Zasłona dymna

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zasłona dymna
Zasłona dymna
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 74,98  59,98 
Zasłona dymna
Zasłona dymna
Audiobook
Czyta Tomasz Sobczak
39,99  29,59 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jorn Lier Horst

Thomas Enger

Zasłona dymna

Przekład:

Milena Skoczko

Sopot 2020

Przekład: Milena Skoczko

Tytuł oryginału: Røykteppe

Copyright © 2019 by Jørn Lier Horst & Thomas Enger

Published by agreement with Salomonsson Agency

All rights reserved

Copyright © 2020 for the Polish edition by Smak Słowa

Copyright © for the Polish translation by Milena Skoczko

This translation has been published with the financial support of NORLA, Norwegian Literature Abroad


Wszystkie prawa zastrzeżone. Książka ani żadna jej część nie może być publikowana ani powielana w formie elektronicznej oraz mechanicznej bez zgody wydawcy.

Edytor: Anna Świtajska

Redakcja i korekta: Anna Mackiewicz

Skład: Piotr Geisler

Projekt okładki: Henrik Koitzsch

Druk: Drukarnia Abedik

Konwersja do epub i mobi:

http://www.gigaproject.pl/epuby/

ISBN: 978-83-66420-27-4

Smak Słowa

ul. Bohaterów Monte Cassino 6A

81-805 Sopot

tel. 507-030-045

www.smakslowa.pl

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Prolog

1 stycznia 2019 roku

Okratowane drzwi na końcu korytarza zamknęły się z trzaskiem. Dźwięk niósł się echem po budynku.

Christer Storm Isaksen podniósł wzrok znad książki i zaczął nasłuchiwać. Lekkie drobne kroki na wyłożonej linoleum podłodze.

Frankmann.

Tylko on zadawał sobie trud, by wykonać dodatkową rundę, kiedy działo się coś wyjątkowego.

Kroki ucichły przed celą. Zachrzęściły klucze, zanim kłykieć uderzył lekko o drzwi.

Isaksen odłożył książkę.

– Tak?

Górny zawias zazgrzytał, gdy Frankmann otworzył drzwi. Wydawało się, że w ciągu ostatniego tygodnia schudł jeszcze bardziej. Koszula mundurowa wisiała luźno na jego chudym torsie.

– Szczęśliwego Nowego Roku – powiedział i skinął głową.

W ręce trzymał białą kopertę.

– Szczęśliwego Nowego Roku – odpowiedział Isaksen.

Chciał zapytać, jak mu minął okres świąteczno-noworoczny, ale powstrzymał się. Zaciekawiła go koperta.

– List do ciebie – rzekł Frankmann. – Pomyślałem, że chciałbyś go dostać od razu.

Isaksen odebrał kopertę.

Nie było na niej adresu ani stempla pocztowego. Tylko jego imię i nazwisko, zapisane małymi okrągłymi literami. Pismo było pochyłe i trochę niewyraźne, jakby autor listu bardzo się spieszył.

– Leżał w skrzynce przy bramie – wyjaśnił Frankmann.

Isaksen pomacał kopertę. W środku było coś sztywniejszego od listu. Może pocztówka?

Potarł kciukiem miejsce, w którym powinien znajdować się znaczek, i odwrócił list. Żadnego nadawcy.

Nie pamiętał, kiedy ostatnio dostał odręcznie napisany list. Po śmierci matki przestały przychodzić nawet kartki z życzeniami na Boże Narodzenie.

Frankmann stał w drzwiach celi wyraźnie zaciekawiony.

– Normalnie powinien zostać sprawdzony razem z resztą poczty – powiedział, wyjaśniając, dlaczego nie może wyjść, dopóki list nie zostanie otwarty.

Isaksen odgiął pasek klejowy z tyłu koperty i ostrożnie go oderwał. Poszerzył otwór dwoma palcami i zajrzał do środka.

To było zdjęcie.

Wyjął je i poczuł, jak serce zamiera mu w piersi.

Dziewczynka na fotografii miała osiem, może dziewięć lat, niebieską bluzę z kapturem i długie brązowe włosy, upięte wysoko w koński ogon. Siedziała w ławce szkolnej, trzymając dłonie na książce. Nosiła aparat ortodontyczny, którego nie była w stanie ukryć, ponieważ uśmiechała się do kamery. Grzbiet nosa miała usiany piegami, a jej oczy były lodowato niebieskie, jak jego własne.

– To ona – wykrztusił.

Frankmann zrobił krok w jego stronę.

– Kto taki? – spytał.

Isaksen nie odpowiedział.

To ona, powtórzył w myślach.

Ta, którą wszyscy uznali za martwą.

1

20 godzin wcześniej

Fajerwerki rozświetliły miasto. Wyjąc i strzelając, wzbijały się ku niebu i eksplodowały w wielobarwnych smugach. Wybuchały z różną intensywnością, a w ciągu ostatnich minut stały się coraz częstsze.

Ciężka mgła spowiła fiord w pobliżu Rådhuskaia. Spadek temperatury sprawił, że odświętnie ubrani ludzie zapinali szczelnie kurtki i otulali szyje szalikami. Przedzierając się przez śnieżną breję, podpierali się nawzajem, śmiali się i hałasowali.

Emma Ramm miała na sobie grubą zimową kurtkę, a na nogach dwie pary wełnianych skarpet i kalosze. Nie była jedną z tych osób, które teraz, tuż przed północą, spoglądały w niebo, trzymając w dłoni telefon komórkowy, albo gorączkowo usiłowały skontaktować się z rodziną i przyjaciółmi. Po prostu szła ulicami i przyglądała się przechodniom, próbując odgadnąć, czy są tu po to, by naprawdę świętować, czy może w innym celu, chociaż nie była pewna, na co powinna zwracać uwagę, żeby odczytać ewentualne sygnały zagrożenia.

Trochę ponad pół godziny temu opuściła mieszkanie Irene w samym środku kłótni z Kasprem, który zrezygnował z tradycyjnej imprezy ze znajomymi na Amager1, „ponieważ wolał powitać Nowy Rok, leżąc w łóżku obok niej”. Nie rozumiał, dlaczego musiała stać na Rådhuskaia, kiedy wybije dwunasta. Ona, która nawet nie lubiła fajerwerków.

– Po prostu muszę i koniec – odparła.

Kasper zaśmiał się z tej dziecinnej, niejasnej odpowiedzi. A potem dodał, strzelając focha:

– W porządku, ale będziesz musiała pójść tam sama, bo ja nie mam ochoty zmoknąć i zmarznąć.

– Ja mogę iść z tobą – wtrąciła się Martine. – Chciałabym popatrzeć na fajerwerki. Mogę, ciociu? Bardzo proszę?

Emma uśmiechnęła się, ale potrząsnęła przecząco głową. Nie chciała straszyć siostrzenicy, mówiąc, że to mogłoby być niebezpieczne dla małego dziecka. Zresztą dla dorosłego człowieka również. Wiele osób żegnało stary rok na izbie przyjęć z obrażeniami po wybuchu petardy.

Ale prawdziwy powód był inny.

Przez całą jesień śledziła na bieżąco doniesienia o tym, co media ochrzciły „śmiertelnym odliczaniem”. Mało brakowało, by Emma sama stała się ofiarą zabójcy. Gdy zbliżał się sylwester, a wraz z nim oficjalne odliczanie minut, które pozostały do nadejścia Nowego Roku, z coraz większym niepokojem myślała o tym, że kogoś mogło to zainspirować do popełnienia podobnego przestępstwa.

Opowiedziała psychologowi o swoich irracjonalnych obawach. Pokiwał głową i stwierdził, że rozumie podłoże jej lęków, po czym dodał, że nic nie wskazuje na to, by miało wydarzyć się coś podobnego. Emma starała się przekonać samą siebie, że takie myślenie jest absurdalne, lecz mimo to jej lęk przybierał na sile. Myślała o widowiskowym pokazie sztucznych ogni organizowanym każdego roku przez Gminę Miasta Oslo nad basenem portowym w pobliżu Rådhuskaia, gdzie zawsze zbierały się tysiące ludzi. W końcu psycholog zaproponował, żeby tam poszła, spojrzała swoim lękom prosto w oczy i przekonała się, że nic złego się nie stanie.

Właściwie nie miała zamiaru go posłuchać, ale pod wieczór ogarnął ją niemal klaustrofobiczny lęk, co Kasprowi może przyjść do głowy, gdy wybije północ. Nie spodziewała się, że padnie na kolana i poprosi ją o rękę – w końcu znali się zaledwie osiem miesięcy – ale mógł wpaść na pomysł, by wyznać jej miłość. A tymczasem ona nadal nie była pewna, co do niego czuje, poza tym, że uważała go za wspaniałego faceta, z którym było jej dobrze, dopóki mieszkali każde w swoim mieście i nie spotykali się zbyt często. Chciała dalej cieszyć się nieskomplikowanym życiem świeżo upieczonej dziennikarki kryminalnej w news.no i nie myśleć za dużo o przyszłości.

Wyjęła telefon komórkowy. Kasper próbował się z nią skontaktować zaledwie minutę temu, ale nie zdążyła do niego oddzwonić. Była 23:59. Emma wciągnęła głęboko powietrze. Ludzie zaczęli rzucać się sobie na szyję. Wznosili toasty i rozlewali szampana na rozdeptany śnieg. Otoczyła ją kakofonia trzasków, wystrzałów, głosów i krzyków. Emmie nie brakowało ani jednego elementu życia towarzyskiego, może z wyjątkiem radosnego upojenia, które zdarzało jej się czuć po kieliszku albo dwóch. Bo później i tak zawsze ogarniał ją nastrój przygnębienia i melancholii.

 

Ktoś zaczął odliczać od dziesięciu. Poczuła ostre, wyjątkowo nieprzyjemne kłucie w żołądku i klatce piersiowej, ale próbowała powtarzać sobie w myślach zapewnienie psychologa, że nic złego się nie wydarzy. Już wkrótce będzie mogła wrócić do domu, do Irene, Kaspra i Martine, wolna od zmartwień, gotowa na Nowy Rok.

Pięć!

Cztery!

Trzy!

Dwa!

Jeden!…

Nagle wszystko wokół niej utonęło w oślepiającym świetle. Gwałtowny wybuch sprawił, że ziemia się zatrzęsła. Fala uderzeniowa i fala ciepła powaliły Emmę na śnieg. Luźne przedmioty przelatywały ze świstem nad ludźmi. Emma skuliła się, zasłaniając głowę rękami, i próbowała zorientować się w sytuacji.

Tuż przy nabrzeżu, jakieś trzydzieści metrów przed nią, utworzył się szeroki słup pomarańczowych, żółtych i czerwonych płomieni, który mógł w każdej chwili runąć. Dzwoniło jej w uszach, a mimo to słyszała krzyki, widziała, jak odświętnie ubrani ludzie podpierają się nawzajem, jak się odpychają, szukając w panice przyjaciół, partnerów życiowych, dzieci, odpowiedzi na pytanie, co się stało.

Podniosła się. Na ziemię opadały czarne strzępy materiałów. Jakiś mężczyzna szedł w jej stronę chwiejnym krokiem, z płonącą ręką. Krzycząc, gorączkowo próbował ugasić płomienie, zanim zdołał ściągnąć kurtkę.

Przeczucie towarzyszące jej w ciągu ostatnich tygodni było jak bolesny ucisk w przeponie, a jednocześnie racjonalna część niej wciąż powtarzała, że jej lęk jest absurdalny, a przeczucie mylne.

Ale to już nie było przeczucie. To nie był lęk.

To była rzeczywistość.

A wokół niej nadal wybuchały fajerwerki.

Przypisy:

1 Amager – duńska wyspa w cieśninie Sund, na której położona jest część Kopenhagi z portem lotniczym Kastrup. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).

2

Alexander Blix przecisnął się przez tłum przerażonych ludzi, przeskoczył nad ośnieżoną rabatą i pośliznął się na lodzie, ale udało mu się utrzymać na nogach. Sofia Kovic była tuż za nim. Przez słuchawkę w uchu słyszał, jak informuje centralę operacyjną o wybuchu, do którego doszło na Rådhuskaia.

Mężczyzna ze zwęgloną otwartą raną twarzy kręcił się w kółko z butelką szampana w dłoni. W stronę Blixa szła, utykając, kobieta, której wystawało coś z łydki.

Blix przebiegł obok niej. Zakrwawieni ludzie leżeli na ziemi, jęcząc z bólu. Inni siedzieli na wpół wyprostowani, oszołomieni, w postrzępionych ubraniach, spowici ciemnoszarym dymem.

Zatrzymał się, nie wiedząc, od czego zacząć.

Przy krawędzi nabrzeża leżały cztery nieruchome ciała. Podbiegł do nich i uklęknął przy pierwszym. Młoda blondynka. Odłamek materiału wybuchowego przebił jej lewe oko. Przyłożył palce do tętnicy szyjnej, ale nie wyczuł tętna. Przesunął się do kobiety z ranami klatki piersiowej i brzucha, która leżała z otwartymi szeroko ustami i oczami. U niej również nie wyczuł pulsu.

Kovic pochyliła się nad mężczyzną w szarym płaszczu. Podniosła wzrok, napotkała spojrzenie Blixa i pokręciła przecząco głową.

Na samym końcu nabrzeża, częściowo na pachołku do cumowania, leżał na wpół zwęglony człowiek. Mężczyzna. Przynajmniej tak im się wydawało. Jego obrażenia były większe niż u pozostałych. Połowa twarzy i duża część tułowia zostały rozerwane na strzępy i nie było potrzeby sprawdzać oddechu ani tętna.

Cztery ofiary.

Eksplozja pozostawiła po sobie wielki krater w asfalcie. W wielu miejscach wciąż paliły się resztki materiałów wybuchowych. Przez słuchawkę usłyszał, jak mówią o bombie i podwyższonym stopniu zagrożenia terrorystycznego.

Atak terrorystyczny, pomyślał Blix. Chryste Panie.

Nagle tuż obok niego rozległ się krzyk. Odwrócił się. Dwóch elegancko ubranych mężczyzn wskazywało na ciemne wody fiordu. Na powierzchni unosił się jakiś człowiek z szeroko rozpostartymi ramionami, z twarzą zwróconą w dół.

Blix wyszarpnął słuchawkę z ucha i ściągnął kurtkę. Odpiął pas z bronią, zrobił ostatni krok w kierunku krawędzi nabrzeża i wskoczył do wody. Nie zastanawiał się nad tym, jak jest zimna, ale kiedy przebił taflę, poczuł się tak, jakby wpadł do basenu z lodem. Mięśnie twarzy stężały. Miał wrażenie, że wsadził głowę w lodowate imadło. Woda natychmiast wdarła się pod koszulę, do spodni, wypełniła buty. Poczuł kłucie w klatce piersiowej. Chociaż bardzo starał się nimi poruszać, ręce i nogi odmówiły posłuszeństwa.

Prąd wypchnął go na powierzchnię, ale w pierwszej chwili Blix nie był w stanie oddychać. Z wielkim trudem rozluźnił mięśnie.

Z góry doleciało do niego czyjeś wołanie: „Dziesięć metrów, ukośnie na lewo!”. To była Kovic.

– Bądź ostrożny! – dodała.

Policjant wciągnął powietrze i próbował płynąć, ale ciało obciążało przesiąknięte wodą ubranie, które przykleiło się do skóry. Zimna woda spowalniała jego ruchy, odbierając im skuteczność. Miał wrażenie, że w ogóle nie posuwa się do przodu. Ciężkie buty ciągnęły go w dół.

– Jeszcze pięć metrów! Po lewej!

Zamachnął się kilka razy i wyciągnął ręce, sięgając z trudem do unoszącego się na powierzchni ciała. Jego palce nie chciały wykonywać poleceń. Ubranie, lodowata, bezwładna dłoń. W końcu udało mu się je uchwycić. Próbował odwrócić ofiarę na plecy, ale zdołał jedynie przewrócić ją na bok, zanim wyśliznęła mu się z ręki. Wysiłek był tak duży, że policjant znowu znalazł się pod powierzchnią. Zachłysnął się wodą. Zaczął kaszleć. Charczał i pluł. Nie miał innego wyboru – musiał zaczekać, aż jego organizm przestanie protestować i będzie mógł skupić się na tym, by odwrócić bezwładne ciało na grzbiet.

To była kobieta.

Twarz częściowo przykrywały długie ciemne włosy, które przykleiły się do mocno poparzonej skóry. Chwycił kobietę pod pachę i zaczął holować za sobą do brzegu.

– Tutaj! – usłyszał krzyk Kovic.

Odwrócił się, zauważył koleżankę stojącą jedną stopą na drabince, gotową, by pomóc mu wciągnąć nieprzytomną ofiarę na ląd. Z każdym ruchem ramion stawał się coraz zimniejszy i bardziej zesztywniały. Wypluwał wodę i nabierał powietrza, usiłując przez cały czas utrzymywać głowę kobiety nad taflą. Kovic zeszła kilka stopni niżej.

Był wyczerpany. Wolną ręką chwycił szczebel drabinki, by szybciej przyciągnąć siebie i kobietę do nabrzeża. Prawa stopa znalazła oparcie. Ostatkiem sił uniósł bezwładne ciało, tak aby Kovic mogła chwycić je za kołnierz kurtki. Za policjantką zebrało się wiele osób gotowych do pomocy. Gdy w końcu mógł puścić holowane ciało, zawisł na drabince na kilka sekund, z trudem łapiąc oddech.

– Pomóc ci? – zawołała Kovic.

Zakaszlał kilka razy, zanim potrząsnął przecząco głową. Próbował się podciągnąć, ale nogi nie chciały z nim współpracować, a ramiona były sztywne i przemarznięte do szpiku kości. Policjantka zeszła jeszcze niżej i obiema rękami chwyciła go pod pachą. Ktoś pospieszył im z pomocą. Razem wciągnęli go na górę.

Na lądzie personel karetki pogotowia błyskawicznie zajął się nieprzytomną kobietą. Ociekając wodą, Blix przechylił się do przodu i oparł dłonie o kolana. Nie był do tego przeszkolony. W ogóle. Zwykle siedział za biurkiem. Zjawiał się na miejscu zdarzenia i pukał do drzwi świadków. Minęło prawie dwadzieścia lat, odkąd był w służbie operacyjnej. Zgłosił się na ochotnika na dyżur w sylwestra, żeby koledzy mający małe dzieci mogli świętować z rodziną.

Odchrząknął, lekko się wyprostował i dopiero wtedy zauważył, że na dłoni ma krwawiącą ranę.

Wokół niego wciąż wybuchały fajerwerki. Odgłosy wystrzałów mieszały się z dźwiękiem syren. Kovic podeszła do niego z kocem, okryła go. Obok niej stała jakaś kobieta. W pierwszej chwili jej nie poznał, a kiedy dotarło do niego, kim jest nieznajoma, próbował się do niej uśmiechnąć.

– Cześć, Emmo – powiedział.

3

Teren na końcu nabrzeża przypominał pole bitwy. Wszędzie była krew. Ranni, płacząc, obejmowali się nawzajem. Gdzieniegdzie paliły się resztki po eksplozji. Emma starała się omijać wzrokiem ludzi, którzy z całą pewnością nie żyli.

Nowy rok trwał zaledwie kilka minut. Zewsząd dobiegały jakieś dźwięki: syreny, huk wystrzałów wysoko w górze, trąbiący samochód, basy piosenki lecącej w oddali. Oslo znowu zostało zaatakowane, pomyślała Emma, siedem i pół roku po wybuchu bomby umieszczonej w samochodzie pułapce przed budynkiem rządowym, która zabiła osiem osób. Emmę często nachodziła refleksja, że ponieważ Norwedzy lubią się bawić, norweska stolica jest łatwym celem dla terrorystów. Ulice Oslo często są pełne ludzi, chociaż najwięcej gromadzi się ich przy szczególnych okazjach, na przykład 17 maja lub w wieczór sylwestrowy.

Kobieta, którą Blix wyłowił z basenu portowego, leżała na noszach. Ratownicy medyczni próbowali usunąć włosy, które przykleiły jej się do skóry twarzy, aby można było podać poszkodowanej tlen. Jeden z ratowników klęczał przed nią i wykonywał masaż serca. To wydarzenie z pewnością wpłynie na jej dalsze życie, o ile kobieta w ogóle przeżyje. Emma myślała o własnej przypadłości. Rzadka choroba pozbawiła ją włosów. Mogła to ukryć przed światem, nosząc różne peruki. Z poparzeniami na twarzy było znacznie gorzej.

Przybyli na miejsce policjanci zaczęli przeprowadzać rutynowe czynności. Odgrodzili taśmami teren wokół miejsca eksplozji, a teraz ustawiali blokady.

Zadzwonił telefon Emmy. Spojrzała na wyświetlacz. „Anita Grønvold, news.no”.

– Gdzie jesteś?

Emma słyszała, że szefowa piła i przebywała w miejscu, gdzie impreza sylwestrowa trwała w najlepsze.

– Na Rådhuskaia – odparła. – Przyszłam tutaj, żeby obejrzeć pokaz sztucznych ogni – dodała.

Opowiedziała o zmarłych i rannych, i o kobiecie wyłowionej z basenu.

– Masz zdjęcia?

– Jeszcze nie.

– Potrzebujemy zdjęć – powiedziała Anita. – Wystarczy kilka linijek tekstu, ale musimy mieć materiał zdjęciowy. Zacznij od tego, że doszło do ataku terrorystycznego. Ofiary. Obrażenia. Przyślę ci do pomocy Wollana i kilku innych, bez względu na to, jak bardzo są pijani.

– Myślałam o tym, żeby podciągnąć to pod odliczanie – rzekła Emma.

Szefowa nie zrozumiała.

– Wybór chwili ataku – wyjaśniła. – Dwunasta. Odliczanie do północy i Nowego Roku.

Na chwilę zapadła cisza.

– Uważasz, że to nie był przypadek?

– Nie.

– Nawet jeśli masz rację, nigdy w życiu nie uda ci się namówić nikogo z policji, żeby potwierdził twoją teorię lub jej zaprzeczył. W każdym razie nie teraz, w nocy. Przede wszystkim skup się na zdjęciach i zakresie obrażeń.

Emma westchnęła w duchu.

– W porządku.

– A jutro napiszesz o policjancie i kobiecie wyłowionej z wody. Dowiedz się, kim jest i jak się czuje.

Emma rozłączyła się i zaczęła krążyć dookoła z włączonym trybem kamery. Nagrała ekipy ratunkowe i rozciągnięte wokół miejsca zdarzenia taśmy policyjne, niebieskie światła na pojazdach uprzywilejowanych, zakrwawione ofiary, uzbrojonych policjantów. Zastanawiała się, czy zadzwonić do Kaspra albo Irene, żeby uspokoić ich, że jest cała i zdrowa, ale ostatecznie poprzestała na wysłaniu do siostry esemesa z informacją, że nic jej nie jest. Irene mogła przekazać tę wiadomość dalej.

Emma znowu dostrzegła Blixa. Siedział w otwartym radiowozie, okryty kocem. Jego głowa parowała.

Dziewiętnaście lat temu Blix uratował jej życie, interweniując w sprawie, którą media nazwały „tragedią w Teisen”. Policjant nie miał innego wyjścia: musiał zastrzelić ojca Emmy, żeby ten nie zdążył zastrzelić swojej córki. Zaledwie kilka minut wcześniej mężczyzna zostawił na podłodze w kuchni matkę Emmy w kałuży krwi. Kobieta już wtedy nie żyła.

Emma nie była świadoma roli Blixa, zanim nie zetknął ich ze sobą przypadek, a konkretnie śledztwo w sprawie serii zabójstw. Śledczy sprawował nad nią opiekę i przekazywał jej informacje, którymi nie dzielił się z innymi dziennikarzami. Ale to nie był powód, dla którego Emma coraz bardziej go ceniła. Po prostu czuła, że się o nią troszczy. Dzięki rozmowom z psychologiem zrozumiała, że w policjancie szukała ojca.

Podeszła trochę bliżej. Blix miał sine wargi, reszta jego twarzy była blada. Jedną dłoń miał zawiniętą w bandaż, który zdążył już przesiąknąć krwią. Niepostrzeżenie zrobiła mu zdjęcie i poszła dalej. Irene przysłała odpowiedź, ale Emma usunęła wiadomość z wyświetlacza. Później odczyta esemesa. Kasper nie pisał ani nie dzwonił, żeby spytać, czy nic jej się nie stało.

 

Teraz, kiedy na miejscu zdarzenia znajdowało się mniej ludzi, łatwiej było ocenić rozmiar zniszczeń. Jej wzrok padł na czarną dziurę w ziemi o średnicy około jednego metra. Podniosła komórkę i kontynuowała filmowanie. Zrobiła zbliżenie jednej z ofiar, która leżała na plecach. Mężczyzna miał na sobie szary płaszcz z wysokim kołnierzem, częściowo zwęglonym i zakrwawionym. Czarne spodnie i rękawiczki. Buty też miał czarne. Skórzane. Wyglądały jak… przypominały te, które…

Zrobiła kilka kroków w jego stronę i okrążyła go. Usłyszała, że ktoś woła ją po imieniu, ale nie odwróciła się, żeby sprawdzić kto. Nie spuszczała wzroku z mężczyzny leżącego na ziemi, ale jednocześnie nie dopuszczała do siebie myśli, że wie, na kogo patrzy. To nie był Kasper. To po prostu niemożliwe. To nie mógł być on.

– Nie możesz tu być – odezwał się głos, który wcześniej z odległości kilku metrów wołał ją po imieniu, a teraz dobiegał z bardzo bliska. – Musisz przejść za taśmy policyjne, Emmo. Tak jak pozostali.

Ale ona nie słuchała. Z każdym krokiem była coraz bliżej mężczyzny, który patrzył prosto w niebo. Na fajerwerki i gwiazdy. Ziemia wokół niego zabarwiła się krwią płynącą z otwartej rany na brzuchu.

– Nie – szepnęła cicho. To nie może…

Potrząsała przecząco głową, usiłując złapać oddech. Poczuła czyjąś dłoń, ale nie zwróciła uwagi na to, kto chwycił ją za ramię. Jedyne, co widziała, to czarne loki na śniegu. Zarost na policzkach. Powieki, które zaraz zaczną mrugać. Taką miała nadzieję. Ale one pozostały nieruchome. Martwe.