Arytmia i kwarantannaTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1 Okładka

2  Strona tytułowa

3  Strona redakcyjna

4  Arytmia

5  Kwarantanna

Redakcja: Marta Banaszek

Projekt okładki: Magda Kuc

Zdjęcie na okładce: © Shutterstock.com/Dmitriip

Korekta: Maria Osińska, Beata Wójcik

Copyright © Tomasz Jastrun, 2021

Copyright for the Polish edition © by Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2021

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku.

Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Wydanie I

ISBN 978-83-8143-975-6


Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Arytmia


Wczoraj skończyłem czterdzieści lat. Jakby coś się we mnie bezszelestnie osunęło. Budzę się, by odkryć, że mam czterdzieści lat i jeden dzień. Ten dodatkowy dzień już odstaje, jakby się odkleił, i zawadza, kiedy chodzę. Krystyna w pracy. Czuję jej zapach na poduszce, zanurzam nos w zagłębieniu po jej głowie i zaciągam się głęboko, aż do pępka. W nocy kochaliśmy się, to był prezent od niej. Na wysokiej fali powiedziałem: „Kocham cię!”. „Ja ciebie też kocham” – wyszeptała. Chwyciliśmy się za dłonie i wzbijając się do lotu, spletliśmy je w miłosnym uścisku. Jak zwykle leciała o wiele dłużej niż ja i ogarnął mnie lęk, czy wróci. Leżeliśmy potem obok siebie w serdecznym milczeniu. Pulsowały nasze ciała, a serca biły w tym samym rytmie. Nasz dom na pyłku planety, w wielkiej ciszy, płynął przez mrok wszechświata.

Snuję się nago po domu. Synek w przedszkolu, jego piżamka leży na podłodze, rozrzucone w porannym pośpiechu nogawki i rękawy. Dostałem wczoraj od niego obrazek, mama, tata, on w środku, przytulamy się, słońce i drzewo, a na gałęzi ptak. Miał łzy w oczach, kiedy mi go dawał, i pragnienie, abym się zachwycił dowodem jego miłości. Przytuliłem go i wycałowałem, pachniał małym dzieckiem. Z tego zapachu powinno się robić pigułki na szczęście. Potem długo patrzyłem w migdały jego oczu, a on odpowiadał mi uśmiechniętym spojrzeniem. Krzyś ma pięć lat i cudnie maluje, wszystkie dzieci są artystami, dopóki nie zaczną się uczyć, wtedy tracą złoty pyłek, który pokrywa ich delikatne skrzydełka. Żona kupiła mi w prezencie perfumy. Wie, że jestem czuły na zapachy. Gdy na ulicy wpadnę w smugę perfum, którą jak welon ciągnie za sobą kobieta, idę w ślad za nią jak zahipnotyzowany.

Dom wypełniony nieobecnością bliskich. Taki spokój, że słyszę, jak czas szeleści. Zanim wejdę do łazienki, otwieram okno, pachnie wiosną, sójki się kłócą. Sąsiad emeryt krząta się po ogrodzie, to skubnie roślinkę, to coś przytnie. Jego żona, w myślach mówię na nią „żoneczka”, wychodzi na ganek w fartuchu. Przypatruje się, jak jej mąż pieści ogród, czy jest równie czuły, kiedy uprawiają seks? Czy pieści zwiędłe płatki jej płci jak rośliny? Czy jeszcze w ogóle to robią? A jeśli tak, czy to jest ładne, śmieszne czy smutne? Na pewno unikają nagości, żeby nie widzieć, w jakiej ruinie są ich ciała. A może ochoczo nurzają się w tej katastrofie, nadzy i radośni jak prosiaki, kto wie?

Stoję w kabinie prysznicowej, nawet po namiętnej nocy mam wzwód, kobietom to zostało oszczędzone, okropne słowo, to stan trochę komiczny, ale dla przyszłości ludzkości kluczowy. Jaką to osobliwość wymyśliła natura, by ssaki mogły się rozmnażać. W młodości wieszałem duży ręcznik na swoim sterczącym przyrodzeniu. I trzymał się. Teraz utrzyma się tylko mały. No cóż, mam już czterdzieści lat. I jeden dzień. Tańczyłem dawno temu z dziewczyną, a kiedy to się stało, odskoczyła jak oparzona i boleśnie krzyknęła, jakbym chciał jej zrobić krzywdę. A było to mimowolne. Czemu teraz sterczę? Wstyd się przyznać, to wina żony sąsiada, nie starego, rzecz jasna, tylko młodego, z domu po lewej stronie, oboje przed trzydziestką, on przystojny, ona zgrabna jak diabli, nosi krótkie spódniczki, czasami wiatr bawi się nimi, odsłaniając jej uda, a one zdają się ocierać o siebie i szeptać: „Nie dla psa kiełbasa”. A przecież o seksie z żoną też myślę, o jednym i o drugim. W wyobraźni dużo zmieści się naraz. Piekło naszych myśli, ich kłębowisko, fantastyczne sploty, to tam sięga pisarz i próbuje je rozplątać.

Wycieram się, zaglądam do lustra i naprężam mięśnie klatki piersiowej. Ładnie się uwypuklają, moja tarcza, moja chwała. Znajomi mówią: „Jak ty młodo wyglądasz!”. Ale mam już kilka siwych włosów, nie są gęste jak kiedyś. W mojej twarzy stoi już kierunkowskaz z napisem: „Starość za trzydzieści lat, jeden kierunek jazdy”. Nie boję się upływu czasu, wierzę, że mój zmierza w dobrą stronę. Jest mi wygodnie w sobie z sobą i dobrze w naszym domu z Krysią i Krzysiem. Drzewko morelowe, które kiedyś posadziłem, dało nam pierwsze owoce. Uwielbiam morele, ich smak i kolor morelowy. Mamy ładny dom w Radości pod Warszawą, z dużym ogrodem, pół godziny jazdy autem do centrum. Kredyt nam ciąży, na początku czułem jego pętlę na szyi, teraz to raczej kamyczek, który uwiera mnie w stopę i przypomina: „Nie możesz sobie pozwolić na to, by twoje książki słabo się sprzedawały”.

Golę się. Naśnieżam twarz, a potem odśnieżam szufelką golarki. Patrzę sobie w oczy, zawsze myślałem, że mam niebieskie, a teraz zdają mi się zielone. Żona żartuje, że wyszła za moje oczy, zobaczyła je w tłumie, świeciły jak latarki, wspomina, i tak to się zaczęło. Ja najpierw ujrzałem jej nogi i pośladki ciasno opięte spódniczką. Ona oczy, ja pośladki. I kto jest bardziej uduchowiony?

Na śniadanie jem jajko sadzone i oglądam wiadomości w TVN24. Jak nie martwić się o ludzkość? Małpom dano do rąk broń termojądrową. Są łakome, pożarły już niemal całe drzewo, na którym siedzą, i zatruły powietrze naszej planety. Zachłanne, próżne, nienasycone. Wysyłam SMS do żony: „Kocham, dziękuję za dwa prezenty”. Odpisuje: „Ja ciebie też, dziękuję za jeden prezent, czuję go nadal w sobie”. Biedne kobiety, muszą łazić z prezentem, który dostają od samca. Jakby nie wystarczyło, że mają miesiączkę. Nie ma sprawiedliwości na świecie. Bardzo kocham swoją żonę i dziecko, za synka oddałbym życie w każdej chwili i nawet czasami chcę, żeby los mnie sprawdził i żebym je oddał.

Siadam do komputera. Bohater mojej nowej powieści ma siedemdziesiąt lat, powiedzmy, że to ja za lat trzydzieści. Napisałem kilka stron. I utknąłem. Poprawiam, ale to tylko pieszczenie trupa. Pocieszam się, że mięśnie wyobraźni muszą się zregenerować po takim wysiłku jak napisanie poprzedniej książki, było w niej wiele mięsa, mojego mięsa, czy mam jeszcze mięso na sprzedaż? To, co teraz robię, to tylko rozgrzewka. Jestem gotowy wyrzucić te pierwociny do kosza i zacząć wszystko od nowa. Zainspirował mnie siwy mężczyzna w podmiejskiej kolejce, niepogodzony ze swoim wiekiem. Widziałem go miesiąc temu. Pewnie to ja za trzydzieści lat.

Usiadł na ławce, bolało go kolano, uszkodził je sobie na tenisie, oby nie łękotka. Kiedyś tenis był jego wielką radością, teraz bywa udręką. Partner ma uszkodzone ramię i nie chce grać na punkty. A odbijanie bez celu jest jałowe. Kiedyś na korcie czuł się lekko, teraz dźwiga siebie jak worek z kartoflami. Nie odbiera piłek, do których dobiegał dawniej bez trudu, co go złości, bo jest w nim żywa pamięć, jak sobie z nimi radził. Człowiek z wiekiem zmienia się w worek na krew, kości i tłuszcz. I musi ten cały bagaż dźwigać. Kiedyś robił bez trudu pięćdziesiąt pompek. Sam siebie strofuje – bez przesady! Zrobił tylko raz pięćdziesiąt na szczycie jakiejś góry w Kolorado. Niedawno położył się na dywanie i nie mógł zrobić ani jednej. Jakby miał ręce z waty. Leżał przez chwilę, trzymając się w desperacji za głowę. Dywan zapachniał kurzem i starością. Ta Ukrainka kiepsko sprząta, nie jest ładna, ale ma w sobie to coś, co bodajże nazywa się seksapilem, to znak, że żywa jest jej płeć, zasilana nasieniem płonie pod spódnicą. Nie przeszkadza mu, że kiepsko sprząta, przeszkadza żonie, o co się kłócą, chce ją zwolnić, on nie pozwala. Czasami, gdy wypina tyłek, nurkując ze szmatką pod krzesłem, wyobraża sobie, że ją dopada. Czy dałby teraz radę? Ma problemy z erekcją. Bez viagry nie daje rady. Na starość pamięć młodości bywa nie do zniesienia, dlatego starzy tak chętnie zapominają swoją młodość, żeby nie cierpieć z powodu tego, co stracili.

Poczuł kłucie w boku. Nie umie chorować. Nerki, wątroba i ten cholerny kręgosłup, zawsze budzi się z bólem. Zwlekać się z łóżka, dopiero teraz rozumie, jak dobrze to słowo oddaje istotę problemu, zwlekać worek swego ciała, w nim telepią się zardzewiałe kości i zużyte organy. Za kilka dni elektrokardiogram i kardiolog. Do tej pory nie miał problemu z sercem, ale już czas na serce. Najbardziej boi się wylewu i paraliżu. A ma nadciśnienie, bierze pastylki, codziennie mierzy ciśnienie. Aparat do pomiaru leży bezwstydnie na stole jak jakieś intymne, wstydliwe narzędzie. Człowiek staje się więźniem swojego ciała, zamurowany w sobie na amen. Nawet życia nie ma jak sobie odebrać, bo w naszej cywilizacji zupełnie podupadła sztuka samobójstwa. Żona mu nie pomoże, jest katoliczką, nie uznaje eutanazji. Za to nie wybaczyłaby mu kłopotu, co to za życie z paralitykiem, ona mu mniejszych kłopotów nie wybacza. Kiedyś była aniołem, teraz jest demonem. Złe myśli jak osy uwiły sobie gniazdo w jego głowie.

 

– Idźcie precz! – zawołał. Nie pomogło. – Won, skurwysyny! – krzyknął.

„Nie wygląda na wariata, a wariat” – pomyślał przechodzień, który go mijał.

Zaczął potrząsać głową, by zrzucić gniazdo os. Udało się i myśli już nie żądliły. Ruszył przed siebie, myśląc, że myśli się tak zawile, że myśli tak się plączą, motają i supłają w głowie, że nikt ich nie rozplącze. Bo gdy próbuje je chwycić, nikną jak bańki mydlane. Już widać szyld kawiarni…

Zwiesiłem głowę nad klawiaturą. Nie znam celu tej opowieści. Celem każdego życia jest śmierć, powieści puenta. I sukces wydawniczy. Teraz moim celem jest kawa. Idę do kuchni. Potem znowu siadam z gorącym kubkiem do komputera, kołyszę głową jak gołąb. Już wiem, że niczego nie wymyślę. Kładę się ze smartfonem na leżance, żadnego maila, pusto na Facebooku.

– Nikt mnie nie kocha, nikt mnie nie lubi – mówię pół żartem, pół serio. Na Onecie przeglądam tytuły, nie ma dobrych wiadomości. PiS to parada kreatur, idą przez Polskę z wywieszonymi jęzorami, powłócząc organami wydalniczymi. Jak mogło nam się to przytrafić? Żyjemy w gęstym smogu kłamstw i wzajemnej nienawiści.

Podjeżdżam samochodem, potem idę w stronę siłowni z plecaczkiem zawieszonym na jednym ramieniu, z myśleniem o niczym na drugim, słucham muzyki. Jestem szczęśliwy. Łagodne słońce, miasto gdzieś się spieszy, ja nie.

Przebieram się, w szatni wisi gęsty zapach testosteronu. Wchodzę na salę, trochę onieśmielony, jakbym właził na scenę się wygłupiać. Większość samców w siłowni buduje mięśnie dla samic (a ludzkie samice wcale nie przepadają za mięśniakami), ale też chcą pokazać innym samcom: jestem większy i silniejszy. Kpię z tych zasupłanych, jednak trochę im zazdroszczę. Ćwiczę od niedawna, jestem uparty, zbuduję masę mięśniową, jak budowałem swoje książki, myśl po myśli, zdanie po zdaniu. Obok facet już na wylocie z wieku młodzieńczego, celebruje swoją muskulaturę, podchodzi do lustra, pieści się wzrokiem, podobnie kobiety pieszczą twarze, malując się co rano. Ćwiczą też dziewczyny, jedna mi się podoba, ma pośladki tak napięte jak cięciwa łuku, z której wylatują strzały. Ustrzeliła już pewnie niejedno serce.

Biegnę na ruchomej bieżni i patrzę przez panoramiczną szybę na miasto, śpieszą się autobusy, tramwaje, samochody i ludzie. Słucham Mozarta. Udało mi się w życiu, mam piękną żonę, słodkiego synka, kocham ich. Jestem pisarzem, autorem powieści sensacyjnych z mocną erotyką, mawia się o nich: dobra drugorzędna literatura. Ta drugorzędność mnie nie boli, chociaż wiem, że to jak z cholesterolem, jest wysoki dobry i wysoki zły, moja drugorzędność jest dobra. Ale kto by nie chciał być pierwszorzędny? Jestem zdrowy, odkryłem w zeszłym roku, jakie to ważne, gdy trzech moich znajomych zachorowało, rak prostaty, udar i zawał. A mnie nic nie dolega, dziecko szczęścia, „w czepku urodzony” – tak mówią o mnie. Biegnę i celebruję swoje szczęście. A moje cienie, moje piwnice – kto ich nie ma? Więcej jednak we mnie światła niż mroku. Ludzie męczą się, zanurzeni w sobie jak w gęstym oleju, szamocą się, a ja biegnę.

Prysznic, goli w szatni, skupieni wokół drapieżników swojej płci, teraz potulnych, oceniają się nawzajem. Tyle jest na co dzień udawania, a tu naga prawda.

Zachodzę do kawiarni, lubię sobie usiąść z gazetą, nie czytam, raczej przeglądam. Świat zwariował, w Polsce szambo, zasrali nam wolność. Idę do toalety, przypominam sobie, że wczoraj matka dzwoniła z życzeniami, pamiętała. Zawsze pamięta. Czas odwiedzić rodziców. Mają tylko mnie na miejscu. Siostra mieszka w Kanadzie. Nie tylko moja rodzina, cała Polska tak się rozjechała. A jak się nie rozjechała, to się skłóciła. Postanawiam, że odwiedzę staruszków, dawno u nich nie byłem. Toksyczny dom. To było akwarium z brudną wodą, w której pływałem przez tyle lat. A jednak jakimś cudem ocaliłem siebie. Dzwonię do matki. Po głosie poznaję, że tam trwa wojna. Jak zwykle. Jadę do nich, bliskich i dalekich, kochanych i nielubianych.

W mieszkaniu jak w grobowcu. Nawet nie wszystkie okna odsłonięte. Duszno. Bałagan, rzeczy włażą na siebie jak zwierzaki. A oni snują się po tym ciasnym mieszkaniu, które wydawało mi się takie obszerne, gdy byłem dzieckiem. W każdym kącie wspomnienie, zaczajenie, tajemnica. Mam serce w gardle. Matka od lat cierpi na depresję, bierze psychotropy, ale kto dzisiaj nie ma depresji. Ja nie mam. Mówi, że bez tych leków siedziałaby w czarnej dziurze, a tak to siedzi w dziurze, gdzie jest światło. Ojciec jest wrogiem lekarstw, uważa, że jego żona łyka truciznę, dlatego nie da się z nią wytrzymać. Matka na to, że też powinien brać psychotropy, a nie bierze i zmienił się w potwora. W tym wszystkim tylko jedno jest pewne, że nie mogą ze sobą wytrzymać. Ale rozstać też się nie potrafią, podpierają się swoimi nieszczęściami, gdyby się odsunęli od siebie, ich życie by się zawaliło. Matka jest już na emeryturze, ojciec pracuje jako główny księgowy. Chyba rzadko się zdarza, by syn księgowego został artystą. Nic dziwnego, że nie mam z ojcem wspólnego języka. Matka jest naiwna jak dziecko, uparte dziecko, słucha Radia Maryja, nic dodać, nic ująć. Ojciec uważa, że wszyscy politycy bez wyjątku to dranie, którzy się umówili, by on, prosty człowiek, miał ciężkie życie. To, że wyszedłem na ludzi, mając takich rodziców, że nie jestem durniem, nie mam depresji, nie złorzeczę, widzę jasno, to graniczy z cudem. Jakby ktoś inny mnie spłodził i wychował. Gdyby matka była inna, nie miałbym wątpliwości, że pokrył ją po kryjomu jakiś samiec zupełnie innego gatunku niż mój stary. A tak to geny sobie poszalały. Matka pyta, czy byłem u babci Marysi. Babcia mieszka w domu opieki, jest w strasznym stanie. Matka ją tam odwiedza, ale nie za często, więc ma wyrzuty sumienia i mnie tam pcha. Robi dla mnie kawę, ojciec mówi, że on też by się napił, „to zrób sobie sam!” – gdera matka, po czym robi mu kawę, odruch starej żony silniejszy od niechęci. Jakimś cudem udaje się nam usiąść przy jednym stole, okrągły stół, pamiętam go z dzieciństwa, to przy nim matka wpychała we mnie różne obrzydliwe kaszki. Piję kawę, ojciec piwo, matka ziółka, już od ich zapachu chce mi się wymiotować. Pyta, jak mi się wiedzie finansowo, wie, że niełatwo być pisarzem.

– Sam wybrał taki zawód – burczy ojciec.

– Zawód jak każdy inny – rzuca na to matka.

– Durny zawód – upiera się ojciec. Nie przeczytał żadnej mojej książki. Innych książek też nie czyta. Jak była kiedyś książka telefoniczna, to ją czytał.

A potem zaczynają się kłócić o jedzenie, co jest zdrowe, a co niezdrowe, dla matki wszystko oprócz ziółek jest niezdrowe, dla ojca wszystko oprócz ziółek jest zdrowe.

Gdy temat się wyczerpał, matka pyta o Krzysia, czy dobrze się odżywia, czy dużo bywa na powietrzu. Ojciec narzeka, że Krzyś nie uprawia żadnego sportu. Tłumaczę, że za miesiąc będzie chodził na tenisa. Ojciec uważa, że tenis to żaden sport, piłka nożna to jest sport, sam kiedyś grał w lidze okręgowej.

Czuję, że mam dosyć, jestem przytruty moimi staruszkami. Siostra uciekła od nich do Kanady, ale są tak toksyczni, że ją trują na odległość, siostra się skarży, że ma objawy nerwicowe. Chcę jak najszybciej wyjść. Matka wyjmuje z książki kopertę, mówi, że to prezent urodzinowy. Zaglądam, czterysta złotych.

– Mamo, nie trzeba, nie mogę przyjąć tych pieniędzy, to niepotrzebne.

– Ode mnie i od ojca – mówi, a ojciec potakuje głową.

Co robić, przyjmuję. Ojcu ściskam prawicę, nie ma szansy choćby na męskie przytulenie, z matką się całuję. Pachnie ziółkami i emeryturą. Wychodzę. Jestem pewien, że jak wyjdę, to od razu zaczną się kłócić. Ludzie ludziom zgotowali taki los.

Odbieram Krzysia z przedszkola. Podrzucam go, podmuch rozwiewa mu włosy, łapię go i przytulam.

– Tata, udusisz mnie! – Trzymam jego małą łapkę w swojej dłoni, mieści się w niej cała, promieniuje z niej ciepło, które sięga mojego serca. Wsiadamy do auta. Liczy, ile samochodów jedzie z naprzeciwka. Wszystko liczy, kiedyś zabrał się do liczenia gwiazd i popłakał się, że nie da rady.

Jesteśmy w domu.

– Tata, nudzi mi się – mówi. Jestem gotowy się z nim bawić, tylko w co? On też nie ma pomysłu, uważa, że to ja powinienem wiedzieć, jestem dorosły, wszystko wiem i umiem. Siedzimy bezradni naprzeciw siebie, zaczyna liczyć plamki na ścianie. A potem wykłada, ile ości ma karp, bardzo interesuje się rybami. Zna setki gatunków, ich budowę i obyczaje, chce, abym dzielił jego entuzjazm do ryb, a ja ryb nie znoszę. Ich smaku, oślizgłego wyglądu i niemoty. Mam dosyć, idę znowu do komputera. Powtarza:

– Nudzi mi się, nudzi mi się… Tata, daj tablet! – Mam dosyć, daję, żona schowała, uważa, że nasze dziecko jest już uzależnione. Synek pochyla się nad tabletem i mam spokój.

Wraca Krysia, chowamy w popłochu tablet. Cieszę się, że jest już w domu. Mam piękną żonę, oszołomiła mnie jej uroda, gdy ujrzałem ją po raz pierwszy, nadal oszałamia, jestem estetą, sprzedałbym duszę za piękno. Jest miła i łagodna. Nigdy się nie kłócimy. Anioł. Czasami sam sobie jej zazdroszczę. Niebieskie oczy, jasne pszenne włosy, nie ma jednak w jej urodzie nic banalnego, skrzyżowanie urody polskiej ze skandynawską. Nos zadarty, nieznacznie, na tyle jednak, że stanowi wyzwanie w jej twarzy. Usta nie za wąskie, nie za grube, ładnie zarysowane, jakby z serduszkiem w środku. Dołeczek w brodzie. Tak, ma coś dziecinnego w twarzy, jest zgrabna i szczupła. Jedno i drugie dla mnie ważne. Szczupłość kobiety mnie podnieca, obfite mnie nie pociągają. Odzyskała szybko płaski brzuch po urodzeniu Krzysia. Za to ja złapałem mały brzuszek, oczywiście do likwidacji, likwiduję go od roku, bezskutecznie, lubię słodycze. „A mi to nie przeszkadza” – śmieje się żona. „Ale mi przeszkadza”– mówię. Jak większość próbujących schudnąć, odchudzam się codziennie od jutra. Więc jeszcze dzisiaj zjem na deser ulubiony sernik z rodzynkami. Kupiłem go, wracając z siłowni, są różne serniki, dla mnie musi być gęsty ser, nieco wilgotny i oczywiście rodzynki. Jak jem słodycze, zawsze myślę o seksie, jakby te dwie przyjemności były ze sobą połączone. Krysia zdaje się zatroskana, nie chce powiedzieć dlaczego, mówi, że to tylko zmęczenie, ale ja wiem, że coś ją gryzie. Na pewno nie nasz związek, jest idealny. A tyle wokół katastrof małżeńskich, aż szumi od rozwodów, latają rondle, patelnie, krzyczą tłuczone talerze, dochodzi do fizycznej przemocy, dotyczy to czasami ludzi, którzy do tej pory nie potrafili skrzywdzić muchy. U naszych dalszych sąsiadów ona podbiła mu oko, a on jej przydzwonił pięścią, upadła i rozcięła sobie głowę, była policja. Tacy sympatyczni, kulturalni ludzie, z bliźniakami.

Wiadomość od Marzeny, ma ochotę na seks, chce się spotkać. Kiedy? Natychmiast. Mąż nagle wyjechał. Jak się wyrwać z domu? Nie znoszę kłamać. Od kłamstwa od razu boli mnie głowa. Żona nie jest zazdrosna, nie jest podejrzliwa, to jedna z jej licznych zalet. Ja też nie jestem o nią zazdrosny, to łatwe, jest urodzoną monogamistką. Myśl, że mogłaby mnie zdradzać, nawet ekscytuje. To byłby erotyczny cud. Nie wierzę w cuda. Mój kolega tak zadręczał cnotliwą żonę zazdrością, że zaczęła go zdradzać, z rozpaczy, zdawało jej się, że nie ma już nic do stracenia, a miała, bo skończyło się rozwodem. Zdrada to straszna rzecz, jakby matka zostawiała małe dziecko na pastwę nicości. Zdrada mówi: „Jesteś nikim. Zginiesz”. Zostawiła mnie pierwsza dziewczyna, nie kochałem jej, a i tak krążyłem wtedy po mieszkaniu i zastanawiałem się, gdzie się powiesić. Nie powiesiłem się, nie znalazłem odpowiedniego miejsca. Każdy boi się instynktownie, że zostanie zostawiony na pastwę nicości, która przyczajona, cierpliwie na nas czeka. Nie mam osobistych dramatów, więc szukam metafizycznych, a te małe są przecież niezbędne pisarzowi. Pewnie stąd moje przygody z kobietami. Masaż płciowego wyrostka jest masażem mózgu. Nie ma artysty bez masażu mózgu. Sztuka jest przepustką do niewierności.

Wymyśliłem, że wieczorem mam spotkanie z kolegami z klasy, czasami się spotykamy, żeby popatrzeć, jakie zmiany poczynił w nas czas.

– Takie spotkania inspirują mnie metafizycznie – mówię.

– Gdzie macie spotkanie? – pyta Krystyna.

Nie byłem przygotowany na takie pytanie, kręcę, w końcu wymyślam:

– W kawiarni Nowy Świat. – Kiwa głową, jakby spodziewała się, że właśnie tam.

Marzena mieszka w centrum, trzeba mieć szczęście, by znaleźć miejsce na parkingu. Mam jak zwykle szczęście. Portier mi się kłania, mam wrażenie, że patrzy na mnie z zazdrością. Nie jadę windą, wbiegam na szóste piętro. Uspokajam oddech, zanim zapukam. Domyśla się, że już jestem, i ostrożnie uchyla drzwi jak poły szlafroka. Oszałamia mnie jej młodość, jej uroda, zwiewność i przytulność. Oddycham nią. Ona też jest luksusowa jak ta kamienica i apartament.

 

– Ładnie pachniesz – mówi. – Co to za perfumy?

– Takie tam, nowe… – Jestem speszony, bo to perfumy od żony.

Kilka par męskich butów stoi w korytarzu, jedne jasnobrązowe mają wywalony jęzor, odebrałem to osobiście. Łażę i obwąchuję mieszkanie jak drapieżnik, wszędzie ślady jej samca. W salonie idealny porządek, on ma manię czystości. Tacy ludzie nie wybaczają innym najmniejszej plamki. A ja zbrukam ten dom i mam z tego jakąś obrzydliwą satysfakcję. Podniosę nogę i naznaczę go sobą. Obrazy na ścianach to też jego wybór, zna się na malarstwie. Ona za to prawie na niczym się nie zna, ale jest mistrzynią seksu oralnego. Facet, który obdarza ją swoim nasieniem, może się czuć jak danie w pięciogwiazdkowej restauracji. Moja żona, nigdy w życiu. To jej jedyna wada.

Łóżko w pokoju gościnnym czeka, Marzena nie chce pokalać małżeńskiego. Jakieś szczątki skrupułów. Ale to jest za wąskie, wymaga, by się do niego dostosować, a ja nie toleruję takich ograniczeń. Nasz seks ma jak anioł rozłożyste skrzydła. Dlatego zwykle zaczynamy od łóżka, a potem przenosimy się na dywan.

– Jak spotkanie klasowe? – pyta żona.

– Czas robi swoje, powoli, ale robi… – mówię prawdę i kłamię.

– Kogo nadgryzł najbardziej?

Mogłaby mi dać spokój, zwykle mam bujną wyobraźnię, ale teraz głowa pełna Marzeny.

– Kogo? Czy ja wiem, wszystkich po trochu, może Kasia najbardziej ucierpiała?

– A mówiłeś, że to spotkanie z kolegami.

– Dziewczyny też były. – Plączę się, od razu boli mnie głowa od kłamstw, a puls bije szybciej, wykrywacz kłamstw zdekonspirowałby mnie od razu, albo podejrzliwe oko kobiety, ale Krysia ufa mi bezgranicznie. Pisarz, który nie potrafi kłamać, jest jak złodziej, który nie umie kraść. Poczułem, że jestem łajdakiem. Nie takim wielkim, małym. Wielkie łajdactwa są zawsze cudze, nasze są małe, bo własne i oswojone, niemal serdeczne. Nie brzydzimy się nimi i nic dziwnego, skoro nie brzydzimy się nawet własnych wydzielin, chociaż cudze napełniają nas taką odrazą.

Na szczęście dzwoni Stefan, kolega, malarz. Byłem niedawno na jego wystawie. Nie rozumiem tego, co maluje, ale jest ceniony, więc przez naśladownictwo też go cenię. Czy wiele karier to nie owczy pęd opinii? Przypomniał sobie, że wczoraj były moje urodziny. Składa życzenia, miło z jego strony, mówi grobowym głosem: „Jestem od ciebie starszy o kilka lat i musisz wiedzieć, że to nie jest bezkarne mijać czterdziestkę, zaczyna się zahaczać kołem o pobocze, w każdej chwili można wpaść do rowu, zaraz sypnie ci się zdrowie, różne nieszczęścia lepić się będą jak muchy do miodu” – więc robi mi się grobowo. Żegnamy się. On serdecznie, ja z myślą: czy on na pewno dobrze mi życzy?

Czas spać. Kładę się obok żony, przysypia, musi wcześnie wstać. Całe szczęście, seks tej nocy byłby niemoralny. Jej łydka wystaje spod kołdry, na niej mały tatuaż, kwiatek w secesyjnym stylu. Zaskoczyła mnie rok temu, kiedy przyszła z nim do domu. Trochę się wstydziła swojej odwagi. Wstydzi się z wdziękiem. Ma coś z kota, wszystko robi z wdziękiem. Nie mogę zasnąć. Wstaję, wkładam dres i siadam do komputera.

Przyszedł kwadrans wcześniej, zajął stolik w głębi, zawsze tak siadał, by mieć przed sobą całą salę i wejście. Tak czuł się bezpieczniej. Był z natury podglądaczem, obserwował ludzi, pożerał ich wzrokiem. Ludzie czasami dostrzegali jego żarłoczność i odczuwali niepokój, czy im czegoś nie zje. Gdyby go spytali, odpowiedziałby szczerze: „Chcę wiedzieć o was wszystko. Potrzebne mi to do książek”. „Ale my sami o sobie nie wiemy zbyt wiele” – obruszyliby się. Odparłby: „To prawda, jesteśmy za blisko siebie, by wiele zrozumieć, dlatego ktoś z boku może zobaczyć więcej. Ja wiem o was więcej od was”.

Nie mam jednak melodii, by dalej pisać. Tak, do pisania potrzebna jest wewnętrzna muzyka i jej fale. Wertuję Internet, jest recenzja z mojej nowej książki. Przeczytam jutro. Lubię odkładać przyjemność na później. Kładę się, Krysia śpi głęboko, po jej czole płyną sny jak chmury. Łydka nadal wystaje spod kołdry, naga i bezbronna jak niemowlę.

Budzę się. Dzisiaj nie ma słońca. Żona w pracy, Krzyś w przedszkolu. Mój laptop śpi na stole. Sąsiad krząta się w ogródku. U młodych, tych z domu po lewej, nagły ruch, ona wychodzi do ogrodu w białym szlafroku, mokre włosy w strąkach oplatają jej ramiona, brała pewnie przed chwilą prysznic, mam wrażenie, że czuję zapach szamponu i jej urody. Szkoda, że nie mogę się do niej przytulić na dzień dobry. Zbieram piżamkę synka rozrzuconą na dywanie. Prysznic. Mam czterdzieści lat i dwa dni. Siadam do komputera. Piszę listy, wchodzę w nową prozę, zaplątuję się we własne słowa, wycofuję się ze zwieszoną głową. Mojemu bohaterowi powinno się zdarzyć jakieś nieszczęście. Jak nudne i jałowe jest szczęście. Szczęście to dla pisarza nieszczęście.

Dzwonię do Marka, lekarz chirurg, przyjaciel. I partner tenisowy od wielu lat. Ma wolny dzień. Umawiamy się na Warszawiance. Tenis zawsze poprawia mi nastrój, chyba że przegrywam, z Markiem nie przegrywam. W tenisie jest wiele psychologii, trzeba wygrywać ważne piłki, grać najlepiej w krytycznych sytuacjach. Czy nie podobnie jak w życiu? W tenisie pomaga mi optymizm i przekonanie, że zawsze dam sobie radę.

Po prysznicu siadamy w klubowej kawiarni. Marek rozstał się niedawno z żoną. Lubiłem Iwonkę i żal mi tego, co się stało. Ale jego fascynują kobiety, najbardziej te, których jeszcze nie zna, ładne, brzydkie, małe, duże, bez różnicy, jest wszystkożerny. Trochę mnie to dziwi, skoro wie, że pod skórą człowieka są sklepy mięsne. Iwonka miała dosyć jego romansów, na dodatek Marek się zakochuje, zakochany facet nie ukryje tego przed żoną. Kobiety mają intuicję. Po rozstaniu szybko znalazł sobie nową kobietę. Widziałem ją przez chwilę, niebrzydka, ale nie umywa się do Iwonki. Siedzimy z Markiem przy stoliku, gadamy, traci co chwila wątek i wodzi wzrokiem za kobietami jak pies za kiełbasą. Wspominamy młodość, jest niby na wyciągnięcie ręki, ale już jej nie możemy dotknąć.

– Zaczynamy się starzeć – mówię. – Starzy lubią wspominać przeszłość.

Milczy, zawsze milczy, gdy się ze mną zgadza. Milczymy obaj, pijąc kawę. Jest jedynym człowiekiem, z którym potrafię milczeć bez niepokoju, że milczenie jest nietaktem. O czym myśli? Zwierzył się kiedyś, że mi zazdrości, że jestem pisarzem. Czy zazdroszczę mu jego pracy? Jest po trochu Bogiem, a po trochu rzeźnikiem. Ale Bóg też jest rzeźnikiem, bo życie to rzeźnia. Przyjaźń nie chroni przed zazdrością. We mnie jest chyba mało zazdrości, ale czy tak jest? W tej sferze wiele zakłamania, niczego tak się nie wstydzimy jak własnej zawiści. Czasami za to sam sobie zazdroszczę własnego szczęścia. Zazdrość i zawiść płyną ze źródeł niskiej samooceny, a ja mam wysoką. Poczucie własnej wartości to nasz wewnętrzny sąd, jest prokurator, adwokaci, sędzia i w końcu publiczność. Co za spektakl. Mam dobrego adwokata, prokurator nieudolny, a sędzia łaskawy. Publiczność to moi czytelnicy. Są serdeczni.

– Czy zdradzasz czasami Krystynę? – spytał tak nagle, że drgnąłem.

– Nie – mówię, nie patrząc mu w oczy.

Jeśli nie spojrzę mu w oczy, nie uwierzy – myślę i spoglądam. Miałem wrażenie, że uśmiecha się ironicznie. Nie uwierzył. Aby pokryć zmieszanie, mówię:

– Pytasz, bo sam jesteś babiarz? – Mogło to zabrzmieć zbyt mocno, więc by go nie urazić, szybko dodaję: – No powiedzmy, że lubisz kobiety, mnie to nic nie przeszkadza. To najpiękniejszy z nałogów. Nie jestem od niego tak zupełnie wolny.

– Łajdaczę się, bo jestem też trochę artystą – mówi Marek. – Artyści posiadają rozbudowane życie erotyczne, mają bujną wyobraźnię, a wyobraźnia karmi seks. Mają dobre usprawiedliwienie, to słodka ofiara, jaką składają sztuce. Jeśli ty nie masz przygód, to strata dla sztuki, zysk dla Krysi. Chociaż powinno jej zależeć na twojej sztuce… Zresztą, czy ja ci wierzę? – Spogląda mi badawczo w oczy. Nie wierzy, szelma, nic mi nie wierzy.

Dlaczego nie potrafiłem być szczery? Przyjaźń mężczyzn nie może opierać się na pełnej szczerości, za wiele w niej rywalizacji. Słyszałem, że tak jest mniej więcej do siedemdziesiątki. Potem rywalizujemy, kto umrze później. Ale wygrana nas przygnębia.

– Skończyłem czterdzieści lat – mówię, żeby zmienić temat.

Uznał, że mam żal, że nie pamiętał, i zaczyna się tłumaczyć, że nie pamięta nawet daty swoich urodzin, przegapił ostatnio.