Gdybym była aniołemTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Urszula Sipińska
Gdybym była aniołem
Historie prawdziwe, dziwne, śmieszne


Zysk i S-ka Wydawnictwo

Dedykacja

Książkę dedykuję Ojcu, a jego słowa Wam:

Gdyby ludziom wydarto serca, zmieniliby się w bestie

i stali się automatami

Gdybym była aniołem...

Gdybym była aniołem...

Dzisiaj rano… najpierw wstałam. Potem weszłam pod prysznic i tak zostałam. Woda leci bez sensu, a ja myślę: co by było, gdybym była aniołem?

Jak to co?… Gdybym była aniołem, po pierwsze nie musiałabym palić! Nie denerwowałabym wątroby weekendowaniem z drinkiem w ręku w sobotnie wieczory. Nie musiałabym kupować żywności i płacić za gaz! Cudo!

W ogóle nic bym nie musiała. Ale bym chciała. Na przykład: wstąpić do anielskich hufców od przepędzania zła i zmieść z powierzchni ziemi pasożytów chorych na władzę, którzy, jak już się dorwą, chcieliby rządzić sobie dla żądzy, a nie żeby społeczeństwom zrobić dobrze.

Potem wzięłabym anielską różdżkę i niczym za naciśnięciem klawisza „delete” wysłałabym w wieczny niebyt kolejnych pasożytów; tych od ropy. Przez nią zabijają ludzi!

A ludzie chcą żyć, robić dzieci, pisać wiersze, odkrywać szczepionkę na raka… a oni nic, tylko ropa!

Wiem, bez ropy nie da się żyć. A z ropą da się!? Tak. Tylko jakie to życie! Zwłaszcza dla tych, co potracili synów na ropodajnych wojnach!

I gdybym była aniołem, mogłabym latać i obserwować sobie wędrówki dzikiego ptactwa. A żywy człowiek, gdyby chciał je zobaczyć z bliska, mógłby pooglądać martwe ptaki wyłącznie na talerzu, w towarzystwie martwych warzyw.

No i pozamykałabym wszystkie cyrki i „ogrody” zoologiczne świata, gdybym była aniołem. Bo homo sapiens trzyma w klatkach inne żyjące istoty wbrew ich woli, więc bezprawnie! A co najokrutniejsze, najpierw brutalnie wykrada je naturalnemu środowisku tylko dlatego, że lubi sobie popatrzeć!

Coś jeszcze: gdybym była aniołem, nie mogłabym być sobą! Aż przyjemnie pomyśleć. Bo czasem nienawidzę siebie za to, że niekiedy daję się nabierać na te wszystkie kosztochłonne „wspaniałości” cywilizacyjne, które tylko rozleniwiają i na które, niestety, ta cywilizacja sposób też znalazła. Na przykład na takie wypasione sprzęty do odleniwiania ciał!

Wreszcie, gdybym była aniołem, nie musiałabym żyć i wciąż się o coś martwić. Nie musiałabym aż tak dużo się uczyć. Każdy już wie, że szczęście leży w nieświadomości!

A co najfajniejsze, gdybym była aniołem? Miałabym anielską moc i tych, co to tylko dla pieniędzy albo zatracają duszę, albo się zabijają, zmieniłabym w świński nawóz! …I tak w kółko.

* * *

Woda leci bez sensu, a pokusa mojej wyobraźni zawrzała: Co by było, gdybym była diabłem?

Jak to co?… Po pierwsze zostałabym dziennikarką na politycznych usługach! Fajna fucha. Nie trzeba wiedzieć ani myśleć! Wystarczy nic nie widzieć, nic nie słyszeć, broń Boże nic nie mówić bez diabelskiej ściągi i być jak te trzy małpy, co to zdobią luksusowe gabinety prawników z tysiącami podobnych ściąg.

Za to miałabym szafę pełną markowych ciuchów, butów, torebek, łańcuchów, wisiorów, kolistych kolczyków… i święty — przepraszam — piekielny spokój.

Więc gdybym była diabłem, z całą pewnością miałabym niezliczone grono „przyjaciół” lizusów, bo przecież bez skrupułów mogłabym się wdawać w korupcję do woli albo do pierwszego ferrari, mieć willę z basenem, kominkiem i dwoma wyżłami. Mogłabym mieć wszystko, czego dusza zapragnie! O ile bym tę duszę gdzieś znalazła!

Mogłabym też robić różne świństwa. Na przykład: jakiś anonim na sąsiada, jakaś „wiarygodna” plotka za pieniądze o kimś znanym do gazety i… w końcu mogłabym zmazać z twarzy przyjaciółki ten jej tryumfujący uśmiech tylko dlatego, że może opychać się węglowodanami, bo natura dała jej potrójne spalanie kalorii! A ja, żeby tak wyglądać, musiałabym co rok chodzić na odsysanie tłuszczu!

No i z moją diabelską mocą mogłabym zdobyć każdego faceta, rozwalić każdą rodzinę, a potem go rzucić. Żyć, nie umierać!

A najfajniejsze jest to, że gdybym była diabłem to, żeby mieć czym nacieszyć oko, kupiłabym sobie wszystkie gry komputerowe świata o tym, jak to pod skrzydłami różnych zaklęć religijnych ludzie wzajemnie się terroryzują i wyniszczają albo wyniszczają się, bo lubią. …I tak w kółko.

* * *

Musiałam się rozmarzyć aż do zawrotu głowy, bo potrąciłam jakieś pokrętło i prysznic zaczął sikać zimną wodą! Co jest, u diabła!? Oprzytomniałam i… wyobraźnia eksplodowała!

Co by było, gdybym była Bogiem?

Jak to co?… Gdybym była Bogiem, powiedziałabym do siebie: „Boże! Coś ty narobił!”. I zaczęłabym wszystko od początku; od raju z Adamem i Ewą. A potem się zobaczy…

Do dzisiejszego ranka nie wiedziałam, co może prysznic! I nie wiedziałam, że aby wprowadzić umysł w tak anielsko-diabelski stan, musiałabym kąpać się co dziesięć minut! Na litość boską! Kogo teraz stać na takie rachunki za wodę! Chyba samego Boga!

A tak przy okazji… Powinieneś, Panie Boże, bardzo uważać, bo… o twoim Synu — cokolwiek robił albo nie robił — plotki krążą już od dwóch tysięcy lat!

…na koniec dnia

Woda wyjałowiła mi ciało, ale nie umysł. Więc dziś na koniec dnia nie mam nic więcej do powiedzenia…


Kalendarze zapisków

Gdyby tak pogrzebać w ludzkiej pamięci, gdyby tak móc odtworzyć uczucia, emocje złe i dobre, to każde życie człowieka złożyłoby się w fascynującą opowieść. Bo nawet zwykła codzienność może mieć setki barw i odcieni. Wystarczy tylko umieć to wydobyć. Od lat zresztą powtarzam, że każde życie człowiecze jest jak książka. I że każdego z nas choć raz spotkała jakaś dziwna historia. Taka historia niekiedy staje się nigdy niewyjawioną tajemnicą.

Jedną taką usłyszałam od Grześka z naszej ulicy. Zwierzył mi się, że matka nocą w tajemnicy przed ojcem, który ich bił, zaszywała pieniądze w kieszeni kuchennego fartucha, żeby nie wydał wszystkiego na wódkę!

Strasznie się tym przejęłam. Bo u moich rodziców coś takiego było nie do pomyślenia. Kochali się i nigdy nie widziałam, żeby pili alkohol.

Z tego przejęcia spisałam historię Grześka w zeszycie do matematyki na trzech ostatnich stronach i zapomniałam o tym. Miałam wtedy piętnaście lat.

Tata sprawdzał nam zeszyty szkolne i znalazł to opowiadanie. Myślałam, że czeka mnie bura! Nie czekała. Powiedział tylko:

— Załóż specjalny zeszyt i spisuj inne opowieści. Ta jest bardzo ciekawa. Tylko nie przesadzałbym ze słowami „robiąc, „szyjąc”, „uciekając”, bo twoje opowieści będą się „jąkać”. Pisz prosto z serca, nie kombinuj, bo prostota w pisaniu to skarb.

Mimo zachęty taty nic już nie zapisałam. Byłam zbyt zajęta miłością do naszego fizyka i tym, że nawet gdy wypychałam piersi watą, w ogóle mnie nie zauważał!

Ale tata zapamiętał sobie to opowiadanie i gdy wygrałam SOPOT ’68, wziął mnie do kuchni akurat, gdy reszta rodziny zajadała smaczne kanapki. Położył na stole stos brulionów i powiedział:

— Dostałaś zaproszenie do Szwajcarii, a potem na festiwal do Belgii. Coś mi mówi, że będziesz nie tylko studiować. Przed wojną zacząłem pisać podobne opowiadania, jak to twoje o Grześku, tyle że tyczyły dorosłych. Mam tu taki jeden pusty brulion dla ciebie. Na pewno będziesz poznawać bardzo różnych ludzi. Gdzieś tam w świecie i tu w Polsce. Masz siłę przyciągania. To widać po publiczności. Miej otwarty, życzliwy umysł, naucz się słuchać, nie tylko słyszeć, a ludzie zaczną ci opowiadać rzeczy, „o których filozofom się nie śniło”. Ciebie też będą spotykać różne niezwykłe przypadki, choćby przez wzgląd na popularność, bo ludzie będą cię chcieli sobą zainteresować. Zobaczysz! Spisuj tyle, ile spamiętasz. Nie zmarnuj okazji, bo może kiedyś, gdy mnie tu już nie będzie, uzbierasz tyle historii, że wydasz książkę.

— Tato, ja nie mam pojęcia o pisaniu! Dlaczego ty nie napisałeś takiej książki?

— Wojna, moje dziecko, wojna! Pozmieniała plany całej ludzkości, a co dopiero moje.

— Chciałeś być pisarzem?

— Próbowałem, ale po wojnie trzeba było z czegoś żyć. Z samego pisania nie utrzymałbym rodziny. Proszę — podsunął mi swoje bruliony — poczytaj, jeśli chcesz.

Wzięłam je do poduszki. Opowiadania były fascynujące. Ale tata pisał też inne, dużo krótsze formy. Tytuł jednej z nich aż kazał mi wstać z łóżka.

Poszłam do kuchni, nalałam sobie mleka i zaczęłam czytać… „Dziwny jest ten świat”! Z 1938 roku. Trudno było nie skojarzyć tego z Cześkiem Niemenem i OPOLEM ’67. Ale to, co napisał ojciec, było przesłaniem z zupełnie innej rzeczywistości:

Dziwny jest ten świat

Na dnie wszystkich poczynań ludzkich kryje się zawsze marny, niski egoizm! Ludzie nawet w ten czas, kiedy mówią o ideałach, uczuciach, miłości czy nienawiści, kierują się, jeśli nie doraźnym, to na dalszym planie leżącym, własnym dobrem!

 

Łudzę się mimo wszystko i chcę się łudzić, że jest inaczej.

Czyż naprawdę nie ma na świecie uczuć jasnych, czystych, oderwanych od naszych szarych ziemskich potrzeb? Czyż zawsze materia albo żądza ma być istotnym władcą naszych myśli i czynów?

Ludzie powiązali się rozmaitymi przesądami. Zbyt mocno wbito i wbija się w ich mózgi takie niby to wielkie pojęcia, jak stany, klasy, rodziny, pochodzenia, potrzeby takiego czy innego wykształcenia…

Szkoda, że kiedy kierujemy się realnym, trzeźwym, materialnym życiem, stale musimy czuwać, aby nie dopuścić do siebie myśli jaśniejszych; szkoda, że nie zastanawiamy się nad wartością naszych pobudek, bo wtedy cały gmach naszych poczynań i planów chwieje się i staje się zimny, szary, sztywny, bez ducha. Gdyby ludziom wydarto serca, zamienią się w bestie i staną się automatami.

Dziwny jest ten świat… Widocznie tak już musi być, że ludzie gnani uczuciami miłości i nienawiści, gnieceni bezwzględnością potrzeb codziennych pędzą, walczą i giną, myśląc, że zbliżają się do szczęścia.

Być może najwięcej racji mają takie stare narody, jak Chińczycy, którzy płaczą nad noworodkiem wchodzącym w życie, a cieszą się nad umarłym, którego może czeka lepsze istnienie.

Franciszek Zdzisław Sipiński, 1938

Nie mogłam zasnąć do rana. Bo moje myśli krążyły wokół myśli taty. A o Chińczykach, co to płaczą nad noworodkiem, a nad umarłym się cieszą… w ogóle nie wiedziałam.

5 marca 2010

Zaczęłam pisać opowieść o pewnym człowieku. Kalendarz z 1991 roku, z kwietnia zawierał trzy stronice zapisków z tytułem „Obłędny wielbiciel”. Na szczęście zajrzałam jeszcze do kroniki z tego samego roku i znalazłam nie tylko wyciętą winietę „Expressu Poznańskiego” z datą, komiczną ceną za gazetę i pierwszym ogłoszeniem o moim studiu architektury wnętrz „U.S. Style” — ale i pewien list! Bez niego dokładna relacja o tym, co naprawdę się zdarzyło, w ogóle nie byłaby możliwa.

Te niezwykłe kroniki zaczął prowadzić tata zaraz po tym, jak w OPOLU zaśpiewałam swój pierwszy przebój Zapomniałam w 1967.

Wklejał w nie bardzo różne rzeczy; pierwszy bilet samolotowy, japońską wróżbę pisaną przy mnie i własnoręcznie przez mnicha w świątyni w Tokio czy zasuszony egzotyczny kwiat ze szpilką i perełką na czubku. Ten kwiat zdobił najbardziej egzotyczny drink, jaki piłam… w chicagowskiej restauracji „Kon-Tiki” z małą rzeką, oczkiem wodnym, skałami i mnóstwem roślinności; taka palmiarnia z odległego kontynentu.

Gdyby nie ten kwiat, nigdy bym sobie nie przypomniała, że w ogóle tam byłam.

Kroniki aż kipiały od faktów. Wywiady, złe i dobre recenzje, setki zdjęć, jakieś dziwaczne dyplomy, okładki wszystkich płyt, jakie wydałam, i Bóg wie, co jeszcze. Ale przede wszystkim był w nim duch podróży, miejsc, czasów…

Przy okazji zajrzałam do któregoś z tych wcześniejszych tomów i znalazłam kluczyk honorowego członka klubu „Playboya” w Chicago, rok 1970, z moim nazwiskiem i imieniem. Obok wspólne zdjęcie z „króliczkiem”. Tego oczywiście nie zapomniałam.

Gdy tata odszedł, sama prowadziłam te kroniki. I dobrze. Znalazłam w nich tyle ciekawostek, że z każdego tomu dałoby się napisać nową książkę. Tym bardziej że i „Kalendarzy zapisków” uzbierało się już grubo ponad czterdzieści.

Nagle, nie wiem czemu, przyszło mi do głowy, co by było, gdybym próbowała napisać historię życia mojego taty? Co bym o nim napisała? Jak bym ją zaczęła? Może tak:

Nie musiał mieć szafy ani dwóch garniturów. Wystarczył jeden. Gdy się zniszczył, ojciec po prostu szedł do sklepu i kupował nowy; pierwszy lepszy…

To było dziwne, bo mama mówiła, że przed wojną uwielbiał bale, miał kilkanaście garniturów, białe szale i długie płaszcze. Był szarmancki, otoczony pięknymi kobietami. Z przedwojennego balu charytatywnego pozostało nam nawet jego zdjęcie z „Miss Polonią”. Wtedy jeszcze nie znał mamy — jedynej miłości swojego życia, z którą był do końca.

Ja zapamiętałam go inaczej; zawsze nad jakąś historyczną książką i przeważnie zamyślonego. Nie pytał, co na obiad. Po prostu go zjadał i wracał do swojej książki. Dopiero po kolacji żył życiem rodzinnym.

Gdy byłam mała, wbiegałam do dużego pokoju. Brał mnie na kolana, zamykał swoją książkę i kładł przede mną encyklopedię sprzed wojny. Zawsze na mnie czekała. Otwierał na mojej ulubionej stronie z mapą Polski od morza do morza. Lubiłam jego opowieści o tym, jak wielka i potężna była Polska przed wiekami i jak mała i nieszczęsna jest teraz. Ale, powiadał, mogło być gorzej. Ciesz się, że nie urodziłaś się w biedzie Afryki.

Kochałam ojca. Od dzieciństwa do dziś nikt nie poznał mnie tak dobrze, jak on. Nikt nie był dla mnie tak dobry, jak on. I… nikt, naprawdę nikt, nie rozumiał mnie tak, jak on…

…na koniec dnia

Właśnie o czymś pomyślałam. Każdy, kto korzystał z kalendarzy w formie książki, oprawnych w coś twardego, wie, że prócz terminów i zapisków zawierają one różne gryzmoły.

Moje kalendarze też. Tyle że ja nie zaludniałam ich wężykami, strzałkami, ptaszkami i innym serduszkami przebitymi dzidą. Rysowałam figury geometryczne oraz bardzo dziwne kształty, do których dopisywałam, co mi po głowie chodziło.

Zwłaszcza po ’89, gdy wróciłam do zawodu architekta wnętrz. Nigdy przedtem nie musiałam siedzieć przy jajowatych stołach konferencyjnych z wodą sodową i ciasteczkami, na tak zwanych spotkaniach intencyjnych. Wlokły się jak sfatygowana drezyna i gdy jeden mówił, pozostali z nudów gryzmolili.

Niedawno przejrzałam moje kalendarze. Chyba wpadłam w szpony dziwactwa, bo z tych ponad czterdziestu lat wyłowiłam setki rysowanych dziwadeł. I wpadło mi do głowy, że może kilkanaście z nich warto zamieścić w książce. Idealny czas na piernika do herbaty…


„Wewnętrzne dziecko I”

Złota szyszka

Nie lubię reklam. Zwłaszcza tych przedświątecznych. Dzieciaki opychają się smakołykami, a lalka Barbie w czapeczce Świętego Mikołaja mizdrzy się tak skutecznie, że żaden ekran nie jest w stanie się jej oprzeć: „Kupcie mnie! Jestem taka śliczna i niedroga!”. — Zależy dla kogo! — wyłączam lalkę i przełączam kanał.

A tu karp. Też reklama. Karp leży na desce, wije się, biedaczek, wody pozbawiony, łapie powietrze, a obok niego tłuczek do mięsa. Usunęłabym sprzed oczu społeczeństwa zwyrodnialców, którzy to wymyślili! Nie wiem, co chcieli w ten sposób sprzedać, a nawet, jak się ta reklama kończyła, bo zamknęłam oczy. Świetny prezent!

Karpia w te święta już na pewno nie przełknę! A przełykałam. I nie wiem czemu, przypomniała mi się Gwiazdka sprzed kilku lat.

Na dzień przed Wigilią kupowaliśmy karpie, grzyby na zupę i drobiazgi na prezenty w supermarkecie. Nie lubię kupować. Jurek wrzucał do wózka według listy.

Patrzyłam na ludzi. Biedniej odziani odkładali, co droższe, na półki. Ci w norkach i rolexach wrzucali do wózka bez opamiętania.

Nic nadzwyczajnego. Świat wcale nie jest wyspą szczęścia i sprawiedliwości. Dla wielu zwykłych ludzi w podobnym miejscu i czasie najbardziej ludzką reklamą byłaby pewnie plansza z napisem „Wyjście”.

Wiało jak diabli. A do tego śnieg. Zauważyliśmy chłopaka przykucniętego pod murem. Coś rysował. Podeszliśmy do niego.

— Zmarzniesz, chłopcze. Gdzie masz kurtkę? Zmykaj do domu.

Chłopak podniósł głowę znad zeszytu w kratkę.

— Może kupisz? — spojrzał na mnie. — Rysuję kartki świąteczne. Na sprzedaż.

— Pokaż — wyciągnęłam rękę. — Niezłe! Masz wyobraźnię!

Popatrzyłam na Jurka, on na mnie. Nie musieliśmy nic mówić. Ćwierć wieku tej samej wrażliwości pod jednym dachem. Jurek pochylił się nad chłopakiem.

— Wstawaj, idziemy — powiedział, a ja przyglądałam się pocztówce.

— Kupuję. Ile chcesz?

Zmarszczył czoło.

— Dziesięć złotych.

Dałam dwadzieścia.

— Chcesz coś z nami zjeść? Jesteśmy głodni. — Mrugnęłam do męża, bo właśnie byliśmy po dwóch golonkach z kapustą.

Chłopak milczał. Po ilości spałaszowanego kurczaka było jasne, że obiadu nie jadł pewnie ze dwa dni.

Spytaliśmy o tę kurtkę. Odpowiedział, że ma tylko to, co na sobie.

— Gdzie mieszkasz? — próbowaliśmy się dowiedzieć. — Jak ci na imię, co z twoimi rodzicami!?

Spojrzał na nas, jakby zastanawiając się, czy można nam ufać. Daliśmy mu wizytówkę. Chcieliśmy, żeby zjadł z nami wigilię albo chociaż zadzwonił, gdyby nas potrzebował.

— Jestem Bartek — bąknął. — Mieszkam tu niedaleko u ciotki. Uciekłem z domu. Ale ona też pije. Więc muszę wyjechać do Ameryki. Zostanę słynnym malarzem.

Kupiliśmy mu ciepłe buty i kurtkę. Nie tylko to. Zaczęliśmy wrzucać do wózka, jak ci w norkach i rolexach. Wełniany golf, czekolada, bloki rysunkowe, pisaki, farbki, kredki, skarpety, bielizna i bombki na choinkę. Diabli wiedzą, co nas opętało. Chcieliśmy uspokoić sumienie czy co? Nie. To bez sensu, bo zawsze lubiliśmy się dzielić. I zawsze udawaliśmy trochę stukniętych, żeby nie urazić niczyjej dumy.

Chłopak w nowiutkiej kurtce, z coca-colą w ręku był naprawdę wdzięczny. Ale nie uśmiechał się. Tylko przed kasą oko mu na moment ożyło. Zauważył. A zasłaniałam sobą, jak tylko mogłam.

— Popatrz — pociągnął mnie za rękaw. Przeczuwałam, że się wyda. — Ta z tej płyty jest podobna do ciebie.

— Posłuchaj, Bartek. Ona to jestem ja. Kapujesz? Ale to nie moja wina!

Wreszcie się roześmiał i tak go zapamiętałam. Podwieźliśmy go jeszcze pod blok ciotki, by upewnić się, że nie zostanie sam. Pamiętam, jak otwierał drzwi parterowe i jak zniknął.

W Wigilię nie szło mi najlepiej. Ledwo zdążyłam. Zwyczajowo zaczynała się o czwartej. Pachniało karpiem, kapustą z grzybami i makowcem. Jeszcze tylko te śmieci. Sama poszłam. Jurek właśnie brał prysznic. Otworzyłam drzwi, a z klamki zewnętrznej spadła złota szyszka z doczepionym rysunkiem na kartce z zeszytu w kratkę ze słowami: „Narysowałem dla was święta. Po szyszkę poszedłem do parku. Pomalowałem ją złotą farbą, żebyście mogli powiesić na choince. Napiszę do was z Ameryki, kiedy już będę sławny. Za buty i wszystko dziękuję. Nie czekajcie na mnie. Ciotka ma kaca, muszę jej pomóc. Bartek”.

W święta ludzie życzą sobie miłych świąt. A wystarczy, żeby były ludzkie. Jak tamte, z chłopakiem bez kurtki. Nie mogę przestać o nim myśleć. Wiem, że nie sposób pomóc wszystkim. Czasem wystarczy odrobina serca, by z klamki spadła złota szyszka.

Nie wiem, co z Bartkiem. Czekam…

Gwiazdka 2009

Siadaliśmy do stołu, a tu dzwonek do drzwi i zaskoczenie, bo nikogo więcej się nie spodziewaliśmy. Podeszłam do domofonu.

— Dobry wieczór pani, przywiozłem paczuszkę z Ameryki dla pani Sipińskiej od wielbiciela.

Wyszedł Jurek. Było ciemno. Nigdy nic nie wiadomo. Wrócił niemal natychmiast.

— Kto to przywiózł?

— Jakiś elegancki mężczyzna. Powiedział tylko, że razem z żoną, jak co rok, spędza święta i sylwestra w Poznaniu i że znajomy z Nowego Jorku poprosił go o dostarczenie przesyłki.

Nie zdziwiło mnie to, bo wciąż dostaję rozmaite przesyłki, głównie od Polaków z Anglii, Niemiec, Ameryki, Australii… Naprawdę bardzo miło, dzięki…

Tym razem myślałam, że to słodycze, bo ozdobne opakowanie wyglądało jak bombonierka. Otworzyłam, a tu mała 5-centymetrowa ażurowa choinka ze złota zwieńczona gwiazdą betlejemską z brylantem w środku. Na gałązkach trzy maleńkie złote szyszki. Na pocztówce trzy słowa: „Szczęśliwych Świąt. Wielbiciel”.

Żadnego adresu, wskazówki… Nic. Szukałam w korporacji taksówkowej. Dowiedziałam się tylko tyle, że mężczyzna od przesyłki wsiadł w śródmieściu i tam też wysiadł.

Czy to mogło być od Bartka? Nie wiem… więc wciąż czekam…

…na koniec dnia

Pamiętam, że tamtej Gwiazdki nic mi nie smakowało. Chyba wszystko przypaliłam. Do łóżka poszłam wcześnie. Zasnęłam nad ranem. Śniło mi się niebo ze złotymi szyszkami… nie… to była ziemia z brązowymi szyszkami… Nie, zdecydowanie nie! To konkretnie, co mi się śniło?… A w ogóle to o co mi właściwie chodzi?


„Kwadrat bez serca”