Pod presjąTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 1

Savoir-vivre.

Spowiedź Calka Perechodnika

Jeszcze do niedawna o Szoa mówiono głównie w kategoriach niewyrażalności i traumy. Ogrom zbrodni rzeczywiście odbiera głos ofiarom, świadkom i interpretatorom. Doświadczenie rany i żałoby jest od lat przedmiotem zainteresowania pisarzy[1], ale kultura polska ma do rozwiązania także inny problem: wypowiedzenia i zrozumienia tego, co zdarzyło się na granicy dzielącej polskie społeczeństwo na „stronę aryjską” i żydowską. Poetyka niewyrażalności zawodzi, gdy trzeba opisać konkretne mechanizmy społeczne, ponieważ milczenie bywa także spowodowane naciskiem otoczenia. Wiedzą o nim przede wszystkim polscy Żydzi, którzy – wykluczeni i zepchnięci na pozycję mniejszości – podlegali i podlegają ogromnej presji.

Calek Perechodnik to wśród nich wyjątkowy autor. Jego przenikliwości, zmysłu obserwacji oraz kompetencji jako uczestnika polskiej kultury nie sposób przecenić. Niezwykłe jest też narzędzie, którym się posługuje: ironia. Ironiczny temperament wyostrza jego spojrzenie i pozwala rozpoznać, jak kultura organizuje przestrzeń, w której porusza się polski Żyd. To ona odpowiada za konstruowanie faktów, porządkowanie rzeczywistości i jej interpretację, budując obraz, w którym przegląda się polska społeczność. Żyd istnieje w nim na sposób akceptowany przez większość, a reakcje na to, co spotyka go ze strony polskich współobywateli, muszą mieścić się w zakreślonych ramach. On sam zmuszony jest uczestniczyć w rytuałach potwierdzających normy ustanowione przez grupę dominującą. Następstwem pogwałcenia tabu okazuje się odrzucenie kogoś, kto się na taki krok odważy, czemu często towarzyszą wybuchy otwartej agresji.

Ironia Perechodnika wymierzona jest w tak rozumiane mechanizmy kultury. Odsłania je i zatrzymuje maszynę produkującą serie stosownych wypowiedzi i obrazów. Żeby spełnić to zadanie, nie może ograniczać się do sensu pojedynczych zdań. Jako strategia pomyślana na większą skalę polega na kontrastowych zestawieniach faktów w większych fragmentach tekstu. Często wykorzystuje puentę, która wywraca na nice wypowiedzi z pozoru jak najbardziej niewinne, a więc przylegające do przyjętej normy. Jest to ironia, która uderza nie tylko w treść zdań, ale także w społeczne praktyki posługiwania się nimi.

Ironia przeciw rytuałowi

Na początku Spowiedzi Perechodnik tak pisze o swoich doświadczeniach z międzywojennej Polski:

Zresztą, zaznaczam, że z praktycznym antysemityzmem ja osobiście nie miałem okazji się spotkać, wprawdzie nie mogłem studiować na Uniwersytecie Warszawskim, ale za to miałem możność wyjazdu na wyższe studia do Francji, do Tuluzy[2].

Zdanie to już na pierwszy rzut oka wydaje się osobliwe. Czym jest „praktyczny antysemityzm” w przedwojennej Polsce i czym różni się od antysemityzmu po prostu? Dlaczego Perechodnik zapewnia, że nie spotkał się z antysemityzmem, ale od razu zaznacza, że „nie mógł studiować na Uniwersytecie Warszawskim”, znanym z antysemickich awantur, getta ławkowego i numerus clausus dla młodzieży żydowskiej?

Gdyby trafił na polski uniwersytet, zapoznałby się z całą gamą antysemickich zachowań: od wyzwisk po pałki, o czym z pewnością wiedział, bo o antysemickich burdach organizowanych przez młodzież akademicką wiedzieli wszyscy. Musiał także zdawać sobie sprawę, że wyjazd na studia do Francji nie był niczym innym, jak wynikiem dyskryminacji Żydów na polskich uczelniach. Na UW od początku lat trzydziestych regularnie powtarzały się antysemickie zajścia, co wielokrotnie doprowadzało do zamykania uczelni w czasie roku akademickiego. Wyjazdy polskiej młodzieży żydowskiej na studia za granicę były bezpośrednią konsekwencją antysemityzmu na krajowych uniwersytetach i związanej z nim polityki zmniejszania liczby żydowskich studentów w Polsce[3].

Perechodnik wikła się więc w sprzeczność. Zapewnia, że nie spotkał się z antysemityzmem, ale z jego relacji wynika, że miał z nim do czynienia wielokrotnie i że o nim przecież mówi. Kontrast ten staje się nośnikiem ironii: utrata okazji do zapoznania się z pałkami ONR-u na UW została „wynagrodzona” koniecznością wyjazdu na studia za granicę. Na następnych dwóch stronach temat ten kilkakrotnie powraca. Coraz wyraźniej widać niezgodność między pierwszą deklaracją a faktami i doświadczeniem.

Najpierw czytamy:

dostałem kategorię „A”, ale ponieważ Polska była na tyle silnym mocarstwem, miała taką potężną armię, tylu wykształconych i dyplomowanych inżynierów-oficerów, moja osoba okazała się zbyteczną. Zresztą, co tu owijać w bawełnę, dano mi „nadliczbówkę” – mnie, mojemu bratu, również inżynierowi, moim wszystkim kolegom Żydom z wykształceniem średnim i wyższym – a to dlatego, że nie chciano mieć oficerów Żydów w Armii Polskiej[4].

I dalej, o rodzinie żony, wszystko na sąsiedniej stronie: „chcieli przed wojną wybudować jeszcze jedno kino w Otwocku, ale burmistrz wolał, żeby kina nie było, byleby go Żyd nie miał. Ale mniejsza z tym”[5]. Akapit niżej: „Co do mnie byłem przekonany, że mógłbym zrobić jeszcze dziesięć dyplomów i mimo to nie dostałbym posady rządowej w Polsce”[6].

Przykładów tych wystarczy, żeby się przekonać, że Perechodnik wielokrotnie i osobiście spotykał się z antysemityzmem w międzywojennej Polsce, i to jak najbardziej praktycznym. Dlaczego zapewnia, że było inaczej?

Deklaracje tego rodzaju są czymś powtarzalnym i charakterystycznym. Można je usłyszeć jeszcze dziś. Tworzą serię stosownych wypowiedzi generowanych przez dyskursywną normę, stanowią część rytuału odprawianego przez tych, którzy żyją pod presją oskarżenia o obcość. Oto próbka. W książce Między Panem a Plebanem Adam Michnik opowiada o „czerwonym harcerstwie” Jacka Kuronia. Zadaje sobie pytanie: „A dlaczego wspominam to z sentymentem?”. I wyjaśnia: „Dlatego, że był to jedyny okres w moim życiu, kiedy nie miałem obawy, że ktoś mi powie «Żydzie» i że będę się musiał przed tym bronić”. Dwie strony dalej na pytanie Jacka Żakowskiego o antysemityzm pada odpowiedź: „Nie spotkałem tego ani w szkole, ani na uniwersytecie. To runęło dopiero w 1968 roku, kiedy władza zaczęła judzić”[7].

Członkowie grupy dyskryminowanej rytualnie unikają bezpośrednich oskarżeń pod adresem większości. Dyskryminacja dotyczy z reguły kogoś innego, nie osoby, która się akurat wypowiada. Przemoc jest czymś dalekim i nie ma związku z osobistym doświadczeniem mówiącego. Winny bywa ktoś z zewnątrz, kogo nie można utożsamić z grupą dominującą (u Michnika zawiniła komunistyczna władza; psychoanalityk miałby zapewne niejedno do powiedzenia o słowie „judzić”, które pojawia się w tym kontekście jako dodatkowy, nieświadomy znak podporządkowania). Choć bezpośrednie pytanie o antysemityzm wywołuje zwykle rytualną reakcję zgodną z przewidzianą w takich wypadkach normą, kiedy presja się zmniejsza, na jaw wychodzi – niejako mimochodem – nieocenzurowane doświadczenie.

Ironia Perechodnika – antysemityzm na UW, który zmusił go do wyjazdu do Francji, zaoszczędził mu przejść z antysemitami – nie ogranicza się więc do wzięcia w nawias zdania „z praktycznym antysemityzmem ja osobiście nie miałem okazji się spotkać”. Cudzysłów obejmuje rytuał stwarzania przed oczyma większości rzekomej enklawy, w której jakoby nie było antysemityzmu, i ustanawiania fantazmatycznego „zdrowego jądra narodu”, jakoby niemającego związku ze złem. Perechodnik zdaje się potulnie respektować narzucony mniejszości sposób mówienia: spełnia wymóg, oddala problem i rozgrzesza polskiego rozmówcę, bo skoro opowiadający swoją historię polski Żyd nigdy nie spotkał się z antysemityzmem, to problem nie dotyczy tych, do których mówi. A jednak ironiczny temperament bierze w Spowiedzi górę.

Sprzeczność, która u innych autorów przechodzi niezauważona, tu staje się narzędziem ujawniania samego rytuału. Kontrast – budowany świadomie lub nie – nie pozwala prostodusznie traktować zrytualizowanych zapewnień jako opisu rzeczywistości. Kiedy znika wytwarzany przez społeczną normę automatyzm, pojawia się pytanie o funkcję zdań, które najwyraźniej nie są opisem rzeczywistości. Komiczne i wewnętrznie sprzeczne rozumowanie wskazuje na wytwarzający je mechanizm. Mówiąc „wprawdzie nie mogłem studiować na Uniwersytecie Warszawskim, ale za to miałem możność wyjazdu na wyższe studia do Francji”, Perechodnik kpi z etykiety, którą dominujący narzucili dyskryminowanej mniejszości, i dzięki ironii ujawnia obecność oraz zasady rytuału[8].

Podobna ironiczna strategia pojawia się w Spowiedzi wielokrotnie. Przejdźmy do bardziej wyrazistych przykładów.

Wielki rabunek i czyste sumienie

Po zakończeniu relacji o ostatnich dniach getta w Otwocku Perechodnik poświęca kilka stron Spowiedzi „nastawieniu Polaków do Żydów i w ogóle do akcji wytępienia Żydów”[9]. Jest to fragment przesycony gryzącą ironią i niezwykle ważny dla zrozumienia jego strategii. Zawiera podsumowanie dotychczasowych obserwacji oraz doświadczeń, z których wynika, że Szoa jest dla polskiej społeczności przede wszystkim okazją do rabunku żydowskiego mienia na masową skalę. Naprawdę interesujące okazuje się jednak coś innego: polskie poczucie niewinności i mechanizmy, za pomocą których się je tworzy, a potem utrzymuje. Perechodnik jest pod tym względem niebywałym znawcą polskiej świadomości i praktyki dyskursywnej. Spróbujmy zestawić katalog najważniejszych wydobytych przez niego mechanizmów.

„To nie my, to Niemcy”

Perechodnik pisze:

Niższe sfery ludności miejskiej oraz chłopi z miejsca zorientowali się, skąd wiatr wieje. Zrozumieli, że nadarza im się okazja wzbogacenia się, jedyna możliwa okazja na przestrzeni wieków. Wolno rabować, kraść, zabijać ludzi i to zupełnie bezkarnie. Wznoszą ręce ku niebu, dziękując za tę łaskę, że dożyli takich dobrych czasów, i każdy z hasłem na ustach „teraz albo nigdy” zabiera się do roboty. W naiwności ducha uważają, że kara ich za to nigdy nie spotka, wszak jest, znajduje się „redaktor odpowiedzialny”. Niemcy, w razie czego wszystko i tak pójdzie na karb Niemców[10].

 

Na pierwszym poziomie ironia tego fragmentu polega na mówieniu cudzym głosem – głosem polskiej większości – który jednocześnie zostaje zdemaskowany jako głos hipokrytów. Nie chodzi jednak tylko o nieeleganckie lub wątpliwe moralnie „przywłaszczenie sobie tego, co pozostało”. Sens ironii Perechodnika staje się jasny dopiero po ujawnieniu kontekstu, w którym osadza polskie „w razie czego wszystko i tak pójdzie na karb Niemców”. Tym kontekstem są polowania na Żydów opisane w następnym akapicie:

W każdym mieście, kiedy odbywała się akcja, całe getto bywało otoczone przez motłoch, który urządzał formalne polowanie na Żydów – według wszelkich prawideł sztuki myśliwskiej, z naganiaczami lub bez. Ilu Żydów w ten sposób zginęło? Niezliczona ilość, bo w najlepszym wypadku zabierali Żydom pieniądze i nie doprowadzali do żandarmerii, ale przecież to i tak było równoznaczne z wyrokiem śmierci. Co ma zrobić Żyd bez pieniędzy? Co najwyżej samemu dojść do żandarma i poprosić o kulę[11].

Żeby nie było wątpliwości, Perechodnik dodaje: „Tłum, bezimienny tłum solidarnie w ten sposób postępował”[12].

Obrazu dopełnia uwaga dotycząca polskiej inteligencji, a właściwie całego społeczeństwa bez podziału na motłoch i wyższe sfery:

Dziwna rzecz, kiedy nam Żydom nie śniło się nawet, że rozkaz wymordowania dotyczy wszystkich Żydów, to Polacy się od razu zorientowali, że żaden Żyd wojny nie przeżyje. Czy to ma być dowodem ich wybitnej mądrości i dalekowzroczności politycznej, czy też ta mądrość okazała się wynikiem przysłowia: każdy z zasady wysnuwa takie wnioski na przyszłość, jakie mu są wygodne – na to już nie jest trudno odpowiedzieć[13].

Okazuje się więc, że na Niemców jako „redaktora odpowiedzialnego” spada nie tylko wina za przywłaszczenie rzeczy. W ujęciu Perechodnika między okupantem a polską ludnością, niezależnie od klasy społecznej, istnieje ciche porozumienie: rabunek – jeśli nie „doprowadzenie do żandarmerii” – uniemożliwia Żydom ucieczkę (teren kontrolują przecież przede wszystkim Polacy) i walnie przyczynia się do powodzenia niemieckiego planu eksterminacji. W zamian naziści pozwalają bogacić się kosztem Żydów, zapewniając, że nikt z obrabowanych nie upomni się o swój majątek niezależnie od wyniku wojny. Dopiero to przemilczane współdziałanie jest przedmiotem ironii. Perechodnik wydobywa je na jaw razem ze związaną z nim hipokryzją, z której bezlitośnie kpi. Jednocześnie zrywa pakt milczenia. Pokazuje, że w figurze „to nie my, to Niemcy” chodzi o polski udział w Zagładzie i o to, żeby nie stał się on przedmiotem dyskursu.

Grzeczny Polak – grzeczny Żyd

Aby zachować poczucie niewinności, trzeba możliwie głęboko ukryć fakt współpracy przy eksterminacji Żydów. Szczególnie zależało na tym ludziom o delikatniejszych sumieniach i wyższej kulturze. Perechodnik niejedno ma do powiedzenia o przedstawicielach polskiej inteligencji, z którymi stykał się ze względu na własne wykształcenie i pozycję:

Wszak każdy Polak miał choć jednego przyjaciela Żyda, który go prosił ze łzami w oczach o łaskę ulokowania rzeczy u niego. Wspaniałomyślnie zgadzano się, a jeśli Żyd okazał się grzecznym, to wyjechał do Treblinki i sprawa była wyjaśniona. Majątek się powiększał, sumienie czyste, tout va très bien.

Gorzej bywało, jeśli Żyd okazał się natrętnym, chciał żyć nadal i upominał się o swoje rzeczy. Zrozumiała rzecz, że nie warto oddać, wszak Żyd i tak wojny nie przeżyje; ani nie będzie mógł odwdzięczyć się po wojnie, ani też nie będzie mógł skarżyć ich przed sądem i rzucić jakikolwiek cień na ich nieskazitelne imię. Więc powiedzcie sami, ludzie, nie warto oddać, po prostu grzech przed Bogiem, my mu oddamy, przyjdą inni i zabiorą[14].

Powyższy fragment staje się zrozumiały w kontekście współudziału w eksterminacji. Żyd „bez rzeczy” traci szanse na przeżycie, bo choć bywają wyjątki, statystyka jest nieubłagana. Odmowa wydania pieniędzy lub przechowywanych przedmiotów oznacza wyrok. Nie o to jednak teraz chodzi. Ironia Perechodnika kieruje się bardziej na żądanie skierowane do samych Żydów: ci mają „grzecznie” odegrać przypisaną im rolę, i to w taki sposób, który nie będzie niepokoił polskiego sumienia. Powinni zniknąć, dyskretnie pozostawiając rzeczy polskim „przyjaciołom”, a winę – Niemcom.

Karykaturalnym przykładem takiego „grzecznego” przywłaszczenia jest panna Lusia. Perechodnik pisze o niej wyjątkowo zjadliwie:

Janek zwrócił się do panny Lusi, żeby oddała te 400 złotych oraz posiadane rzeczy ciotki. Przez gęsty las pięknych słówek nareszcie zrozumiał, że pieniądze ma przyjaciółka panny Lusi, która zakupiła słoninę, a że słonina spadła obecnie w cenie, to trzeba poczekać, że panna Lusia wszystko sama zawiezie do ciotki, zresztą wkrótce ją zabierze z Kołbieli do siebie, no i w ogóle, no i w szczególe... Ale krótko, ledwo co wydostał od niej znikomą część rzeczy i 100 złotych, a resztę? No przecież ona wszystko zwróci.

„Pani Czerno – pisała list do Kołbieli – ja wkrótce przyjadę po panią, tylko na razie niech mi pani nie przysyła ani Janka, ani Calka”. Na pewno przyjechałaby, a że w międzyczasie wywieziono Żydów z Kołbieli do Treblinki, to już trudno, widocznie było przeznaczone pannie Lusi otrzymać wyprawę gratisową od mojej ciotki.

Po sześciu tygodniach, jak jej zakomunikowałem o śmierci ciotki, biedaczka aż się rozpłakała. Polały się jej łzy, krokodyle łzy, ona tak chciała pomóc Czernie, zły los uprzedził ją, biedna Czerna, taka szlachetna kobieta.

I tym razem w milczeniu wysłuchałem jej płaczów. Ot, zwykła moralna kurwa, ale z manią udawania porządnego człowieka[15].

Sprawą milczenia Perechodnika w podobnych sytuacjach przyjdzie się jeszcze zająć osobno. Teraz ważniejsze jest samo poczucie niewinności. Panna Lusia przejmuje rzeczy jako przyjaciółka i – świadomie czy nie – aranżuje sytuację w sposób, który pozwala jej zachować ów status. Ironiczne „widocznie było przeznaczone pannie Lusi otrzymać wyprawę gratisową od mojej ciotki” ujawnia mechanizm przeniesienia sprawstwa na niesprecyzowany los, z którym nie ma się nic wspólnego, i jednocześnie ustanowienie prawa do dziedziczenia ze względu na przyjaźń, dobre stosunki oraz brak innych spadkobierców. Panna Lusia czuje się uprawniona do przejęcia rzeczy Czerny ze względu na życzliwość, jaką jej okazała.

Mechanizm ten występuje w modelowej postaci w innym fragmencie tekstu:

Znam Polaka, naszego lokatora Bujalskiego, który się uważa na sto procent za patriotę i porządnego człowieka. I rzeczywiście, jest porządnym człowiekiem, człowiekiem, któremu można bezwzględnie ufać i który prawdopodobnie jest jedynym lokatorem na terenie całej Polski, który w 1943 roku płaci część komornego swojemu gospodarzowi Żydowi. Otóż w rozmowie z moim ojcem odezwał się Bujalski w następujący sposób: „Tyle lat handlowałem z tym Żydem i pomyśl pan, nic do mnie nie wniósł na przechowanie. Zabrali go do Treblinki i co miał z tego? Tak to by mnie choć zostawił swoje towary, znaliśmy się tyle lat przecież”. Śliczne podzwonne, co?[16].

Nawet ktoś taki jak Bujalski wydaje się przekonany, że jego zachowanie względem Żydów to rodzaj ekscesu dobroci, przekraczającej granice moralnego obowiązku. Wyprowadza stąd wniosek, że Żyd ma dług do spłacenia, a jego powinnością jest wdzięczność. Milcząco zakładaną normą okazuje się dyskryminacja, od której ktoś uczynił wspaniałomyślnie wyjątek. W sposobie myślenia reprezentowanym przez Bujalskiego nie ma miejsca na refleksję nad związkiem owej normy z niemiecką machiną Zagłady. Śmierć Żydów nie wprowadza też żadnej poprawki ani w normę, ani w sposób jej widzenia i egzekwowania. Uczynienie wyjątku jest czymś tak istotnym i doniosłym, że zaniedbanie materialnych wyrazów wdzięczności okazuje się winą Żyda, nawet jeśli zaniedbania takiego dopuścił się in articulo mortis. Próby ratowania się przed wywózką nie są, jak widać, wystarczającym usprawiedliwieniem.

Uzasadnienia

Dochodzimy w ten sposób do sprawy uzasadnień Zagłady, którymi polska społeczność zareagowała na Szoa. „Ale zostawmy sprawy materialne – pisze Perechodnik – to są brudne sprawy, nie wypada w ogóle o nich mówić: pecunia olet. Zresztą skąd Żydzi wzięli ten majątek? A bo nie z ziemi polskiej..., nadszedł czas, zwrócili dług Polakom, wszystko jest w porządku, nie ma też o czym mówić”[17]. Znów ironia okazuje się podwójna. Z jednej strony jest wyraźnym przytoczeniem cudzej mowy: dla tych, którzy nie muszą walczyć o życie, pieniądze nie są najważniejsze. Mogą na nie patrzeć jak na rzecz przyziemną i niegodną uwagi człowieka na poziomie. Kiedy jednak pada pytanie „skąd Żydzi wzięli ten majątek?”, okazuje się, że nie powinni oni mówić o pieniądzach ze względu na domniemaną krzywdę wyrządzoną Polakom oraz związaną z tym winę. Pretensje o rabunek byłyby w takiej sytuacji wysoce niestosowne. Dyskretne milczenie otaczające majątkowy wymiar Zagłady jest zatem ukłonem w stronę samych Żydów i jako szlachetny gest umacnia polskie poczucie niewinności.

W innym miejscu z goryczą, ale już bez ironii, Perechodnik mówi o tej postawie wprost:

W trzy miesiące po rozpoczęciu akcji w Warszawie, w październiku 1942 roku, ukazał się artykuł w „Biuletynie Informacyjnym”, tygodniku Polskich Sił Zbrojnych Krajowych. Artykuł omawiający wysiedlenie Żydów, podkreślający wandalizm Niemców, ładnymi słowami litujący się nad tragedią Żydostwa, a w konkluzji dochodzący do następującego wniosku: najlepszej warstwie Żydów, którzy przed wojną nie chcieli pasożytować na cudzym organizmie i wyemigrowali do Palestyny, przeznaczone było żyć, reszta narodu zginęła. Jak widzimy, Polskie Siły Zbrojne nadal stały na stanowisku, że Żydzi w Polsce tworzyli przed wojną element pasożytniczy, a nie element twórczy, współobywatelski, i specjalnie się nie litowały nad ich zgubą ani też czynnie nie wystąpiły w jej obronie[18].

Ten rodzaj świadomości daje o sobie znać w różnych wariantach. Wyraźnie widać, że mamy do czynienia z matrycą, która produkuje serie podobnych wypowiedzi. Weźmy taki przykład – Perechodnik relacjonuje wizytę u pani Lidii, dentystki:

Przypominam sobie, że w swoim czasie miała z ojcem zatarg o komorne. [...] „Widzi pan, panie Calku, to że siostra pańska Rachela zginęła, stało się tylko dlatego, że fałszywie przeciwko mnie przysięgała w sądzie. Słuszna kara Boża spotkała ją za to”. Tu już otwieram szeroko oczy, czuję, jak oblewam się zimnym potem, nareszcie mam odpowiedź, dlaczego siostra moja zginęła. Za to, że była świadkiem w sprawie różnicy 10 albo 20 złotych komornego miesięcznie, dlatego że była świadkiem przeciwnej strony, powinna była zginąć i to za „słuszną karą Bożą”. [...] I tego w milczeniu wysłuchałem[19].

Jak widać, przekonanie o winie Żydów jako grupy i poszczególnych Żydów jako jednostek jest tak silne, że pozostaje niezachwiane nawet w obliczu masakry. Ważniejsza jest jednak relacja, którą między Polakami a Żydami zwracającymi się o pomoc wytwarza przekonanie o żydowskiej winie. Życzliwość okazuje się aktem wspaniałomyślności i potwierdza moralną wyższość tych, którzy doznali krzywd od Żydów.

„Żywe trupy”

Wykluczenie daje o sobie znać w szczególnym stosunku do Żydów – zarówno żywych, jak i umarłych. Z likwidacji getta w Otwocku Perechodnikowi utkwił w pamięci obraz Polaków rabujących opustoszałe domy:

Czasami potykają się o ciepłe jeszcze trupy, ale nie szkodzi. Nad trupami ludzie biją się, jeden drugiemu wyrywa poduszkę czy też garnitur. A trup? No, jak trup – leży spokojnie, nic nie mówi, nikomu nie przeszkadza i nikomu się nie przyśni! To i sumienie mają Polacy czyste. „Myśmy ich nie zabili, jak my nie weźmiemy, to wezmą Szwaby”[20].

Ciało umarłego, zwyczajowo otaczane szacunkiem, w przypadku trupa żydowskiego staje się przedmiotem bez znaczenia. Nie zwraca się na nie uwagi, jego obecność nie wprowadza korekty w kolektywne działania ani nie budzi wyrzutów sumienia.

Szybko okazuje się, że także ci, którym udało się przeżyć likwidację getta, zyskują status podobny do umarłych. Nie tylko uznaje się ich za żywych jedynie tymczasowo, ale i traktuje podobnie jak trupy w getcie. Postawa ta ma wiele odcieni. Zacznijmy od najłagodniejszych. Pani Lidia mówi Perechodnikowi: „«Muszę z panem dobrze żyć, ojciec pański jest już stary, chyba niedługo pociągnie, a po wojnie pan będzie gospodarzem, muszę więc z panem dobrze żyć». Jak to weszło mi w zwyczaj, wysłuchuję w milczeniu, jak z lekkim sercem chowa do ziemi żyjącego mego ojca”[21]. Równie lekko przychodzi pani Lidii pogodzić się ze śmiercią siostry Perechodnika – przecież zawiniła w stosunku do niej, podobnie jak ojciec. Żydowska wina sprawia, że sprawiedliwy wyrok jest tylko kwestią czasu.

 

Nad wyrokiem tym nazbyt łatwo przeszli do porządku i inni. Perechodnik zauważa, że „prawie wszyscy koledzy mieli u swoich przyjaciół Polaków ulokowane rzeczy i pieniądze, później okazało się, że w 90 procentach stracili wszystko”[22]. Wyjaśnienie tego stanu rzeczy jest brutalne. Przy okazji sprawy Alchimowicza, kapitana wojsk polskich i komornika sądu grodzkiego, który przywłaszczył sobie część przechowywanych przedmiotów, pada komentarz: „Widocznie dusza ludzka inaczej reaguje w obecności człowieka żyjącego i inaczej, jak ma do czynienia z żywymi trupami”. Alchimowicz zachowuje się z wyraźnym poczuciem wyższości w stosunku do dawnych żydowskich znajomych, których traktuje jak naprzykrzających się petentów. Perechodnik radzi ojcu,

żeby mu nawet nie powiedział, że czegoś brakuje [w zwróconych przez niego rzeczach – T.Ż.], bo ten wielki pan obrazi się i w ogóle nie będzie chciał [rozmawiać – T.Ż.] nawet przez próg mieszkania. Tylko udając, że wszystko jest w porządku, niech ojciec zażąda swego spodu futrzanego [...]. Alchimowicz bynajmniej nie zaprzeczył, że posiada ojca spód, ale go zwróci dopiero na wiosnę, bo przez zimę żona go nosi, a wszak u niego „nie ma przechowalni”. [...] Alchimowicz doskonale wiedział, że ojciec na wiosnę nie odważy się przyjechać do Otwocka[23].

Motyw podobnej gry na zwłokę z nadzieją, że z czasem stanie się przecież to, co musi się stać, pojawia się w Spowiedzi wielokrotnie.

Ważne jest jednak przede wszystkim to, że zarówno Alchimowicz, jak i Perechodnikowie doskonale zdają sobie sprawę z relacji władzy, które wytworzyły się między nimi. Pierwszy wie, że może pozwolić sobie właściwie na wszystko, i jeśli nie wyrzuci Żydów za drzwi, okaże się aż nadto uczciwym i łaskawym człowiekiem; Perechodnik jest świadomy, że nie ma żadnych praw, musi znosić wszystko w milczeniu i udawać wdzięczność.

Kiedy raz przyjęte zostało założenie, że śmierć czeka Żyda prędzej czy później, lojalność wobec „żywego trupa” okazuje się nonsensem. Przywołajmy cytowane już ironiczne zdanie: „Powiedzcie sami, ludzie, nie warto oddać, po prostu grzech przed Bogiem, my mu oddamy, przyjdą inni i zabiorą”[24]. Norma, której obowiązywanie czują wszyscy uczestnicy zdarzeń, uwalnia od odpowiedzialności – wina jest w końcu zawsze niemiecka. Jednocześnie polskie przekonanie, że nikt się nie uratuje, ułatwia nazistom zadanie, jest jednym z czynników, które uszczelniają mury. Żydzi, traktowani jak „żywe trupy”, rzeczywiście się nimi stają. Systematycznie okradani tracą szanse na przeżycie, dzieje się jednak coś więcej. Stają się niewidoczni i nieistotni, jak trupy z otwockiego getta.

„Nie wolno uogólniać”

W polskiej świadomości zbiorowej Żydów traktuje się jako grupę właściwie monolityczną. Przekonanie o istnieniu jednolitego, niezmiennego przez pokolenia charakteru narodowego i zbiorowej odpowiedzialności jest fundamentem przywoływanych wyżej uzasadnień. Polska społeczność to także naród, ale mówi się o niej inaczej. Czyny, które mącą obraz wspólnoty, są zaledwie marginesem. Zła dopuszczają się ludzie, których nie wolno identyfikować z polskością. Stąd powtarzające się do znudzenia jeszcze dziś roztrząsania, czy zbrodnie lub niegodziwości Polaków wobec żydowskich współobywateli obciążają naród, czy też nie. Koronny argument w tych sporach to figura „nie wolno uogólniać”. Sugeruje ona, że przypadki indywidualne nie dają podstaw do wyrokowania o narodzie, czymkolwiek by on był.

Perechodnik zna ten mechanizm. We fragmencie, który – jak sam to określa – ma „scharakteryzować stosunek Polaków do Żydów”, kwituje go ironicznym komentarzem. Po opisie rabunków i wyłapywania uciekinierów z getta stwierdza:

Czy należy stąd wyciągać wniosek co do ogółu? Czy należy wykonać statystykę dobrych uczynków w porównaniu ze złymi? Nie, to nie jest ważne. Toć sam Najwyższy Bóg zajął stanowisko w Starym Testamencie, że jeśli w mieście okaże się dziesięciu sprawiedliwych, to miasta nie zburzy. Prawdopodobnie i w Warszawie znajdzie się również dziesięciu sprawiedliwych i chyba w każdym innym mieście też się tylu znajdzie, tak że ludność polska może spokojnie spać po nocach, nic im nie grozi, a ten, co zrabował, to ma i będzie mieć nadal[25].

Ironiczny przeskok od abstrakcyjnych rozważań moralnych do spraw merkantylnych ujawnia rolę zakazu uogólnień: rabunek ma pozostać w cieniu, poza możliwością sproblematyzowania i wypowiedzenia. Istnienie „sprawiedliwych” kończy namysł, zanim ktokolwiek zdąży postawić pierwsze pytanie. Gdyby fakty ujrzały światło dzienne, „sprawiedliwi” okażą się cudowną bronią wspólnoty. Ich przywołanie automatycznie rozwiązuje problem. Naród ma się z kim fantazmatycznie utożsamić[26] i za kim schować. Na oskarżenia zareaguje – jak to się wielokrotnie zdarzało – moralnym oburzeniem.

Wariantem tej samej figury jest zrzucenie odpowiedzialności na tak zwany motłoch. Opis zajść przy likwidacji getta został opatrzony komentarzem: „Tak zareagował motłoch, ale ostatecznie co będziemy mówić o niższych sferach, a że w Polsce 50 procent ludności należy do niższych sfer, to już trudno”[27]. Perechodnik zdaje sobie sprawę, że dyskwalifikujące określenie „motłoch” ma przede wszystkim usunąć sprawców z obrębu narodu. Wie także, że w całej sprawie liczą się nie ofiary, czyli Żydzi, ale wizerunek narodu polskiego, który ma pozostać nieskalany, aby uniemożliwić przemyślenie i nazwanie tego, co się wydarzyło. Dlatego ironicznie zaznacza, że o „motłochu” nie warto rozmawiać. Rzeczywiste liczby i proporcje nie grają roli, podobnie jak rzeczywiste postawy grup społecznych. Perechodnik zetknął się w czasie okupacji z przedstawicielami wszystkich klas i wielokrotnie zauważa, że stosunek do Żydów nie zależał od pozycji w hierarchii społecznej.

Zakaz uogólniania i związane z nim ujęcie Zagłady w kategoriach „moralnej postawy narodu” nie pozwala zadać pytania o reguły społecznych zachowań, a więc o charakterystyczne cechy polskiej kultury. Perechodnik nie używa określenia „kultura” ani „wzór kultury”, nie mógł ich przecież znać w sensie, jaki nadały im dwudziestowieczne nauki społeczne. Mówi jednak dwukrotnie o „warunkach klimatycznych”[28]. Chodzi najpewniej (Perechodnik studiował we Francji) o kalkę francuskiego zwrotu l’air du pays, który oznacza klimat, ale i atmosferę kraju, rodzaj powietrza, którym się w nim oddycha. Te warunki – zakorzenione w kulturze reguły życia społecznego – sprawiają, zdaniem Perechodnika, że nazistom udało się przeprowadzić w Polsce to, co wydawało się nie do pomyślenia.

Komentarz do tekstu Spowiedzi dopisało życie, a właściwie dynamika polskiego dyskursu o Zagładzie. Zakaz uogólniania obowiązuje, co więcej, zyskał sankcję prawną. W artykule 55a ustawy z 18 października 2006 roku o ujawnianiu informacji o dokumentach organów bezpieczeństwa państwa z lat 1944–1990 oraz treści tych dokumentów czytamy: „Kto publicznie pomawia Naród Polski o udział, organizowanie lub odpowiedzialność za zbrodnie komunistyczne lub nazistowskie, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3”[29]. Podobny zapis powtórzył się w nowelizacji ustawy o IPN z 2018 roku, o której piszę we wstępie.

„Nauczyłem się milczeć”

W Spowiedzi wielokrotnie powraca fraza: „nauczyłem się milczeć”. Perechodnik kwituje w ten sposób wypowiedzi, które realizują polskie schematy postrzegania Zagłady. Milczenie jest częścią rytuału. Oznacza podwójną zgodę: na to, co się dzieje, i na to, jak się o tym mówi. Potwierdza uczestnictwo w grze, której zasady narzuciła większość.

Inne książki tego autora