GniewTekst

Z serii: Poza serią
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tomasz S. Markiewka
Gniew


Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.


Projekt okładki Łukasz Piskorek / Fajne Chłopaki

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Copyright © by Tomasz S. Markiewka, 2020

Opieka redakcyjna Tomasz Zając

Redakcja Magdalena Błędowska

Korekta Patrycja Pączek, Alicja Listwan

Skład Agnieszka Frysztak / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8191-032-3

Spis treści

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Wprowadzenie. Od Kaina do Dartha Vadera

1 Jasna i ciemna strona gniewu

2 Adaś Miauczyński nie ma na kogo głosować

3 Wersalu nie będzie

4 #RespectUs

5 Byle nie do Ciemnogrodu

6 Ucieczka z teatru gniewu?

Zakończenie. Potrzebujemy gniewu

Przypisy

Kolofon

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Wprowadzenie. Od Kaina do Dartha Vadera

To prosta opowieść. Dwaj bracia składają ofiarę Bogu. Ten woli dar Abla, młodszego z nich. Starszy, imieniem Kain, nie potrafi się pogodzić z tą decyzją, więc zabija brata. I tyle. Nie znajdziecie o wiele więcej w Biblii, poza kilkoma wzmiankami o dalszych losach zabójcy. Jak większość znanych historii starotestamentowych także ta o Ablu i Kainie pozostawia dużo naszej wyobraźni. Pokolenia czytelniczek i czytelników nie omieszkały skorzystać z tego zaproszenia do interpretacji.

Często się uważa, że to symboliczna opowieść o pierwszej zbrodni człowieka na człowieku, jednym ze skutków grzechu pierworodnego. Dlatego starszy z braci jest traktowany przez nas niezwykle surowo. Pewna strona internetowa umieściła Kaina na liście dziesięciu najgorszych postaci biblijnych. Znalazł się tam obok takich antybohaterów jak Herod czy szatan1. W innej, bardzo ciekawej interpretacji Kain symbolizuje cały gatunek homo sapiens, Abel natomiast to nasze siostry i nasi bracia neandertalczycy. Biblijna historia miałaby stanowić odległe echo prehistorii, zamieniony w mityczną przypowieść wyrzut sumienia, że – jak głosi popularna, choć niepotwierdzona teza – wymordowaliśmy cały gatunek.

Sam tekst biblijny podpowiada prostszy trop. Czytamy w Księdze Rodzaju, że gdy Bóg wybrał ofiarę Abla, jego brat „rozgniewał się bardzo i zasępił”2. Gniew. To uczucie popchnęło Kaina do zbrodni. Być może więc w tej historii chodzi także o zwykłe ostrzeżenie przed zgubnymi skutkami gniewu? Wszak Biblia wypełniona jest podobnymi przestrogami. „Człowiek gniewny wzbudza kłótnie, porywczy popełnia wiele przestępstw”3 – głosi Księga Przysłów. Przekonanie o niebezpiecznej naturze gniewu było tak silne, że przeniknęło do tradycji chrześcijańskiej. Gniew jest w niej uznawany za jeden z siedmiu grzechów głównych.

Jeśli chwilę nad tym pomyślimy, to szybko dostrzeżemy, że cała nasza kultura jest jednym wielkim napomnieniem, do czego może prowadzić niekontrolowana złość. Weźmy greckiego herosa Achillesa. Ten to potrafił się wściec! „Gniew Achilla, bogini, głoś, obfity w szkody / Który ściągnął klęsk tyle na greckie narody”4. Tak brzmią pierwsze słowa Iliady Homera. Wielu greckich bohaterów zostało przedwcześnie wysłanych do Erebu, najciemniejszej części Hadesu, krainy zmarłych, bo urażony Achilles odmówił im pomocy. A potem, raz jeszcze niesiony gniewem, syn Tetydy powalił dzielnego Hektora, jego ciało zaś zbezcześcił ku przerażeniu i rozpaczy Trojan.

Jeśli ktoś nie gustuje w Homerze, to i tak prędzej czy później natknie się na ten starożytny wątek. Chętnie podchwyciła go kultura popularna. „Gniew prowadzi do nienawiści” – przestrzega mistrz Yoda z Gwiezdnych wojen. To zaś jest prosta ścieżka na ciemną stronę mocy. Niepomny tych ostrzeżeń Anakin Skywalker daje się ponieść swoim uczuciom i wpada w sidła okrutnego Imperatora. Zostaje Darthem Vaderem, Mrocznym Lordem Sithów, co wiedzie go do czynów tak niegodziwych, że nawet Achilles uznałby je za lekką przesadę.

Nie potrzebujemy zresztą popularnych opowieści, aby się przekonać, do czego może prowadzić gniew. Wystarczy nawet powierzchowna znajomość historii. Kiedy szukamy przyczyn pogromów różnych grup mniejszościowych, to często natrafiamy na gniew jako jeden z powodów tych zbrodni. Złość tłumu łatwo skierować w stronę słabszych i przemienić w ogłupiającą żądzę ukarania bądź pozbycia się każdego, kto zalicza się raczej do „nich” niż do „nas”. Niezadowolone społeczeństwo wyładowuje swoją furię na osobie lub grupie, które niesłusznie uznaje za winne jakiegoś skandalicznego czynu. Trafnie tę ponurą tendencję podsumowuje René Girard, francuski antropolog, gdy mówi, że „mechanizm kozła ofiarnego kanalizuje zbiorową przemoc”, a „ofiara staje się wrogiem całej wspólnoty”5.

Z własnego doświadczenia wiemy też, że nawet jeśli gniew nie zawsze prowadzi do zbrodni, to nader często jest pierwszym krokiem do zrobienia z siebie głupka. Któż w przypływie złości nie rozpętał afery przy rodzinnym stole, na spotkaniu w pracy albo w trakcie rozmowy z partnerem lub partnerką życiową, aby potem ze wstydem stwierdzić, że sprawy wymknęły się mu spod kontroli?

Nie może zatem dziwić, że gniew ma marną reputację. Zarówno gdy mówimy o życiu osobistym, jak i wtedy, gdy myślimy o polityce i życiu społecznym. Martha Nussbaum, słynna amerykańska filozofka, posuwa się nawet do stwierdzenia, że „gniew jest trucizną polityki demokratycznej”6. Prowadzi do żądzy zemsty, a jego skutkiem są destrukcja i cierpienie. Zdaniem Nussbaum pozytywną przeciwwagę dla polityki gniewu stanowią ruchy wolnościowe prowadzone „w duchu braku gniewu”. Podaje przykłady Mahatmy Gandhiego, Nelsona Mandeli czy Martina Luthera Kinga, aby przekonać nas, że najlepsze rzeczy w polityce dzieją się wtedy, gdy porzucamy gniewne uczucia.

Ale czy ten obraz nie jest zbyt uproszczony? Czy naprawdę gniew jest zawsze taki zły? Weźmy przykład Kinga. Większość z nas kojarzy go ze słynną przemową o marzeniu czy też, w popularnym polskim tłumaczeniu, o śnie. Rzeczywiście jest ona przesycona optymizmem: nadzieją na wolność, równość i sprawiedliwość. Wystarczy spojrzeć na następujący fragment: „Marzę, że pewnego dnia nawet stan Missisipi, gorejący niesprawiedliwością, duszny od żaru ucisku, stanie się oazą wolności i sprawiedliwości”7. Lecz naiwnością byłoby sądzić, że ta jedna przemowa to kwintesencja protestów, których symbolem stał się King.

Słynny pastor napisał także list z więzienia w Birmingham. Ten tekst nie jest tak znany, ale ma nie mniejsze znaczenie. King określa się w nim jako zwolennik działania, które nazywa „tworzeniem napięcia”. O co chodzi? Jak sam tłumaczy, napięcie to celowe „nasilenie emocji, która sprzyja konstruktywnemu działaniu i rozwojowi”8. Nie mówi wprost o gniewie, ale cały jego list jest wymierzony w pogląd, że Afroamerykanie wywalczą sobie prawa, jeśli będą mili, opanowani i uśmiechnięci. „Tworzenie napięcia” to przeciwieństwo unikania konfrontacji i dążenia do świętego spokoju.

Najlepiej widać to we fragmencie, w którym King narzeka na „umiarkowanych białych”. To oni, a nie Ku Klux Klan są, zdaniem pastora, największą przeszkodą na drodze do uzyskania wolności przez Afroamerykanów. Skrajnych rasistów jest bowiem stosunkowo niewielu – szalę przechylają właśnie umiarkowani ludzie, „którzy wolą negatywny pokój bez napięć społecznych od pozytywnego pokoju, w którym istnieje sprawiedliwość”9. Niby popierają oni prawa czarnych – narzeka King – ale nieustannie wybrzydzają, że ci walczą o nie zbyt głośno, zbyt natarczywie, zbyt agresywnie.

 

Jonathan Rieder z Uniwersytetu Yale twierdzi, że powinniśmy pamiętać także o tej gniewnej stronie słynnego pastora. Walka o prawa człowieka i obywatela to nie piknik w wiosce Smerfów. Nie da się uniknąć konfliktów, mocnych słów i kontrowersyjnych działań. Dlatego ludzie, którzy walczą o te prawa, rzadko mają komfort wcielić się w rolę pogodnego kompana, który mówi głównie o swoich marzeniach czy snach. Bunt bez emocji, bunt bez gniewu jest niemożliwy. „King nie jest marzycielem – powiada Rieder – lecz gniewnym czarnym człowiekiem, który zastanawia się, za jakim Bogiem podążają jego biali towarzysze”10.

Sprawa z gniewem jest zatem bardziej skomplikowana. Przyznaje to sama Nussbaum. Ledwie kilka stron po tym, jak nazwała gniew trucizną demokracji, czuje się zmuszona uznać, że istnieją co najmniej dwa jego wymiary i tylko jeden z nich powinniśmy traktować jako jednoznacznie groźny w polityce. Drugi nie jest już tak niebezpieczny, a nawet wręcz przeciwnie – może być czymś pożądanym.

Jeśli teraz ponownie zwrócimy się w stronę kultury, to zobaczymy, że i w niej odnajdujemy tę pozytywniejszą odmianę gniewu. Jest on często przedstawiany jako bodziec, motywacja do walki o zmianę na lepsze. Taki wątek pojawia się na przykład w musicalowej wersji Nędzników. Znękani paryżanie śpiewają: „Słuchaj, kiedy śpiewa lud / Gdy się u ludzi zbiera gniew / Taki jest głos zjadaczy chleba / Gdy kajdanom mówią nie”11. W hollywoodzkich filmach ten motyw stał się wręcz stałym rozwiązaniem fabularnym. Widzieliśmy to dziesiątki razy: bohater bądź bohaterka dostrzegają wokół siebie niesprawiedliwość, nie godzą się na nią, ale czegoś brakuje, aby ich bunt przekuł się w działanie. Tak jest do czasu, aż „ci źli” popełniają ogromny błąd – wzbudzają w naszym bohaterze gniew. Najczęściej polega to na tym, że wyrządzają krzywdę bliskiej mu osobie. Dokładnie tak wyglądają filmowe losy Williama Wallace’a z Braveheart – Walecznego Serca. Wallace od początku doskonale wie, że Anglicy traktują Szkotów podle, nie ma jednak zamiaru rzucać im wyzwania. Dopiero gdy zabijają jego żonę, decyduje się działać. Jeśli zostałeś czarnym charakterem w hollywoodzkiej produkcji, to pamiętaj: możesz plądrować, wyzyskiwać i siać zgorszenie, ale za nic w świecie nie wzbudzaj gniewu w protagoniście!

Nawet w Biblii oraz poematach Homera gniew nie jest przedstawiany tak jednostronnie, jak by to wynikało z przywołanych wcześniej przykładów. Z Nowego Testamentu możemy się dowiedzieć, że sam Jezus wpadł w złość, kiedy zobaczył kupców w świątyni. Gdy poznajemy tę historię, odruchowo stajemy po jego stronie, tak samo zresztą jak nowotestamentowi autorzy. Oczywiście możemy się w nieskończoność spierać, w jakich kategoriach biblijny tekst opisuje postępowanie Chrystusa. Na pewno chodzi tam o gniew? Skoro prowadzono długie dysputy na temat tego, czy Jezus mógł się śmiać, to można prowadzić podobne wokół pytania, czy wpadał w złość. Ale kiedy czytamy, co zrobił z kupcami, wyobrażamy sobie osobę zagniewaną i potrafimy zrozumieć, jakie są powody tego gniewu.

Co się zaś tyczy Greków, to stosunek do gniewu Achillesa w homeryckim tekście jest cokolwiek dwuznaczny – przynajmniej zdaniem Petera Sloterdijka, niemieckiego filozofa12. Z jednej strony już na wstępie Iliady dostajemy informację o fatalnych skutkach gwałtownych emocji targających greckim wojakiem, z drugiej – wcale nie jest jasne, czy zasługuje on na całkowite potępienie z tego powodu. Ta niejednoznaczność wybrzmiewa w jednym z polskich tłumaczeń eposu, w którym narrator nawołuje muzę nie tyle do „głoszenia”, ile do „opiewania” gniewu Achillesa13. „Opiewać gniew, to czynić go pamiętnym, zaś to, co jest pamiętane, jest bliskie czemuś wyrazistemu i trwale poważanemu, ba, wręcz dobremu”14 – sugeruje Sloterdijk. Tak, nieposkromiony gniew greckiego bohatera przyniósł wiele szkód, ale czy nie jest on odbiciem jego wyjątkowości – zdolności dokonywania czynów na tyle wielkich, że zasługują na upamiętnienie w pieśniach?

Paradoksalną naturę gniewu łatwo dostrzec też w dziedzinie politycznego PR-u. Część polityków gra przed nami rolę wiecznie uśmiechniętych entuzjastów. Chcą się jawić jako chodząca pozytywność, tak jakby uniesienie się złością było niegodne osoby pragnącej sprawować władzę. Idealnym tego przykładem jest Justin Trudeau, premier Kanady. Inni z kolei odgrywają przed nami spektakl gniewu, nawet gdy trudno odgadnąć, co mogłoby wywoływać w nich tak gwałtowne emocje. Czy naprawdę miliarder, który odziedziczył majątek po ojcu, a popularność zdobył dzięki występom w filmach i telewizji, jest tak zły na amerykański kapitalizm, jak by to wynikało z jego wieców wyborczych? Człowiek, który się przechwala, że może bezkarnie molestować kobiety, chce reprezentować wściekłość wykluczonych i bezsilnych? Łatwiej uwierzyć w to, że Donald Trump – bo o nim mowa – zdaje sobie sprawę z prostego faktu: przynajmniej dla pewnego rodzaju polityków gniew może być atrakcyjniejszym opakowaniem wyborczym niż uśmiech.

Historia również dostarcza nam dwuznacznych obrazów gniewu. Trudno o lepszy przykład niż rewolucja francuska. Gniew, który do niej doprowadził, od zawsze budził ambiwalentne reakcje. Wspaniały przykład społecznej energii zdolnej obalać królów? Czy może ostrzeżenie, do czego prowadzi niekontrolowana złość tłumu? Co jest ważniejsze: wprowadzenie prodemokratycznych reform oraz idea wolności, równości i braterstwa – czy terror, który stał się częścią rewolty? Alexis de Tocqueville przywołuje we Wspomnieniach awanturę, w jaką się wdał z Jeanem-Jakiem Ampère’em na temat rewolucji i jej skutków15. Dla Tocqueville’a była ona, wedle jego własnych słów, ostateczną klęską wolności, dla jego znajomego z Instytutu Francji – jej zwycięstwem.

Podobne spory toczą się do dziś. W toruńskiej Bibliotece Uniwersyteckiej, gdzie piszę te słowa, stoją obok siebie dwie książki opisujące rewolucję francuską w diametralnie różny sposób. Peter McPhee w Liberty or Death [Wolność albo śmierć] podkreśla jej wszystkie godne podziwu ideały; Andrzej Cisek w pracy o sensacyjnym tytule Kłamstwo Bastylii przedstawia wydarzenia rewolucyjne jako ciąg nieszczęść dla Francji i świata. Obaj autorzy poruszają się w zupełnie odmiennych rejestrach. McPhee, ceniony historyk, napisał typową rozprawę naukową o dziejach rewolucji, w której pozwala sobie czasem na oceny, zawsze podpierając je konkretnymi faktami historycznymi. Książka Ciska to bardziej manifest polityczny, w którym próbuje on straszyć czytelników groźnymi określeniami, jak na przykład „komuno-faszyzm”. Abstrahując od wartości merytorycznej obu publikacji, trudno nie zauważyć, że dobrze oddają one nasz ambiwalentny stosunek do rewolucyjnego gniewu.

Już na podstawie tego krótkiego rekonesansu historycznego i kulturowego możemy wysnuć dwie tezy. Po pierwsze, gniew jest wszechobecną siłą sprawczą, na dobre i na złe. Ogarnia zarówno greckich herosów, jak i bohaterów współczesnego kina; postacie biblijne i aktywistki społeczne. Po drugie, istnieją co najmniej dwa oblicza gniewu: destruktywne i konstruktywne. Może on nieść zniszczenie, ale może też wzbudzać i podtrzymywać chęć działania, potrzebną do walki o najwznioślejsze cele. Z powodu tej dwuznaczności niektórzy chcą uchodzić za ludzi, którzy nigdy nie pozwoliliby sobie na odczuwanie tak niskich emocji, inni zaś próbują dać nam do zrozumienia, że budzą się i zasypiają w gniewie.

Skoro to uczucie jest tak powszechną i potężną siłą, musiało odegrać rolę także w najnowszej historii Polski. A to właśnie ona jest tematem książki, którą czytacie. Jakie grupy społeczne gniewały się najmocniej? Dlaczego? W jakim kierunku politycznym popychał ludzi gniew? Jak zmieniał nasz kraj? Zmierzymy się ze wszystkimi tymi pytaniami, a po drodze spotkamy wiele barwnych postaci. Biznesmena, który przybył zza oceanu uratować ojczyznę, trybuna ludowego z satysfakcją besztającego najważniejszych polityków, a także dumnych obrońców polskości czy uśmiechniętych, ale w głębi serca wściekłych Europejczyków.

Podział na gniew destruktywny i konstruktywny stanie się naszym kompasem, dzięki któremu będziemy mogli się orientować w gąszczu polskiej historii ostatnich kilkudziesięciu lat. Nie jest to szczególnie wysublimowane rozróżnienie, ale na początek lepszy taki podział niż żaden. Jeśli potrafisz odróżnić północ od południa, a zachód od wschodu, to prawdopodobnie jeszcze za mało, abyś odnalazł cel swojej wędrówki, ale przynajmniej masz mgliste pojęcie, gdzie jesteś.

Gdy zaczynamy rozmawiać o społecznym wymiarze gniewu, pojawia się pokusa wysnucia jednej, uniwersalnej tezy na temat tego, czym jest ta emocja i do czego prowadzi. Tej pokusie ulegają od czasu do czasu nawet filozofowie, którzy zazwyczaj są czuli na tego typu niuanse. Na przykład Nussbaum i Sloterdijk, mimo pełnej świadomości, z jak złożonym zjawiskiem mają do czynienia, nie potrafią się oprzeć chęci, aby ostatecznie odmalować gniew jako siłę destruktywną. Ma on lepszą i gorszą stronę, ale nieuchronnie wiąże się z pragnieniem zemsty, ta zaś ma naturę niszczycielską i prowadzi do wielu nieszczęść – przekonują nas. Zgoda, gniew jest negatywnym uczuciem w tym sensie, że polega na wykrzyczeniu „nie!”. Jest odrzuceniem zastanego porządku rzeczy, a nie jego afirmacją. Dlatego ostatecznie może się wydawać niepokojącą siłą. Wszak kiedy Faust spotyka pewnego nieznajomego, który przedstawia się jako „duch, co zawsze mówi: nie”16, to czujemy, że dla własnego dobra powinien zachować najwyższą ostrożność. Z drugiej strony, kiedy Cezar, bohater najnowszej wersji Planety małp, krzyczy „nie!” do jednego z niewolących go ludzi, reagujemy z entuzjazmem. Nareszcie! Pora zrzucić kajdany! Tak trzymać!

Wprowadzam już na wstępie rozróżnienie między konstruktywnym i destruktywnym aspektem gniewu, aby uniknąć pokusy ujednolicania. Będę konsekwentnie powracał do jednego i drugiego, zastanawiając się, który dominował w Polsce ostatnich lat i jakie mechanizmy polityczne za tym stały. Skupianie się tylko na tym negatywnym prowadzi do błędnej konstatacji, że należy za wszelką cenę dążyć do wyeliminowania gniewu z życia politycznego. Kultura wysyła nam sprzeczne sygnały na temat natury i konsekwencji tej emocji. Zamiast wybierać jeden z aspektów jako ten „prawdziwy”, przyjrzyjmy się obu.

Sprowadzanie gniewu do niebezpiecznego i ostatecznie jałowego uczucia grozi naiwnym pudrowaniem historii. Bo skoro jest zły, to wszystkie te szlachetne postacie i wspaniałe rewolucje musiały być od niego wolne, prawda? Ewentualnie musiały go przezwyciężyć. Jak widzieliśmy na przykładzie Martina Luthera Kinga, przy takim podejściu ryzykujemy redukcję bojowników o wolność i równość do ckliwego symbolu, który nie oddaje całej rzeczywistej złożoności tych zasłużonych ludzi. Jednocześnie należy się wystrzegać nadmiernego zachwytu nad gniewem jako siłą napędową walki o sprawiedliwość, wolność i równość. Złość, nawet jeśli wynika ze szlachetnych pobudek, potrafi popychać do czynów okrutnych, o czym mogą zaświadczyć zarówno ofiary Achillesa, jak i postaci historycznych.

Na zakończenie wstępu jeszcze tylko kilka słów o tym, co w ogóle mam na myśli, mówiąc o „gniewie”. Zapewne zdążyliście już zauważyć, że używam tego słowa zamiennie ze „złością” czy „wściekłością”. W pracach psychologów można znaleźć wiele pożytecznych rozważań na temat różnych rodzajów i przejawów tego, co potocznie określamy jako „gniew”. Już teksty starożytne naprowadzają nas zresztą na pewne rozróżnienia – na przykład w greckim oryginale Iliady znajdziemy kilka słów, które można przetłumaczyć na polski jako „gniew”: mênis, kholos, kotos17, ale każde z nich odsyła do trochę innego uczucia. Niniejsza książka traktuje jednak o gniewie jako zjawisku politycznym – innymi słowy, o gniewie jako emocji zbiorowej. Każdy ruch społeczny skupia osoby, których uczucia dałoby się za pomocą psychologicznej nomenklatury sklasyfikować w odmienny sposób. Nie musimy wnikać w te subtelności, aby zrozumieć polityczną siłę sprawczą bardzo ogólnie pojmowanego gniewu. Dlatego, choć na dalszych stronach będę się konsekwentnie trzymał rozróżnienia na jego destruktywny i konstruktywny wymiar, samo słowo rozumiem prosto, jak w słowniku: jako „stan psychiczny wywołany czymś, co danej osobie się nie podoba i co wzbudza w niej ostry sprzeciw, a nawet agresję”18. W tej definicji mieszczą się także „złość” czy „wściekłość”, nawet jeśli w tym drugim przypadku czujemy, że mamy do czynienia z ponadprzeciętnym natężeniem gniewnych uczuć. Powinno to w zupełności wystarczyć do prześledzenia i zrozumienia zjawisk omawianych w tej książce.