Toutatis znaczy zagładaTekst

Przeczytaj fragment
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Toutatis znaczy zagłada
Toutatis znaczy zagłada
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 22,98 18,38
Toutatis znaczy zagłada
Toutatis znaczy zagłada
Toutatis znaczy zagłada
Audiobook
Czyta Artur Bocheński
12,99 11,69
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tomasz Biedrzycki

Toutatis znaczy zagłada

Saga

Toutatis znaczy zagładaCopyright © 2015, 2019 Tomasz Biedrzycki i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726195651

1. Wydanie w formie e-booka, 2019

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

CZĘŚĆ I

ZAPOWIEDŹ
Rok 2005

W bezdennej otchłani kosmosu jaśniał ogromny glob Jowisza. Na tle ogromnej, czerwonej plamy przesuwały się niewielkie tarcze księżyców spośród wielu innych, kryjących się w mroku. Znajdujący się bliżej glob był upstrzony wszystkimi odcieniami żółci. Wyrzucał z siebie potoki płynnej siarki z kraterów. Otaczał go jasny obłok rozpraszającej się atmosfery. Io, jako jedyne ciało niebieskie Układu Słonecznego poza Ziemią charakteryzował się wulkanicznym charakterem. Kolejna, jasna tarcza zbliżającego się księżyca należała do Europy. Najmniejszy księżyc Jowisza spośród czterech, odkrytych wieki temu przez Galileusza. W polu widzenia pojawił się nowy obiekt, okruch skalny, o poszarpanych brzegach. Gdzieś dalej przemknął drugi kosmiczny zawalidroga. Tego martwego świata nie oglądało dotąd oko żadnej żywej istoty. Jedynymi przybyszami były tu od zawsze lodowe i skalne bolidy. Właśnie im Jowisz zmieniał orbity i przyspieszał ich ruch. Niekiedy siła grawitacji tego olbrzyma potrafiła wyrzucić skalny odłam poza granicę Układu Słonecznego.

Przeleciały tędy tranzytem cztery sondy kosmiczne. Piąta, „Galileo”, krążyła po orbicie. Po zrzuceniu lądownika, który zbadał zewnętrzne warstwy atmosfery Jowisza, sonda prowadziła badania samej planety i jej księżyców. To był ten świecący punkt, który ukazał się z prawej strony tarczy Jowisza. Jedna z kamer sondy wykonała zdjęcie niewielkiego obiektu skalnego, niknącego już w mroku przestrzeni. Ze względu na jego znaczną prędkość, jakość zdjęcia nie wybiegała ponad przeciętną. Zdjęcie, zamienione na kod binarny, pomknęło z prędkością światła wprost do odbiornika Jet Propulsion Laboratory w Pasadenie, które kierowało projektem. Operator pracujący tego dnia, na zrobionych zdjęciach nie zauważył niczego ciekawego. Ot, rozgwieżdżone niebo i niewielka kula Europy. Obrazek, powtarzający się trzy razy. Nic dziwnego, że szczupły mężczyzna odłożył je do archiwum z opisem „Do późniejszej analizy” i zapomniał o sprawie... .

Rok 2009

Bezchmurne niebo błyszczało tysiącami gwiazd. Na wysokości prawie czterech tysięcy metrów zanieczyszczenia atmosfery nie przeszkadzały obserwacjom nieba. Nie potrafiły wznieść się tak wysoko. Na płaskim szczycie góry stała wysoka biała kopuła. Jej fragment właśnie odsunął się, ukazując potężny okular teleskopu. W oddali dał się słyszeć warkot silnika i na kopułę padły światła samochodu. Czarna sylwetka Toyoty dotoczyła się powoli i stanęła tuż obok kopuły. Silnik zgasł, trzasnęły drzwi i wysiadł z niego kierowca. Mógł mieć z pięćdziesiąt lat. Skronie przyprószone siwizną, przykrył czapką. Starannie zamknął drzwi wozu, chociaż stąd i tak nikt nie mógł go ukraść. Na piersi miał plakietkę z napisem „ Timothy Robinson”. Zatrzymał się przed wysokimi drzwiami prowadzącymi do wnętrza obserwatorium i spojrzał w niebo. W pamięci Tima przemknął obraz sprzed piętnastu lat, gdy asystował przy odkryciu komety. Nie cieszyli się jednak długo pasjonującym zajęciem, gdyż w tym samym roku kometa Shoemaker-Levy rozpadła się na części i uderzyła w Jowisza. Obserwacje fascynowały i przerażały zarazem. Uderzenie jednego z fragmentów komety spowodowało wówczas na powierzchni planety potężny wybuch gazów. Obszar oddziaływania zderzenia był większy niż Ziemia. Te wydarzenia spowodowały powstanie „Kosmicznej służby ostrzegawczej”, której częścią był teraz Timothy, podobnie jak sami odkrywcy komety. Kilkudziesięciu innych astronomów wspierało ich pracę, finansowaną z funduszy NASA. Oprócz starego teleskopu na Mont Palomar, do ich dyspozycji oddano również Obserwatorium Lowella w Arizonie. Na rzecz tej organizacji pracował ponadto zespół czterech teleskopów USAF, chociaż armia udostępniła je na niespełna cztery godziny każdego dnia. Do poszukiwań obiektów zagrażających Ziemi używano CCD pozwalającego na odkrycie wielu nowych, niewielkich okruchów skalnych na nocnym niebie. Jak do tej pory sklasyfikowali ponad trzy tysiące obiektów. Robinson uważał jednak, że to dopiero wierzchołek góry lodowej. Środki zaangażowane w ochronę Ziemi, były mimo wszystko śmiesznie małe w stosunku do zagrożenia. Z westchnieniem spojrzał na szerokie, stalowe drzwi. Spokojnie wkroczył do wnętrza, wprost w szum elektroniki. Zauważył plecy jednej z koleżanek, pochylonej nad stosem zdjęć nieba. Usłyszawszy zamykane drzwi, odwróciła się i uśmiechnęła ujrzawszy Robinsona.

- Witam - Timothy machnął dłonią w geście powitania i rozejrzał się.

- A gdzie jest Eugene? - Dziewczyna wykonała jakiś nieokreślony gest dłonią.

- Przegląda zdjęcia z Pasadeny, które dziś otrzymaliśmy... - Usłyszeli tupot nóg i okrzyk szefa zespołu badawczego.

- Jeeest!!! - Oboje spojrzeli na krzyczącego, który stał na podstawie teleskopu trzymając w rękach plik zdjęć.

- Cześć Eugene. Znalazłeś coś? - Spytał z przekornym uśmiechem Timothy.

- Planetoidę, którą sfotografował „Galileo”….

Rok 2016

Powierzchnia Księżyca szara i jałowa, nie miała żadnych cech szczególnych. Gdzie człowiek by nie spojrzał, te same kratery, różniące się między sobą chyba tylko wielkością i stopniem zniszczenia. Tylko szare druzgoty i łańcuchy górskie. I oczywiście wszechobecna próżnia. Gdzieś daleko widniał błyszczący punkt. Zbliżając się, można było rozpoznać owalny kształt obiektu, niczym ogromna puszka od konserw. Na białej, upstrzonej uderzeniami mikrometeorytów powierzchni burty, widniał ogromny czerwony napis „IASE – Tiberius”. Ten przyczółek człowieka w obcym świecie wyglądał jak wymarły. W statycznym widoku kolonii coś się poruszyło. Górna część cylindra była ruchoma. Umieszczony w niej potężny teleskop, o średnicy dwóch metrów, wyłapał z przestrzeni ogromny, kosmiczny okruch skalny. Zdjęcia zrobione z odległości czternastu milionów kilometrów nie były zbyt wyraźne, nawet, gdy obserwacjom nie przeszkadzała atmosfera. Dowódca „Tiberiusa” i jednocześnie główny astronom zdążył obliczyć orbitę obiektu. To była 4179 Toutatis, planetoida o chaotycznej orbicie, zaliczana do planetoid zagrażających Ziemi. Obliczenia rozwiały jednak obawy naukowców. Asteroida miała przejść sześć milionów kilometrów od niebieskiej planety. „Tiberius” odkrył inną rzecz. We wszystkich, zrobionych do tej pory analizach i badaniach, również radarowych nie oceniano tego kawałka skały na więcej niż cztery, pięć kilometrów. Rysunki teoretyczne ukazywały dwie połączone ze sobą bryły natomiast zdjęcia kolonii księżycowej ukazały trzecią część planetoidy – potężny okruch skalny o wielkości sześciu – siedmiu kilometrów. Zanotowano jej aktualną orbitę i przybliżoną masę, po czym załoga obserwatorium zajęła się innymi obserwacjami. Ostatnie obliczenia zrobione już na Ziemi, ukazały prędkość planetoidy – wynosiła niemal czterdzieści km/s.

Rok 2018

W okularze teleskopu ukazał się niewielki kształt planetoidy. Operatorka – niska i szczupła, czterdziestoletnia kobieta o wysuszonej twarzy nacisnęła przycisk aparatu. Kolejne zdjęcia powędrowały wprost do komputera centralnego księżycowej kolonii „ New World”. Uśmiechnęła się pod nosem. Jeśli nikt wcześniej nie zauważył tej bryły, to mogła nadać jej nazwę, a odkryła i obdarzyła imionami już dziesięć asteroid, chociaż pracowała tu dopiero od miesiąca. Syknęły hydrauliczne zamki drzwi wejściowych przerywając jej samotne rozmyślania. Astronomka odwróciła się i ujrzała postać zwierzchnika kolonii księżycowej Mark’a Tarenday’a. Urzędnik, wysoki i dobrze zbudowany czterdziestolatek uśmiechnął się.

- I jaki dzień ma dziś „Łowczyni komet”?

- Nieźle, gubernatorze - Taylor wstała od okularu. - To już moja jedenasta planetoida.

- Znakomicie - na ekranie komputera coś zaczęło migać. Tarrenday wskazał palcem na monitor.

- Chyba woła panią do siebie. - Taylor odwróciła się, zerknęła na ekran. Komputer sprawdził wszystkie banki danych i nie znalazł identycznej orbity. Migała jednak nazwa planetoidy, którą komputer rozpoznał jako prawdopodobną na podstawie odbicia radarowego.

- To 4179 Toutatis - mruknęła Taylor. Jej palce błyskawicznie biegały po klawiaturze komputera

- Czy znalazła pani coś interesującego? - Tarrenday stanął za plecami astronomki.

- Tak - weszła do bazy danych. Chwilę trwał cisza zakłócana jedynie przez szum twardego dysku komputera.

- No więc? - Gubernator usiadł, przyglądając się kobiecie.

- Ona powinna się pojawić dopiero za trzy miesiące. - Spojrzała na gubernatora i dodała zagubionym, niepewnym głosem

- Najwidoczniej coś zmieniło znacznie jej orbitę... - Nagle monitor znów zaczął migać. Taylor spojrzała tam raz jeszcze i aż jęknęła.

- O Boże!

- Co takiego? - Wystraszony Tarrenday zerwał się z miejsca i chwycił kobietę za ramię.

- Toutatis uderzy w Ziemię! - Wskazała ręką na ekran ukazujący wykres orbity planetoidy i Ziemi.

- Może to pomyłka - zaczął Mark, ale Taylor potrząsnęła głową.

 

- Nie, raczej nie. Ale zaraz prześlę te dane do centralnego komputera NASA. Zobaczymy, co oni powiedzą….

- Kiedy uderzy w Ziemię? - Zapytał gubernator. Jego głos zabrzmiał niewiarygodnie spokojnie. Taylor spojrzała na niego zaczerwienionymi oczyma.

- Za trzysta dwadzieścia dwa dni ….

Mark kiwnął głową i na chwilę zamyślił się. Taylor podeszła do panelu komputera i nagle poczuła uderzenie w miejscu gdzie kark łączy się z szyją, zapadając w ciemność. Nad bezwładnym ciałem kobiety stał gubernator księżycowej kolonii. Odrzucił stalową rurkę, którą obezwładnił kobietę i podszedł do komputera. Korzystając z osobistych kodów, w kilka sekund wymazał wszelkie dane dotyczące obserwacji Toutatis. Zarzucił sobie szczupłą astronomkę na ramię i powędrował wprost do śluzy powietrznej, idąc kanałem konserwacyjnym. Gdy dotarł do końca, położył ciało kobiety i ostrożnie wychylił się zza węgła. Korytarz był pusty a wewnętrzne drzwi śluzy otwarte. Nie zastanawiając się włożył tam Taylor. Wyciągnął zza pazuchy dużą piersiówkę. Ukląkł przy leżącej. Jedną ręką wprawnie zatkał nos a drugą odkręcił korek i przytknął butelkę do ust astronomki. Przełknęła krztusząc się. Tarrenday zauważył jak otworzyła oczy patrząc przez chwilę nieprzytomnie. Usiłowała wypluć alkohol, ale napastnik nie pozwolił jej na to. Przycisnął ręce do podłogi i zmusił do wypicia całej zawartości butelki. Taylor spojrzała prosto w zimne, stalowe oczy gubernatora. Już czuła szum w głowie. Jak przez mgłę usłyszała mruknięcie Tarrenday’a.

- Najlepsza szkocka….

Nagle poczuła jak ciężar zelżał. Zniknął gdzieś ucisk na rękach. Słaniając się, wstała. W tym czasie wewnętrzne drzwi śluzy zamknęły się z sykiem. Mark Tarrenday spokojnie obserwował zamglony wzrok kobiety. Po omacku szukała włącznika. Jeden został skrupulatnie zasłonięty przez gubernatora. Ręka Taylor trafiła na drugi i nacisnęła go.

Mark najpierw zauważył zdziwienie na jej twarzy. Później strach i zrozumienie. Nad drzwiami zaczęła migać lampa ostrzegawcza. Rozległ się syntetyczny głos komputera.

- Uwaga. Za minutę nastąpi dekompresja śluzy Nr 2. Powtarzam…

Tarrenday dostrzegł ruch w głębi korytarza i przezornie ukrył się w wylocie kanału konserwacyjnego. Wolnym krokiem nadchodziły dwie osoby. Mark usłyszał coraz słabsze dudnienie. Taylor czując pęd powietrza uciekającego w rzadką atmosferę Marsa, waliła pięściami w drzwi jak opętana. Niestety, było już za późno. Gubernator z jakąś okrutną satysfakcją wpatrywał się w nabrzmiewającą skórę na twarzy kobiety. Ciśnienie w ciele Taylor było o wiele wyższe niż szybko spadającego zewnętrznego ciśnienia atmosfery. Na nabrzmiałej skórze zaczęły pękać małe naczynka krwionośne. Później większe i większe. Po chwili zaczęła pękać skóra. Rozległ się tupot nóg. Dwójka techników dobiegła do drzwi śluzy i próbowała ratować astronomkę. W chwili, gdy włączyli awaryjne zamykanie, twarz i płuca kobiety zmieniły się w krwawą maź. Taylor obryzgując przeszkloną część drzwi krwią osunęła się martwa na podłogę, zabierając do grobu straszliwą tajemnicę.

Rok 2018 28grudnia

Po pokrytych białym śniegiem polach przemykała niska, wątła postać, trzymając w rękach grubą teczkę. Jadący drogą kierowca autobusu pokręcił głową. Znał tego maniaka. Timothy Growth był chyba najbardziej zapalonym astronomem – amatorem w Anglii. Otrzymany, ogromny spadek, który oceniano na trzy miliony dolarów pozwolił mu na wyekwipowanie nowoczesnego obserwatorium astronomicznego. Pędził tam teraz na kolejny tydzień obserwacji kosmosu.

Dotarł wreszcie do dwudziestometrowej wysokości kopuły kryjącej teleskop optyczny o soczewkach metrowej średnicy. Otworzył drzwi i otrzepał się ze szronu, który osiadł nawet na jego fantazyjnie zakręconych wąsach. Nawet nie ściągając butów usiadł przy okularze. Spartańsko urządzone wnętrze i tak było zakurzone. Growth nie miał czasu na takie bzdety jak posprzątanie. Odsunął przesłonę teleskopu i jego oczom ukazała się panorama nieba. Dziś badał fragment oznaczony przez siebie, jako FF44. Ustawił ostrość. Poczuł jak serce bije mu szybciej, gdy jedna z obserwowanych przez niego gwiazdek nie tkwiła w bezruchu a poruszała się. Powiększył obraz maksymalnie i zamarł. Wystukał zebrane dane na komputerze i połączył się z Internetem. Czekał spoglądając na przepiękny widok nieba. Ustawił teleskop na galaktykę M31, tą, którą uwielbiał obserwować. Gdy oderwał oczy od okularu ujrzał wydruk komputera. Czytając go pobladł ze strachu. Drżącą dłonią wykręcił numer dyrektora NASA, z którym łączyła go zażyła przyjaźń. Powiedział tylko trzy słowa, usiłując panować nad swoim głosem.

- John mamy problem….

CZĘŚĆ II

PRELUDIUM

Granatowe, mroźne niebo rozciągające się nad ośnieżonym lasem, było niewiarygodnie przejrzyste. Szron skrzył się na gałęziach drzew, wśród których panowała absolutna cisza. Pomiędzy świerkami wiła się wąska ścieżka. Podążała nią ciepło odziana para, stąpając powoli i trzymając się za ręce. Chociaż twarze pobladły od siarczystego mrozu, wyrażały radość z przebywania wśród natury, z dala od wielkomiejskiego zgiełku widniejącej na horyzoncie metropolii. Zatrzymali się na chwilę a wyższy z idących czule przytulił swą towarzyszkę. Ciszę przerwał stłumiony, dziewczęcy chichot, gdy gdzieś w oddali rozległ się grzmot. Para zdumiona spojrzała w górę, wprost w rozgwieżdżone niebo. Grzmot narastał i nagle oboje zmrużyli oczy uderzeni falą światła z ryczącej asteroidy, kreślącej ognistą strzałę z szarym warkoczem na ciemnym niebie. Zdumieni obserwowali nieziemskie zjawisko do momentu, w którym płonąca Toutatis zniknęła za horyzontem. Spojrzeli na siebie i w tym samym momencie odczuli gwałtowne drgnięcie powierzchni ziemi a ciemność na północy rozjaśniła się jasnym światłem….

APOKALIPSA

Pokój był niski i mroczny. Jedyne światło dochodziło z niezbyt dużego okna umieszczonego we wschodniej, szczytowej ścianie. W powietrzu czuć było delikatną woń żywicznego drewna. Wystrój nie oszałamiał przepychem. Stała tu tylko jedna sosnowa szafa oraz szerokie dębowe łoże. Właściciel pensjonatu lubował się widocznie w drewnie. Pokój przypominał wnętrze niewielkiego domku myśliwskiego. Na jednej ze ścian wykonanej z surowych desek wisiała dobrze wyprawiona skóra jelenia, część przeciwległej zajmował myśliwski sztucer. Przez na wpół otwarte drzwi widać było drewniane schody skręcające się w spiralę i niknące w ciemnościach. W pokoju panowała niczym niezmącona cisza. Nie dobiegały tu żadne odgłosy ani z zewnątrz, ani z wnętrza domu. Po chwili dały się słyszeć powolne kroki zbliżające się do pokoju. Schody zaskrzypiały, gdy wędrowiec postawił na nich nogę. Powoli, krok za krokiem, szedł w górę. Na starej, rzeźbionej poręczy pojawiła się zmarznięta dłoń. Już nie dziecka, ale jeszcze nie mężczyzny. Z mroku wysunęła się szczupła, ściągnięta i zmęczona twarz młodego chłopaka, który wszedł do pokoju. Jimm był niepozorny. Młody Amerykanin miał może metr siedemdziesiąt wzrostu. Na policzkach i brodzie srebrzył się już pierwszy, delikatny zarost. Powiesił płaszcz na wieszaku za wejściem i stanął przy szafie. Otwierane drzwi skrzypnęły lekko. Chłopak szybko wśliznął się w pidżamę i podszedł do okna zwabiony okrzykami, które rozległy się na zewnątrz. W dole po jasno oświetlonej, zaśnieżonej ulicy szło kilkanaście rozbawionych osób. Pokręcił głową i cofnął się, siadając na skraju łóżka.

- Już trzeci stycznia, a oni ciągle świętują – mruknął do siebie przyjemnym, aksamitnym barytonem. Położył się na wygodnym łożu, spoglądając przez odsłonięte okno na rozgwieżdżone niebo. Uwielbiał na nie patrzyć, bardziej nawet niż przebywać z kolegami, bo przyjaciół nie miał. Przez północną część widnokręgu przemknęła spadająca gwiazda. „Na szczęście” pomyślał i zamknął oczy. Położył się na łóżko i zasnął w momencie, gdy za oknem przemknął cały rój ognistych gwiazd. Zegar cicho odmierzał czas. Wybił godzinę 24.30 gdy Jimm obudził się. Jakoś nie mógł zasnąć tej nocy. Wstał z łóżka i zszedł na dół do łazienki i po paru minutach wrócił na górę. Już miał się położyć z powrotem, gdy nagle poczuł jak podłoga zaczęła mu drżeć pod nogami. Szklanki ustawione równym rzędem na górnej półce w szafie, rozdzwoniły się. Spojrzał zdumiony na regał, po czym wstał i podszedł do okna, otwierając je szeroko. Zimne powietrze podziałało nań orzeźwiająco. Oparł się o parapet, rozglądając się po zaśnieżonej okolicy. Grupka młodzieży bawiąca się dotąd hałaśliwie ucichła i równie zaskoczona jak on, obserwowała dziwne zjawisko. Jimm spojrzał na zegar wiszący na ścianie w momencie, gdy szklanki przestały brzęczeć. Drżenie trwało dobre pięć minut. W Londynie nigdy dotąd nie zanotowano trzęsienia ziemi. Wzruszył ramionami „Zawsze jest ten pierwszy raz” pomyślał złośliwie. Anglicy, których znał, tak się zawsze żalili, jak to mają niedobrze. Rozmyślania przerwał mu zimny podmuch, który uderzył prosto w twarz, sypiąc drobinami lodu. Po chwili drugi. Jimm chwycił za jedną z okiennic i zaczął ją zamykać, obserwując ulicę. Wiatr powoli przybierał na sile, Amerykanin obserwował jak unosi płatki śniegu błyszczące w świetle latarni. I nagle całą okolicę zalało białe jaskrawe światło. W uszy jak ogromny młot, uderzył potworny huk a Jimm stracił równowagę i przewrócił się na podłogę. Gdzieś z dołu do jego uszu dobiegł brzęk pękających szyb. Ogłuszony, chwycił się za parapet, podniósł i wychylił się przez okno. Na ulicy leżał jeden ze świętujących. Nagimi dłońmi trzymał się za uszy a spomiędzy palców leciała krew, zabarwiając wokół śnieg na czerwono. Zebrani wokół próbowali go podnieść. Chwilę później okrył ich całun śniegu, unoszony przez wzmagający się z każdą minutą wicher. Dopiero teraz Jimm zorientował się w sile żywiołu, który niczym grzmiąca rzeka wtłaczał do cichego pokoju zwały śniegu. Chłopak z wysiłkiem popchnął okiennice i z trzaskiem udało mu się je zamknąć. Wichura za oknem coraz bardziej wzmagała się, pędząc już co najmniej trzysta kilometrów na godzinę. Mimo to, było jasno jak w dzień. Jimm przerażonym wzrokiem wpatrywał się w to, co działo się na zewnątrz. Przykuty do jednego miejsca , nie odchodził od okna. Wicher zrywał dachy, unosił samochody. Szalejący żywioł niszczył wszystko. Tuż obok szyby przeleciał bezwładny korpus bez głowy. Zanim Amerykanin zareagował na ten straszny widok, coś wielkiego i ciężkiego uderzyło w mur tuż pod oknem. Chłopak z przerażeniem patrzył jak ściana wybrzusza się i pęka. Wyglądała nienaturalnie, jak kawałek plasteliny. Widząc to odskoczył do tyłu, na środek pokoju zawianego śniegiem. Przez powiększające się z każdą sekundą szczeliny muru wdzierał się przerażający ryk wiatru. Wiązania trzymające cegły puściły i ściana rozprysła się na kawałki. Lodowate powietrze cisnęło chłopakiem przez otwarte drzwi na dół. Nieprzytomny stoczył się po schodach. Ocknął się po paru minutach, uderzony przez psa niesionego siłą niesamowitej wichury. Jimm rozejrzał się. Śnieg zdążył go już częściowo przysypać. Wschodniej ściany budynku nie było w ogóle, wnętrze zaś, to, które pozostało, nie przypominało w niczym kuchni, w której był przed godziną. Wysilił wzrok i spojrzał w miejsce, w którym powinien stać dom jego znajomej. Nie dostrzegł go, chociaż powinien. Dzieliło go od niego zaledwie pięćdziesiąt metrów. Poczuł lepką ciecz spływającą po prawej skroni. Sięgnął ręką, gdy ją cofnął, dłoń była czerwona od krwi. Znów spojrzał ponad resztki wschodniego muru i zamarł ze strachu. Do domu Amerykanina zbliżała się wał powietrza, unoszący śnieg, gnany przez rosnącą ciągle zawieruchę. Rozbieganym wzrokiem szukał ratunku. Serce biło w piersi jak oszalałe a szum jak ostatnia pieśń zbliżał się wraz z białą ścianą śniegu, pochłaniającą wszystko na swej drodze. Jimm zmartwiały ze strachu spostrzegł, że czoło fali porywa człowieka usiłującego uciekać. Nawet nie usłyszał krzyku!. Gorączkowo rozglądając się, dostrzegł na wpół rozwalone drzwi do piwnicy, za którymi widniały metalowe schody. Szybciej niż zdołałby pomyśleć, skoczył jak sprężyna w tę stronę i stoczył się po nich na podłogę piwnicy. Chwilowa radość z wybawienia, przerodziła się w panikę. Oto nie mógł zaczerpnąć oddechu. Twarz mu nabrzmiała a w płucach poczuł pustkę, gdy czoło fali uderzeniowej, niczym potężna pompa próżniowa zasysało powietrze. Jimm w ułamku sekundy pomyślał o swoim akwalungu i miejscu jego ukrycia. Następna sekunda zastała go już przy butli. Leżała w metalowej szafie w przeciwległym rogu piwnicy. Ostatkiem sił chwycił w usta reduktor i odkręcił zawór. Tlen chlusnął w spragnione, puste płuca. Jimm oddychał łapczywie a ciemne plamy, które pojawiły się przed oczami znikły wraz z nieznośnym bólem klatki piersiowej. Rozkoszował się teraz każdym łykiem powietrza, nie zwracając uwagi na to, że piwnica drżała i chwiała się, gdy górą przechodził najpotężniejszy front atmosferyczny od chwili narodzin Ziemi. Jimm nie był w stanie powiedzieć ile czasu minęło, gdy wiatr jakby zelżał i zaczął cichnąć. Nagle zapadła całkowita cisza. Wydawało się, że nastąpił koniec tej piekielnej zawieruchy. Chwilę później dał się słyszeć przerażający łoskot nasilający się z każdą minutą. Amerykanin zacisnął dłonie w bezsilnym odruchu zwierzęcego strachu. Pociemniałe wejście do piwnicy poczęło się rozjaśniać złotym blaskiem. Potworny hałas, niczym huk młota w kuźni, uderzał coraz mocniej, zmuszając chłopca do wciśnięcia sobie dłoni w uszy, by choć na chwilę im ulżyć. Wtedy dojrzał kształt ciała człowieka staczającego się po schodach i przez chwilę poczuł się raźniej, zwłaszcza, że zrobiło się zupełnie jasno. Krople potu wystąpiły mu na czoło, gdy spojrzał na schody, zrobione z nierdzewnej dziesięciomilimetrowej grubości stali. Przez otwór wejściowy wpadł jęzor ognia, ogarniając człowieka wijącego się na podłodze. Amerykanin w ogarniającym go, potwornym hałasie, nic nie słyszał. Poczuł jedynie obrzydliwy smród palonego ciała. Ze schodni zaczęła odpadać szara farba a stal, z której było wykonane zejście, rozgrzała się do czerwoności. Główny filar wężowym ruchem, miękki niczym ciasto, opadł wraz ze stopniami i szczątkami człowieka na podłogę. Chwilę później kolejny wstrząs spowodował zawalenie się wejścia. Piwnicę rozświetlały jedynie resztki schodów świecące białym światłem w ciemnościach. Jimm starając się opanować ogarniającą go panikę. Zastanowił się, jak potworna temperatura panuje na zewnątrz, skoro osiem metrów pod ziemią płonął papier. Nadludzkim wysiłkiem zdusił zdenerwowanie. Przeciągnął brudną dłonią , chcąc otrzeć pot z czoła. Ściągnął z twarzy skórę i przyglądał się jej przez moment osłupiały. Wyglądała jak cienki płat pomarszczonej folii. Patrząc na to, poczuł jak żołądek podchodzi mu do gardła i zwymiotował. Szybko oczyścił reduktor i założył znów. Wiedział, że jeżeli urządzenie przestanie pracować choćby na chwilę czeka go śmierć. Zamknął oczy i odwrócił się do ściany by nie patrzeć na szczątki nieszczęśnika leżącego tam, gdzie do niedawna były jeszcze schody. Twarz paliła go żywym ogniem. Otaczająca go rzeczywistość wydawała się tak nienaturalna, że za wszelką cenę chciał się obudzić, doczekać do rana. Niestety czekał na świt, którego nie było….

 
Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?