Do piekła i z powrotemTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Copyright © Wydawnictwo Dom Horroru, 2018

Dom Horroru

Gorlicka 66/26

51-314 Wrocław

Copyright © Tomasz Czarny, Do piekła i z powrotem, 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Redakcja i korekta: Anna Musiałowicz

Projekt okładki: Dawid Boldys, Shred Perspectives Works

Skład: Sandra Gatt Osińska

Wydanie I

ISBN: 978-83-66518-00-1

www.domhorroru.pl

facebook.com/domhorroru

instagram.com/domhorroru

Magdzie

Pamięci Jacka Ketchuma i Krzysztofa Iwańskiego.

Jack: Wciąż „Poza sezonem”.

Krzyś: Nie zdążyliśmy się nawet pożegnać…

PODZIĘKOWANIA

Chciałbym serdecznie podziękować:

całej mojej rodzinie, Magdzie, Agnieszce i Michałowi Golczewskim, Annie Musiałowicz, Piotrowi Szymalskiemu, Markowi Grzywaczowi, Mariuszowi Juszczykowi, Magdalenie Paluch, Marcinowi Piotrowskiemu, Karolinie Kaczkowskiej, Bartkowi Czartoryskiemu, Frankowi Feście, Dawidowi Boldysowi, Sandrze Osińskiej, Kornelowi Kwiecińskiemu, Edwardowi Lee i Johnowi Eversonowi.

Tobie, Drogi Czytelniku, dziękuję za to, że dałeś mi szansę, bym opowiedział Ci tę historię.

Jeśli o kimś zapomniałem… wybaczcie mi.

Tomasz Czarny

CZĘŚĆ PIERWSZA SZPITAL

1

Leżała na szpitalnym łóżku, podłączona do kroplówki i całej tej aparatury. Patrzyłem na nią i nie mogłem powstrzymać łez. Moje córka umierała powoli, a ja nie mogłem nic zrobić. Drżały mi ręce. Zresztą cały się trząsłem. Miałem wrażenie, że było tak już zawsze, odkąd dowiedziałem się, że ma złośliwy, nieuleczalny nowotwór.

Spała. Z chustką na głowie i spokojem wypisanym na twarzy. Miała dopiero dziewięć lat. Targały mną wielkie emocje, od żalu po gniew, z którymi w żaden sposób nie mogłem sobie poradzić. Działo się coraz gorzej. Często byłem słaby i ledwo trzymałem się na nogach, jakbym to ja miał niebawem umrzeć. Wpatrywałem się w nią i próbowałem sobie wyobrazić, jak będzie wyglądało moje życie, gdy odejdzie.

I to było coś niewyobrażalnego. Wiedziałem, że sobie nie poradzę. Gdyby tylko żyła Magda… Ale nie żyła i musiałem jakoś sam się uporać z tym koszmarem. Więc stałem tak w tej cholernej szpitalnej maseczce i patrzyłem na moją konającą córkę, a w oczach miałem łzy. Jej pierś unosiła się miarowo i powoli, a aparatura pikała cicho, sygnalizując, że wszystko jest w porządku. Jeszcze.

Czułem, że mam wielki głaz w żołądku i taki sam w gardle. Za nic nie mogłem pogodzić się z zaistniałą sytuacją, bo kto o zdrowych zmysłach może spokojnie czekać na śmierć własnego dziecka? Zaskoczyło mnie, że mogę jeszcze płakać, myślałem, że wylałem z oczu już wszystkie łzy. Było mi raz gorąco, raz zimno i miałem dreszcze – zapewne z powodu niewyspania i permanentnego zmęczenia.

Mam na imię Tomasz. Nazwisko nie jest istotne, i tak nic by wam nie powiedziało. Mam trzydzieści pięć lat. Z zawodu jestem grafikiem komputerowym. Dosyć cenionym i znanym, ale to też nieistotne. Mieszkam we Wrocławiu. Od zawsze.

Moja żona zginęła dwa lata temu w wypadku samochodowym. Wjechał w nią pijany kierowca, nie miała najmniejszych szans. Gosia miała wtedy siedem lat.

Zostałem z nią sam. Musiałem się szybko pozbierać, nie mogłem sobie pozwolić na pogrążenie się w samolubnym cierpieniu. Miałem dziecko i trzeba było jakoś żyć. Właśnie – jakoś. To stwierdzenie dobrze odzwierciedla tamten czas. A teraz spotkało nas to. Po śmierci Magdy bardzo zbliżyliśmy się z moją córką, razem przebrnęliśmy przez rozbijające nas fale cierpienia. Moi rodzice nie żyli już od dawna, rodzice Magdy odeszli kilka lat temu. Zostaliśmy praktycznie sami.

Gdy żyła Magda, wszystko wydawało się takie proste. To ona zajmowała się Małgosią i domem. Ja siedziałem w pracy praktycznie od rana do wieczora, do tego nawet w weekendy. Zarabiałem tyle, by moja żona nie musiała pracować i jeszcze udawało nam się coś odłożyć. Gdy tylko chciałem albo tego potrzebowałem, zostawałem w domu i pracowałem w swoim gabinecie. Często pomagałem Magdzie przy obiedzie i innych obowiązkach. Byliśmy bardzo szczęśliwym małżeństwem. Planowaliśmy drugie dziecko, nawet rozmawialiśmy o tym, jakie chcielibyśmy dać mu imię. Małgosia się cieszyła, że będzie miała brata lub siostrzyczkę. Była taka pogodna.

Gdy po wypadku Magdzie zrobiono sekcję zwłok, okazało się, że była w ciąży. Szósty tydzień. Nie mogłem w to uwierzyć. Podwójny cios. Pawełek albo Agatka.

Bardzo długo nie mogłem się z tym pogodzić. Nie wiedziałem, za co życie mnie tak karze. Nigdy nie uważałem się za złego człowieka. Zawsze starałem się być uczynny, pomagać innym. Ludzie mnie lubili, miałem mnóstwo znajomych, kolegów i grono wypróbowanych przyjaciół. Magda była moim wypełnieniem.

Poznaliśmy się jeszcze w liceum, na jakiejś prywatce, bo tak wtedy jeszcze mówiono na domowe imprezy. Od razu przypadliśmy sobie do gustu. Między nami zaiskrzyło. Wytworzyła się jakaś magia, jakaś niewidzialna nić porozumienia. Od razu poczułem, że to coś więcej. Ona chyba też.

Zaczęliśmy spędzać ze sobą mnóstwo czasu, wszystko oprócz nauki było dla nas mało ważne. Wspaniale się uzupełnialiśmy. Magda była poważną i stojącą twardo na ziemi osobą, ja natomiast lekkoduchem i żartownisiem. Jej rodzice mnie polubili, a ja polubiłem ich. Moja mama i tata także szybko zaakceptowali nasz związek. Nasze rodziny nie miały nic przeciwko temu, że się spotykamy, bo oceny w szkole nam się nie pogorszyły, ba, nawet zwyżkowały. Magda była moją motywacją, a ja jej. Przysięgaliśmy sobie dozgonną miłość i robiliśmy plany na przyszłość. Wkrótce nasze życzenia zaczęły się spełniać.

Magda była szczupłą blondynką. Boże, jaka ona była piękna. Jej uśmiech sprawiał, że dzień stawał się radosny. Rozumieliśmy się bez słów. Obydwoje wiedzieliśmy, co chcemy w życiu osiągnąć. Jedno wspierało drugie. Wszystko przy niej stawało się łatwiejsze.

To były wspaniałe lata. Byliśmy w sobie bardzo zakochani. Te obietnice, przysięgi i dyskusje po sam świt. Jak teraz to wspominam, mam wrażenie, że żyliśmy samą miłością. Myślałem, że będzie tak już zawsze…

Po ukończeniu liceum poszliśmy razem na studia. Ja na informatykę ze specjalnością grafika komputerowa, Magda wybrała marketing i zarządzanie. Studiowanie szło nam bez najmniejszego problemu. Większy kłopot sprawiało nam to, że wciąż mieszkaliśmy oddzielnie. Co prawda niedaleko od siebie, ale jednak osobno. Nie martwiło nas to zbytnio, bo często widzieliśmy się na uczelni i poza nią. Po skończeniu studiów planowaliśmy założenie rodziny, wzięcie kredytu na mieszkanie, a wreszcie i dziecko. Nasze marzenia wkrótce miały się spełnić.

Ocknąłem się. Stałem oparty o ścianę w szpitalnym pokoju. Czułem czyjś dotyk na ramieniu.

– Panie Tomaszu, niech pan idzie odpocząć do domu. Może uda się panu zasnąć. Przecież pan wie, że wszystkim się zajmiemy, prawda? – Pielęgniarka uśmiechnęła się miło. Miała na imię Jola. Odczytałem to z tabliczki przypiętej do jej fartucha.

– A co…? Przepraszam, co pani mówiła? Zamyśliłem się.

– Poprosiłam pana, by pojechał pan już do domu i wypoczął. Jutro też jest dzień, a Małgosia jest pod dobrą opieką. Najlepszą – powiedziała.

– Dobrze, zostanę jeszcze tylko kilka minut. Obiecuję. – Podniosłem dwa palce i posłałem jej wymuszony uśmiech. – Czy… czy ona cierpi?

– Nie, to jeszcze nie to stadium, choć to może już być blisko. Tak mi jej żal, jest taka ładna…

– Tak, to po mamie. Ona też była piękna… i młoda…

– Wiem, że nie powinnam… – Pielęgniarka spuściła wzrok, zawstydzona.

– Zginęła w wypadku samochodowym dwa lata temu. Powinna pani. – Poczułem potrzebę choćby krótkiego nakreślenia jej naszej sytuacji rodzinnej. – Teraz pani wie i jest spokojniejsza. Czy córka o tym nie wspominała?

– Nie, nie wspominała. A ja sama nie pytałam, choć się domyślałam. Bardzo mi przykro.

– Dziękuję bardzo. Ale to niestety już niczego nie zmieni.

Schowałem twarz w dłonie.

– Gdyby pan tylko czegoś potrzebował, proszę dać znać. Postaram się pomóc.

– Jeszcze raz za wszystko dziękuję. Jest pani bardzo miła.

– To mój zawód. Jestem pielęgniarką.

– Ma pani rację. – Nagle odniosłem wrażenie, że nogi uginają się pode mną ze zmęczenia, a do oczu ktoś wsypał mi piasek. – Chyba na dziś już wystarczy. Proszę o nią dbać i jej doglądać, bardzo proszę.

Wyciągnąłem z portfela banknot dwustuzłotowy i wsadziłem jej do kieszeni fartucha.

– Pan mnie obraża. – Pomiędzy brwiami pielęgniarki pojawiła się pionowa zmarszczka. – Niech pan weźmie pieniądze i je schowa. Małgosia ma tutaj najlepszą opiekę, jak to tylko możliwe, zarówno ze strony lekarzy, jak i personelu pomocniczego.

– Przepraszam, nie chciałem pani urazić. Po prostu dawno nie byłem w szpitalu. Musiałem mieć pewność.

– Nic się nie stało. – Pionowa zmarszczka na czole kobiety wygładziła się.

 

Wiedziałem, że ją uraziłem tymi pieniędzmi. Nie myślałem jasno. Mój umysł działał na najwolniejszych obrotach. Jednak musiałem zrobić co w mojej mocy. Podszedłem do łóżka i pocałowałem moją córkę w czubek głowy. Zatrzepotała tylko rzęsami, ale poza tym nawet się nie drgnęła. Odwróciłem się, wziąłem głęboki oddech i pożegnałem się z pielęgniarką.

Wyszedłem przez szklane drzwi z napisem „ODDZIAŁ ONKOLOGICZNY”. Zawsze gdy wychodziłem, starałem się nie rozglądać zbytnio na boki, bo więcej cierpienia bym chyba nie zniósł. Nieraz jednak mijali mnie mali, łysi pacjenci w swych szlafrokach i piżamach, a wtedy łzy same cisnęły mi się do oczu, a w gardle powstawała ta wielka kula, która bolała niemiłosiernie.

2

Wróciłem do domu i zacząłem się zastanawiać nad tym, co spotkało mnie i moje dziecko. Często spoglądałem za okno, jakbym na coś czekał. Chyba tylko cud mógłby nam pomóc. Wpatrywałem się też w zdjęcie Magdy, bo to zawsze dodawało mi otuchy i sił.

Po śmierci żony byłem psychicznym wrakiem. Cierpiałem na depresję, której za nic nie mogłem uleczyć. Boże, minęły już dwa lata od jej śmierci, a ja wciąż całkowicie nie doszedłem do siebie. Starałem się nie pić w ogóle i nie palić, ale było to bardzo trudne wyzwanie. Jeśli piłem, to zwykle jeden, dwa drinki przed snem, choć rano i tak odczuwałem tego skutki. Budziłem się, wstawiałem wodę na kawę i tak się zaczynał mój dzień. Zwykle w kuchni paliłem też papierosa – przy otwartym oknie, spoglądając na dostojne topole...

Nie miałem wcale apetytu. Zmuszałem się do jedzenia. Wszyscy mi tylko powtarzali, jak bardzo zmarniałem, schudłem i tak dalej. I widziałem tę troskę w ich oczach. Czułem się wtedy źle, bo te spojrzenia odbierały mi siły, których tak bardzo potrzebowałem.

Sam nie dostrzegałem tego, jak bardzo zmizerniałem. Patrzyłem w lustro w przedpokoju i było mi to obojętne. Czułem, jak spodnie spadają mi z tyłka, a koszule stają się jakieś takie za duże. Miałem to gdzieś. Trudno.

Jak wreszcie udało mi się poczuć głód, jadłem same niezdrowe rzeczy. Głównie dania gotowe. Stołowałem się też w pobliskich barach. Nie gardziłem fast-foodami. Mikrofala stała się moim najlepszym przyjacielem, a spaghetti i jajecznica kolegami, którzy często wpadali. Do żołądka.

W niektóre dni depresja wzmagała się i wtedy nie miałem siły na nic. Na pracę, na wyprawy do szpitala do Małgosi. Na mycie się, golenie, kąpanie. Zwykle trwało to kilka dni. Czarne myśli porywały mnie i coś pchało nieubłaganie do samobójstwa. Ciągle stawiałem opór, lecz wiedziałem, że kiedyś przyjdzie taki czas, gdy będę po prostu za słaby i zbyt wykończony, by dać temu radę. Na razie musiałem walczyć. Walczyć dla mojego dziecka, nie dla siebie. Nie chciałem skończyć na oddziale tak jak ona, tyle że psychiatrycznym, a wierzcie mi – wcale mi wiele do tego nie brakowało.

Sam byłem dla siebie szefem i to ja zatrudniałem ludzi, więc rzadko pojawiałem się w biurze. Każdą możliwą rzecz załatwiałem przez komputer albo przez telefon. Wszyscy byli dla mnie bardzo mili i wyrozumiali, nawet klienci, którym zapewne obiło się o uszy, że jestem uczestnikiem kolejnej tragedii.

Powoli zacząłem przygotowywać się na najgorsze. Próbowałem tłumaczyć sobie, że mojej córki niedługo nie będzie, że odejdzie bezpowrotnie. Mój mózg nie mógł przetrawić tej informacji, walczył z tym faktem zaciekle. Po prostu nie przyjmował tego do wiadomości.

Diagnoza była bezwzględna: nowotwór złośliwy i to w tej najgorszej, najbardziej zwyrodniałej postaci. Zostały jej jakieś dwa miesiące życia. Chemia co prawda dawała rezultaty, ale tylko chwilowe. Bardzo długo szukałem jakiejkolwiek deski ratunku, ale było już za późno. Istotą rolę odgrywał tu czas, a nie pieniądze czy cokolwiek innego. Spóźniłem się. To była moja wina. Byłem zbyt pochłonięty pracą, zbyt zapatrzony w siebie po śmierci Magdy, by zauważyć, że coś się dzieje, coś jest nie tak. Gdy w końcu to dostrzegłem, bo symptomy nasilały się, wyrok był już nieodwołalny: rak w późnym stadium, złośliwy.

Poczułem się, jakbym dostał łomem w twarz. Nogi ugięły się pode mną i zemdlałem. Kompletnie się pogubiłem. Gdy odzyskałem przytomność, nic już nie było takie samo. Od tej chwili nosiłem w sobie ogromny, przygniatający ciężar, który na każdym kroku, w każdym momencie przypominał mi o tym, jak bolesne jest życie.

Wszystko dookoła widziałem jakby przez czarny filtr. Nic już nie miało sensu i nic się nie liczyło. Walczyłem ze sobą, by przetrwać każdy kolejny dzień.

Zacząłem nienawidzić wszystkiego i wszystkich. Najbardziej siebie. Najpierw śmierć zabrała mi żonę, a teraz wyciągała łapczywe łapska po moją ukochaną córkę.

Wiedziałem już, że gdy nie będzie dla niej ratunku, gdy wszystkie metody leczenia zawiodą... gdy...

Gdy umrze, to podążę za nią i w końcu spotkamy się wszyscy, w trójkę.

Nie wyobrażałem sobie życia bez Małgosi. Gdy tylko próbowałem sobie uświadomić, co będzie, gdy mi jej zabraknie, to zaraz robiło mi się słabo i czarno przed oczami. Brakowało mi tchu. Czułem gorycz tak wielką, że myślałem, że pęknie mi serce.

Stanie się tak z pewnością, gdy już odejdzie. Jest mi całym światem, jest moją małą iskierką, jest śladem Magdy na tym świecie. Jest moją córką, moją ostoją i szczęściem. Jeszcze jest...

3

Przyjechałem do szpitala dość wcześnie, było chyba koło ósmej. Gdy przechodziłem przez oddział onkologiczny, pielęgniarki albo odwracały nieśmiało wzrok, albo widziałem ich zatroskane, smutne spojrzenia. Nie chciałem ich współczucia. Drażniło mnie i denerwowało.

Wszedłem do sali, gdzie leżała moja córka. Na głowie miała niebieską chustkę. Nie spała. Czytała sobie książeczkę, którą dostała ode mnie na swoje ósme urodziny. Książka opowiadała o psie, który zgubił drogę do domu.

– Cześć tatusiu! – zawołała Małgosia, widząc mnie wchodzącego do sali.

– Cześć, kochanie moje! Boże, jak bardzo stęskniłem się za tobą! – krzyknąłem, nie zważając na nic.

Małgosia leżała w pojedynczej sali. Prosiła mnie, by tak właśnie było. Musiałem iść aż do samego ordynatora, żeby to załatwić, ale w końcu się zgodził. Nie wiem, czemu moja córka wybrała samotność. Widocznie chciała odchodzić sama, w skupieniu. Ona ma tylko dziewięć lat, Jezu...

– Dawno się nie widzieliśmy, co? – Jak zawsze próbowałem być przy niej w dobrym nastroju.

– Oj dawno, dawno, tatusiu. Bardzo dawno – odpowiedziała ze śmiechem.

– Jak się czujesz, kochanie? – spytałem i usiadłem na łóżku obok Małgosi, chwytając ją za rękę.

– Nie najgorzej tato, nie martw się. Wszyscy są tutaj dla mnie tacy mili, naprawdę. Dobrze się mną opiekują – odparła.

Łzy stanęły mi w oczach. Starałem się być silny i się nie rozkleić.

– Wiem, kochanie. Wiem. Czy... czy coś cię boli?

– Nieraz tak. Ale nie zwracam na to uwagi. Jestem dzielna, co nie? Tato...? Tato, czemu płaczesz?

Nie wytrzymałem i łzy stanęły mi w oczach. Nie mogłem wydusić słowa. Odwróciłem się do niej plecami i szybko wytarłem oczy.

– Ja nie płaczę, maleńka… Po prostu pracowałem do późna i mam bardzo zmęczone oczy, nieraz tak już jest – skłamałem.

– Tato, czy ja umrę? Czy aniołki wezmą mnie do nieba do mamusi? Ja tak tęsknię, wiesz?

Uśmiechnąłem się sztucznie. Zabiła mnie tym pytaniem. Najgorsze, co mogłem zrobić, to śmiertelnie przestraszyć moją córkę. Nie mogłem powiedzieć jej prawdy, jeszcze nie teraz. Z drugiej strony bałem się, że inni mogą mnie w tym wyręczyć. Musiałem się solidnie przygotować na taką rozmowę.

– Kochanie, czemu po głowie chodzą ci takie rzeczy? Oczywiście, że nie umrzesz! Nie ma takiej możliwości. Kto nagadał ci takich rzeczy? – Wiedziałem już, że popełniam błąd.

– Oni powiedzieli, że mnie wezmą. Już niedługo. Powiedzieli, że ukradną mi duszę i nigdy już jej nie wypuszczą – powiedziała śmiertelnie poważnie.

Nie wiedziałem, jak zareagować, zatkało mnie. Stałem jak wryty, nie mogąc uwierzyć w to, co słyszę. Z pewnością miałem oczy jak pięciozłotówki.

– Jacy oni? Małgosiu, co ty wygadujesz, dziecko?

Patrzyła na mnie przerażona. Widziałem, że nie kłamie. Była zbyt poważna. I zbyt wystraszona.

– Oni powiedzieli mi, że nazywają się Strażnikami Dusz. Przyjdą po mnie, tato. Przyjdą po mnie, a ja tak się boję! Nieraz w nocy słyszę ich głosy, ich straszne głosy. Najgorszy jest Cienisty! – wyrzuciła z siebie.

– Cienisty? Jaki cienisty? O czym ty mówisz, córeczko?

– Oni mówią, że zbierają dusze dzieci i trzymają je w piekle, tak mówią tatusiu. Przysięgam!

Przestało mi się to podobać. Nie wiedziałem, jak się mam zachować. Zrozumiałbym, gdyby chodziło o jakiegoś wyimaginowanego przyjaciela, ale to? To było mroczne i straszne. Nie sądzę, by moja córka to zmyśliła. To zbyt poważne jak na dziewięciolatkę, nawet stojącą w obliczu śmierci.

– Ale jacy oni? Kto? Ktoś z oddziału? Ktoś cię straszy? Grozi ci? Powiedz mi!

– Ja... ja tylko słyszę nieraz ich głosy. To nie ludzie, tatusiu. Ich głosy są okropne i takie brzydkie! Naprawdę! I mówią, że najgorszy jest Cienisty i to on zabierze moją duszę do piekła, gdy umrę!

4

Musiałem to wszystko przemyśleć i sobie poukładać. Miałem mętlik w głowie. Wracałem do domu moją Mazdą 6 i byłem tak pogrążony w myślach, że nawet nie zauważyłem, kiedy dotarłem na parking. Próbowałem uspokoić Małgosię, zostałem przy niej najdłużej, jak tylko mogłem i poprosiłem pielęgniarkę, by powiadomiła lekarza prowadzącego, że z moim dzieckiem dzieje się coś złego (ale sam nie wiedziałem, co).

Gdy przejeżdżałem obok starego browaru, zwolniłem, gdyż moim oczom ukazał się napis na murze:

PÓJDZIESZ DO PIEKŁA

Poczułem się nieswojo, a na moim ciele gęsia skórka. Wszyscy pójdziemy, pomyślałem i nacisnąłem pedał gazu.

Gdy wszedłem do domu, zamknąłem za sobą drzwi, oparłem się o nie plecami, po czym osunąłem się na podłogę i zacząłem płakać. Ukryłem twarz w dłoniach. Czułem się naprawdę źle, a teraz jeszcze na domiar złego przeraziły mnie majaki mojej córki. To wszystko mnie przerastało.

Kiedy oprzytomniałem, wstrząsnął mną nieład, w którym pogrążyło się moje mieszkanie. Było w katastrofalnym stanie. Puste butelki po whisky i piwie, popielniczki zapełnione petami, resztki jedzenia walające się dosłownie wszędzie. Syf, brud i ubóstwo. Malaria.

Odpaliłem laptopa i sprawdziłem pocztę. Kilka wiadomości z firmy, reklamy, komunikaty z allegro i inny spam. Nie miałem na to siły. Na nic nie miałem.

Nagle moim oczom ukazał się mail, którego nie dostrzegłem wcześniej. Jako nadawca wyświetlił się PIEKŁO.COM.PL. Treść była krótka i zwięzła: „Pójdziesz do piekła”

Włosy stanęły mi dęba i nie mogłem uwierzyć w to, co czytam.

– Kurwa! Dość tego! Moja córka umiera, skurwysyny! – krzyknąłem wściekle. Miałem wielką ochotę chwycić laptop i walnąć nim o podłogę, ale powstrzymałem się. To byłby dowód, że zupełnie oszalałem...

* * *

Nie wiedziałem, za co mam się zabrać, czym zająć ciało i umysł, bym mógł trochę odetchnąć od tego wszystkiego.

Na biurku w ramce leżało zdjęcie całej naszej trójki. Uśmiechnąłem się mimowolnie, widząc je.

Wróciłem do czasów, gdy było nam tak dobrze razem. Wspólne życie, wspólne smutki i radości dnia codziennego, ale i wspólne marzenia. A teraz to wszystko zostało przekreślone. To już nie wróci. Nigdy.

Byłem tak bardzo samotny i zagubiony, nie wiedziałem, co począć, jakbym czekał na jakiś cud, który nie wiadomo, czy się spełni. Perspektywa nieuchronnej śmierci najbliższej osoby sprawia, że nagle dostrzegamy, jak kruche jest życie.

Byliśmy razem, w pełni oddawałem się rodzinie, doceniając te szczęśliwe chwile, bo wiedziałem, że czas płynie szybko.

Kochałem Magdę. Uważałem, że jest po prostu cudowna. Życie z nią to była bajka. Prawie w ogóle się nie kłóciliśmy, zwykle mieliśmy podobne zdanie, a jeśli nawet akurat nie, to potrafiliśmy iść na kompromis.

Kiedy urodziła się Małgosia, cieszyliśmy się jak dzieci, byliśmy wniebowzięci. Moja córka była planowana, oboje bardzo jej pragnęliśmy. Po jej urodzeniu nasza miłość jeszcze bardziej rozkwitła, co było cudownym doświadczeniem. Finansowo też układało nam się nieźle, na nic nie mogliśmy narzekać. Moja firma prosperowała dobrze. Magda wspaniale zajmowała się domem, była bardzo wyrozumiała. Mogłem skupić się na pracy i zamówieniach od klientów, nowych kontraktach.

 

W naszym domu często bywali nasi znajomi. Moja żona była bardzo gościnna i towarzyska. Nie przeszkadzało mi to, ponieważ też bardzo to lubiłem.

Teraz, wspominając to wszystko, dostrzegałem, jak wiele straciłem. A w niedalekiej przyszłości mogłem stracić jeszcze więcej... Tę, którą kochałem najmocniej. Moje dziecko.

* * *

Ocknąłem się. W pokoju panował półmrok. Nie miałem pojęcia, ile czasu spędziłem, siedząc przy biurku, wpatrując się w fotografię i przywołując wspomnienia. Dość użalania się nad sobą, weź się w garść, chłopie, twoja córka cię potrzebuje, pomyślałem.

Wsadziłem naczynia do zmywarki. Pozbierałem popielniczki z niedopałkami i wyrzuciłem ich zawartość do śmieci. To samo zrobiłem z pustymi butelkami. Posegregowałem papiery z mojego biurka i pochowałem do koszulek w segregatorach. Poszedłem do łazienki i nastawiłem pranie. Na koniec wyciągnąłem mrożoną pizzę i wstawiłem do piekarnika. Zjadłem kilka kawałków i położyłem się spać.

* * *

Śniło mi się, że brodzę w jakimś błocie. Poruszam się powoli, nogi mam ciężkie i słabe. Wydaje się, że każdy krok zajmuje mi godziny. Naprzeciw siebie widzę Małgosię, która tkwi w jakimś bagnie i zapada się w nie coraz bardziej, krzyczy: „Tatusiu, tatusiu, ratuj mnie, proszę!”, a ja nie mogę jej pomóc. Tak bardzo się staram, ale im bardziej próbuje się poruszać, tym gorzej mi to idzie i praktycznie stoję w miejscu.

Wołam do niej: „Kochanie, tata już idzie! Nie ruszaj się!”.

I staram się z całych sił, ale nadal stoję w miejscu. A ona coraz bardziej się zapada...

Usiadłem na łóżku i próbowałem zebrać myśli.

Miewałem koszmary, odkąd zmarła Magda. Nasiliły się, gdy zachorowała Małgosia, ale nigdy dotąd nie były one tak realistyczne i potworne.

Zapaliłem lampkę i poszedłem do kuchni. Było wpół do drugiej. By się trochę się uspokoić, najpierw nalałem sobie szklankę wody, a później miarkę whisky.

Wróciłem do łóżka i próbowałem zasnąć, myśląc przed snem, czy moja córka na pewno dobrze się czuje i czy stan jej zdrowia nagle nie uległ zmianie na gorsze.

Postanowiłem, że pojadę do szpitala z samego rana.