierza ten sam krajobraz. Ludzie podlegają tym samym wpływom politycznym, religijnym czy kulturowym. Pisarz musi tylko z wytężoną uwagą i czystym sercem wsłuchiwać się w to, co opowiadają mu ludzie, i zadawać kolejne pytania.

Motyw nawrócenia można ujmować jeszcze inaczej. Można postrzegać go w kontekście swoistego przechodzenia od dawnych wierzeń, obrzędów agrarnych, kultów władców i lokalnych bóstw do religii objawionych – nade wszystko chrześcijaństwa i islamu, z właściwymi tym ostatnim rozleglejszymi troskami filozoficznymi, humanitarnymi i społecznymi. Hinduiści twierdzą, że hinduizm nie kładzie takiego nacisku na przymus i jest bardziej duchowy – i mają rację. Choć Gandhi swoje idee społeczne zaczerpnął z chrześcijaństwa.

Przejście od świata antyku do chrześcijaństwa jest już historią. Studiując różne teksty, nie jest łatwo przenikać i zgłębiać towarzyszące temu procesowi wielowiekowe spory i udręki. Lecz w niektórych opisanych w niniejszej książce kulturach przyswajanie islamu – a niekiedy chrześcijaństwa – wciąż się dokonuje. Jest ono rozgrywającym się na drugim planie dodatkowym dramatem, czymś na kształt kulturowego wielkiego wybuchu, postępującym kruszeniem się dawnego świata.

I Indonezja

1
Bohater dnia

Imaduddin wykładał elektrotechnikę na Politechnice Banduńskiej. Jednocześnie był islamskim kaznodzieją. W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych stanowił więc nietuzinkową postać: naukowiec, jeden z niewielu w niepodległej Indonezji, a zarazem pobożny muzułmanin. Do położonego na terenie uczelni meczetu Salmana potrafił ściągać tłumy studentów.

Nie podobał się władzy. Gdy ostatniego dnia 1979 roku udałem się do Bandungu na spotkanie z nim, podróżując przez całe popołudnie zatłoczoną, zadymioną szosą wiodącą z nadmorskiej części Dżakarty na chłodniejszy płaskowyż, na którym rozsiadło się to miasto, odkryłem, że w zasadzie grunt pali mu się pod nogami. Całkiem niedawno wyszedł na wolność po czternasto­miesięcznym pobycie za kratkami w charakterze więźnia politycznego. Wciąż zajmował swój niewielki służbowy domek na terenie politechniki, lecz odsunięto go od prowadzenia wykładów. I choć nadal płynął pod prąd, prowadząc z niewielkimi grupami inteligenckiej młodzieży – właściwie byli to słuchacze kursów wakacyjnych – zajęcia z islamskiego treningu mentalnego, w wieku czterdziestu ośmiu lat sposobił się do wyjazdu za granicę.

Na emigracji miał spędzić długie lata. Później jednakże los się do niego uśmiechnął. Powróciwszy do Indonezji z górą piętnaście lat po naszym spotkaniu w Bandungu, odkryłem, że Imaduddin jest sławny i bogaty. Miał w telewizji niedzielny program o tematyce islamskiej, mercedesa z szoferem i przyzwoity dom w przyzwoitej dzielnicy Dżakarty. (Wspominał o przeprowadzce do czegoś odrobinę lepszego). To samo połączenie nauk ścisłych z islamem, które w latach siedemdziesiątych ściągało nań podejrzliwość władz, teraz uczyniło go człowiekiem rozchwytywanym, wzorem nowego Indonezyjczyka i postawiło na świeczniku, niemal na samym szczycie władzy.

Doszedł do zażyłości z Habibiem, ministrem rozwoju i techniki, a Habibie jak żaden inny członek rządu pozostawał w bliskich stosunkach z prezydentem Suharto, który znajdował się u władzy od prawie trzydziestu lat i był powszechnie przedstawiany jako ojciec narodu.

Habibie był inżynierem lotnictwa i jego zwolennicy twierdzili, że jest cudownym dzieckiem. Żył wielką ideą. Głosiła ona, że pod jego przewodnictwem Indonezja zacznie budować – a przynajmniej projektować – własne samoloty. W świetle idei stojącej za tą ideą – co wyczytałem w niektórych gazetach – owo przedsięwzięcie miało przynieść coś więcej niż tylko samoloty. Tysiącom ludzi miało dać wyspecjalizowaną i wszechstronną wiedzę techniczną, zapoczątkowując indonezyjską rewolucję przemysłową. Jak pisał „Wall Street Journal”, w ciągu z górą dziewiętnastu lat kierowane przez Habibiego zakłady lotnicze otrzymały bez mała półtora miliarda dolarów. We współpracy z pewnym hiszpańskim koncernem zbudowano jeden typ samolotu – CN-235. I choć nie odniósł sukcesu komercyjnego, to teraz na podbój nieba szykowano konstrukcję znacznie atrakcyjniejszą – N-250, samolot komunikacji lokalnej o napędzie turbośmigłowym, mogący zabrać na pokład pięćdziesięciu pasażerów, w całości zaprojektowany w kierowanych przez Habibiego zakładach. Swój dziewiczy lot miał on odbyć w pięćdziesiątą rocznicę uzyskania niepodległości przez Indonezję, 17 sierpnia, na którą to okazję, na wiele tygodni przed owym wydarzeniem, ulice Dżakarty i innych miast udekorowano jednakowymi kolorowymi światłami, flagami i transparentami. W tej atmosferze święta – będącego jakby darem państwa dla narodu – pewnego dnia „Jakarta Post”, niczym wykładowca pouczający świeżo upieczonych studentów, krok po kroku przybliżył swoim czytelnikom próby, jakim miał zostać poddany N-250: zrazu, przy małej prędkości, kołowanie w celu sprawdzenia zdolności manewrowania naziemnego; następnie, przy średniej prędkości, testy usterzenia skrzydeł, usterzenia ogonowego oraz systemu hamulcowego; wreszcie, przy dużej prędkości, próba poderwania maszyny w powietrze na pięcio-, sześciominutowy lot na niskim pułapie.

Cztery dni przed dziewiczym lotem podczas kołowania przy średniej prędkości zepsuł się wał generatora (cokolwiek to było). Zawczasu przygotowano jednak część zapasową, toteż w wyznaczonym dniu N-250 wzniósł się na wysokość trzech tysięcy metrów i przez godzinę przebywał w powietrzu. Na pierwszej stronie „Jakarta Post” zamieszczono oklaskującego lot prezydenta Suharto i Habibiego obejmującego uśmiechniętą panią Suharto. Ogłoszono plany budowy odrzutowca średniego zasięgu, N-2130, który miał być gotowy w marcu 2004 roku nakładem dwóch miliardów dolarów. Jako że program ten przewidziany był na daleką przyszłość, jego głównym koordynatorem miał zostać trzydziesto­dwuletni syn Habibiego, legitymujący się praktyką w Boeingu.

Trzy tygodnie później, po punkcie kulminacyjnym obchodów pięćdziesięciolecia niepodległości, uświetnionych wielkim pokazem sztucznych ogni produkcji francuskiej, w atmosferze narodowej dumy, Habibie zaproponował, by 10 sierpnia – dzień, w którym N-250 oderwał się od ziemi – ogłosić Dniem Przebudzenia Technicznego Narodu. Z inicjatywą tą wystąpił podczas Dwunastej Konferencji Jedności Islamskiej. Miał bowiem Habibie i drugą stronę: był pobożnym muzułmaninem, żarliwym obrońcą wiary. Stał na czele dopiero co utworzonej organizacji o zadziornej nazwie Stowarzyszenie Intelektualistów Muzułmańskich. Kiedy więc delegatów Konferencji Jedności Islamskiej przekonywał, że biegłość w nauce i technice należy łączyć z pogłębianiem wiary w Allacha, jednomyślnie uznano, że wypowiada się zarazem jako autorytet świecki i religijny.

I tak jak nie było do końca wiadomo, jak projektowanie i konstruowanie samolotów z importowanych podzespołów ma doprowadzić do ogólnego przełomu technicznego czy naukowego, tak też niejasne pozostawało to, w jaki sposób sukces N-250 oraz setki milionów wpompowane w talent, pasję i partykularny interes jednego człowieka mają nobilitować i uszlachetniać islam.

Lecz to właśnie w tym miejscu wiara Imaduddina – jako naukowca i wierzącego – zbiegała się z wiarą Habibiego, to tu krzyżowały się kariery obu mężczyzn. Nowy protektor wyniósł Imaduddina na sam szczyt prezydenckich faworów.

Jakiś czas po powrocie z emigracji Imaduddin był jedną z głów­­nych sprężyn Stowarzyszenia Intelektualistów Muzułmańskich. Teraz służył Habibiemu w szczególny sposób. Habibie, a raczej jego ministerstwo, sporą liczbę studentów posyłał na zagraniczne studia. Imaduddin – jako naukowiec i kaznodzieja – miał za zadanie regularnie odwiedzać owych studentów na cudzoziemskich uczelniach, by przypominać im o wierze i o tym, komu winni są lojalność. W 1979 roku, gdy był na cenzurowanym, prowadzone przezeń kursy islamskiego treningu mentalnego nie miały aprobaty rządu, obawiającego się narodzin jakiegoś populistycznego ruchu, którego nie dałoby się kontrolować. Teraz jednak – na skutek niezwykłej odmiany losu – opracowane przez Imaduddina kursy, czy też coś do nich podobnego, służyły rządowi do pozyskiwania poparcia wśród wpływowych przedstawicieli wykuwanej przez Habibiego nowej inteligencji bądź technokracji.

Ośmielony swoją dopiero co odzyskaną wolnością i bezpieczeństwem, swoim zbliżeniem do czynników władzy – a to w oczach Imaduddina było niczym dowód słuszności wiary, której służył – zwierzył mi się, że w dawnych niedobrych czasach prześladowań pewnej nocy policja zabrała go z domku na terenie Politechniki Banduńskiej i na czternaście miesięcy osadziła w więzieniu.

*

Teraz nie chciał robić z tego wielkiej sprawy, ale swego czasu postąpił prowokacyjnie, czym ściągnął sobie na głowę kłopoty. Otwarcie wystąpił przeciwko wysuniętemu przez prezydenta Suharto, ojca narodu, projektowi utworzenia rodzinnego mauzoleum. Do urządzenia części owego mauzoleum planowano użyć złota i stanowisko Imaduddina wydawało się sugerować, że to właśnie owo złoto uraziło jego islamski purytanizm.

Spodziewał się więc kłopotów i okazało się, że słusznie. 23 maja 1978 roku, kwadrans przed północą, w jego domku rozległ się dzwonek do drzwi. Gdy wyszedł na zewnątrz, ujrzał trzech ubranych po cywilnemu oficerów wywiadu. Zauważył też, że jeden z nich uzbrojony jest w pistolet. W owym czasie prowadzono liczne aresztowania.

 

– Jesteśmy z Dżakarty – zakomunikował jeden z mężczyzn. – Zechce pan pojechać z nami do stolicy i udzielić pewnych wyjaśnień.

– Na jaki temat?

– Nie możemy tego wyjawić. Musi pan natychmiast udać się z nami.

– Proszę mi dać kilka minut.

Imaduddin, jak to miał w zwyczaju, pomodlił się przez chwilę i umył, a w tym czasie żona spakowała mu do torby rzeczy na pobyt w areszcie. Nie zapomniała o jego osobistym egzemplarzu Koranu.

Naraz Imaduddin poczuł, że nie chce iść z tymi mężczyznami. Miał przeświadczenie, że jako muzułmanin nie może im ufać. Był przekonany, że służby specjalne w Indonezji są opanowane przez katolików. Zatelefonował do rektora Politechniki Banduńskiej. Ten powiedział:

– Daj mi z nimi porozmawiać.

I porozmawiał, lecz oficerowie nalegali, by Imaduddin poszedł z nimi. Rektor w pośpiechu udał się do domu Imaduddina, lecz gdy przybył na miejsce, jego zabrała już taksówka.

Oficerowie wywiadu opuścili dom Imaduddina około dwunastej trzydzieści, czterdzieści pięć minut po tym, jak zadzwonili do drzwi. Imaduddin jechał na tylnym siedzeniu taksówki między dwoma oficerami. Trzeci siedział z przodu. O czwartej trzydzieści nad ranem dotarli do Centralnego Biura Wywiadu w Dżakarcie. Imaduddin, ze spokojem właściwym żarliwie wierzącemu, przespał część drogi. Gdy przybyli na miejsce, nadeszła pora na poranną modlitwę i pozwolono mu na dopełnienie religijnego obowiązku. Następnie poproszono go, by zaczekał w czymś na kształt poczekalni. Dostał śniadanie.

O ósmej zabrano go do biura, gdzie umundurowany podpułkownik rozpoczął przesłuchanie. Nic nie wskazywało, by mogło dojść do jakiegokolwiek nadużycia. Jako wykładowca Politechniki Banduńskiej Imaduddin był zapewne traktowany jak wysokiej rangi urzędnik, z którym należy dobrze się obchodzić.

Za podpułkownikiem stał mężczyzna w cywilu, który się przedstawił. Imaduddin skojarzył, że ma do czynienia z prokuratorem.

– Czy jest pan muzułmaninem? – zapytał prokurator.

– Tak, jestem.

– Czy to dlatego uważa pan, że ten kraj jest państwem muzułmańskim? Czy taka jest pańska opinia?

Prokurator był człowiekiem wykształconym, prawnikiem, jakieś pięć lat młodszym od Imaduddina.

– Nie wiem, co powiedzieć. Nie studiowałem prawa. Jestem inżynierem, to pan jest prawnikiem.

Na to prokurator stwierdził: – Rząd wyłożył ogromne pieniądze na budowę meczetów i wiele innych udogodnień dla muzułmanów. Zbudował Meczet Narodowy. A mimo to niektórzy muzułmanie wciąż chcieliby zamienić ten kraj w państwo muzułmańskie. Czy jest pan jednym z nich?

– Niech sam mi pan powie, co pan sądzi o tym kraju.

– Mamy świeckie państwo. To nie jest państwo wyznaniowe.

– Myli się pan. Grubo się pan myli.

– Dlaczego? Przecież sam pan powiedział, że jest inżynierem i nie zna się na prawie.

– To i owo wiem. Studiowałem w Stanach Zjednoczonych. Państwem świeckim może pan nazwać Stany Zjednoczone. Ale powiedział pan, że rząd wydał tyle pieniędzy na takie rzeczy jak Meczet Narodowy. Jaki więc to rząd?

Przez następne dwie godziny spierali się, w kółko powtarzając te same argumenty. Potem Imaduddin został zabrany do kwatery głównej żandarmerii wojskowej. Tam wyciągnięto jego kartotekę i z nią odprowadzono go do więzienia.

Więzienie zostało zbudowane z przeznaczeniem dla wrogów politycznych przez Sukarna, pierwszego prezydenta niepodległej Indonezji. Przed Imaduddinem przewinęło się przez nie wiele znanych postaci. Kompleks zajmował sześć hektarów, otoczony był podwójnym murem, drutem kolczastym i innymi urządzeniami więziennymi. Tworzące go budynki wzniesiono z betonu.

Imaduddin dostał dużą celę o powierzchni sześciu metrów kwadratowych, wyposażoną w łazienkę przystosowaną do potrzeb muzułmanów. Na terenie zakładu mieściło się osiem takich cel. Przeznaczone były dla znaczących więźniów, a Imaduddin za takiego uchodził. Wiedział, że czeka go długa odsiadka. Toteż – z pewnością siebie i wigorem, które dawała mu jego głęboka wiara, a i z osobliwą prostotą: równie dobrze mógł być zarówno inkwizytorem, jak i ofiarą – poprosił o miotłę, by posprzątać celę. Uważał, że jest brudna, a jako człowiek religijny przestrzegał pewnych standardów czystości. Wyszorował nawet łazienkę. Poza tym łazienka była mu niezbędna do rytualnego obmywania się przed odprawianymi pięć razy dziennie modłami.

Oswoił się z więzienną rutyną. W środkowej części więzienia znajdował się meczet. Gdy Imaduddin udał się tam na piątkową modlitwę, spotkał najsławniejszego więźnia owej placówki: doktora Subandrio, przedstawiciela indonezyjskiej starej gwardii, chirurga z wykształcenia, politycznego współpracownika Sukarna, swego czasu piastującego urząd wicepremiera i ministra spraw zagranicznych.

Subandrio przebywał w więzieniu od 1965 roku za udział w poważnym komunistycznym zamachu na życie generałów w celu przejęcia władzy w kraju. Dławienie owego spisku zmieniło układ sił politycznych w kraju. Wyniosło do władzy armię i młodego Suharta, wywołało rozlew krwi na tak wielką skalę, że ostatecznie Komunistyczna Partia Indonezji, w 1965 roku będąca jednym z największych ugrupowań w kraju, była niemal doszczętnie rozbita. Setki tysięcy ludzi zesłano do obozów pracy i pozbawiono praw publicznych. Nie pozwolono, by spisek z 1965 roku poszedł w niepamięć; osobliwy paternalizm wojskowych rządów pod przewodnictwem prezydenta Suharto, nieustannie grający kartą ukrytego komunistycznego zagrożenia, uległ instytucjonalizacji.

Początkowo Subandrio został skazany na karę śmierci. Zdradził jednak Imaduddinowi, że w dniu wykonania wyroku królowa Elżbieta wystosowała apel o darowanie mu życia – Su­band­rio był pierwszym ambasadorem Indonezji w Wielkiej Brytanii – i prezydent Suharto zamienił karę śmierci na dożywotnie więzienie.

To właśnie tam, w więzieniu, które Sukarno zbudował dla więźniów politycznych innego gatunku, Subandrio przebywał przez cały ten czas, od trzynastu lat – po prostu żyjąc z dnia na dzień, gdy w tym czasie zmieniał się świat zewnętrzny. Suban­drio i jego wielka przygoda odeszli do przeszłości, a on sam coraz bardziej oddalał się od człowieka, którym niegdyś był. On, który swego czasu znajdował się w centrum wydarzeń, teraz w zaspokajaniu potrzeb towarzyskich był całkowicie zdany na nowo osadzonych, takich jak Imaduddin, będących dlań swoistym darem losu, zsyłanym zza wysokiego podwójnego muru.

Spotykali się codziennie, odwiedzając w swoich celach. Przed ósmą rano oraz popołudniem, gdy strażnicy więzienni udawali się do swoich kwater, więźniowie mieli jako taką swobodę. Nie byli do siebie podobni. Imaduddin szacował Subandria na jakieś sześćdziesiąt pięć lat, on sam liczył czterdzieści siedem. Opisując Subandria, wspomniał jego sprawność fizyczną, niewielki wzrost, wykształcenie chirurga, jawajskie pochodzenie. Dużą wagę miało pochodzenie. Jawajczycy uchodzą za feudalny lud o dworskich manierach i szczególnej predylekcji do zawiłego języka. Imaduddin wywodził się z północnej Sumatry, pod każdym względem bardziej bezpośredniej i nieokrzesanej, a w sprawach islamu daleko bardziej purytańskiej i agresywnej niż Jawajczycy.

A przed 1965 rokiem Imaduddin żadną miarą nie solidaryzował się z polityką Subandria. W 1979 roku wyznał mi, że za młodu nie mógł być socjalistą, niezależnie od okazywanej przez socjalistów szlachetności, ponieważ był „już” muzułmaninem. Chciał, jak sądzę, przez to powiedzieć, że wszystko, co w socjalizmie było atrakcyjne i ludzkie, obecne było także w islamie i że nie było sensu, by wstępował na świecką drogę i kładł na szali własną wiarę.

Trzynaście lat wcześniej Imaduddin i Subandrio staliby po przeciwnych stronach barykady. Lecz więzienie ich zrównało. A przy tym zmienił się także sam Subandrio: stał się człowiekiem religijnym. Podczas pierwszego spotkania z Imaduddinem powiedział mu, że chce lepiej poznać Koran, i poprosił go o pomoc. To było coś więcej niż tylko jawajska uprzejmość czy skutek towarzyskiej posuchy więziennego żywota. Subandrio prawdziwie poszukiwał wiary. Imaduddin został jego nauczycielem.

Codziennie rozmawiali też o polityce. Szczególną uwagę poświęcali polityce w kulturze jawajskiej.

– Nauczył się ode mnie czytać Koran. Ja poznałem dzięki niemu kulturę jawajską – opowiadał Imaduddin.

– Czego takiego się o niej dowiedziałeś?

– Że wielką wagę odgrywa w niej paternalizm. Nie w znaczeniu zachodnim, lecz jako połączenie feudalizmu, paternalizmu i nepotyzmu. Że musisz wiedzieć, o czym mówić, a co przemilczać. Że musisz znać swoje miejsce w społeczeństwie. Zdarza się, że twoje umiejętności i zdolności nie mają z tym nic wspólnego.

Z kolei Subandrio poznał historię Imaduddina i bez problemu dostrzegł, gdzie Imaduddin się mylił. Podsumowując wszystko, co usłyszał od Subandria w ciągu z górą czternastu miesięcy, Imaduddin przytoczył otrzymaną od niego polityczną poradę: „W polityce nie wolno oczekiwać nieskazitelnej uczciwości i moralności. Zapał i spryt nic nie znaczą. W polityce ostatecznym celem jest zwycięstwo. Kiedy więc zaszczepiasz swoją ideę w umyśle wroga i on zaczyna stosować ją w praktyce – wygrywasz. Nade wszystko musisz pamiętać, aby unikać konfrontacji z Jawajczykami”.

Konfrontacja. Imaduddin uzmysłowił sobie, że była to jego własna metoda polityczna. Ten zmarnowany w więzieniu czas był częścią ceny, jaką za nią płacił; były nią także owe długie lata wychodźstwa, jakie miały dopiero nastąpić. Przez cały ten czas miał w pamięci otrzymaną od Subandria radę i gdy jego ekspiacja dobiegła końca i wrócił do Indonezji, zaczął wprawiać się w jawajskim sposobie poruszania się w uporządkowanym społeczeństwie, jawajskiej strategii mówienia w okrężny sposób. Nauczył się, że nie powinien działać w pojedynkę. Znalazł protektora – Habibiego; piął się w górę i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki ludzie, których przedtem miał za dalekich sobie i wrogich, stali się dlań źródłem nagród i względów.

W dniu pięćdziesiątej rocznicy niepodległości i sześć dni po tym, jak N-250 odbył swój dziewiczy lot wokół Bandungu, doktor Subandrio – teraz liczący bez mała osiemdziesiąt dwa lata – wyszedł z więzienia po niewyobrażalnych trzydziestu latach odsiadki i szesnaście lat po uwolnieniu Imaduddina.

Trzy tygodnie wcześniej stosowne oświadczenie w tej sprawie wydał prezydent Suharto. Reporter „Jakarta Post” odwiedził Subandria w więzieniu i dowiedział się, że ten ma przepuklinę i problemy z ciśnieniem. Staruszek pragnął tylko umrzeć poza murami więzienia i utrzymywał się na chodzie dzięki jodze i długim spacerom po spacerniaku (teraz jego zdrowie było cieniem dawnej sprawności fizycznej, na którą szesnaście lat wcześniej zwrócił uwagę Imaduddin).

Reporter zapytał Subandria, czy po wyjściu na wolność zamierza wrócić do polityki.

– Nie ma sensu – odpowiedział Subandrio. Dodał, że myślami jest już na tamtym świecie.

Reporter zagabnął go o opinię w sprawie jego uwolnienia.

Nie miał opinii. Nie chciał się wypowiadać na ten temat, dopóki na dobre nie wyjdzie z więzienia.

– Boję się przejęzyczyć – przyznał. – Mogłoby się to obrócić przeciwko mnie.

Tak oto, niemal u samego kresu życia, przezornie ograniczając się do napomknięcia o boskiej dobroci i wielkoduszności prezydenta Suharto, Subandrio wciąż pomny był jawajskiej strategii postępowania, jaką szesnaście lat wcześniej doradził Imaduddinowi.