Zmienić świat raz jeszczeTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wszech­ogar­nia­jąca scena

Droga od natury do poli­tyki, którą prze­śle­dzi­li­śmy na przy­kła­dzie koro­na­wi­rusa, nie powinna nas dzi­wić – dziwny jest raczej nasz bez­tro­ski sto­su­nek do tych spraw. W wielu kul­tu­rach ist­nieją słowa, które mają przy­po­mi­nać, że „wszystko jest ze sobą połą­czone”, i poma­gać dostrze­gać te połą­cze­nia82. Nie ina­czej jest ze współ­cze­sną kul­turą zachod­nią: cią­gle mówimy o sie­ciach, efek­tach motyla i tym podob­nych zja­wi­skach – do tego stop­nia, że ule­gły one zba­na­li­zo­wa­niu. A jed­nak, gdy przy­cho­dzi do roz­mowy o rze­czach naj­wyż­szej wagi, jak kry­zys kli­ma­tyczny, na­dal mamy kło­pot ze zro­zu­mie­niem splą­ta­nia natury i poli­tyki. Z poli­tyczną rolą przy­rody i przy­rod­ni­czą rolą poli­tyki. Dys­ku­sja o COVID-19 może się szybko prze­mie­nić w dys­ku­sję o sys­te­mie podat­ko­wym, a debata o stę­że­niu dwu­tlenku węgla w atmos­fe­rze przejść w spór o finan­so­wa­nie trans­portu publicz­nego. To nie żadne mie­sza­nie tema­tów, ale reali­styczna ocena związ­ków natury i poli­tyki.

W przy­padku koro­na­wi­rusa poli­tyczna reflek­sja nad kształ­tem naszych spo­łe­czeństw przy­szła po szko­dzie. Pyta­nie, jak będzie z nad­cią­ga­jącą kata­strofą kli­ma­tyczną. Pocze­kamy, aż dotych­cza­sowy sys­tem zała­mie się cał­ko­wi­cie, i wtedy zaczniemy gorącz­kowo rato­wać, co się da? Czy może zaczniemy dzia­łać już teraz, mając na uwa­dze zasadę „3 x poli­tyka”? Pamię­tajmy, że kry­zys kli­ma­tyczny nie jest tylko kolej­nym pro­ble­mem, który należy dopi­sać do listy kło­po­tów współ­cze­snego świata. Jak pisze Wal­lace-Wells, jest on raczej „wszech­ogar­nia­jącą sceną”83, na któ­rej będziemy musieli radzić sobie ze wszyst­kimi innymi kło­po­tami: od kolej­nych pan­de­mii przez nie­do­fi­nan­so­wany sys­tem opieki zdro­wot­nej po napię­cia na tle naro­do­wo­ścio­wym. Wszyst­kie te trud­no­ści będą się poja­wiały w kon­tek­ście coraz bar­dziej roz­grza­nej pla­nety.

Jak widzie­li­śmy na przy­kła­dzie „Finan­cial Timesa”, pan­de­mia koro­na­wi­rusa pomo­gła uświa­do­mić – przy­naj­mniej czę­ści z nas – że potrze­bu­jemy zmian. Samo uświa­da­mia­nie sobie pro­ble­mów to jed­nak za mało. Trzeba jesz­cze zamie­nić te prze­my­śle­nia na kon­kretne dzia­ła­nia. Kto ma tego doko­nać? Kan­dy­da­tur jest kilka. Przyj­rzyjmy się im.

Roz­dział 2

Greta Thun­berg ma rację

Dwu­dzie­stego trze­ciego wrze­śnia 2019 roku uwaga mediów sku­piła się na nasto­latce. To nie­co­dzienny przy­pa­dek, tym bar­dziej że nie była to aktorka, pio­sen­karka czy spor­t­smenka, lecz akty­wistka spo­łeczna – szes­na­sto­let­nia Greta Thun­berg, która na szczy­cie ONZ wygło­siła poli­tyczny mani­fest skie­ro­wany do poli­ty­ków i moż­nych tego świata.

Młoda Szwedka cie­szyła się popu­lar­no­ścią już wcze­śniej, ale żadne z jej dotych­cza­so­wych wystą­pień nie wzbu­dziło aż takiego zain­te­re­so­wa­nia. Trzeba przy­znać, że było ono nie­ty­powe. Thun­berg ze łzami w oczach grzmiała na świa­to­wych lide­rów: „Jeste­śmy na progu maso­wej zagłady, a wy potra­fi­cie roz­ma­wiać tylko o pie­nią­dzach i opo­wia­dać bajki o nie­skoń­czo­nym wzro­ście gospo­dar­czym. Jak śmie­cie!”84. Decy­denci rzadko sły­szą takie poła­janki na ofi­cjal­nych spo­tka­niach, nic zatem dziw­nego, że prze­mowa Thun­berg zro­biła furorę. Wystą­pie­nie odbiło się echem nie tylko w tra­dy­cyj­nych mediach, ale także na Face­bo­oku i Twit­te­rze. Ludzie spie­rali się o ocenę słów Szwedki z zawzię­to­ścią wyjąt­kową nawet jak na te plat­formy, które nie słyną prze­cież ze spo­koj­nych debat.

Ogól­nie rzecz bio­rąc, deba­tu­jący podzie­lili się na trzy obozy. W pierw­szym zna­leźli się ludzie, któ­rzy gorąco popie­rali prze­sła­nie Thun­berg i cie­szyli się, że ktoś nazywa rze­czy po imie­niu. Tak, nad­ciąga kata­strofa kli­ma­tyczna, a dzia­ła­nia poli­ty­ków są zbyt opie­szałe. Greta mówi, jak jest! W dru­gim obo­zie zna­leźli się tra­dy­cyjni nega­cjo­ni­ści kli­ma­tyczni. Ludzie, któ­rzy albo nie wie­rzą w glo­balne ocie­ple­nie, albo uwa­żają, że zacho­dzi ono nie­za­leż­nie od ludz­kich dzia­łań. Zawsze reagują oni ner­wowo na akty­wi­stów kli­ma­tycz­nych i kli­ma­to­lo­gów, a młoda Szwedka zdaje się wzbu­dzać w nich szcze­gólną agre­sję. W skraj­nych przy­pad­kach ataki na nią przy­bie­rają skan­da­liczną formę, na przy­kład jedna z kana­dyj­skich firm ener­ge­tycz­nych posu­nęła się do roz­po­wszech­nia­nia rysun­ków przed­sta­wia­ją­cych gwałt na Thun­berg85. W dys­ku­sji wyło­nił się jesz­cze trzeci obóz, scep­tyczny wobec wystą­pie­nia i dzia­łal­no­ści szwedz­kiej akty­wistki, ale odci­na­jący się od nega­cjo­ni­stów kli­ma­tycz­nych oraz obrzy­dli­wych ata­ków na nasto­latkę.

Argu­menty przed­sta­wi­cieli tego ostat­niego obozu wydają się na pierw­szy rzut oka roz­sądne. Zmiana kli­matu to zagro­że­nie na nie­spo­ty­kaną wcze­śniej skalę, które cha­rak­te­ry­zuje się ogrom­nym stop­niem zło­żo­no­ści – prze­ko­nują. W czym może pomóc roz­e­mo­cjo­no­wana nasto­latka? Czy to nie jest raczej zada­nie dla eks­per­tów? Dla ludzi, któ­rzy zamiast dawać barwne wystą­pie­nia medialne, przy­stą­pią spo­koj­nie do pracy, żeby dzięki żmud­nym bada­niom i nego­cja­cjom wypra­co­wać sku­teczne roz­wią­za­nie? To nie są głu­pie pyta­nia. Nakie­ro­wują one bowiem w stronę zasad­ni­czego dyle­matu, który wykra­cza dalece poza dzia­łal­ność Thun­berg. Jak chcemy sobie pora­dzić z kry­zy­sem kli­ma­tycz­nym? Na zimno, w gro­nie poli­ty­ków i eks­per­tów, któ­rzy będą podej­mo­wać odpo­wie­dzialne decy­zje w ramach „doro­słych” nego­cja­cji, czy na gorąco – dopusz­cza­jąc do roz­mowy przed­sta­wi­cieli ruchów spo­łecz­nych, któ­rzy zachę­cają oby­wa­teli do emo­cjo­nal­nego zaan­ga­żo­wa­nia w dzia­ła­nia na rzecz kli­matu?

Eks­perci na ratu­nek?

Kilka mie­sięcy po szczy­cie ONZ w podob­nym tonie co przed­sta­wi­ciele trze­ciego obozu wypo­wie­dział się Ted Nor­dhaus, pisarz i dzia­łacz śro­do­wi­skowy. Prze­ko­ny­wał, że zarówno Donald Trump (sły­nący ze swego nega­cjo­ni­zmu), jak i Thun­berg nie są odpo­wie­dzią na kry­zys kli­ma­tyczny, a wybór mię­dzy nimi jest fał­szywy. Jak pisał Nor­dhaus dla „The Wall Street Jour­nal”:

Z dala od nagłów­ków pra­so­wych i mediów spo­łecz­no­ścio­wych, w któ­rych wal­czą ze sobą Greta Thun­berg, Donald Trump i inter­ne­towe armie „alar­mi­stów” oraz „nega­cjo­ni­stów” kli­ma­tycz­nych, toczy się praw­dziwa debata na temat kli­matu w cza­so­pi­smach nauko­wych, na kon­fe­ren­cjach, a cza­sami nawet w salach kon­gresu86.

W tym samym tek­ście Nor­dhaus suge­ro­wał, że podej­ście repre­zen­to­wane przez Thun­berg jest uto­pijne, a przez to nie­bez­pieczne. Jego zda­niem potrze­bu­jemy raczej spo­koj­nych, eks­perc­kich reform niż nagłej rewo­lu­cji spo­łeczno-gospo­dar­czej.

Czy nie jest to naj­roz­sąd­niej­sze sta­no­wi­sko w całej tej burz­li­wej dys­ku­sji? Czy nie powin­ni­śmy sta­nąć gdzieś pomię­dzy nega­cjo­ni­stami zaprze­cza­ją­cymi zagro­że­niu a alar­mi­stami, któ­rzy doma­gają się rewo­lu­cji spo­łecz­nej? Odpo­wiedź na oba pyta­nia jest pro­sta: nie. Zanim wyja­śnię, dla­czego tak sądzę, chcę powie­dzieć wprost, bez żad­nych nie­do­po­wie­dzeń, że jeśli mamy pora­dzić sobie z kry­zy­sem kli­ma­tycz­nym, musimy słu­chać eks­per­tów od kli­matu. To dzięki nim wiemy o zagro­że­niu, znamy jego skalę i przy­czyny. Thun­berg nie roz­po­czę­łaby swo­jej dzia­łal­no­ści akty­wi­stycz­nej, gdyby wcze­śniej nie prze­czy­tała tek­stów opie­ra­ją­cych się na usta­le­niach bada­czy i bada­czek kli­matu. Na tym nie koń­czy się rola naukow­ców zaj­mu­ją­cych się glo­bal­nym ocie­ple­niem. Jeśli chcemy obni­żyć nasze emi­sje i pora­dzić sobie z kry­zy­sem kli­ma­tycz­nym, potrze­bu­jemy spe­cja­li­stów, któ­rzy powie­dzą nam, jakie źró­dła ener­gii dzia­łają naj­le­piej, jakie są ich koszty, jakie będą krótko i dłu­go­ter­mi­nowe efekty ich zasto­so­wa­nia itd. Nauka to jedno z naj­więk­szych osią­gnięć ludz­ko­ści, a lek­ce­wa­że­nie wie­dzy eks­perc­kiej zawsze jest lek­ko­myśl­no­ścią – w przy­padku tak poważ­nego zagro­że­nia jak zmiana kli­matu byłoby to szcze­gól­nie głu­pie.

Mimo to Nor­dhaus myli się, gdy pró­buje wpro­wa­dzić podział na „fał­szywą debatę”, w któ­rej biorą udział Thun­berg i Trump – czyli w domy­śle osoby medialne, ale pozba­wione kom­pe­ten­cji – i „praw­dziwą debatę”, w któ­rej biorą udział eks­perci. Dla­czego? Przede wszyst­kim, jeżeli chcemy na poważ­nie roz­ma­wiać o argu­men­cie „Potrze­bu­jemy w deba­cie na temat kli­matu mery­to­rycz­nych eks­per­tów, a nie roz­e­mo­cjo­no­wa­nych nasto­la­tek”, to powin­ni­śmy zadać sobie dwa pyta­nia. Po pierw­sze: o jakich eks­per­tach dokład­nie mówimy? Po dru­gie: o jakiej deba­cie dokład­nie mówimy? Zacznijmy od eks­per­tów.

Słowo „eks­pert” pada czę­sto w trak­cie roz­mów na temat kry­zysu kli­ma­tycz­nego. Sam uży­wam go nie­ustan­nie w tej książce. Powin­ni­śmy mieć jed­nak świa­do­mość wie­lo­znacz­no­ści tego słowa, już choćby dla­tego, że może ono być wyko­rzy­sty­wane do for­so­wa­nia poglą­dów sprzecz­nych z kon­sen­su­sem kli­ma­to­lo­gów. To tak jak ze sło­wem „nauko­wiec”. Z pew­no­ścią spo­tka­li­ście się przy­naj­mniej raz z donie­sie­niami typu „Lista 500 naukow­ców: kry­zys kli­ma­tyczny nie ist­nieje”87. Wła­śnie taka infor­ma­cja zaczęła krą­żyć po mediach i inter­ne­cie na prze­ło­mie wrze­śnia i paź­dzier­nika 2019 roku. Brzmi poważ­nie, prawda? Tym bar­dziej że wielu sygna­ta­riu­szy listu rze­czy­wi­ście ma tytuły naukowe. Warto jed­nak spraw­dzić, z jakiej dzie­dziny. Jakub Wiech poka­zał zgrab­nie na Twit­te­rze, czym dokład­nie zaj­muje się część osób pod­pi­sa­nych pod listem: bio­log, filo­zof nauki, aku­styk, geo­log…88 Żeby było jasne – mowa o poważ­nych dys­cy­pli­nach wie­dzy, ale to nie zmie­nia faktu, że sygna­ta­riu­szami listu są ludzie, któ­rzy nie zaj­mują się zawo­dowo bada­niem kli­matu. To tak jakby posa­dzić w stu­diu fizyczkę atmos­fery, która ma wie­lo­let­nie doświad­cze­nie w spra­wach glo­bal­nego ocie­ple­nia, oraz eko­no­mi­stę, który się na tym nie zna, i przed­sta­wić ich debatę jako spór naukow­ców w spra­wie wystę­po­wa­nia zmiany kli­matu. Jeżeli dys­ku­sja doty­czy tego, czy glo­balne ocie­ple­nie ist­nieje, to eko­no­mi­sta nie jest naj­lep­szym part­ne­rem dla fizyczki atmos­fery.

 

Nega­cjo­ni­ści chęt­nie się­gają po tę sztuczkę. W 2017 roku Hear­tland Insti­tute, kon­ser­wa­tywny THINK TANK, roze­słał do trzy­stu tysięcy ame­ry­kań­skich nauczy­cieli pod­ręcz­nik zaty­tu­ło­wany Dla­czego naukowcy nie zga­dzają się na temat glo­bal­nego ocie­ple­nia? Na pozór pro­fe­sjo­nalna i wia­ry­godna publi­ka­cja, ale w rze­czy­wi­sto­ści Hear­tland Insti­tute jest znany ze swo­ich anty­nau­ko­wych tez na temat kli­matu. Wśród auto­rów pod­ręcz­nika zna­lazł się mię­dzy innymi były pra­cow­nik firmy węglo­wej, mający dok­to­rat z geo­gra­fii. Jest on przed­sta­wiany w książce jako autor rapor­tów dla Non­go­vern­men­tal Inter­na­tio­nal Panel on Cli­mate Change (NIPCC). Nazwa o tyle zna­cząca, że przy­po­mina Inter­go­vern­men­tal Panel on Cli­mate Change (IPCC). Róż­nica polega na tym, że ta druga orga­ni­za­cja działa przy ONZ i zrze­sza spe­cja­li­stów od kli­matu z całego świata, ta pierw­sza jest spon­so­ro­wana przez ten sam Hear­tland Insti­tute, który wydał pod­ręcz­nik89. Przy­po­mina to mar­ke­tin­gowe sztuczki firm, które pod­szy­wają się pod zna­nych pro­du­cen­tów, two­rząc podobne do nich nazwy – „numa” zamiast „puma” czy „odidoss” zamiast „adi­das”. Bądź­cie więc czujni, gdy sły­szy­cie, że naukowcy spie­rają się na temat glo­bal­nego ocie­ple­nia.

Podobną ostroż­ność należy zacho­wać wobec słowa „eks­pert”. Może ono ozna­czać rów­nie dobrze doświad­czoną kli­ma­to­lożkę, co spe­cja­li­stę od lob­bingu w fir­mie pali­wo­wej. Obie osoby są eks­pertami w zakre­sie cze­goś, ale to jesz­cze nie zna­czy, że mają takie same kom­pe­ten­cje do roz­pra­wia­nia na temat przy­czyn i skut­ków zmiany kli­matu. Za nie­win­nym zda­niem: „Zostawmy pro­blem eks­pertom” kryje się nie­bez­pie­czeń­stwo usta­la­nia roz­wią­zań kli­ma­tycz­nych za zamknię­tymi drzwiami – nie tylko przez osoby, które są spe­cja­li­stami od kli­matu, ale także przez takie, które spe­cja­li­zują się w uchwa­la­niu prawa korzyst­nego dla wiel­kich kor­po­ra­cji, nie­ko­niecz­nie zaś dla zwy­kłych oby­wa­teli. Ludzie wzy­wa­jący, aby dys­ku­sję toczyli eks­perci, a nie roz­e­mo­cjo­no­wane nasto­latki, bywają nie­po­ko­jąco ogól­ni­kowi w tej spra­wie. Nie ina­czej jest z Nor­dhau­sem – nie wyja­śnia on, kto dokład­nie bie­rze udział w tej „praw­dzi­wej deba­cie”, którą tak zachwala, i kto dokład­nie miałby podej­mo­wać wią­żące decy­zje. Ist­nieją więc uza­sad­nione obawy, że „zda­jąc się na eks­pertów”, oddamy całą ini­cja­tywę ludziom, któ­rzy nie mają ani wystar­cza­ją­cej wie­dzy kli­ma­to­lo­gicz­nej do roz­pra­wia­nia o nauko­wych pod­sta­wach glo­bal­nego ocie­ple­nia, ani wystar­cza­ją­cych upraw­nień demo­kra­tycz­nych do podej­mo­wa­nia decy­zji, które zde­ter­mi­nują przy­szłość całej ludz­ko­ści.

No dobrze, powin­ni­śmy uwa­żać na aku­sty­ków uda­ją­cych kli­ma­to­lo­gów lub lob­by­stów uda­ją­cych naukow­ców, ale co z Thun­berg i innymi akty­wi­stami? Mia­łem poka­zać, czemu Nor­dhaus nie­słusz­nie wyklu­cza takie osoby z „praw­dzi­wej debaty” o kli­ma­cie, a piszę tak, jak­bym sam chciał wyklu­czyć z niej jesz­cze wię­cej ludzi, włącz­nie ze mną samym, wszak rów­nież nie jestem kli­ma­to­lo­giem. Spie­szę z wyja­śnie­niem, że nie twier­dzę, iż tylko spe­cja­li­ści od kli­matu mają prawo wypo­wia­dać się na temat glo­bal­nego ocie­ple­nia. Cho­dzi po pro­stu o uświa­do­mie­nie sobie nie­bez­pie­czeństw zwią­za­nych z ogól­ni­ko­wymi wezwa­niami do zaufa­nia eks­per­tom. Co się tyczy udziału w deba­cie na temat kli­matu – tego, kto ma prawo zabie­rać w niej głos – musimy przejść do dru­giego z zapro­po­no­wa­nych przeze mnie pytań. Tak jak pyta­li­śmy, o jakich eks­per­tach dokład­nie mowa, tak też powin­ni­śmy pytać, o jaką kon­kret­nie debatę nam cho­dzi.

Demo­kra­tyczna debata

Thun­berg nie dys­ku­tuje z kli­ma­to­lo­gami na temat ich badań. W tym sen­sie nawet nie chce być czę­ścią debaty nauko­wej doty­czą­cej kli­matu – po pro­stu akcep­tuje jej wynik i stara się wycią­gnąć z niej poli­tyczne kon­se­kwen­cje. Wąt­pli­wo­ści można mieć w odnie­sie­niu do jej scep­tycz­nego sta­no­wi­ska na temat ener­gii ato­mo­wej, ale nie w kwe­stii tego, co młoda Szwedka mówi o samym zagro­że­niu, jakie nie­sie za sobą glo­balne ocie­ple­nie. Podobny sto­su­nek do docie­kań kli­ma­to­lo­gów ma więk­szość akty­wi­stów. Nie sta­no­wią oni dla nich żad­nej kon­ku­ren­cji, nie sta­wiają się nawet w roli part­nera do dys­ku­sji o nauko­wych pod­sta­wach naszej wie­dzy kli­ma­tycz­nej, jeśli już, to odgry­wają rolę kogoś w rodzaju popu­la­ry­za­to­rów nauki. Ist­nieje pod­sta­wowa róż­nica mię­dzy taką postawą a próbą pod­wa­że­nia odkryć kli­ma­to­lo­gicz­nych przez osoby, które nie są spe­cja­li­stami w tej kon­kret­nej dzie­dzi­nie wie­dzy, tak jak to robią Hear­tland Insti­tute i inni nega­cjo­ni­ści.

Jed­no­cze­śnie debata na temat kli­matu wykra­cza poza ści­śle naukowe czy tech­niczne dys­ku­sje o kon­se­kwen­cjach emi­sji gazów cie­plar­nia­nych. Odpo­wiedź na pyta­nie: „To w końcu słu­chać tylko wąskiej grupki eks­per­tów od kli­matu czy może szer­szej grupy osób, w tym Thun­berg?”, zależy więc od tego, o jakim dokład­nie aspek­cie pro­blemu roz­ma­wiamy. „Debata na temat kli­matu” może ozna­czać zarówno debatę na temat samego wystę­po­wa­nia zja­wi­ska glo­bal­nego ocie­ple­nia, jak i debatę na temat tego, jak nasze spo­łe­czeń­stwa powinny zare­ago­wać na kli­ma­tyczne zagro­że­nia. W tym pierw­szym przy­padku należy zdać się na kli­ma­to­lo­gów, w tym dru­gim liczba uczest­ni­ków dys­ku­sji jest zde­cy­do­wa­nie więk­sza i nie ma żad­nego powodu wyklu­czać z niej czy spy­chać na mar­gi­nes akty­wi­stów spo­łecz­nych.

Mały eks­pe­ry­ment myślowy pomoże nam to lepiej zro­zu­mieć. Wyobraź­cie sobie, że znaj­du­je­cie się w pomiesz­cze­niu z dzie­się­cioma oso­bami: jed­nym leka­rzem i dzie­wię­cioma poli­to­lo­gami (albo dzie­wię­cioma aku­sty­kami, albo dzie­wię­cioma szwedz­kimi nasto­lat­kami – bez róż­nicy). Nagle zasła­bli­ście i potrze­bu­je­cie pomocy. Co zro­bi­cie? Posłu­cha­cie opi­nii leka­rza czy stwier­dzi­cie, że trzeba prze­pro­wa­dzić debatę, a następ­nie demo­kra­tyczne gło­so­wa­nie z udzia­łem wszyst­kich dzie­się­ciu osób na temat tego, jak postą­pić? Więk­szość ludzi wybie­rze bez waha­nia opcję numer jeden. Posłu­chamy opi­nii czło­wieka, który ma wie­dzę na temat zdro­wia, a nie pozba­wio­nej odpo­wied­nich kom­pe­ten­cji więk­szo­ści.

A teraz wyobraź­cie sobie, że w sali znaj­duje się jeden poli­to­log i dzie­wię­ciu leka­rzy, do pod­ję­cia mają zaś decy­zję poli­tyczną. Na przy­kład, czy ich pań­stwo ma przy­stą­pić do Mię­dzy­na­ro­do­wego Soju­szu Kli­ma­tycz­nego za cenę zrze­cze­nia się czę­ści naro­do­wej suwe­ren­no­ści. Przy­pu­śćmy, że wszyst­kie osoby zgro­ma­dzone w sali dys­po­nują razem jed­nym gło­sem, muszą więc jako grupa doga­dać się, na co odda­dzą ten głos. Czy bez waha­nia powie­rzą pod­ję­cie decy­zji poli­to­logowi? Mało praw­do­po­dobne. Nawet jeśli uznają, że zna się on naj­le­piej na oma­wia­nej kwe­stii, i chęt­nie wysłu­chają jego opi­nii, to zapewne i tak będą chcieli nie tylko prze­dys­ku­to­wać sprawę, lecz także zagło­so­wać w swoim gro­nie, zanim powia­do­mią odpo­wied­nie organy, na co oddają głos jako grupa.

Kiedy pyta­nie doty­czy pro­ce­dury medycz­nej, nie ma wąt­pli­wo­ści – wiemy, kto jest eks­per­tem, i zga­dzamy się, że należy go słu­chać. Zda­rzają się wyjątki, patrz: ruchy antysz­cze­pion­kowe, ale są one… no wła­śnie, wyjąt­kami. Podob­nie ze wszyst­kimi innymi dzie­dzi­nami, w któ­rych ist­nieją względ­nie ści­słe kry­te­ria wie­dzy i popraw­no­ści decy­zji. Gdy jed­nak napo­ty­kamy dyle­mat etyczny lub poli­tyczny, sprawy znacz­nie się kom­pli­kują. Filo­zof David Estlund pisze, że w takich przy­pad­kach mamy pro­blem z doga­da­niem się mię­dzy sobą już na wcze­snym eta­pie dys­ku­sji, gdy trzeba zde­cy­do­wać, kogo w ogóle uznać za eks­percki auto­ry­tet90. Nawet jeśli w teo­rii zga­dzamy się, że naj­le­piej byłoby, aby decy­zję pod­jęli spe­cja­li­ści, to w prak­tyce nie potra­fimy usta­lić ponad wszelką wąt­pli­wość, kto miałby być tym spe­cja­li­stą. Albo dokład­niej: kto jest aż takim spe­cja­li­stą, że można mu powie­rzyć pod­ję­cie decy­zji, z pomi­nię­ciem pro­ce­dury demo­kra­tycz­nej.

Rze­czy­wi­ste rzą­dze­nie pań­stwem jest mie­szanką decy­zji tech­nicz­nych i poli­tycz­nych. To ma dwo­ja­kie kon­se­kwen­cje. Z jed­nej strony, wła­dza musi korzy­stać z wie­dzy eks­perc­kiej (eko­no­micz­nej, praw­ni­czej, medycz­nej, kli­ma­to­lo­gicz­nej itd.), jeśli chce spra­wo­wać odpo­wie­dzialne rządy. Z dru­giej – nie da się na bazie samej tej wie­dzy usta­lić, które decy­zje doty­czące naszych spo­łe­czeństw są naj­wła­ściw­sze. W grę wcho­dzą bowiem także war­to­ści, inte­resy oraz trudne do prze­li­cze­nia bilanse zysków i strat.

Wła­śnie tak mają się sprawy z kry­zy­sem kli­ma­tycz­nym. Kiedy roz­ma­wiamy o samym fak­cie zmiany kli­matu, o jego fizycz­nych przy­czy­nach i kon­se­kwen­cjach, to znaj­du­jemy się w sce­na­riu­szu z cho­rym, jed­nym leka­rzem i dzie­wię­cioma poli­to­lo­gami. Wiemy, kto jest eks­per­tem od bada­nia takich rze­czy. Mamy kry­te­ria odróż­nia­nia infor­ma­cji rze­tel­nych od nierze­tel­nych. Nasza sytu­acja jest nawet lep­sza, bo nie musimy pole­gać na opi­nii tylko jed­nej osoby. Ogromna więk­szość kli­ma­to­lo­gów nie ma wąt­pli­wo­ści w kwe­stii przy­czyn i skut­ków glo­bal­nego ocie­ple­nia91. Mamy więc pro­sty wybór: albo słu­chać eks­per­tów od kli­matu, tak jak to robi na przy­kład Thun­berg, albo nie słu­chać – tak jak to robią nega­cjo­ni­ści, także ci z tytu­łami nauko­wymi. Innymi słowy, albo opie­ramy nasze spo­łe­czeń­stwa na wie­dzy, albo na igno­ran­cji. Jed­no­cze­śnie dys­ku­sja na temat kry­zysu kli­ma­tycz­nego nie koń­czy się na ści­śle tech­nicz­nych pyta­niach. Trzeba pod­jąć też wiele decy­zji poli­tycz­nych. Jak szyb­kie ma być tempo trans­for­ma­cji ener­ge­tycz­nej? Na co prze­zna­czamy pie­nią­dze z budżetu pań­stwa w pierw­szej kolej­no­ści, a co może pocze­kać? Kto ma ponieść koszty (na przy­kład podat­kowe) naszych zmian? Jakiego rodzaju regu­la­cje chcemy zasto­so­wać, a jakie nie wcho­dzą w grę? Czy decy­du­jemy się prze­bu­do­wać infra­struk­turę kraju tak, aby sprzy­jała bar­dziej trans­por­towi zbio­ro­wemu niż indy­wi­du­al­nemu, czy też uwa­żamy, że to nie jest droga do upo­ra­nia się z kło­po­tem?

Oczy­wi­ście nawet mie­rząc się z tymi pyta­niami, wciąż możemy korzy­stać z wie­dzy spe­cja­li­stycz­nej, bo one same sta­no­wią mie­szankę pro­ble­mów tech­nicz­nych i poli­tycz­nych. Na przy­kład eko­no­mi­ści mogą przed­sta­wić wyli­cze­nia, jak kon­kretne zmiany w poli­tyce danego kraju wpłyną na jego gospo­darkę – i choć te sza­cunki nie będą tak ści­słe jak usta­le­nia kli­ma­to­lo­gów, na­dal warto brać je pod uwagę. Rzecz w tym, że takie eks­per­tyzy same z sie­bie nie roz­strzy­gną, jakimi war­to­ściami chcemy się kie­ro­wać, czyje inte­resy uwa­żamy za prio­ry­te­towe, na jakie koszty się godzimy, a jakie są dla nas nie do przy­ję­cia. Te kwe­stie powinny być roz­strzy­gane nie w gro­nie eks­per­tów, ale w trak­cie demo­kra­tycz­nej dys­ku­sji z udzia­łem róż­nych grup spo­łecz­nych.

Dla­tego publiczna debata, w któ­rej uczest­ni­czy Greta Thun­berg, jest – wbrew suge­stiom Nor­dhausa – jak naj­bar­dziej praw­dziwa. W ogóle podział na „fał­szywą” debatę, z udzia­łem mło­dej Szwedki, i „praw­dziwą” debatę, z udzia­łem bli­żej nie­spre­cy­zo­wa­nych eks­per­tów, jest sztuczny. Nie uwzględ­nia bowiem ani tego, ile tema­tów wcho­dzi tu w grę – od „tempa ocie­pla­nia się Ziemi” po „roz­ło­że­nie spo­łecz­nych kosz­tów trans­for­ma­cji ener­ge­tycz­nej” – ani tego, jak róż­no­rodna liczba osób musi zaan­ga­żo­wać się w tę walkę, żeby cokol­wiek zmie­nić. Jak zauważa Rut­ger Breg­man:

Wszy­scy mają do ode­gra­nia jakąś rolę. Zarówno pro­fe­sor, jak i anar­chi­sta. Networ­ker i agi­ta­tor. Pro­wo­ka­tor i roz­jemca. Ludzie posłu­gu­jący się aka­de­mic­kim żar­go­nem i popu­la­ry­za­to­rzy ich usta­leń. Ludzie, któ­rzy lob­bują za kuli­sami, i ludzie, któ­rzy pro­te­stują gwał­tow­nie na uli­cach92.

 

Krótko mówiąc, gdy mowa o kwe­stiach poli­tycz­nych, to ist­nieje jedna, wie­lo­aspek­towa debata na temat kli­matu, która roz­grywa się w mediach, arty­ku­łach nauko­wych, salach kon­gre­so­wych i na uli­cach. Bar­dzo dobrze, że młoda Szwedka jest czę­ścią tych zma­gań. Potrze­bu­jemy Thun­berg, a raczej setek, tysięcy takich osób jak ona. Nasto­let­niej akty­wi­stce zarzuca się cza­sem, że nie jest w sta­nie ura­to­wać świata. To zarzut o tyle absur­dalny, że nikt, łącz­nie z samą Szwedką, nie ma wobec niej takich ocze­ki­wań. Nie jeste­śmy w hol­ly­wo­odz­kim fil­mie – samotni boha­te­ro­wie nie mogą roz­wią­zy­wać ogól­no­świa­to­wych pro­ble­mów, zmiana jest zawsze rezul­ta­tem pracy zbio­ro­wej, która wymaga spo­łecz­nego zaan­ga­żo­wa­nia ogrom­nej liczby ludzi. Rzecz, którą Thun­berg zdaje się rozu­mieć o wiele lepiej niż „roz­sądne” osoby w rodzaju Nor­dhausa.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?

Inne książki tego autora