Mróz

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

DZIEŃ DZIEWIĄTY

– Słyszał pan tych pijaków? Słyszał ich pan jeszcze po północy? – spytał. – Ja przez całą noc nie zmrużyłem oka. Chodziłem tam i z powrotem. Otworzyłem nawet okno i wpuściłem powietrze, to okropne, zimne powietrze. Ale nic nie pomogło. Zamierzałem złożyć zażalenie. Ale to nie ma sensu. Wszędzie człowiek natyka się tylko na niezrozumienie. Co mnie najbardziej oburza, to nieustanne trzaskanie drzwiami. To okropne trzaskanie drzwiami. Jak ciągłe walenie po głowie! Nie ma rzeczy straszniejszej niż dom, w którym stale trzaska się drzwiami. Ludzie trzaskają nimi zupełnie bezmyślnie. To cecha ludzi pośledniej wartości. Nałogowi trzaskacze drzwiami mogą nawet człowieka zabić. Mój dzień jest zepsuty, kiedy ktoś trzaśnie drzwiami. Ale tutaj wciąż trzaskają drzwiami. Niech pan sobie wyobrazi, że jest pan zmuszony mieszkać w domu, w którym ustawicznie trzaska się drzwiami! W którym mieszkają nałogowi trzaskacze drzwiami! Wtedy jest pan wydany na pastwę… – Powiada: – Niech pan patrzy, te małe buty, te malusieńkie buty! – i stawia laskę na jednym ze swoich butów. A ja patrzę na jego buty. – Mam tak napuchłą głowę, że nie widzę swoich butów. Mam nieskończenie małe buty i bardzo cienkie nogi. Nieskończenie małe, nieskończenie malusieńkie buty! A cóż muszą wytrzymać te nogi, kiedy pomyślę o mojej głowie! Wyglądam przecież jak napęczniały owad! Moja głowa jest tak ciężka, że nie uniosłoby jej dziesięciu krzepkich mężczyzn… a moje nogi, te maleńkie nogi, potrafią tego dokonać. Co wieczór moczę teraz stopy. To mi pomaga. Moja głowa nic nie widzi. Wszystko jest szare. I żółte. Potem barwy się zlewają i nie widzę już nic prócz bólu.

Kiedy uderzy głową w drzewo, zdawać by się mogło, że to opuchnięta dłoń. – Słyszy pan? W mojej głowie jest zainstalowana piła tarczowa. Ta piła robi taki hałas, że mało nie wyzionę ducha! Olbrzymie deski zakleszczają się stale gdzieś w mojej głowie, nie potrafię dokładnie powiedzieć, gdzie: głęboko w dole, daleko w tyle… a potem znów wodospad, który ogłusza mnie do nieprzytomności. Słyszę pański głos z dużej odległości, jak przez ścianę. Oczywiście wiem, że idzie pan obok mnie. Ale wydaje się, jak gdyby szedł pan obok, trzymając się z daleka. Słyszę pana. Brnie pan w śniegu tak samo jak ja. Słyszę, jak brnie pan w śniegu. Ciągnie mnie pan za sobą. Zmusza mnie, bym szedł z panem. To jest przymus, tak… Młodość jest właściwie zawsze bezbolesna – powiedział potem. Znajdowaliśmy się pomiędzy kościołem a wsią. Czasem nie widać było ani kościoła, ani wsi, bo ogromne kłęby mgły przesuwały się przez dolinę. – Młodość nie zna trosk. Ani ucisku. Ani beznadziejności. Ale to, co mówię, jest fałszem. W młodości wszystko wygląda jeszcze dużo gorzej. Jest ona bardziej uciśniona. Bardziej beznadziejna. Bardziej bolesna. W istocie młodość jest nieprzystępna. Nikt w nią nie wchodzi. W prawdziwą młodość. W prawdziwe dzieciństwo. Nikt w nie nie wchodzi. Czy tak nie jest? Sądzi pan, że powinienem sobie wyszczotkować płaszcz? – spytał. – Wydaje mi się, że mówi pan tak cicho. Znajdujemy się w bagnistej okolicy, musi pan wiedzieć. W lecie już byśmy się potopili. Ale to, co w ciepłej porze roku może być zabójcze, co człowieka wciąga, teraz jest zamarznięte. – Doszliśmy do stogu siana i usiedliśmy na desce, na której on przysiadł wczoraj. Powiedział: – Z natury jestem chyba człowiekiem, którego można nazwać idealnym. – Skoro tylko odpoczął, wstaliśmy i poszliśmy najpierw z powrotem tą samą drogą, którą przyszliśmy, a potem zboczyliśmy, żeby szybciej dotrzeć do gospody. – Jak będziemy w gospodzie, może pan sobie coś wybrać. Cokolwiek. Jakiś przedmiot. Chciałbym pana dzisiaj obdarować. Niech pan wyszuka sobie coś w moim pokoju. Widzi pan, pan mnie nie atakuje. Wszyscy inni atakują mnie.

– Co ludzie mówią o mnie? – spytał. – Mówią: idiota? Co ludzie mówią? – Chciał dostać odpowiedź. – Ja ich irytuję, to jest to. Moja głowa zawsze ich irytowała. Teraz, w tym chorobliwym stanie, wychodzą jeszcze na jaw cechy, które przedtem były ukryte. Nie dotarły aż do głowy. To prawda: w takiej chorobie nie można już niczego ukryć. Niczego. Widzi pan, taki jestem, wcale nie najgorszy! To, że noszę getry, czyni mnie w oczach tych ludzi więcej niż śmiesznym. I że moja laska jest dla nich laską dla ozdoby. To bezdenne. – Potem: – Z jednej strony nie chciałbym być samotny, z drugiej wszyscy są mi wstrętni. Bo wszystko jest mi wstrętne. Napiera to z zewnątrz na nich i na mnie, wdziera się we mnie, odraza i niemożliwość. Żadnych stosunków. Nie. Zbliżyć się? Nie. Z inżynierem? Z rakarzem? Z gospodynią? Z proboszczem? Z jednym z nich? Nie. Kiedyś było to możliwe. Teraz odszedłem od tego daleko. Ale oczywiście stale podejmuję próbę. Żeby nie zginąć. Albo dlatego, że chcę zginąć. – Powiedział, że zatraciło się w nim coś z przyrodnika. – Ale jestem głęboko niezdolny, bardzo głęboko niezdolny. – Niezwykłość wielu ludzi ma tylko wartość pointy. – Ale ja jestem nikim.

Od kilku dni w gospodzie nie ma już żadnego gościa. Tylko malarz i ja. Między posiłkami jest cicho jak w grobowcu. – Nasz grób – powiedział dzisiaj malarz. Uniósł laskę w stronę czegoś, czego nie widziałem i powtórzył: – Nasz grób. – Potem obszedł gospodę dokoła i zniknął w mroku cieni drzew. Po raz pierwszy z jakiegoś powodu chciał być sam. Miałem więc okazję udać się do swego pokoju. Początkowo myślałem o tym, żeby napisać list do domu, w którym chciałem donieść o wszystkim: o mojej misji, o miejscu mojego pobytu, o zetknięciu się z malarzem. Szczegóły układały mi się w głowie. Potem jednak, napisawszy trzy, cztery zdania, rzuciłem papier do pieca. Czytałem mojego Henry’ego Jamesa i wypiłem szklankę piwa, którą przyniosłem sobie z dołu. „Lekarz jest wspomożycielem ludzkości”, przypomniała mi się ta sentencja, która zawsze wywoływała we mnie najidiotyczniejsze waśnie myślowe. Wspomożyciel ludzkości… pomyślałem. „Wspomagać” i „ludzie”, jakże odległe od siebie są te słowa. Nie potrafię sobie wyobrazić, żebym mógł kogoś wspomóc. Kiedy będę lekarzem… Lekarzem? Ja i lekarz? Budziło to wszystko we mnie takie wrażenie, jak gdybym dopiero co przebudził się ze snu i miał teraz poradzić sobie z białym kitlem, jaki mam na sobie, nie wiedząc dlaczego. „Wspomożyciel ludzkości” krążył po moim mózgu i po raz pierwszy od długiego czasu przyprawił mnie o ból głowy. Wszystko jest dla mnie niezrozumiałe.

Zaprzątnięty tymi myślami, nie zdołałem posunąć się naprzód z moim Henrym Jamesem. Zamknąłem książkę, włożyłem marynarkę, dołożyłem jeszcze duże polano do pieca i opuściłem gospodę, udając się w kierunku wsi. Niespełna kwadrans zajęła mi droga na cmentarz, gdzie spodziewałem się zastać rakarza. Jakże chętnie bym z nim pogadał, wyciągnął z niego jedną z jego historyjek. Ale nie było go na cmentarzu. Parę miejscowych kobiet niosło bukiety papierowych kwiatów do kaplicy. Zegar na wieży zabrzęczał i w tej samej chwili kawał lodu oderwał się od kościelnego dachu i spadł mi pod nogi. Stanąłem wystraszony. Krok dalej i… przypomniało mi się, że kiedyś, z piętnaście lat temu, tuż koło mnie przemknął w dół olbrzymi sopel lodu, musnął mój rękaw i przewrócił mnie samym podmuchem. Wówczas ze zdenerwowania nie mogłem spać po nocach i całymi tygodniami robiłem do łóżka. Rozczarowany tym, że nie zastałem rakarza, chodziłem wzdłuż dziecięcych grobów, tam i z powrotem. Ale to chodzenie rychło wydało mi się otępiałe, nie wytrzymywałem go dłużej i pobiegłem do najbliższej gospody przy wiejskim placu. Usiadłem w kącie, skąd mogłem dobrze obserwować wiejskich chłopaków, którzy w przeciwległym rogu grali w karty, wypiłem parę szklanek piwa i podniosłem się dopiero, gdy byłem już dobrze podpity. Parę razy wpadałem do rowu, podnosiłem się, śmiałem się bez sensu i przez całe wieki nie mogłem dojść do gospody.

W sali jadalnej inżynier powiedział, że budowa elektrowni to największy projekt tego rodzaju, jaki kiedykolwiek zrealizowano. Już teraz każdego dnia przybywają eksperci z całego świata, żeby zapoznać się z budową. – Czy nasze państwo może sobie pozwolić na taki projekt? – spytał malarz. – O tak – odparł inżynier – państwo jest bogate. Gdybyż tylko zawsze pakowało swoje pieniądze w tak wielkie i tak pożyteczne, podziwiane przez cały świat projekty. Ale państwo trwoni większość pieniędzy! – Miliardy co roku giną bez śladu. Wiadomo, gdzie szukać tych pieniędzy, mianowicie w willach ministrów, w fabrykach ministrów i w państwowych przedsiębiorstwach, które wszystkie są tak źle prowadzone, że nie ma sensu ładować w nie pieniędzy. Wszystkie te przedsiębiorstwa pracują z wielkimi stratami, które pokrywa się z majątku narodowego. – Większość jednak idzie na reprezentację – powiedział inżynier. A malarz dodał: – W żadnym kraju ministrowie nie mają do dyspozycji dwudziestu samochodów, do czegóż by te kraje doszły? – Do tego samego co my – odparł rakarz. – Tak – powiedział malarz – myśmy doszli do bankructwa. – Do bankructwa – przyznał rakarz.

Inżynier, który na swój rachunek zamówił litr wina dla wszystkich, powiedział potem: – Elektrownia będzie dostarczać prąd do wszystkich krajów Europy. Laik nie może sobie w ogóle wyobrazić takiej budowli jak elektrownia. Ja sam orientuję się tylko w ogólnych zarysach i jestem poinformowany właściwie tylko o pewnych wycinkach całości. Każdy ma przecież ściśle ograniczony zakres zadań. Uczeni, którzy zaprojektowali elektrownię, dokonali nie lada sztuki. Ja zajmuję się tylko wykonaniem, i to wykonaniem małego odcinka. Biorąc pod uwagę, że metr sześcienny kosztuje tyle co cała wieś, i to nie jakaś mała wioska, można sobie wyobrazić, ile w to trzeba zainwestować. Ale i wtedy nie można sobie tego wyobrazić. – Odezwał się malarz: – Ale to szpeci krajobraz. Im więcej powstaje takich elektrowni, a wcale nie chcę zaprzeczać, że są potrzebne, że są ogromnie pożyteczne, że są najlepszą rzeczą, jaką możemy u nas budować, doprawdy nie chcę temu zaprzeczać, ale im więcej buduje się takich elektrowni, tym mniej pozostaje pięknego kraju. Cóż, ta dolina jest tak czy owak brzydka, nie można jej już zeszpecić, bo z natury zawsze była zeszpecona, jedno paskudztwo więcej czy mniej nie rzuca się tu w oczy, ale w pięknych okolicach, a nasz kraj składa się przecież w wielkiej części z pięknych okolic, w tych pięknych okolicach budowanie elektrowni powoduje ogromne zniszczenia. Już połowa kraju zeszpecona jest przez nowo wybudowane elektrownie. Tam, gdzie były kwitnące łąki, wspaniałe uprawy, najlepsze lasy, widać teraz już tylko betonowe kloce. Cały kraj pokryje się niebawem elektrowniami i tylko patrzeć, a nie znajdzie się już miejsca, gdzie człowieka nie drażniłyby instalacje elektrowni, a przynajmniej olbrzymie słupy telegraficzne. – Tak – przyznał rakarz – to prawda. – Szpeci się także wielkie rzeki – powiedział malarz – bo właśnie tam, gdzie najpiękniej płyną, i w najpiękniejszych okolicach spiętrza się je i przerywa, wznosząc szkaradne elektrownie. Nie dlatego to mówię, by mi się nie podobała nowa architektura, przeciwnie, ale budowla elektrowni jest zawsze szkaradna. W naszym kraju są już tysiące takich elektrowni. – Inżynier mówi: – Czemu nie wykorzystać energii, jaką mamy do dyspozycji? We wszystkich krajach buduje się tyle elektrowni, ile się da. Elektryczność jest najcenniejsza. – A takie szkaradne, jak to powiedział malarz, elektrownie wcale nie są. Ponieważ buduje się je możliwie najprościej, wtapiają się często w krajobraz, jak gdyby istniały w nim zawsze. – W wielu miejscach powstają sztuczne jeziora, które krajobrazowi wychodzą tylko na dobre – mówi inżynier. – W ciągu nocy znikają pod wodą brzydkie wsie, bagniska i nieuprawna, bezużyteczna ziemia. – Malarz powiada: – Ale tamy raz po raz pękają, a wtedy rzeki zalewają żyzne, spokojne niziny, giną setki ludzi, jak stale się o tym czyta. – Tak – potwierdził inżynier – to prawda. – A ludzie nie wiedzą, jak do tego doszło, że są wystawieni na ustawiczne niebezpieczeństwo. Bo wobec takiego przerwania tamy jest się przecież bezsilnym, prawda, panie inżynierze? – Tak, jest się bezsilnym. – Ale przerwanie tamy zdarza się bardzo rzadko. A wtedy powstaje najczęściej pod wpływem czynników naturalnych, których nie sposób przewidzieć. – No, widzi pan! – mówi malarz. – Widzi pan! – Inżynier powiada: – Przerwania tam są tak rzadkie, a straty, myślę o ludziach, przeważnie tak niewielkie, że nie ma to poważniejszego znaczenia… – Ach, nie ma poważniejszego znaczenia? – podchwytuje malarz. – Więc nie ma to znaczenia? – Nie – odpowiada inżynier – naprawdę nie ma znaczenia. Jeśli się pomyśli o niezwykłym pożytku elektrowni, to nie ma. – Ach, o niezwykłym pożytku elektrowni! I sądzi pan, że sto tysięcy martwych ludzi to nie to samo co jeden martwy człowiek? – Jakże to? – pyta inżynier. – Ach – powiada malarz – widzi pan: jakże to? – A potem inżynier mówi: – Niebezpieczeństwo, że ludzie będą ginąć, istnieje wszędzie. I wszędzie też ludzie giną. Najmniej przez elektrownie. Robotnicy, tak. Ale wszędzie giną robotnicy, na każdej budowie. Gdyby nasz kraj nie był zbudował elektrowni, jakie zbudował, niezależnie od okoliczności, byłby biednym krajem. – A tak, mimo wszystkich braków, można jednak stwierdzić, że jest się zamożnym. – Im więcej elektrowni powstanie, tym szczęśliwszy będzie nasz kraj. – Co do tego wszyscy byli zgodni. Jedynie malarz milczał i rzucił tylko: – Tak, te elektrownie.

 

– Inżynier był w wąwozie potoku – powiedział malarz. – Gdybym wiedział, że wybiera się do wąwozu, poszedłbym razem z nim. Zabrałby mnie swoim wozem do J. Dziesięć lat temu byłem ostatni raz w wąwozie. Musi pan wiedzieć, że wodospad jest tam jak grom. Cóż, inżynier omal nie zamarzł w wąwozie. Gdyby mnie zapytał, powiedziałbym mu, co trzeba na siebie włożyć, kiedy idzie się do wąwozu! „Być w wąwozie to przeżycie!”, powiedziałem mu, a on na to: „Ale te dziki!”. „Dziki?”, pytam. „Dziki? Nie uwierzył pan chyba w bajkę o dzikach?” „Bajkę?”, odpowiada pytaniem. „Tak, bajkę!” Bo z dzikami to bajka. Rakarz opowiada każdemu, kto idzie do wąwozu, że grasują tam dziki, które, wie pan, napadają na ludzi! Z dzikami to wierutna bajka! „Bajka!”, powiadam, a inżynier mówi: „Ja je słyszałem!”. „Co pan słyszał? Dziki?”, pytam. „Tak, dziki”. „Dziki? Wobec tego nigdy pan nie słyszał dzika, jeśli słyszał pan dzika w wąwozie”, powiadam, „bo w wąwozie nie ma żadnych dzików. Żadnych!”, mówię kategorycznie, a inżynier: „Więc sądzi pan, że rakarz mnie okłamał?”. „Tak, rakarz pana okłamał”, powiadam, „rakarz okłamuje każdego, kto idzie do wąwozu”. „Ale to były jednak dziki!”, powiedział inżynier, który nie dał mi się przekonać. „Wobec tego były to dziki”, mówię. „Tylko dureń nie odróżni dzików od jeleni i lisów. To były przecież jelenie i lisy”. „Nie, dziki”, powiedział inżynier. Wtedy odwróciłem się i poszedłem sobie. Widzi pan – powiedział malarz – w tych stronach od wieków nie ma dzików. Nie ma ich tu, w wysokich górach, są już tylko na równinie, gdzie co prawda często szaleją niewiarygodnie, nadgryzają zwłoki, otwierają pchnięciem drzwi domów i zaskakują ludzi w łóżku. Tu jednak nie ma dzików. „Futrzaną czapkę”, powiedziałem inżynierowi, „trzeba było panu włożyć, futrzaną czapkę, a na nogi owijacze”. Tak, zrozumiał, że powinien był to zrobić. Uwierzył w bajkę o dzikach.

Szliśmy nad stawem. Malarz powiedział: – Ludzie tu znikają i nie pojawiają się już nigdy; nigdy ich się nie odnajduje. Mógłbym panu wyliczyć kilka przypadków ludzi, którzy tu zniknęli. Ostatnio zniknęła służąca rzeźnika. Bez śladu. Wieczorem widziano ją jeszcze w łóżku. A rano zniknęła. Raz na zawsze. To, że coś takiego jest możliwe – powiedział malarz – świadczy o niesamowitości, prawda? Bo czy to nie jest niesamowite, kiedy człowiek znika? Bez śladu? Nie zostawiając nic prócz szafy z ubraniem, pary butów i modlitewnika? I że nawet po dziesięciu latach nic już się o nim nie słyszy?

Siedzę na dole w sali jadalnej, bo ludzie mnie ogrzewają. Na górze, w moim pokoju, jest zimno, ogień zgasł, a nie chcę jeszcze raz go rozpalać. W ciepłym pokoju nie mogę przecież spać. Mam dobry, mały piecyk żelazny. Szybko rozgrzewa się do czerwoności, ale tak samo stygnie na lód. A pokój jest zawsze taki jak piecyk. Na dole w sali jadalnej wchodzę do gry, kiedy rżną w jasa i taroka. Przysiadam się do nich, kiedy mam pewność, że malarz już nie wróci. Nie byłby zadowolony, że z nimi gram. A może powinienem mu o tym po prostu powiedzieć? Dlaczego mu nie mówię? Nie mogę przecież pozwolić, żeby mnie tyranizował. Czasem jednak on sam zostaje na dole i wypytuje inżyniera o coś, co się wiąże z budową elektrowni, albo rakarza o jakiś szczegół jednej z jego wojennych historyjek. – To było w Połtawie? – pyta, żeby rakarza wystawić na próbę. Jeśli ten odpowie: – Nie, w Odessie – i jeśli, jak malarz pamięta, przed kilku tygodniami też powiedział: „w Odessie”, w tej a tej historyjce, w tym a tym kontekście, to wiadomo, że historyjka polegała na prawdzie. Malarz lubi zadawać podchwytliwe pytania. Gdyby rakarz odpowiedział: – Tak, w Połtawie – to byłby to dowód, że historyjka, jaką opowiedział, wcale nie polega na prawdzie. Albo malarz mówi: – A dziewczyna do końca była wierna temu mężczyźnie, prawda?

Często muszę przynosić malarzowi z kuchni podgrzewacz do piwa. Ale on zawsze tak długo zostawia go w szklance, aż piwo nie nadaje się już do picia, wtedy mówi: – Przecież tego nie można pić! – i odsuwa szklankę. Za każdym razem zamawia szklankę piwa i nie wypija ani łyka. Gdy odejdzie, piwo wypija inżynier, rakarz albo ktoś inny, kto akurat siedzi obok. Czasem zabiera na spacery swojego Pascala, wyciąga go nagle z kieszeni, otwiera na jakiejś stronie i mówi: – To jest wielka myśl! – udaje, że czyta ten czy ów rozdział, spogląda na mnie i chowa książkę z powrotem do kieszeni. – Blaise Pascal, urodzony w roku 1623, największy! – powiada wtedy. Zdarza się, że dopiero o drugiej idę do łóżka. Na koniec siedzimy już tylko w czwórkę: inżynier i rakarz, gospodyni i ja. Niebawem pojawiają się karty na stole, niebawem są już w naszych rękach. Gospodyni zapisuje stan gry. Na ścianie tyka zegar. Na dworze świat kurczy się z zimna. – Jeszcze pół roku temu miałam psa, wilczura – mówi gospodyni, spojrzawszy w okno. I nie zobaczywszy nic prócz strachu. Światło jest słabe i oczy bolą, kiedy dochodzi pierwsza. Na górze, w moim pokoju, wydaje mi się potem, że jestem niezmiernie samotny, nie wiedząc dlaczego. Całymi godzinami nie mogę rozgrzać się z zimna.

– Stoję tu pod drzewem – mówię – ale przecież nie wiem, co to jest drzewo. Co to jest? I stoi tu też człowiek, a ja nie wiem, co to jest. Nic nie wiem. Raz jest wysoko, raz zimno, to znów ciemno. Wie pan o tym? – Ja? – odpowiada rakarz. – Jak to ja? – I spogląda pan w górę, gdzie jest czarno, to chmury, prawda? A potem wchodzi pan do domu, gdzie jest ciepło napalone. Znów siedzą tam ludzie. Są też na cmentarzu. Wie pan, co to jest? – Nie, ludzie – powiada. – Tak, ludzie. – I nagle jest zimno, marznę, powinienem szybko iść do gospody, malarz czeka na mnie. Obiecałem, że prędko wrócę, chciał, żebym kupił mu we wsi sznurowadła. Poszedłem do szewca i dostałem sznurowadła. A po wyjściu od niego stanąłem na wiejskim placu. Ano, tak to jest, powiedziałem sobie. Najpierw: sznurowadła. A potem wpadnę jeszcze na cmentarz, żeby zapytać o coś rakarza. Gdy dochodzę do cmentarza, nie pamiętam już, o co chciałem zapytać. Rakarz stoi dokładnie tam, gdzie przed paru minutami widziałem go stojącego, w pamięci, można też powiedzieć: we śnie. Jest ubrany tak, jak przypuszczałem. Wychodzi z grobu, a ja chowam sznurowadła dla malarza. – Chciałem pana o coś zapytać, ale teraz już nie wiem o co – mówię. – Zapomniałem. – Mnie o coś zapytać? – powiada on i wchodzi z powrotem do dołu. Widzę tylko jego głowę, postępuję krok dalej i widzę jego plecy. – Grób – mówię. On powiada: – Jak to grób? – Przecież to grób, co innego? Głęboki grób. – Ano grób – powiada. – Dlaczego? – Wie pan dlaczego? Jaki głęboki jest taki grób – mówię. Ludzie chodzą więc sobie po świecie, który wydaje im się taki, jakby można po nim chodzić – kto to mówi? – a potem wpadają w taki grób. Kto wpadł na pomysł, żeby pozwolić ludziom chodzić po świecie czy po tym, co się tak nazywa, a potem grzebać ich w grobie, w ich grobie? – To stare drzewo – mówię do rakarza. A on: – Tak, to stare drzewo. – A po chwili mówię to samo o człowieku, nie wiedząc, że mówię to samo, mówię: – On jest już stary, prawda? – Tak – odpowiada rakarz – on jest już stary! – A potem: – Jak jest na plebanii? Zimno? – Tak – powiada – bardzo zimno, prawdziwie zimno. – I mówię: – Co jest w mieście? Dużo ludzi, prawda? – Tak, dużo ludzi – powiada. – A jaka będzie jutro pogoda? Można mieć nadzieję? – Nadzieję? Tak – powiada – można mieć, czemu nie? – A dlaczego trzeba grób kopać już dzisiaj, skoro pogrzeb jest dopiero pojutrze? – Dlaczego? Pojutrze jest pogrzeb – powiada. – Pojutrze po południu. – Tak, pojutrze po południu. – Musi być zimno tam w dole – mówię. – A on powiada: – Zimno. Tak, musi być zimno tu w dole. – Cóż człowiek wie? Spytałem rakarza, czy idzie w tę samą stronę co ja. Tak, idzie w tę samą stronę. Ciekawe, co on ma w plecaku?, pomyślałem. Idziemy skrótem do wsi. Gdybym miał mocniejsze buty! Rakarz powiada: – W czasie wojny nie brakowało tu zbrodni. Jeszcze po wojnie, kiedy byłem już w domu, rozbijano ludziom głowy, żeby zrabować rower albo kawałek chleba. I niech pan sobie wyobrazi: Francuzi wypuścili więźniów z zakładu karnego, ci zalali cały kraj, w każdej miejscowości dochodziło do morderstw z powodu koca czy starego konia. A potem akty zemsty! – powiedział rakarz. – Malarz nic panu nie opowiadał? W czasie wojny i po wojnie był przecież z siostrą w Weng. Chłopi wtedy nie zachowywali się wobec niego dobrze. – Malarz musiał niekiedy sypiać na strychu gospody, „bo wszystkie pokoje były zajęte przez żołnierzy”. Gospodarza zresztą aresztowali, postawili pod ścianą i chcieli rozstrzelać; „nie wiadomo dlaczego. Ale w ostatniej chwili go nie rozstrzelali”. Fabryka celulozy pracowała w latach wojny „tylko dla zbrojeń”. Samoloty usiłowały ją zbombardować, rozbijały się jednak o szczyty gór albo musiały zawracać, bo niczego nie udało się im wypatrzyć. Jako żołnierz powracający z wojny musiał całymi tygodniami ukrywać się w szopach na siano. – Całe dnie spałem w żytnisku. A żyto było wtedy wysokie. Jadłem świeże młode buraki i ziarno – powiedział. – W dolinie było zupełnie cicho. – Tu i ówdzie słyszało się jeszcze strzały. Żadnego pociągu. Nic. – Wszystkie mosty leżały w wodzie. – Wysadzone w powietrze bloki skalne tarasowały tory. – Przed domami stały straże. – Gdy pewnego dnia je zdjęto, podniósł się z żytniska i poszedł do wsi. Skombinował sobie stare spodnie i starą kurtkę, zdjął mundur i włożył te stare spodnie i tę starą kurtkę. Potem zgłosił się w urzędzie gminnym, gdzie cieszyli się z każdego mężczyzny. Potrzebowali grabarza. – Od razu dostałem pracę.

 

Rakarzem został w tydzień później, gdy w modrzewiowym lesie odkryli ze dwieście zastrzelonych koni, które już od wielu dni rozsiewały okropny zapach, a oni widać nie wiedzieli, skąd on się bierze, wiatr pewnie wiał z przeciwnego kierunku, w innym razie nie wytrzymaliby tego zapachu. – Musiałem pracować dzień i noc. Rozdzielić zastrzelonych żołnierzy i zastrzelone konie. Konie po prostu podpaliliśmy. Ogień był wielki – powiedział rakarz. – Żołnierzy pogrzebaliśmy w masowym grobie. Około setki młodych ludzi, którzy przyjechali skądś na tych koniach. Nie wiadomo skąd i nie wiadomo, kto ich zastrzelił. Przypuszcza się, że francuskie karabiny maszynowe… Tak się przypuszcza. – Gdy pożegnałem się z nim na wiejskim placu, powiedział: – Wszystko przesycone trupim zapachem! – A ja poszedłem na pocztę.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?