Uczciwa oszustkaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

3

Katri przyszła do domu i w palcie usiadła na łóżku. Była zmęczona. Co zyskała, ile straciła? Pierwsze spotkanie zawsze jest ogromnie ważne. Zamknęła oczy, próbując przywołać wyraźny obraz tego, co się wydarzyło, ale bez powodzenia. Rozmywał się i rozpraszał... Anna Aemelin, światło lamp osłoniętych abażurami, bezosobowo zharmonizowane ze sobą pokoje, nieśmiała, sondująca rozmowa... Tylko wątroba na kuchennym blacie była czymś konkretnym, rzeczywistym. Czy zabrałam ją z myślą o Annie Aemelin? Nie. Czy z myślą o sobie, żeby policzyła mi to na plus? Nie, raczej nie. Postąpiłam praktycznie; leżało coś krwawego, co ją przerażało, więc to usunęłam. Nie byłam podstępna i nieuczciwa. Chociaż nigdy nic nie wiadomo, nie mogę mieć pewności, absolutnej pewności, czy mimo wszystko się nie przymilałam, nie posłużyłam jakąś formą godnego pogardy pochlebstwa, czczymi epitetami, tym obrzydliwym arsenałem nawyków, z którego się czerpie pełnymi garściami, byle tylko dopiąć swego, byle tylko zdobyć przewagę, ale najczęściej po to, żeby się za wszelką cenę przypodobać, sprawić ujmujące wrażenie... Nie sądzę, żebym była szczególnie ujmująca. Tę partię przegrałam. Ale przynajmniej gra była fair.

Mats zrobił kolejne plany łodzi; jak zwykle leżały na stole. Choć nigdy o nich nie mówił, chciał, żeby Katri je widziała. Na kratkowanym papierze, dzięki czemu łatwiej było obliczyć skalę, rysował zawsze ten sam typ: z silnikiem stacjonarnym i kajutą. Katri zauważyła, że zmienił nadburcie i obniżył kajutę. Dokładnie przestudiowała adnotacje o cenach drewna, silnika, czasie pracy, dane, które musiała sprawdzić, żeby się upewnić, czy nikt go nie oszukał. Rysunki wyglądały wspaniale. Nie tylko odzwierciedlały chłopięce marzenia; były rzetelne i fachowe. Katri domyślała się, że są wynikiem długich cierpliwych obserwacji, miłości i dbałości, podporządkowanych jednej jedynej idei.

Wypożyczała dla Matsa książki z biblioteki w miasteczku, wszystko, co mieli o łodziach i ich budowie, i opowieści o wielkich morskich przygodach, przeważnie dla małych chłopców. Jednocześnie, niemal przepraszająco, próbowała go nakłonić do czytania lektur, które zaliczała do literatury pięknej.

– Przecież czytam – odpowiadał Mats. – Ale one nic mi nie dają. Mało się tam dzieje. Rozumiem, że są świetne, ale mnie smucą. Prawie zawsze opowiadają o ludziach, którym jest źle.

– A czy twoim marynarzom i rozbitkom nie jest źle?

Mats kręcił głową, lekko się uśmiechał i wyjaśniał:

– To co innego. Poza tym oni tyle nie mówią.

Katri nie ustępowała. Cztery jego książki i jedna jej, tylko jedna. Niepokoiła się, że brat zagubi się w świecie, w którym pod płaszczykiem pozornie szlachetnych przygód kryje się zło. I Mats czytał, żeby sprawić jej przyjemność. I milczał. Kiedy go o nie pytała, odpowiadał zdawkowo, że są bardzo dobre. W końcu przestała pytać.

Rzadko ze sobą rozmawiali. Łączyła ich łagodna, niewymuszona cisza.

Mats wrócił późno, od dość dawna było już ciemno. Pewnie się zasiedział u Liljebergów. Katri się to nie podobało. Nie odstępował ich na krok w nadziei, że będą mówić o łodziach. Dobrze go traktowali, tak jak się traktuje zwierzę domowe, mógł z nimi przestawać, ale się nie liczył. Jej brat się nie liczył. Katri podała do stołu i jedli jak zwykle, każde z książką w ręku. Posiłki, którym towarzyszyła lektura, były najbardziej kojącą chwilą dnia, chwilą pełnego, błogiego spokoju. Ale tego wieczoru Katri nie mogła czytać, raz po raz wracała myślami do domu Anny Aemelin i raz po raz miała świadomość porażki. Wszystko Matsowi zniszczyła. Podniosła wzrok znad książki, i tak nic nie rozumiała, i popatrzyła na brata. Światło lampy osłoniętej ażurowym abażurem tworzyło na jego twarzy delikatną siatkę półcieni. Pomyślała o cienistym zagajniku i słonecznych refleksach nad piaszczystym dnem. Nikt prócz Katri nie widział, jaki Mats jest piękny. Nagle owładnęła nią nieprzeparta chęć porozmawiania z bratem o nieprzejednanym dążeniu do celu, który bezustannie zaprzątał jej głowę, o tym, czym dla niej jest honor; chciała się usprawiedliwić, nie, nie usprawiedliwić, chciała wyjaśnić, powiedzieć o tym wszystkim, co mogła wyjawić tylko Matsowi, nikomu innemu.

Nie mogę. Mats nie ma żadnych tajemnic. Dlatego jest taki tajemniczy. Nie wolno go niepokoić, nie wolno zakłócać jego uproszczonego, czystego świata. Może by nie zrozumiał, może by się zmartwił i pomyślał, że jest mi źle? Poza tym co właściwie miałabym mu wyjaśniać...? Muszę działać z otwartą przyłbicą i walczyć najuczciwiej, jak potrafię.

Mats podniósł głowę znad książki.

– O co chodzi?

– O nic. Podoba ci się książka?

– Jest dobra – odpowiedział Mats. – Doszedłem do bitwy morskiej.

4

Wieczorami w wiosce było bardzo cicho, czasem tylko zaszczekał jakiś kundel. Wszyscy siedzieli w domach przy kolacji, w oknach paliło się światło. I jak zwykle sypał śnieg. Na dachach zalegały ciężkie nawisy, wydeptane za dnia ścieżki znów przykrywał biały puch, a tuż obok piętrzyły się coraz wyższe góry zbitego śniegu. Podczas chwilowych odwilży dzieci drążyły w nich korytarze, gdzie robiły sobie mieszkanka. Na zewnątrz stały ulepione przez nie dzieła: bałwany, konie, dziwolągi z zębami i oczami z kawałków blachy i węgla. Kiedy ściskał mróz, polewały je wodą. Pewnego dnia Katri zatrzymała się przed jedną z takich rzeźb. Przedstawiała ją samą. Miała oczy z żółtawych szkiełek, starą futrzaną czapkę, wąskie usta i wyprostowaną, sztywną sylwetkę. Był z nią zrośnięty duży pies. Nie najlepiej się udał, ale można się było domyślić, że to pies, groźny pies. A w fałdach jej spódnicy krył się tyci karzełek z czerwoną łapką kuchenną na głowie. Mats nosił zimą czerwoną wełnianą czapkę. Katri jednym kopnięciem zniszczyła figurkę, a kiedy przyszła do domu, wrzuciła czapkę brata do pieca i zrobiła mu inną, niebieską. Potem zachowała w pamięci tylko jedno pozytywne wspomnienie swojej karykatury: na piersi, przybita drzazgą, wisiała kartka zapełniona cyframi. Mimo wszystko jakiś dowód wioskowego szacunku. Dzieci słyszały, co się o niej mówi, wiedziały, że zna się na rachunkach, wiedziały, że ma serce przebite cyframi.

Od lat ludzie prosili Katri o pomoc w różnych obliczeniach, bo sami sobie z tym nie radzili. Zawiłe kalkulacje i procenty nie sprawiały jej najmniejszej trudności, sumowała bez zarzutu, zawsze wszystko się zgadzało. Zaczęło się o niej mówić, że ma głowę do rachunków, że jest bystra i przenikliwa. Kiedy pilnowała zamówień i wypłat w sklepie, przyłapała na machlojkach kilku dostawców z miasteczka. Potem przyłapała sklepikarza, ale nikt się o tym nie dowiedział. Tak czy inaczej, Katri Kling miała niezawodny zmysł do sprawiedliwego podziału dochodów, przychodów i rozchodów i jednoznacznych rozstrzygnięć w wątpliwych sprawach, które wymagały innej matematyki. Mieszkańcy przychodzili do niej z deklaracjami podatkowymi, umowami kupna własności, w kwestiach spadkowych i sporów o miedzę. W miasteczku oczywiście był adwokat, ale do niej mieli większe zaufanie; zresztą po co wyrzucać pieniądze na adwokata.

– Oddajcie im łąkę – mówiła Katri. – Nic wam po niej, nie nadaje się nawet na pastwisko. Tylko zastrzeżcie sobie, że nie wolno jej zabudować, bo prędzej czy później wejdą wam na głowę. Przecież ich nie lubicie.

Drugiej stronie mówiła, że łąka nie ma żadnej wartości, ale jeśli to sprawa prestiżowa, niech zainwestują w ogrodzenie w takim miejscu, żeby nie musieli bez przerwy wysłuchiwać wrzasków dzieci sąsiadów. Rady Katri, o których powszechnie rozprawiano w wiosce, wydawały się słuszne i bardzo sprytne. Bodaj najbardziej trafiało wszystkim do przekonania jej podejście: wychodziła z założenia, że każda rodzina ma z natury wrogi stosunek do sąsiadów. Po tych seansach często się jednak czuli dziwnie zawstydzeni, czego nie potrafili sobie w żaden sposób wytłumaczyć, zwłaszcza że Katri zawsze była sprawiedliwa. Jak choćby w przypadku wspomnianych rodzin, które od lat krzywo na siebie patrzyły. Mimo że pomogła im wyjść z twarzą, raz na zawsze nazwała po imieniu ich wrogość. Poza tym uświadamiała wszystkim, że są naciągani. Bardzo im się podobała jej decyzja w sprawie Emila Husholma. Nabawił się poważnego zakażenia krwi, co sporo go kosztowało i na jakiś czas pozbawiło możliwości zarobkowania.

– Za wypadek podczas wykonywania czynności zawodowych należy się odszkodowanie – orzekła Katri. – Pracodawcy powinni wystąpić z odpowiednim wnioskiem.

– Niezupełnie – powiedział Emil. – To się nie stało w stoczni, sprawiałem wtedy dorsze.

– Kiedy wy się wreszcie czegoś nauczycie? Praca to praca, dorsz czy dłuto – na jedno wychodzi. Twój ojciec był rybakiem, prawda? Był zatrudniony w spółce połowowej, prawda? Ile razy miał wypadki przy pracy?

– Zdarzało się.

– Oczywiście. I ani razu nie dostał odszkodowania. Państwo na pewno oszukiwało go częściej, niż myślał, więc teraz będziecie kwita.

Dałoby się przytoczyć dużo przykładów przenikliwości umysłu Katri Kling. Zawsze wychodziło na jej. Jeśli ktoś miał wątpliwości co do jakichś ważnych papierów, był przesadnie pedantyczny i chciał się upewnić, mógł się udać do miasteczkowego adwokata. Ale ten nigdy nie zakwestionował opinii Katri Kling.

– Mądrą czarownicę macie w wiosce – mówił. – Gdzie ona się tego nauczyła?

Na początku chcieli jej płacić za usługi, ale traktowała ich nieuprzejmie, więc z czasem nikt nie śmiał wspomnieć o pieniądzach. To dziwne, że świetnie rozumiejąc ich problemy, które nie miały nic wspólnego z dniem powszednim, nie potrafiła nawiązać z nimi bliższego kontaktu. Milczenie Katri sprawiało, że w jej obecności czuli się nieswojo. Owszem, odpowiadała na konkretne pytania, ale nie wdawała się w rozmowy. Na domiar złego w ogóle się nie uśmiechała, nie dodawała otuchy, nie wspierała.

 

– Po co tam chodzicie? – mówiła stara Nygårdowa. – Jak od niej wracacie, jesteście inni. Macie swoje sprawy uporządkowane, ale nikomu już nie wierzycie. Zostawcie ją w spokoju i postarajcie się być dobrzy dla jej brata.

Od czasu do czasu pytali Katri, jak się czuje Mats, ale nawet wtedy ani na jotę nie robiła się milsza; obrzucała ich przelotnym spojrzeniem żółtych przymrużonych oczu, odpowiadała „dziękuję, dobrze”, a oni mieli uczucie, że się narzucają i są niewiele warci. Załatwiali więc tylko swoje sprawy i czym prędzej się ulatniali.

5

Ciągłym opadom śniegu towarzyszyły mętnawe ciemności, ni to zmierzch, ni to brzask, które działały na ludzi przygnębiająco. To, co mogłoby ich cieszyć, stawało się koniecznością. Edvard Liljeberg cierpiał na zimową melancholię. Po pracy w szkutni nie pozostawało mu nic innego jak wrócić do domu. Czterej bracia Liljebergowie przygotowywali posiłek, siadali do kolacji, słuchali radia i wieczory bardzo im się dłużyły. Edvard Liljeberg postanowił zrobić przegląd furgonetki. To zwykle poprawiało mu humor. Poza tym dobrze mieć sprawny silnik, kiedy gmina w końcu odśnieży drogi. W poprzednich latach woził dzieci do szkoły w miasteczku, za co płacono mu od kilograma, teraz pierwszoklasiści i drugoklasiści uczyli się na miejscu, w wiosce, a starsze dzieci, których nie było zbyt wiele, zakwaterowano w miasteczku. Mimo to furgonetka nie przynosiła strat jej właścicielowi; władze płaciły za transport butli gazowych do latarni morskiej, za dostarczanie przesyłek pocztowych i za benzynę. A jednak sklepikarz przy każdej wypłacie pensji nie omieszkał zaznaczyć, ile trudu sprawia mu świadczenie usług na rzecz lokalnej społeczności. Tak czy inaczej, Edvard Liljeberg traktował zielonego volkswagena jak swój własny.

Zapalił światło w garażu i naciągnął czapkę na uszy, bo w środku był większy ziąb niż na dworze. Praca przy aucie to jego prywatna sprawa, nikomu nic do tego, tymczasem Mats znów stał przy drzwiach, czekał i wpatrywał się w niego, przyprawiając o wyrzuty sumienia. Czy ma nieczyste sumienie z powodu chłopaka, czy jego siostry? Co takiego zrobiliśmy, że nie dają nam spokoju? Za jakie grzechy nie możemy żyć jak zwykle...

Edvard Liljeberg odwrócił się.

– To znowu ty. Nic nie wiesz o silnikach samochodowych i nigdy się nie nauczysz!

– Wiem – powiedział Mats.

– Rąbałeś drewno u Nygårdów?

– Tak.

– Czego chcesz? Chcesz mi pomóc?

Mats milczał. Tak było za każdym razem; chłopak wślizgiwał się do garażu, stawał przy drzwiach, gapił się i milczał, dopóki Liljeberg nie poczuł ciarek na karku. Nie mógł się skupić na pracy, a nie chciał być niemiły. Niech to szlag trafi.

– To skomplikowane, nie mogę teraz rozmawiać.

Mats Kling skinął głową i nie ruszył się z miejsca. Był bardzo podobny do siostry. Taka sama płaska twarz, tylko oczy niebieskie. W pewnym sensie siostra zawsze była obecna i Edvard Liljeberg miał tego powyżej uszu.

– Jak chcesz, posprzątaj tu trochę – powiedział w końcu. – Nie stercz mi za plecami, bo nic nie zrobię.

Chłopak zabrał się do sprzątania z irytującą powolnością, metodycznie, zaczął od najdalszego kąta, wszystko po kolei odsuwał, zamiatał, przysuwał, prawie bezgłośnie, ale nie całkiem, jakby gdzieś za ścianą była mysz; szelest i cisza, szurgot, chrobot i znowu cisza...

Liljeberg nie wytrzymał.

– Zostaw to! Chodź tutaj i stań tak, żebym cię widział. Naprawiam samochód. Patrz, co robię. Na pewno nigdy się tego porządnie nie nauczysz. I nic do mnie nie mów, bo nie będę ci niczego tłumaczyć.

Mats skinął głową. Z czasem Liljeberg się uspokoił, zapomniał o widzu, darował mu najście i wyrychtował silnik.

Najczęściej Mats przesiadywał w szkutni. W jego powolności wyczuwało się ogromną staranność i troskę. Bracia Liljebergowie z pełnym zaufaniem powierzali mu drobne i nudne zajęcia, na przykład czopowanie śrub albo szlifowanie, i mogli być pewni, że zawsze się wywiąże. Na ogół zapominali o jego obecności. Mats niepostrzeżenie się ulatniał, może dorabiał u sąsiadów, może spacerował po lesie, kto go tam wie. Nie miał żadnego wymiaru czasu pracy, po prostu przychodził i wychodził, kiedy chciał, dlatego nie było mowy o zarobku godzinowym. Liljebergowie płacili mu mało i pi razy oko. Uważali, że Mats Kling pracuje głównie dla zabawy, a płacenie za zabawę mija się z celem. Czasami znikał na dłużej; nikt nie wiedział, gdzie się podziewa, i nikt się tym nie interesował.

Kiedy ściskał mróz, budowa łodzi w nieocieplanej szkutni nie miała sensu, przy piecu ledwie można było rozgrzać skostniałe dłonie. Zamykali ją i szli do domu. Od drugiej strony, tam gdzie łodzie wodowano, drzwi miały zwykły zamek klamkowy, łatwy do sforsowania. Mats wchodził na lód z przynętą na dorsza i jeśli na brzegu nikogo nie było, zakradał się do szkutni. Czasami kontynuował zaczętą wcześniej pracę, przeważnie dopieszczał szczegóły, nic nieznaczące drobiażdżki, na które nikt później nie zwracał uwagi, ale najczęściej tylko siedział w cichym śnieżnym mroku. Nigdy nie marzł.

6

Następnym razem, kiedy Edvard Liljeberg pojechał na nartach do miasteczka po pocztę i żywność, Katri Kling już na niego czekała, żeby zanieść listy do Aemelin. Nie prosiła, niczego nie tłumaczyła, po prostu chciała zanieść, i tyle. Stała i czekała tak jak jej brat.

Dopóki Liljeberg nie uległ.

– Niech ci będzie. Weź je. Tylko pamiętaj, że od tej chwili musisz bardzo uważać na wszystko, co ma związek z płatnościami. Nie może się zapodziać żaden, choćby najmniejszy karteluszek. Po jego podpisaniu przez starszą panią i należytym poświadczeniu to ja podejmuję pieniądze, które powinna dostać co do penni.

– Zdumiewasz mnie – wycedziła Katri lodowatym tonem. – Kiedy widziałeś, żebym czegoś nie dopilnowała z liczbami?

Liljeberg odparł po chwili:

– Chlapnąłem bez zastanowienia. Pewnie dlatego, że nikomu innemu nie powierzyłbym takich spraw. O tobie można powiedzieć wszystko, tylko nie to, że jesteś nieuczciwa.

Katri weszła do sklepu, gdzie powitała ją bezsilna nienawiść właściciela.

– Idę z pocztą do Aemelin. Czy zamówiła coś przez telefon, co mogłabym zabrać?

– Nie. Aemelin uznaje tylko puszki, nie umie gotować. Liljeberg przywiózł dzisiaj nerkę...

– Sam ją zjedz. Jedz nerki, wątrobę, płucka i co ci się żywnie podoba, i przestań być wredny wobec kogoś, kto nie potrafi się bronić.

– Nie jestem wredny! – wykrzyknął sklepikarz, dotknięty do żywego. – Zaopatruję całą wieś i nikt nigdy mi nie powiedział, że jestem wredny...

Katri mu przerwała:

– Paczka spaghetti, paczka kostek bulionowych, dwie małe puszki grochówki i kilo cukru. Wezmę to ze sobą. Zapisz na jej rachunek.

– To ty jesteś wredna – szepnął sklepikarz.

Katri przepatrywała półki.

– I ryż – powiedziała. – Ten łatwy do gotowania. Nie ośmieszaj się – dodała z taką samą obojętnością, która kiedyś zamieniła jego pożądanie w nienawiść, jakby wydawała polecenie psu.

Kiedy Katri przyszła do króliczego domu drugi raz, kazała psu czekać na tylnym podwórzu. Anna Aemelin zauważyła ją wcześniej, natychmiast otworzyła drzwi i po jednym tchem wypowiedzianych uprzejmościach zamilkła zakłopotana.

Katri zdjęła botki i zaniosła torbę z zakupami do kuchni.

– Nie mam surowego mięsa, tylko puszki, proste do przyrządzenia. I pocztę. Liljeberg przywiózł ją dzisiaj po południu.

– Wspaniale! – zawołała Anna z ulgą, myśląc nie o poczcie i puszkach, ale o tym, że ta przedziwna osoba nareszcie powiedziała coś, co mogło być pretekstem do normalnej rozmowy. – Wspaniale... Puszki są bardzo dobre, zwłaszcza małe, nie psują się... Czy mówiłam pani, że surowe mięso przyprawia mnie o niepokój... bo, widzi pani, jest nietrwałe, podobnie jak kwiaty, to coś w rodzaju odpowiedzialności, prawda...? Albo dostają za mało wody, albo za dużo, nigdy nie wiadomo...

– Racja, nigdy nie wiadomo. Ale tu jest za ciepło. Kwiaty nie lubią upałów.

– Tak, tak, całkiem możliwe... – niepewnie przyznała Anna. – Nie wiem czemu ludziom się wydaje, że muszę mieć kwiaty...

– Rozumiem. Kwiaty, dzieci i psy.

– Słucham?

– Że powinna pani lubić kwiaty, dzieci i psy. A chyba pani nie lubi.

Anna podniosła głowę, obrzucając gościa przenikliwym spojrzeniem. Szeroka twarz Katri nie wyrażała niczego prócz spokoju.

– Osobliwy komentarz, panno Kling – zareplikowała sztywno. – Czy przejdziemy do salonu, mimo że nie pije pani kawy?

Przeszły. To samo miękkie oświetlenie, to samo uczucie pustki, niezmienności i nieznośnej powolności sennego koszmaru. Anna usiadła i milczała.

– Panno Aemelin – pospiesznie odezwała się Katri – jest pani dla mnie milsza, niż na to zasługuję.

Natychmiast, wbrew zdrowemu rozsądkowi, chciała wyjść z króliczego domu. Położyła pocztę przed Anną i poinformowała, że to przekazy pieniężne, które wymagają podpisu.

Anna uniosła okulary do oczu.

– Widzę, że autentyczność podpisu jest już poświadczona... Ale przez kogo? Dziwne nazwisko... Czyżby w wiosce osiedlił się jakiś obcokrajowiec?

– Nie, sama je wymyśliłam. Dość niezwykłe, prawda?

– Nie rozumiem. Tak się chyba nie robi.

– Chciałam zaoszczędzić na czasie.

– Na wszystkich przekazach jest to samo dziwne nazwisko... identycznie napisane...

Katri uśmiechnęła się. Lekko przerażający uśmiech rozbłysł jak neonówka i błyskawicznie zgasł.

– Panno Aemelin, świetnie się znam na podpisach. Ludzie przychodzą do mnie z różnymi dokumentami i czasami proszą, żebym się za nich podpisała. Jeśli pani chce, mogę dla zabawy podpisać się jak pani.

I Katri Kling skreśliła imię i nazwisko Anny Aemelin, doskonale kopiując autograf, który od niej dostała.

– Nie do wiary... Co za biegłość! Czy rysować też pani potrafi?

– Raczej nie. Nigdy nie próbowałam.

Wiatr przybrał na sile. Śnieg przywierał do okien z gwałtownym szeptem, który od dłuższego czasu towarzyszył mieszkańcom wioski. W przerwach między nawałnicami zalegała cisza.

– Pójdę już – powiedziała Katri.

Kiedy Anna otworzyła kuchenne drzwi, zobaczyła dużego psa; sierść w śnieżynkach, z otwartego pyska buchała para. Krzyknęła i chciała zamknąć drzwi.

– On nie jest groźny. To bardzo dobrze wychowany pies.

– Ale jest wielki! Rozdziawił paszczę...

– Nie jest groźny. To zwykły owczarek niemiecki.

Kobieta i pies schodzili po zboczu, oboje srebrzyści i kosmaci. Anna patrzyła za nimi. Wciąż dygotała ze strachu, ale jej wzburzenie powoli ustępowało miejsca podszytej ciekawością ekscytacji. Katri Kling to ryzykantka. Nie jest taka jak inni. Kogoś mi przypomina... zwłaszcza kiedy się uśmiecha... Nikogo ze znajomych, dawnych znajomych... Ależ tak, był taki obrazek w jakiejś książce... Nagle Anna parsknęła śmiechem. Uśmiechnięta Katri w futrzanej czapce była podobna do Wielkiego Złego Wilka.

Mniej więcej co dwa lata wychodziła książka obrazkowa Anny Aemelin, malutka książeczka dla malutkich dzieci. Tekst pisało wydawnictwo. Teraz przysłali rozliczenie i dołączyli parę recenzji z ubiegłego roku, które – za co przepraszają i serdecznie pozdrawiają – umknęły ich uwadze. Anna wzięła wycinek z gazety i włożyła okulary.

„Aemelin zadziwia nas ponownie skromnym, niemal czułym traktowaniem swojego miniaturowego świata – runa leśnego. Każdy detal, oddany z niezwykłym pietyzmem, choć doskonale nam znany, zaskakuje. Aemelin uczy nas postrzegania, prawdziwej obserwacji. Podczas gdy teksty książeczek, będące rodzajem komentarza adresowanego do dzieci, które ledwo nauczyły się czytać, niewiele się między sobą różnią, akwarelki Aemelin wciąż ewoluują. Z żabiej perspektywy, naiwnej i pomysłowej zarazem, oddaje ideę lasu, jego spokój i mrok. Mamy przed sobą dziewiczą, prastarą puszczę, do której odważy się wejść tylko ktoś bardzo młody. Jesteśmy przekonani, że z królikami czy bez wszystkie dzieci...”.

Ilekroć pojawiała się wzmianka o królikach, Anna nie czytała dalej. W drugim wycinku prasowym była jej karykatura, jak zwykle w tym samym stylu, nawet życzliwa, ale autor bardziej myślał o króliku niż o niej, starannie rysując przednie zęby, czworokątne i odrobinę przerzedzone. Wyglądała jak rozkojarzony biały futrzak. Dość wybrzydzania, pomyślała, przecież nie wszyscy trafiają na łamy gazet. Muszę tylko pamiętać, żeby następnym razem nie pokazywać zębów i podnieść brodę. Ciekawe, czemu zawsze każą się uśmiechać...

 

„Małe poręczne książeczki Anny Aemelin w zmywalnych okładkach niezmiennie sprawiają dużo radości. Zostały przetłumaczone na wiele języków. W tegorocznej opowieści położono nacisk na zbieranie jagód i borówek. Z całym szacunkiem dla przekonującej i wnikliwej prezentacji nordyckiego pejzażu leśnego, można by zadać pytanie, czy te doprawdy dość stereotypowe króliki...”.

– Uhm – mruknęła Anna – to nie takie proste... Tak źle i tak niedobrze...

Listy od dzieci mogły poczekać. W miejscu chronionym, czyli w swoim pokoju, przykryła się kapą, zapaliła lampę, która rozproszyła półmrok gasnącego dnia, i oddała się lekturze. Miała nadzieję, że czytając o przygodach Jimmy’ego w Afryce, odzyska spokój. Nie pomyliła się.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?