Milczenie

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  CZĘŚĆ PIERWSZA. HAŁAS 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14

2  CZĘŚĆ DRUGA. CISZA 15 16 17 18 19 20 21

3  CZĘŚĆ TRZECIA. SZAROŚĆ 22 23

Tytuł oryginału: The Silence

Copyright © 2015 by Tim Lebbon

Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., 2020

Copyright © for this edition by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2020

All rights reserved

Redakcja

Paulina Kaczmarek

Korekta

Daria Kozierska, Julia Młodzińska

Opracowanie graficzne i techniczne

Barbara i Przemysław Kida

Projekt graficzny okładki

Grzegorz Araszewski

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być powielana ani rozpowszechniana za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych bez uprzedniego wyrażenia zgody przez właściciela praw.

Wydanie I

ISBN: 978-83-8116-894-6

Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 Dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

CZĘŚĆ PIERWSZA. HAŁAS


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

1

…historyczne wydarzenie, jako że po raz pierwszy relacja z przebiegu tak ważnego naukowego odkrycia transmitowana jest na żywo. Emocje, które towarzyszą nam tu, na powierzchni, są wręcz namacalne. Możemy się domyślać, jak wielkie poruszenie musi panować na dole, u wejścia do jaskini. Naukowcy i speleolodzy cały czas pozostają w bezpiecznej odległości od szczeliny, podczas gdy specjalnie zaprojektowane i zbudowane do takich celów roboty szykują się właśnie do rozbiórki prastarego zapadliska. Nikt nie wie dokładnie, co znajdziemy pod nim, aczkolwiek ostatnie badania aktywności sejsmicznej wskazują, że dotychczas nieodkryty, przypuszczalnie odizolowany przez miliony lat system jaskiń jest ogromny. Krążą plotki, że mogą się tam znajdować jaskinie większe nawet od niedawno odkrytej w Wietnamie jaskini Son Doong oraz systemy korytarzy równie długie, jak w słynnej Jaskini Mamuciej w Kentucky. Ja w każdym razie jestem niezwykle podekscytowana. Dzień ten na zawsze pozostanie w pamięci wszystkich, którzy w jakikolwiek sposób związani są z tą ekspedycją. Mam nadzieję, że państwo również go zapamiętają…

Nieodkryte jaskinie — na żywo!

Discovery Channel, czwartek, 17 listopada 2016

PATRZYŁAM WŁAŚNIE, jak trzy ubrane na czarno i wyposażone w sprzęt do wspinaczki postacie opuszczane są w głąb jaskini, gdy Jude rzucił we mnie ogryzkiem jabłka, celując w głowę. Chybił o włos i trafił w ścianę za moimi plecami. Ogryzek rozpadł się na kawałki, obryzgując mnie miąższem i pestkami.

— Spieprzaj! — krzyknęłam. Ruchomy cień zniknął z drzwi do mojego pokoju — jego właściciel usiłował oczywiście uniknąć odwetu — ale już po chwili lewa dłoń oraz głowa winowajcy wysunęły się zza framugi.

— Powiem mamie, że przeklinasz — zamigał.

— No i dobrze! — odparłam. Własne słowa odbierałam jako wibracje, rozpoznawałam je głównie z pamięci. Miarowe drgania towarzyszące ciężkim krokom mego młodszego brata świadczyły o tym, że wraca do swego pokoju, a chwilę później, gdy wskoczył na łóżko, potwierdził to łomot, od którego zadrżała ściana. Niewątpliwie ciąg dalszy nastąpi. Gówniarz wyraźnie się dziś nudzi.

Strząsając z ramienia wilgotny miąższ, ponownie spojrzałam w telewizor. Dopiero co go włączyłam. Wcześniej przez godzinę usiłowałam brzdąkać na gitarze, by w końcu się poddać przemożnej chęci poleniuchowania oraz pogapienia się na jakieś byle co w telewizji. Tymczasem pierwsza rzecz, którą zobaczyłam, natychmiast pochłonęła całą moją uwagę.

To chyba nie była dżungla. Raczej jakiś gęsty las, zbocza gór pokryte drzewami i krzewami, a majaczące gdzieś w oddali szczyty nagie, surowe i otulone mgłą. Z rosnących wysoko w górze drzew zwisały pnącza, wnikając w mrok niczym uśpione macki, a dno wąwozu leniwym zygzakiem przecinał strumień. Stało tam parę dużych namiotów, w sąsiedztwie których rozbito kilka mniejszych. Prowizoryczny magazyn wypełniony był plastikowymi skrzynkami i torbami na sprzęt. Po wąwozie poruszali się ludzie i to wyraz ich twarzy był tym, co tak naprawdę mnie zafascynowało.

Wszyscy wydawali się bardzo podekscytowani i nie wyglądało to na euforię pod wpływem chwili. Byli poważni i naprawdę przejęci swoim odkryciem oraz tym, co robią. Znaczek „Na żywo” w rogu ekranu dodawał całej scenie dynamiki. Wokół widocznego w tle obozu zgromadził się spory tłumek, a obiektyw kamery wycelowany był cały czas w to samo miejsce — w troje ludzi ubranych w uprzęże i owiniętych linami, w ustawioną przy nich wciągarkę oraz ziejącą w zboczu wzgórza czarną otchłań wejścia do jaskini. Wciągarka pracowała, obsługiwana przez dwie kobiety, a badacze po kolei zjeżdżali w ciemną czeluść, znikając z pola widzenia.

Dziwił mnie brak komentarza przez tak długi czas, aż wreszcie zorientowałam się, o co chodzi. Gdy nacisnęłam odpowiedni guzik na pilocie, natychmiast pojawiły się napisy. Czyli Jude znów oglądał u mnie telewizję i coś poprzełączał. Ależ ten gnojek mnie wkurzał.

„…nieco ponad półtora kilometra, tak więc — choć na razie nie jest to w żadnym wypadku ani najdłuższy, ani najgłębiej położony system jaskiń w Europie — ta wyjątkowa właściwość czyni go najbardziej fascynującym, tym bardziej że potencjał do dalszej eksploracji jest ogromny. Jak to wcześniej ujął doktor Krasnow, na państwa oczach tworzy się historia, teraz i tutaj, na żywo w Discovery Channel. Podczas gdy troje speleologów opuszczanych jest do pionowej szczeliny, w głębi jaskini roboty są już…”

Jaka wyjątkowa właściwość? Zdziwiłam się. Wejście do jaskini wyglądało zwyczajnie — otwór o długości może ze czterech i pół metra, obrośnięty wokół krzakami. Na jedną stronę padało trochę dziennego światła, ukazując pokrytą roślinnością ścianę, która najwyraźniej biegła pionowo w dół. Ponieważ wszystko to robiło nieco upiorne wrażenie, obserwując, jak ostatni z trojga speleologów znika w ciemnościach, zaczęłam się zastanawiać, czy nie trafiłam czasem na jakiś nowy program sensacyjny albo film. Ale sprawdziłam i rzeczywiście był to Discovery Channel, zresztą akurat wtedy po raz pierwszy na ekranie pojawiła się prezenterka. Poznałam ją, oglądałam już jej relacje z różnych miejsc na całym świecie. To dopiero jest wspaniałe zajęcie, pomyślałam. Miałam czternaście lat i właśnie zaczynałam się zastanawiać, co chciałabym robić w przyszłości, a widok tej reporterki przy pracy stanowczo utwierdzał mnie we wcześniejszym wyborze. Nigdy nie przyszło mi do głowy, by ograniczać marzenia z powodu niepełnosprawności.

„Jak wspominaliśmy, w najodleglejszym punkcie systemu jaskiń rozbiła już obóz grupa piętnastu badaczy — kontynuowała prezenterka. — Należą do niej doświadczeni speleolodzy oraz specjaliści z dziedziny botaniki, biologii, geologii i paleontologii. Przebywają pod ziemią od niemal sześciu dni, pobierając próbki oraz katalogując na bieżąco nowe gatunki odkrytych tam roślin i owadów. Jednakże po odnalezieniu wejścia do kolejnego korytarza następni badacze gotowi są zejść wzdłuż osuwiska, które najprawdopodobniej kryje zdecydowanie głębiej położony i bardziej rozległy system jaskiń. Odkrycie to może się stać jednym z najważniejszych naukowych…”

 

Sięgnęłam po mojego zawsze gotowego do użytku iPada i otworzyłam aplikację służącą do kolekcjonowania wycinków. Dostosowawszy ją do swoich potrzeb, używałam jej, ilekroć zainteresował mnie jakiś temat, wklejając relacje z gazet, pliki wideo i wpisy oraz komentarze z portali społecznościowych. Czasami dawałam te analizy do przeczytania rodzicom. Wiedziałam, że cieszy ich moja chęć zostania dziennikarką, aczkolwiek tacie zdarzyło się wspomnieć, że może mi być trudno. Miał na myśli oczywiście problem mojego wypadku, chociaż otwarcie tego nie przyznał. Mnie jednak pasjonowała wymiana informacji, czemu raczej trudno było się dziwić. Tata trochę mnie zaskoczył tymi wątpliwościami, zwłaszcza że często słuchał, jak gram. Jude planował nawet stworzyć zespół, w którym on byłby liderem, a ja pełniłabym funkcję tekściarki i kompozytorki — w zasadzie każdą, która nie łączy się ze skokami ze sceny w tłum kochających fanów. Powiedz to Beethovenowi, odpowiedziałam wtedy tacie. Nigdy więcej już o tym nie wspomniał, w każdym razie nie przy mnie.

Otworzyłam plik, nazwałam go „Nowe światy?” i już się zabierałam do pisania wstępu, gdy kątem oka dostrzegłam ruch.

Jude ponownie prześliznął się przez wejście do mego pokoju, pełznąc niczym snajper. Między kciukiem a palcem wskazującym trzymał napiętą gumkę, którą załadował papierową kulką. Zauważywszy go, zrobiłam unik, ale on był szybszy. Papierowy nabój trafił mnie jakieś dwa centymetry nad lewym okiem.

Zawyłam z bólu, po czym ryknęłam z wściekłości.

Otworzywszy szeroko oczy, Jude starał się czmychnąć na czworakach, zaśmiewając się przy tym do łez.

Upuściłam iPada na łóżko i skoczyłam ku niemu, rzucając się przez całą długość pokoju. Lata spędzone w balecie oraz na uprawianiu różnych sportów zrobiły swoje — dopadłam go, zanim zdążył się podnieść.

Zacisnęłam dłonie wokół jego kostek, a wtedy Jude obejrzał się przez ramię. Skrzywiłam się, próbując nadać twarzy najgroźniejszy możliwy wyraz. Brat doprowadzał mnie do szału, ale nie miałam sumienia znęcać się nad nim, widząc na jego buzi ten uśmiech pełen szalonego zachwytu.

— I oto nadeszła godzina zemsty — zaczęłam.

— Nie, Ally, przepraszam!

Coś mokrego szturchnęło mnie w bok, wciskając się w miejsce, w którym koszulka podjechała mi do góry.

— Otis! — krzyknęłam, zrywając się na równe nogi. Jude wykorzystał okazję i wydostał się z mego uścisku, odpełznął kawałek, po czym przykucnął w drzwiach swojego pokoju, gotów bronić terenu przed wrogiem.

Pies usiadł i ponownie szturchnął mnie nosem. „Już idę!”, krzyknęłam, wiedząc, że to mama wysłała Otisa, aby mnie przyprowadził. Nasz wyżeł Otis nie był prawdziwym psem opiekunem — w każdym razie nie został profesjonalnie przeszkolony w tym kierunku — ale spędziłam wiele godzin, ucząc go, jak ma dawać mi znać, kiedy ktoś mnie woła, gdy dzwoni telefon stacjonarny albo dzwonek u drzwi. Otis i ja byliśmy ze sobą bardzo związani, a jednak wciąż zadziwiał mnie tym, jak potrafił rozróżniać poważne zadania od zabawy — rolę mego opiekuna traktował poważnie, a wszystko inne było zabawą.

„Dobry pies!”, pochwaliłam, głaszcząc go po głowie, a potem drapiąc za uchem. Otis szczeknął krótko i donośnie — poczułam to wyraźnie gdzieś w okolicy serca — po czym zbiegł z powrotem na dół.

Jude i ja całą drogę w dół po schodach pokonaliśmy na siedząco, walcząc ze sobą na niby. Śmialiśmy się przy tym do rozpuku. Zdążyłam już zapomnieć o wąwozie położonym gdzieś na końcu świata, o szczelinie w ziemi i ludziach znikających w jej nieprzeniknionej, czarnej głębi.

*

Był to pokój w jednym z wielu podobnych do siebie, nijakich hoteli i Huw pewnie w ogóle by go nie zapamiętał, gdyby nie to, że ten akurat śmierdział moczem.

W sumie miejsce to prezentowało się całkiem przyzwoicie. Każdy z pokoi urządzono inaczej — ten, w którym mieszkał Huw, nosił raczej mało oryginalną nazwę „Czerwony apartament” i został wyposażony w czerwone zasłony oraz takąż pościel, a także w serię abstrakcyjnych obrazów przedstawiających blade, ascetyczne widoczki tudzież krwawe zachody słońca — prowadząca hotel para zaś wydawała się sympatyczna i chyba sprawnie radziła sobie z obsługą gości. Żona właściciela była tylko trochę starsza od Huw, a gdy zahaczył wzrokiem o niedopięte guziki jej bluzki, uśmiechnęła się z wyraźnym zadowoleniem. Nic wielkiego się nie stało, zobaczył raptem skrawek koronkowego stanika. Nie umiał się powstrzymać, by nie rzucić okiem, ale nigdy nie pozwalał sobie na nic więcej. Kolację miał zjeść w hotelowej restauracji, która podobno cieszyła się świetną opinią. Czyli nie było źle, a nawet zaskakująco przyjemnie. Niemniej pokój śmierdział moczem.

Krążył wolno po pomieszczeniu, pociągając nosem tu i tam. Zajrzał do łazienki, chcąc sprawdzić, czy zapach nie dochodzi aby z najbardziej prawdopodobnego miejsca, ale nie udało mu się go zlokalizować. W zasadzie nie był to silny odór, nic strasznego, i raczej za mało, by przekonać Huw do prośby o zmianę pokoju. A już na pewno nie będzie z tego powodu składał skargi. Coś podobnego po prostu nie leżało w naturze Huw, który nie znosił sprawiać kłopotu i za wszelką cenę unikał konfrontacji. Mógłby ewentualnie zdecydować się na skargę, gdyby na środku podłogi leżała wielka kupa. Ewentualnie.

Westchnął, po czym usiadł z powrotem na łóżku, moszcząc się na czterech poduchach, które przygotował sobie jako podparcie pod plecy. Obok niego leżała nietknięta książka. Na nocnym stoliku stała filiżanka stygnącej herbaty, zupełnie niezłej, tyle że z posmakiem… no cóż, moczu. Do tego sztuczne skondensowane mleko w jednorazowym plastikowym pojemniczku.

Tym właśnie by się zajął, gdyby prowadził taki hotel. Wstawiłby do pokoju małą lodówkę z dzbankiem normalnego mleka. Często opowiadał o tym Kelly, a raz czy dwa całkiem poważnie rozmawiali o kupnie jakiegoś niewielkiego pensjonatu, tu, na wybrzeżu Kornwalii. Ona mogłaby na serio zająć się malowaniem, na które teraz miewała czas tylko hobbystycznie. On mógłby uprawiać surfing. Jude bawiłby się w skalnych jeziorkach przy plaży, a Ally miałaby okazję dać upust wszelkim swoim pasjom — od zbierania muszli, przez pływanie kajakiem, aż po piesze wędrówki brzegiem morza. Huw uśmiechnął się do siebie. Znając Ally, nie poprzestałaby na tym.

Zerknął na zamkniętą książkę, znów westchnął, po czym włączył telewizor i zaczął przerzucać kanały, ściszywszy uprzednio dźwięk.

Ostatnie dwa dni okazały się bardzo długie, trwały bowiem prace nad nowym domem. Albo raczej rezydencją. Jego klient miał na własność konia wyścigowego, był bogaczem, który skończył sześćdziesiąt lat i szykował się właśnie do przejścia na emeryturę. Jako że ten uroczy człowiek miał w zanadrzu mnóstwo ciekawych historyjek, z góry było wiadomo, że do każdego spotkania z nim Huw musi doliczyć co najmniej godzinę. I wcale mu to nie przeszkadzało. Zdarzało się, że Max przynosił w teczce butelkę wina, po czym spędzali wspólnie zakrapiane popołudnie na budowie, na której wkrótce miała stanąć jego luksusowa willa.

Ponieważ Max płacił firmie Huw prawie milion funtów za zbudowanie tego domu, Huw był zdania, że ma on prawo żądać choćby i cząstki jego duszy.

Westchnął jeszcze raz i sięgnął po herbatę. Ruch powietrza sprowadził kolejną falę woni amoniaku. Dochodziła szósta. Stolik w restauracji miał zamówiony na siódmą, a w telewizji nie było kompletnie nic. Nie od rzeczy byłoby pójść pobiegać. Dużo wody w rzece upłynęło, odkąd ostatni raz miał na nogach buty do biegania. Zawsze znalazł się jakiś powód, żeby zrezygnować z treningu — dziś było nim zmęczenie. Bolały go wszystkie kości. Musiałby nieźle się postarać, aby odnaleźć w sobie motywację, a nie miał na to siły. Jeśli tam była, to głęboko schowana i stanowczo odmawiała współpracy.

Wrócił myślami do kobiety, która go przyjmowała, do jej zachęcającego uśmiechu. Przyszło mu do głowy, że celowo mogła zostawić ten guzik rozpięty.

Kelly dogryzała mu czasem delikatnie z powodu jego częstych wyjazdów z miasteczka Usk w hrabstwie Monmouthshire, gdzie mieszkali. I chociaż rzadko się zdarzało, aby Huw nie było w domu dłużej niż trzy dni, Kelly lubiła drążyć ten temat, niby obracając wszystko w żart, ale on czuł, że jednak nie do końca. Pytała na przykład, czy zamówił już prostytutkę albo czy przygruchał sobie pannę do bzykania na stałe w każdym mieście. Huw odpowiadał w podobnie żartobliwym tonie, uważając, żeby nie przesadzić, a później przytulał ją i zapewniał, że dla niego nie ma żadnej innej. To była prawda, mówił najzupełniej szczerze. Po dwudziestu latach małżeństwa nadal się kochali — oczywiście inaczej niż na początku, ale równie głęboko. Wiedział, że inni miewają skoki w bok — sypiają z kimś regularnie, od czasu do czasu albo po prostu idą do łóżka w hotelu z jakąś przygodnie napotkaną osobą, której nigdy nie poznają z nazwiska. Ale Huw coś takiego nie pociągało. Dla niego najważniejsza była rodzina i to dla niej chciał wracać do domu.

Wziął łyk herbaty, ale natychmiast tego pożałował.

A może napuści sobie wody do wanny i odpręży się przy książce Iaina Banksa, którą od jakiegoś czasu próbował zacząć? Uwielbiał Banksa, tyle że do czytania potrzebował odpowiedniego nastroju. Podjąwszy decyzję, sięgnął po pilota, ale zanim wyłączył telewizor, przeskoczył jeszcze po kilku kanałach. Przejął ten nawyk od Kelly.

Jedna ze scen na ekranie przykuła jego wzrok.

Kilka osób stało skupionych wokół jakiegoś urządzenia, z czego dwoje w pocie czoła usiłowało obrócić korbę, podczas gdy trzecia próbowała chyba naprawić coś, co wyglądało na sterownik. Ujęcie musiało być kręcone z ręki, bo obraz drżał i podskakiwał. W tle widać było kilka namiotów, między nimi wisiały rozpięte kable z oświetleniem, a wokół nerwowo biegali pogrążeni w cieniu ludzie. Znajdowali się gdzieś w lesie albo w górach — świadczyły o tym drzewa, rozgwieżdżone niebo i nierówny teren.

Ale to wyraz ich twarzy przyciągnął jego uwagę.

Byli przerażeni.

„To pewnie zwiastun nowego filmu”, mruknął Huw. Mówił do siebie całkiem często, zazwyczaj nie zwracając na to uwagi. Tym razem jednak zrobił to świadomie, ponieważ miał wątpliwości. Jeśli w istocie oglądał zwiastun, trzeba przyznać, że był on niezwykle realistyczny. I sugestywny.

Widoczni na ekranie ludzie nadal z wysiłkiem kręcili korbą. Dopiero widząc, jak na powierzchnię ziemi wydobywa się coś lśniącego i czerwonego, Huw zorientował się, że wciąż nie włączył głosu.

Nacisnął guzik na pilocie i aż się wzdrygnął na dźwięk rozrywającego uszy krzyku, który wypełnił pokój.

„Jasna cholera!” Huw zaśmiał się z tego, jak łatwo go wystraszyć, choć serce łomotało mu w piersiach. Przechyliwszy się przez łóżko, sięgnął po swój telefon komórkowy i rzucił na niego okiem, sprawdzając godzinę. Dochodziło piętnaście po szóstej.

Nie do pomyślenia, żeby coś podobnego szło w telewizji przed dwudziestą trzecią.

*

Uwielbiałam spaghetti bolognese. Mama przyrządzała sos własnoręcznie i za każdym razem wychodził nieco inaczej. Bardzo lubiła eksperymentować w kuchni. Mawiała, że żaden przepis nie powstał po to, aby się go sztywno trzymać.

Najważniejsze, że był w nim parmezan. A był zawsze.

Jude siedział po przeciwnej stronie stołu, mama po mojej lewej. Była piękną, pełną wdzięku kobietą, jedną z tych, które dumnie i z godnością przyjmują swój wiek, zamiast maskować go na siłę drogimi kosmetykami czy farbą do włosów albo zwyczajnie się do niego nie przyznawać. Nieraz mówiłam jej, że srebrne pasma na skroniach — a stopniowo ich przybywało — nadają jej wygląd superbohaterki. Mama śmiała się z tego, na co Jude nazwał ją Superkucharką.

— Tylko tym dla ciebie jestem? — zapytała go wtedy.

— Zgadza się — odparł. — Kiedy będzie pudding? — No cóż, tak to bywa z dziesięciolatkami.

Otis przysiadł z głową opartą na moim udzie, zerkając proszącym wzrokiem. Gdyby był z nami tata, odesłałby go na posłanie na czas posiłku. Nie zgadzał się, żeby pies żebrał u stołu, ale mnie to nie przeszkadzało. Otis dobrze wiedział, kiedy pana nie ma w domu.

— Gdzie jest babcia? — spytałam. Babcia przyjechała do nas na kilka tygodni i jak dotąd zawsze jadała z nami obiad.

— Poszła się położyć — odparła mama. — Masz coś zadane? — Tylko z nią łatwo było mi się porozumieć za pomocą czytania z ruchu warg. Przy tacie musiałam solidnie się skoncentrować, a rozmawiając ze znajomymi, wychwytywałam jedno słowo na trzy. Dziwne.

 

— Tak, z geografii. Ale to dopiero na przyszły tydzień.

— Spróbuj dzisiaj chociaż zacząć.

— Zobaczę.

Jude szturchnął mnie pod stołem, co z reguły oznaczało, że zamierza powiedzieć coś obraźliwego. Zgromiłam go wzrokiem.

— Śmierdzisz — powiedział samymi ustami. To akurat odczytałam bez problemu.

— Jude — odezwała się ostrzegawczo mama.

Zaczęliśmy jeść. Jude rzucił się na bochenek chleba czosnkowego, który leżał na środku stołu, ale byłam szybka i zdążyłam zgarnąć trochę dla siebie. Smakował wspaniale. Moja przyjaciółka Lucy nie cierpiała zapachu czosnku, w związku z czym następnego dnia w autobusie wiozącym nas do szkoły specjalnie przysuwałam się bliżej niej i chuchałam niepostrzeżenie w jej kierunku. Było to oczywiście dziecinne, ale nieodmiennie mnie bawiło. Wiele rzeczy mnie bawiło. W ogóle byłam wesoła, co niektórym ludziom — głównie tym niedouczonym, nie mówiąc już o zwykłych dupkach — z trudnością przychodziło zrozumieć.

Pewnego razu pewien chłopak ze szkoły postanowił się zabawić moim kosztem. Sądząc, że go nie widzę, zaczął mnie paskudnie wyzywać — od mongołów, niedorozwojów — strojąc przy tym za moimi plecami miny, o których dowiedziałam się dopiero później od znajomych. Wszyscy wiedzieli, że to palant, ale tym razem zachował się tak w stosunku do mnie. Postarałam się więc wyjaśnić mu, co o nim myślę, dużo wysiłku wkładając w to, aby te nieczęsto używane przeze mnie wyrazy wybrzmiały należycie w każdej zimnej jak lód sylabie. Po czym odwróciłam się na pięcie i odeszłam, nim zdążył choćby otworzyć usta w odpowiedzi, a na koniec pokazałam mu środkowy palec. Uśmiechy widoczne na twarzach wokół mnie idealnie odzwierciedlały to, jak się wtedy czułam.

Niekiedy brak słuchu ma swoje zalety.

Jude’ owi spadło na ziemię trochę jedzenia, więc Otis zanurkował pod stół, aby wylizać podłogę. Jude błyskawicznie podniósł krzyk, lamentując wniebogłosy, że jeszcze chwila i spadnie przez to z krzesła. Mama zrobiła groźną minę i powiedziała do niego coś, czego nie wychwyciłam. Jadłam więc sobie spokojnie dalej, zajęta wyłącznie swoim talerzem.

Po skończonym posiłku mama postawiła przed każdym z nas po miseczce lodów. Zerknęłam przez stół na Jude’a, który przyglądał mi się wyczekująco. Zwróciwszy na siebie moją uwagę, zaczął migać w języku rodziny Andrewsów, jak przywykłam nazywać tę odmianę języka migowego, którego wszyscy się nauczyliśmy po wypadku, tyle że rozwiniętą i przystosowaną do naszego użytku. Moim rodzicom miganie szło świetnie, ale Jude — który miał wtedy raptem sześć lat — załapał je dosłownie w lot, i to właśnie my dwoje wymyśliliśmy tę własną, zmienioną wersję. Mamie i tacie pozostało tylko iść w nasze ślady.

— Zagramy w dwadzieścia pytań? — zapytał.

Wzruszyłam ramionami, ale mój brat dobrze wiedział, że mu nie odmówię.

— No dobrze, moi drodzy — oznajmiła mama. — Tym razem to ja posprzątam ze stołu. Tylko żeby mi tu był porządek!

Roześmiałam się, a Otis uniósł pysk i zawył nam do wtóru. Wciąż pamiętałam ten dźwięk — niezbyt głośny, rodzaj zawodzenia, tyle że przepełnionego radością i chęcią do psot — i pominąwszy głosy mojej rodziny, to za nim właśnie tęskniłam najbardziej. Połaskotałam Otisa pod brodą, a Jude zadał pierwsze pytanie.

Wygrałam trzema punktami do dwóch, ale zgodziłam, się gdy Jude poprosił „Gramy do siedmiu?”. Po czym rzecz jasna pozwoliłam mu wygrać. Zdawał sobie z tego sprawę i być może właśnie dlatego z jeszcze większym entuzjazmem świętował swoje zwycięstwo. Skończyliśmy, tarzając się po podłodze, podczas gdy Otis skakał jak oszalały wokół, obszczekując nas i raz po raz trącając któreś nosem. Gdy weszła mama, która przyszła nas obsztorcować, udałam, że jej nie widzę. Omal nie straciłam ucha w ferworze walki, nim w końcu spojrzałam mamie w oczy, napotykając jej groźny wzrok. Uśmiechnęłam się tylko i rozłożyłam przepraszająco ręce.

To był chyba ostatni raz, kiedy wygłupialiśmy się tak beztrosko z Jude’ em. Podobnie jak wiele innych przełomowych dla nas momentów, tak i ten minął niepostrzeżenie. Później wspominałam ten obiad jako ostatnie przyjemne chwile.

Pobiegłam na górę do swego pokoju, ku strasznej, pełnej hałasu przyszłości.

*

Uwielbiałam horrory. Najpierw tata zaczął mnie zaznajamiać z niektórymi ze swoich ulubionych — To, Obcyósmy pasażer Nostromo, Inwazja porywaczy ciał, Lśnienie. Spodobały mi się, a jeszcze bardziej lubiłam oglądać je razem z nim; sprawiało mu to wyraźną przyjemność. Kiedy jednak ostrzegł mnie, że do pewnego rodzaju filmów muszę jeszcze trochę podrosnąć, oczywiście poszukałam ich na własną rękę. Hostel, Piłę oraz wszystkie pozostałe tego typu horrory — pełne przemocy, tortur i krwi — obejrzałam z poczuciem niezdrowego zainteresowania, ale na tym raczej się kończyło. Nie czułam strachu. Czasem obrzydzenie. Doszłam do wniosku, że filmy te mają za zadanie przede wszystkim szokować, a według mnie o wiele łatwiej wywołać szok niż niepokój czy przerażenie. Mimo to oglądałam je nadal, wyszukując coraz mroczniejsze, nie bardzo wiedząc, po co to robię, a jednak nie umiejąc sobie odmówić tej dziwnej przyjemności.

Wróciwszy do swego pokoju, pomyślałam, że może zostawiłam jeden z nich w odtwarzaczu DVD, w dodatku włączony. Ale już po kilku sekundach wiedziałam, że to nie film.

To działo się naprawdę.

Mimo że twórcy horrorów starali się osiągnąć maksymalny poziom realizmu, zawsze miałam świadomość, że wszystko tam jest udawane. To pozwoliło mi stworzyć w głowie blokadę, rodzaj odporności, z której nie zdawałam sobie sprawy do chwili, gdy ujrzałam autentyczne cierpienie. Zdarzało się, że sceny z wieczornych wiadomości doprowadzały mnie do płaczu, nie mówiąc już o co bardziej drastycznych materiałach, które znajdowali w Internecie moi znajomi — takich jak egzekucje, wypadki samochodowe, śmierć czy morderstwa na żywo — w ogóle nie byłabym w stanie czegoś podobnego obejrzeć.

Na dodatek odległe wspomnienia z mojego wypadku potrafiły powrócić w najmniej oczekiwanym momencie.

Upłynęło trochę czasu, nim się zorientowałam, na co właściwie patrzę. Coś jakby kawał czerwonego mięsa zwisało z liny, kołysząc się lekko na boki. Dalej widać było dwa czy trzy leżące na ziemi, pozapadane namioty, na jednym z nich zaś miotała się jakaś postać, młócąc powietrze gwałtownymi ruchami. Skojarzyła mi się ze zbyt mocno nakręconą zabawką.

Przysiadłam na łóżku. To jest to samo miejsce, z którego relację oglądałam wcześniej. Teraz jaskini nie było już widać, a kamera trwała w bezruchu, przypuszczalnie ustawiona na statywie. Kable z oświetleniem przerzucone niedbale przez goły stelaż namiotu poruszały się niespokojnie w tę i z powrotem, rzucając długie cienie.

Zamknęłam i otworzyłam oczy, jakby licząc na to, że obraz zniknie. Przymknęłam na moment powieki, zastanawiając się, co to ma być.

Kiedy spojrzałam ponownie, zobaczyłam, że spomiędzy drzew wybiegł jakiś człowiek i próbuje się dostać do jednego ze stojących jeszcze dużych namiotów. Coś — jakaś postać, plama na ekranie, a może po prostu odbicie — ruszyło za nim przez polanę. Gdy się z nim zrównało, człowiek upadł na ziemię.

Moje serce biło coraz szybciej, aż zaczęło walić w piersi jak młotem. Nachyliłam się mocniej w kierunku ekranu, ale ten ktoś był daleko, pogrążony w ruchomych cieniach, więc całość zrobiła się jedynie bardziej rozmazana. Wydawało się, że z kimś walczy. Jego twarz nie była już biała.

Stała się czerwona.

Gdyby to był horror, uznałabym, że jest wyjątkowo kiepsko zrealizowany. Nic nie było widać. Na ekranie panował zamęt. Walczące postacie ledwo się ruszały, tak jakby uchodziło z nich powietrze. Mięso nadal się kołysało.

Coś się oderwało od zwisającego z liny krwawego płata albo raczej — co właśnie z trudem sobie uświadomiłam — od szczątków jednego ze speleologów. Niewyraźny kształt, który zdawał się wykluwać z tej makabrycznej, czerwonej mazi, pozostał w miejscu jeszcze przez chwilę, a potem rozłożył jakby skórzaste skrzydła i zniknął z pola widzenia.

— Mamo — zawołałam cicho. Nie podobało mi się to wszystko. Wyglądało zbyt autentycznie.

Napisy wciąż były włączone, chociaż nikt już nic nie mówił.

*

„Ja pierdolę, kurwa mać”, mamrotał Huw. Było mu zimno. Ciarki przebiegały mu po wilgotnych od potu plecach, wciskały się pod pachy, czuł je nawet na jądrach. Cokolwiek to było, skutecznie wytrąciło go z równowagi. Znów nacisnął guzik na pilocie, po czym ściągnął brwi. Discovery Channel. Kto jak kto, ale oni nie wyprodukowaliby chyba czegoś podobnego? W końcu to kanał poświęcony nauce. Poważna telewizja. W dodatku był listopad, dobre dwa tygodnie po Halloween. „Kurwa mać”.

Z dolnej krawędzi widocznego na ekranie obrazu wyfrunęło kilka dziwnych stworzeń, które w popłochu uleciały ku drzewom niczym wielkie, wystraszone ptaki. Huw podkręcił dźwięk, aż pasek skali na telewizorze dotarł do stu, a pokój wypełnił się głośnym szumem. Coś krótko zaszeleściło. Zaraz potem coś przebiegło — w oddali dał się słyszeć przelotny tętent.

Przez ekran przemknęły kolejne ptaki — Huw założył, że właśnie tym są owe stworzenia, chociaż właściwie to określenie niezbyt do nich pasowało. Któryś z nich zderzył się z jednym z wciąż stojących namiotów, po czym najwyraźniej zniknął w środku.

Do tego, że ogląda prawdziwy materiał na żywo, przekonały go przerwy. Owszem, zdarzały się momenty gorączkowego ożywienia, najczęściej w postaci odgłosów dobiegających gdzieś spoza ekranu, a także okazjonalne przebłyski widocznego ruchu. Lecz to właśnie chwile ciszy między nimi — długie minuty, kiedy słychać było tylko łagodny szelest liści na wietrze, buczenie rozkręconego na cały regulator telewizora oraz brzęczenie owadów krążących wokół kamery ustawionej pośrodku nieznanej mu leśnej polany — były tym, co przydawało całej sytuacji realizmu.