Mróz

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Malarz zapukał do drzwi i stanął w nich mężczyzna, wysoki, chudy, jak z drewna. – Tak – powiedział, nic więcej. Wprowadził nas do środka. Córki przysunęły dwa krzesła, pognały do spiżarni i wróciły ze słoniną i gorzałką. Nakryły stół. Jedliśmy i pili z gorzelnikiem. Gdy zjadaliśmy lub wypijaliśmy, co stało na stole, gorzelnik mówił: „Słonina”, „Chleb” albo „Gorzałka” i córki gnały do spiżarni. Pozostaliśmy dwie godziny. Potem podnieśliśmy się, a gdy byliśmy już przed domem, gorzelnik powiedział: – Tak – i zamknął za nami drzwi. Na wieczerzę byliśmy w gospodzie.

– Słyszy pan – powiedział nagle malarz po spacerze – słyszy pan to szczekanie psów! – Stanęliśmy. – Nie widzi się tych psów, ale słyszy się je. Mnie te psy napędzają stracha. Strach może nie jest właściwym wyrażeniem, one wykańczają człowieka. Te psy wykańczają wszystko. To wycie! Ujadanie! Skomlenie! Słyszy pan! Nasze otoczenie to psy.

DZIEŃ SZÓSTY

– W lecie musi pan tu stale walczyć z milionami komarów. Za sprawą bagniska. Rychło popędzi pan jak szalony w sam środek lasu, ale nawet we śnie te komary, roje komarów, będą pana prześladować. Zacznie pan uciekać, ale oczywiście nie znajdzie pan żadnego wyjścia. Całe moje ciało jest za każdym razem usiane rankami od ukąszeń. Te męczarnie mojej siostry! Musi pan wiedzieć, że z racji jej słodkawego zapachu komary nieomal ją pożarły. Po pierwszych ukąszeniach rzuca się pan na łóżku i przez to zwiększa tę bezgłośną torturę… rano jest pan o całe lata postarzały. Pańskie ciało gorączkuje od komarzej trucizny… budzi się pan na skutek tego straszliwego osłabienia i przekonuje się: oto znów nadeszła pora komarów. Proszę nie sądzić, że przesadzam. Ja przecież, jak pan już zauważył, nie mam żadnych skłonności do przesady. Ale niech pan się wystrzega takiego planowania swej podróży, że trafi pan tu na porę komarów… Więcej już tu pan nie przyjedzie… ludzie w tym czasie, musi pan wiedzieć, okazują niebywałą drażliwość; nie sposób w ogóle z nimi rozmawiać. Ja sam, jak się rzekło, błąkam się i szukam schronienia. Do tego dochodzi jeszcze upał, wszystko jest opustoszałe, z zabójczym wyrachowaniem. Niebo ciemnieje od komarów. Prawdopodobnie bierze się to z wyschniętych rzek – powiedział – z bagniska. – Miał dziś na sobie czerwoną marynarkę, czerwoną zamszową marynarkę, swój „artystyczny surdut”. Po raz pierwszy był ubrany tak, jak ubierają się malarze: po wariacku! Rano pokazał się z zewnątrz, przycisnął twarz do szyby okna, kiedy siedziałem w sali jadalnej. Zwrócił na siebie uwagę pukaniem w krzyż okienny. Duża, coraz bardziej żółknąca plama. Już o wpół do piątej wyszedł z gospody, w zamiarze „pochwycenia jeszcze duchów zmarłych”.

– Przerażające – powiedział, wszedłszy do sali jadalnej. Gospodyni zawczasu odryglowała mu drzwi wejściowe, „dla pięciu szylingów”, których jednak nie chciała przyjąć. Powiedział: – Rzekę było słychać aż tutaj. Żadnych maszyn. Nic. Żadnych ptaków oczywiście. Nic. Jak gdyby wszystko skostniało pod lodową powłoką. – Znalazł się w „niemal podobnej rzeczywistości”. Przepłaszał laską pokraczne stwory ze śniegu i lodu. Z rozpostartymi ramionami i nogami padał na białą, nietkniętą śnieżną pokrywę. – Jak dzieciak. – Leżał tak aż do chwili, w której człowiekowi przychodzi na myśl, że zamarznie. – Mróz jest wszechmocny – powiedział. Usiadł. Powiedział: – Nie ma dla mnie rzeczy bardziej niepojętej niż to, że jem śniadanie. – Ranne ptaszki mogą podziwiać bezlitosny, wspaniały mróz, wychodząc ku otwartej przestrzeni. – Odkrycie, że wszystko pozostaje w posiadaniu mrozu, nie jest przecież straszne. – Rannym ptaszkom świat objawia się w cudownej wyrazistości i prawdzie. „Bezlitosny świat mrozu” sprzeciwia się im i zmusza ich do uległości. Wyspane ranne ptaszki odczuwają świat jako „bezpieczny od szaleństwa”. Powiedział, że zaraz zdejmie swój surdut artysty, włożył go tylko po to, by „zadać sobie mękę”, należną o rannej godzinie. – Dla świata był to oczywiście wstrząs, że włożyłem ten surdut – powiedział. – Że postąpiłem tak, jak gdybym był tym, kim byłem kiedyś. Jestem teraz inny, jak człowiek, który ma za sobą tysiąc lat. Być może. Po wszystkich błędach. – Gospodyni przyniosła kawę i mleko, a dla siedzącego w innym kącie młodego gościa „całe góry jedzenia”, jak się wyraził malarz. – Zdaje się, że to człowiek wytworny. Czego tu szuka? Możliwe, że to kuzyn inżyniera. Możliwe. – Gospodyni przyniosła nieznajomemu rozkład jazdy, który ten jakiś czas przeglądał. Spytał ją, czy do stacji opłaci się iść na skrót. Opłaciłoby się, ale w zimie to niemożliwe. Nieznajomy wstał, zapłacił i wyszedł. – Mój surdut artysty – powiedział malarz – to ruina sama w sobie. Kiedy go zdjąłem, zdjąłem tę ruinę. – Powiedział, że dzisiaj miał ten surdut na sobie po raz ostatni.

Przypomniało mi się, że kończę dzisiaj dwadzieścia trzy lata. Nikt jednak, żaden człowiek, nie pomyślał o tym. Może i pomyślał, ale nikt nie wie, gdzie jestem. Poza asystentem nikt nie wie, gdzie przebywam.

– Istnieje centrum bólu, z tego centrum bólu wychodzi wszystko – powiedział – leży ono w środku natury. Natura wznosi się na wielu centrach, ale głównie na centrum bólu. To centrum bólu, jak wszystkie inne centra natury, wznosi się na stężonym bólu, polega, można by rzec, na bólu monumentalnym. Wie pan – ciągnął malarz – powinienem trzymać się prosto, ale jest to dla mnie niemożliwe. Garbię się jak mało kto, prawda? Proszę mi wybaczyć, że tak bardzo się garbię. Prawdopodobnie wyglądam żałośnie. Ale nie ma pan pojęcia o potworności mojego bólu. Ból i udręka zespalają się we mnie, ramiona i nogi bronią się, stają się jednak stopniowo coraz bardziej niewinnymi ofiarami. Do tego jeszcze mokry śnieg, te olbrzymie masy śniegu! Bywają chwile, że nie mogę podnieść głowy. Taki to wysiłek: dziesięciu normalnych ludzi nie zdoła unieść głowy, jeśli nie są odpowiednio wyszkoleni. I niech pan teraz pomyśli: mam siłę dziesięciu odpowiednio wyszkolonych, muskularnych ludzi, ażeby móc niekiedy unieść głowę. Gdybym mógł te siły wykorzystać dla siebie! Widzi pan, jak trwonię swoje siły na sprawę bezsensowną: bo to przecież bezsensowne unosić taką głowę jak moja. Gdybym tylko setną część tej siły mógł zainwestować w siebie, tam, gdzie by to miało wagę… Obaliłbym wszystkie zasady i wszystkie twierdzenia. Skupiłbym na sobie całą chwałę duchowego świata. Setna część tej siły, a stałbym się jakby drugim Stworzycielem! Ludzie nie mogliby się sprzeciwić. W okamgnieniu cofnąłbym bieg tysiącleci i nadałbym im inny, lepszy kierunek. A tak moje siły koncentrują się na mojej głowie, na moim bólu głowy, i wszystko nie ma sensu. Ta głowa, musi pan wiedzieć, jest do niczego. W jej środku żarzy się jeszcze bardziej ociężała kula ziemska i wszystko jest pełne rozdartych harmonii!

– Pamięć czyni chorym. Pojawia się słowo, które otwiera całe dzielnice miast. Straszliwa architektura. Zagląda się w ludzkie skupiska: próby zbliżenia są bezcelowe! Dzień się skończył. – Dziewięćdziesięciu ośmiu ludzi na stu ma natrętne myśli, z którymi zasypia, z którymi się budzi. – Każdy człowiek brnie wciąż przez głębie jakiejś myśli, jedni zanurzają się bardzo głęboko, inni jeszcze bardziej. Aż ciemności uprzytomnią im beznadziejność; policyjne więzienia ze swą popołudniową ciszą, ze snem i wyziewami aresztantów… Jednemu przechodzi przez głowę to samo, co przechodzi przez głowę drugiemu: ludzie zmasakrowani w katastrofie drogowej, która wydarzyła się tygodnie, lata temu. Pola żyta wirują tam na przekór stronom świata i odbiciom nieba: lasy, łąki, gościńce, sceny jarmarczne, porwane przez fantazję na strzępy, rzeki szumią odcięte, rzemieślnicy przeciągają długimi nożami po ośrodkach mózgowych kompletnych biedaków. – Bywają dosłownie przestarzałe sny, tak zwana „jurysprudencja prostych ludzi”. Zasada, że wszystko się powtarza, a jednocześnie jest niepowtarzalne. Nic tylko wieczny nawrót, niekończący się rozkład wszelkich pojęć. Radość przyciąga radość, występek wabi występek, wystawianie na pokaz nęci wystawianie na pokaz, miłość przyciąga miłość. „Co mnie ze mną zespala, jest mi jak najdalsze” i „jestem ofiarą własnych teorii, a zarazem ich władcą”.

Zadaje sobie pytanie, co to są wspomnienia, te strzępy osobliwości, których już się nie rozumie. Wspomnienie pozostaje w tyle i wciąż, nieskończenie inscenizuje samo siebie, w ten sam sposób, w jaki się je opuściło, kiedy nie było jeszcze wspomnieniem. Jak na scenie ludzie się uchylają. Na pozór uchylają się stale na jednej i tej samej płaszczyźnie. Jego domostwem jest chyba nadscenie nieskończoności. I co? Głośność osłabnie, a w końcu też wrażenie, „jakie oczy wyniosły z tego, przed czym muszą ustąpić, powoli, nieustannie. Z biegiem lat wszystko staje się powietrzem”. Kiedyś tam, od czasu do czasu, wynurza się obraz ze spienionego nurtu, jest w nim rozpoznawalny, bajecznie kolorowy, jak to, w co się zwątpiło. Przeszłość: dzieciństwo, młodość, ból, który dawno umarł, nie umarł, kawałek wiosny, kawałek zimy, lata – którego? – coś, co było człowiekowi najmilsze. Krzyżują się żwirowe drogi i szosy, groby bliskich i kochanych: mężczyźni, którzy niosą trumnę z kobiecymi zwłokami, furmani, którzy ładują beczki na wozy, pracownicy browaru, robotnicy serowni, ułamana gałąź przed domem rodziców: lęk, który prowadzi do jeziora. Zbieg przypadków poraża chorobą to, co jeszcze niedawno takie było zdrowe, niewyczerpane. „Wszystko na ziemi jest tylko uosobieniem czyjegoś ja”. To nic trudnego scalić tak fantastyczną istotę jak człowiek dla jej zdolności. Wspomnienie jest tylko szczególnym upodobaniem. „Jeśli nie, to zabija wszystko, niszczy nawet najtwardsze w człowieku”. Szaleństwo, radość, zadowolenie, upór i niewiedza, wiara i niewiara w każdej chwili stoją do jego dyspozycji. „Jest jedyną przyjemnością, jaka rozsadza śmierć”. Odnosić się do wspomnienia jak do człowieka, którego żegnamy na jakiś czas, aby potem z jeszcze większą miłością i zdecydowaniem znów gościć go w swoim domu, oto „co wspomnieniu i temu, który je ma, sprawia coraz większą ulgę”. Wspomnienie bywa poprzedzone planem, który pozostaje niewykonany. Tyloma planami. Spoglądając wstecz, właśnie ze swojego obserwatorium, zdolne jest, ale nie zawsze skore, do jałmużny. Przynosi urodzinowe niespodzianki, fałszerstwa dokumentów. Z uroczystości pogrzebowych czyni nieraz przebrzmiewające łagodnie popołudniowe ceremonie. Udaje głuche, jak świat potrafi być głuchy, i często przemawia do człowieka mimowolnie szorstko, tak jakby ukochany brat dowiadywał się o siostrę. Doskonali się widocznie między teorią a uczuciem człowieka, charakteru i przychodzi, „jak się zdaje, zawsze we właściwym czasie”. Nigdy nie jest kłamstwem. Prędzej wyrachowaniem. Nie ma w nim ducha. Nie ma powściągliwości. Zatopiony we wszystkich jego możliwościach, człowiek powraca niemy i głuchy na wszystko, co nie wywodzi się ze wspomnienia. Jest ono ustawicznym „zamyśleniem i jednocześnie zasmuceniem”, nie tylko nad sobą: także nad „powszednią niejasnością i powszednim musem zwątpienia”.

 

– Dzisiaj mam takie bóle – powiedział – że poruszanie się jest dla mnie omal niemożliwością. Każdy krok to męka. Musi pan sobie wyobrazić: ta olbrzymia głowa i te małe, wychudzone nogi… które muszą ją dźwigać. Wysoko w górze ta głowa olbrzyma, nisko w dole wciąż te słabe, cherlawe nogi. Niech pan sobie uzmysłowi jakąś ciecz w swojej głowie, choćby gotującą się wodę, która zupełnie nagle zastyga w ołów i ze świstem uderza o czaszkę. Odnoszę teraz wrażenie, że dla tej głowy nigdzie już nie ma miejsca, nawet w tym krajobrazie. Tylko ból. Tylko ciemności. Mogę orientować się po pańskich słowach, po szeleście pańskich kroków. Kiedyś, wiem, moja głowa się otworzy. Mam różne wyobrażenia różnych zamknięć – powiedział malarz. – Jeśli dopuszczę do naturalnego końca; ale ja nie dopuszczę do naturalnego końca. Samobójstwo: przyczyna natury, to, co z natury rzeczy najtwardsze, najmocniejsze, nic… cały rozwój ogranicza się do badania: pokolenia przesiadują jakby w sali wstępnych rokowań… Ból w mojej głowie, w określonym, pozanaukowym stopniu nieznośności… człowiek chce obserwować na sobie samym, ile może wytrzymać; podczas pełnej udręki wspinaczki po słupach bólu ku skrajnej niewrażliwości i nadwrażliwości… skwar sięga tysięcy stopni… oto noszę głowę, w której walą się horyzonty. Gdybym tylko mógł panu podsunąć wskazówkę, która jest czymś więcej niż wskazówką… ograniczę się do zaklętych zdolności wieku starczego; otóż jestem w stanie dotrzymać kroku mojej udręce. O, te kołki – powiedział malarz – mógłbym po kolei wbić sobie w mózg! Stopy też bolą, stawy. Wszystko. Nie ma we mnie nic wolnego od bólu. Pewnie wydaję się panu wielkim komediantem! Nie może pan sobie wyobrazić, jak to jest: nagle wszystko puchnie i nabrzmiewa, zaczyna działać na olbrzymią skalę. Wciąż te same drogi – powiedział – można oszaleć. Dobrowolnie narzucone sobie udręki, które dochodzą ekstra, które sam sobie dodatkowo stwarzam. Z niezręczności i z wyrachowania. Z nieświadomości i z przemądrzałości. Zmarznąć, bo nie zrobi się tego manewru?… Przechodzą mi wtedy przez głowę te niezliczone, nieprzetrawione fakty: wiążą się z podróżami, z interesami, z religijnymi, wymykającymi się kontroli machinacjami. Rozumie pan: wszystko jest podzielne!, a zarazem: nic nie jest podzielne! I ból podrywa się jak smagany batem. Wykonuje coraz bardziej szalone skoki. Doszedłszy do niebywałych wyczynów, rzuca się na człowieka jak drapieżne zwierzę. Niech pan słucha – powiedział malarz. – Słyszy pan? – I usłyszałem psy.

DZIEŃ SIÓDMY

Rakarz spotkał malarza w parowie. Siedzącego w kucki. Na pniaku. Malarz jednak nawet nie podniósł wzroku, gdy tamten przechodził koło niego. Rakarzowi zrobiło się nieswojo, odwrócił się i zagadnął malarza. – Pracuję nad pewnym problemem – odpowiedział podobno malarz. Na co rakarz ruszył w swoją stronę, zostawiając go na pniaku. Wtedy malarz zawrócił go jednym słowem, przywołał do siebie słowem „lodowato”. – Robię wszelkie możliwe próby – powiedział podobno – ale wszystkie te próby nie udają się. – Rakarz przysiadł się do niego i usiłował przemówić mu do rozsądku. Niechże wstanie, pójdzie do gospody i każe gospodyni zrobić sobie gorącej herbaty. Przeziębienie, które na pewno chwyta go już na całego, najlepiej byłoby zdławić paroma kieliszkami śliwówki. Malarz miał podobno łzy w oczach, gdy rakarz powiedział mu: – Ależ, panie malarzu, niech pan nie daje się rozpaczy.

Podobno mówił mu parę razy, żeby wstał, zanim on, malarz, zrozumiał, iż siedzenie na pniaku jest bezsensowne, a przynajmniej na dłuższą metę męczące. Wtedy powiedział podobno: – To do niczego nie prowadzi – i wstał. Potem przez parów dobrnęli razem do modrzewiowego lasu. – On czołgał się raczej, niż szedł – mówi rakarz. Dał się potem rakarzowi, który chwycił za drugi koniec laski, zaciągnąć aż do gospody. – Zawsze wiedziałem, że z malarzem jest coś nie po kolei. – Rakarz mówi to życzliwie, tak bezuczuciowo, że mieści się w tym dużo uczucia. – To przecież zakrawa na samobójcze zamiary – powiedział podobno rakarz do malarza. Spostrzeżenie, że malarz jest inny niż dawniej, „kiedy to stale się śmiał, zwłaszcza jak był tu ze swoją siostrą”, poczynił już podczas jego ostatniego pobytu. – Późną jesienią przyjechał tu na krótko.

Dawniej nie zamykał się tak w sobie, nie odcinał się tak od wszystkiego. Przeciwnie: brał udział we wszystkim i starał się być taki jak tutejsi wieśniacy, należeć do nich. Wędrował z nimi od gospody do gospody i wytrzymywał więcej niż wielu tubylców. – W pijaństwie na Trzech Króli zawsze uczestniczył. – Nigdy jednak nie był tak pijany, żeby musieli go taszczyć do domu jak innych, chociaż pił zawsze tyle co oni. – Z malarza był wielki amator krwawej kiszki – powiedział rakarz. Bywał w Goldegg na święcie strzeleckim, w oberży „Pod Kuflem”, gdzie „załatwiają dziewice, jak się otwiera komodę”. Zawsze wydawał mu się „zadumany, ale pogodny”. Przygoda w parowie napędziła mu stracha. Powiedział gospodyni, żeby lepiej niż zwykle napaliła w pokoju malarza. Żeby go „rozgrzała, jak tylko się da”. On, rakarz, odniósł wrażenie, że gdyby nie natknął się na malarza, to ten zostałby na pniaku i już nie wrócił żywy. Zamarzłby „między jedną myślą a drugą”. Wcale się tego nie spostrzega. Człowiek zapada w sen, z którego już się nie budzi. Wygląda na to, że malarz jest w kiepskiej formie, powiedział rakarz. – Była mowa o pewnym problemie. Ale nie wiem, co to za problem. – On, rakarz, zawsze rozumiał się dobrze z malarzem. Jego historie, które przyniósł z wojny, też zawsze się malarzowi podobały.

Boli go stopa. Ta obolała stopa nie pozwoli mu chodzić tak, jak się przyzwyczaił, jak by chciał. – Prawdopodobnie istnieje ukryty związek między moim bólem głowy a tymi bólami stopy – powiedział. Wiadomo przecież, że między wszystkim istnieje jakiś związek. – Choćby tak ukryty. A zatem również między częściami ciała; również między czymś jednym a czymś drugim i trzecim w ciele. – Ale między jego głową a lewą stopą istnieje związek bardzo specjalny. Bóle, które odczuwa w stopie i które rano pojawiły się nagle, są pokrewne bólom w jego głowie. – Wydaje mi się, że są to te same bóle. – W dwóch różnych, odległych od siebie częściach ciała można odczuwać podobne bóle, „jeden i ten sam ból”. Jak określone bóle duszy (od czasu do czasu mówi: dusza!) można odczuwać w określonych częściach ciała. A bóle cielesne w duszy! Lewa stopa napędza mu teraz stracha. (Chodzi tu o nic innego jak tylko o zapalenie kaletki maziowej w lewej stopie, po stronie wewnętrznej, pod kostką). Na schodach, kiedy było jeszcze ciemno, pokazał mi obrzęk. Obrzęk wielkości kaczego jaja. – Niesamowity jest ten obrzęk, prawda? – powiedział. – Przez noc choroba głowy przerzuca się na stopę. Niesamowite. – Od dziesiątków lat dużo chodzi, dzień w dzień. – Nie może to więc polegać na przeciążeniu stopy. Nie ma nic wspólnego ze stopą. Pochodzi z głowy. Z mózgu. – Obrzęk jest dowodem, że jego choroba rozprzestrzenia się teraz już na całe ciało. – Niedługo na całym ciele będę miał takie obrzęki – powiedział. Zobaczyłem od razu, że to najzwyczajniejsze zapalenie kaletki maziowej, wywołane wczorajszym forsownym marszem przez parów, i powiedziałem mu, że obrzęk jest niegroźny, nie ma nic wspólnego z mózgiem, z jego bólem głowy. Z medycznego punktu widzenia – nic a nic. Ja sam, powiedziałem, miałem już taki obrzęk. Omal się nie przejęzyczyłem. Przez określone wyrażenie, którego chciałem użyć, okazałbym się studentem medycyny, którego cały czas z takim wysiłkiem woli staram się przed nim ukryć. Połapałem się jednak w porę i powiedziałem: – Takie obrzmienia to rzecz zwyczajna. – Ale on mi nie uwierzył. – Mówi pan tak, bo nie chce mnie pan dobijać – odparł. – Czemu nie powiedzieć prawdy? Że mój obrzęk jest niesamowity? Bo on, ten obrzęk, panu też wydaje się niesamowity, prawda? – Za dwa dni zniknie, równie szybko, jak się pojawił – stwierdziłem. – Kłamie pan jak mój brat-lekarz – powiedział malarz. Powiedział to nie bez odrazy w oczach. Błyszczały mu jak kamienie, nieprzystępnie. – Nie wiem, czemu pan kłamie. W pańskiej twarzy jest bardzo dużo nieprawdy. Więcej niż dotychczas odkryłem.

Mierzył mnie wzrokiem, wydał mi się jakby dawnym, po długim czasie raptem zbudzonym do życia, budzącym postrach nauczycielem: – Wygląda to jak gangrena – powiedział. Obmacał obrzęk i wezwał mnie, żebym zrobił to samo, żebym też obmacał jego obrzęk. Ucisnąłem obrzmienie, jak już setki innych przedtem, nie zawsze tak nieszkodliwych. Nigdy w życiu nie widział gangreny, pomyślałem. Jego obrzęk nie miał nic a nic wspólnego z gangreną. Lecz nic już nie powiedziałem. Pozwoliłem mu podciągnąć i umocować skarpetkę. Zupełnie kobiece partie skóry, stwierdziłem. Na stopie, twarzy i karku. Wydały mi się chorowite, choć nie wiem dlaczego. Biaława barwa, właściwie szarość. Prześwitujące komórki. Miejsca rozkładu. Żółte plamy, przechodzące w sine obramowanie. Jego skóra przypominała mi strukturę powierzchni przejrzałych, leżących na zapomnianych polach ogórków. To już jest gnicie.

– Jeśli chodzi o intensywność – powiedział – to tych bólów w stopie nie można porównać z moim bólem głowy. Mimo to mają to samo źródło. Na taką chorobę nic nie pomaga. Oba te bóle, w głowie i w stopie, tworzą razem zdecydowaną chorobę.

Nie mogę powiedzieć, by moja decyzja podjęcia studiów medycznych opierała się na głębszym przekonaniu, nie, nie opierała się na nim, raczej na tym, że nie przychodziły mi do głowy żadne studia, które rzeczywiście sprawiłyby mi przyjemność, mogłyby mi sprawić przyjemność, a właściwie opierała się tylko na przypadku, że spotkałem doktora Marwetza, który wciąż jeszcze wyobraża sobie, iż kiedyś obejmę po nim praktykę. Nawet dzisiaj nie mogę powiedzieć, może nigdy nie będę mógł powiedzieć, że studiowanie medycyny sprawia mi przyjemność, że medycyna sprawia mi przyjemność. Ale nie wycofałem się – w jakimże kierunku miałbym wówczas pójść? – gdyż zawsze udawało mi się składać egzaminy zgodnie z programem. Nie dlatego, żebym się specjalnie wysilał, nie, właściwie wszystko szło mi zawsze jak we śnie. Na egzaminy przychodziłem z reguły nieprzygotowany, a im mniej wiedziałem, tym lepiej mi się wiodło i niektóre zdałem nawet z odznaczeniem. Teraz czekają mnie trudniejsze, ale na pewno i z nimi poradzę sobie bez kłopotu. Jakim sposobem, tego nie wiem. Nigdy nie bałem się żadnego egzaminu. A z praktyki szpitalnej w Schwarzach mam frajdę. Między innymi dlatego, że udało mi się zaprzyjaźnić z paroma kolegami. Że odnoszę wrażenie, iż jestem im potrzebny. Z doktorem Strauchem rozumiem się dobrze. On najchętniej już by mnie nie puścił. Spodziewa się objąć stanowisko ordynatora, kiedy stary pójdzie na emeryturę. Za dwa lata. I mnie wtedy ściągnąć. Nigdy nie zastanawiałem się nad tym, czy ludzie dlatego studiują medycynę, że chcą pomagać innym. To przyjemne uczucie, kiedy operacja się uda, kiedy coś, co robi się na człowieku, powiedzie się. To jest coś. Wszyscy są w dobrych humorach, kiedy coś im się uda. Wtedy i asystenta widuje się w kawiarni. To brak wyobraźni, powiada mój brat, sprawia, że studiuję medycynę. Być może. Ale co to naprawdę jest? Taka sprawa jak ta, obserwowanie malarza Straucha, poddawanie się jego oddziaływaniu, jak ona ma się do mnie? I jak ja mam się do niej? I czy to nie co najmniej dziwne jechać do kogoś, kogo człowiek nie zna, komu się przedstawia i z kim potem przestaje, aby słuchać, co mówi, patrzeć, co robi, wywiadywać się, co myśli i zamierza? Asystent charakteryzował go całkiem dobrze, ale jednak bardzo powierzchownie. A przecież gdybym miał teraz powiedzieć coś o malarzu, nie wiedziałbym co. Byłoby to bezsensowne. I od czego powinienem zacząć, kiedy mnie zapyta? Pisanie do asystenta nie ma żadnego sensu. Zawsze byłem nieporadny w pisaniu listów, a zwłaszcza takich listów. Studia medyczne tak prędko wciągnęły mnie w medycynę, że zupełnie tego nie zauważyłem. Ludzie mówią, że robię „bardzo duże postępy”. Rodzice cieszą się, że coś ze mnie będzie. Ale ja nie wiem, co ze mnie będzie. Lekarz? To byłoby niesamowite.

 

O zmroku przechadzałem się po stacji, dochodząc aż pod parterowy barak z napisem „Kolejowy dom noclegowy”. Zobaczyłem tam mężczyzn obnażonych do pasa, pochylonych nad brudnymi umywalkami, jak wycierali się szarymi ręcznikami, potem spoglądali w lustro, golili się, jak w kalesonach siadali na pryczach i jedli kolację. Czarne czapki kolejarskie na ścianach, na drzwiach płaszcze, marynarki, teczki, które zwisały na gwoździach i z których wystawały papiery. Noże błyskały między dużymi bochenkami chleba, butelki z piwem przeglądały się w lustrze nad umywalkami.

Chodziłem tam i z powrotem, po parę kroków, byle tylko nie zwrócić na siebie uwagi, zaglądałem jednak wszędzie, gdzie paliło się światło. Co by było, gdybyś ty, jako jeden z nich, stał przed takim lustrem i rozmawiał z nimi, gdyby wcale nie zauważyli, że ty to jesteś ty, ponieważ jesteś taki jak oni? Co by było, gdybyś rozwijał się w taki sposób, jaki ci się wydaje stosowny? Czy przestałbym być sobą, czy byłbym inny, oto ku czemu zmierzają takie myśli. Szedłem między dwoma pociągami towarowymi, aż do końca dworcowego terenu, wracałem, licząc koła, i wyobraziłem sobie, że zostaję zmiażdżony pomiędzy dwoma zderzakami i trafiam na sam dół przedostatniej strony naszej gazety, gdzie odnotowuje się śmiertelne wypadki, które właściwie nikogo nie interesują. A potem znów ci mężczyźni, którzy leżą już na piętrowych pryczach, jakie poza tym spotyka się jeszcze tylko w wojsku. Mają zimowe okna, wszystkie zamknięte na głucho. Żeby nie zmarzli. Stoi tam budzik, który o czwartej nad ranem narobi okropnego hałasu. Wtedy wypełzną i raz-dwa wciągną spodnie, bo jest zimniej, niż to dozwolone, i trzeba by już być w pociągu i sprawdzić, czy wszystkie kraty są pozamykane. W przednim wagonie siedzą już wtedy pierwsze dzieci szkolne, zaspane i wylęknione, bo nie wiedzą przecież, czy to, co czeka je w szkole, nie będzie straszne.

Na stację poszedłem sam, potrzeba mi na to tylko piętnastu, dwudziestu minut, przyspieszonym krokiem, obiecałem malarzowi przynieść gazetę, ale kiosk był już zamknięty. Był to też dzień, w którym kursuje mało pociągów, w czasie mojego pobytu na stacji nie przejechał ani jeden, jeśli nie liczyć pociągów towarowych, które przemykały z hukiem. Naprzeciwko baraku kolejarzy wznosi się stromo skalna ściana, stoją tam jodły, świerki, porastają krzaki, ale w ciemności nie było tego widać. Rzeka huczała i wypełniała wszystko swoim szumem. Z domów wbudowanych w jej brzegi dochodziły śmiechy, potem jakby odgłosy kłótni, ale to nie potężniało, lecz cichło coraz bardziej i wreszcie ustało. Sypialnie ciemniały po kolei, aż światło paliło się już tylko w jednej, gdzie zobaczyłem starszego mężczyznę, który na siedząco wyciągnął tatuowaną rękę, by zgasić lampę. Zrobiło mi się zimno i najszybciej, jak mogłem, przeszedłem most i ruszyłem w górę do gospody.

– Każdy kamień tutaj jest dla mnie ludzką historią – powiada malarz. – Musi pan wiedzieć, że jestem skazany na tę miejscowość. Wszystko, każdy zapach, związane tu jest ze zbrodnią, z maltretowaniem, z wojną, z podłością… Choć wszystko to pokrywa śnieg – mówi. – Setki i tysiące wrzodów, które stale pękają. Głosy, które wrzeszczą nieustannie. Może pan mówić o szczęściu, że jest pan taki młody i właściwie bez doświadczenia. Wojna dobiegła końca, gdy pan zaczynał myśleć. Nie wie pan nic o wojnie. Nic pan nie wie. A ci ludzie, którzy wszyscy pozostają na najniższym poziomie, często na najniższym szczeblu rozwoju charakteru, ci ludzie jak jeden mąż są koronnymi świadkami wielkich zbrodni. W dodatku człowiekowi wzrok się mąci od skalnych ścian. Ta dolina jest zabójcza dla każdego umysłu. – Potem mówi: – Wie pan, że irytuję ludzi, zawsze było to moją właściwością. Irytuję pana. Irytuję pana, jak zawsze irytowałem wszystkich. Sprawia to panu przykrość. Wiem, często dusi się pan od moich uszczypliwości… Mam tutaj wyobrażenie rozkładu wszystkiego, co żyje, mocne, zapach rozkładu wszelkich pojęć i zasad… I tu, widzi pan, rozmowy z ludźmi, z rzeźnikiem, z proboszczem, z żandarmem, z nauczycielem, z tym człowiekiem w wełnianej czapce… z tym typowym amatorem mleka, który wszystko, co mówi, musi przedtem okaleczyć, z tym okropnym melancholikiem… Wszyscy ci ludzie mają kompleksy. Może to się wiązać z wczesnym moczeniem się przez sen, z walcowanymi wzorami w dziecinnym pokoju, w pokoju, w którym po raz pierwszy otwiera się oczy. Wszystkie te zastraszone głowy – powiada – gdziekolwiek się ruszyć. Nauczyciel przypomina mi czasy, kiedy sam próbowałem uczyć w szkole, robi mi się niedobrze. Oziębłość, tak, z biegiem lat robi się bardziej radykalne skreślenia, odpadają esy-floresy na rzecz bardziej chłopskiego sposobu wyrażania się, na rzecz rozsądku… I same przeżycia wojenne, wie pan, wszystko, co ci ludzie opowiadają, traktuje o wojnie…

Wszystko zostaje „usunięte”. – Życie wycofuje się i śmierć wyłania się jak góra, czarna, raptowna, niepokonana. – On mógłby był nawet zyskać wielką sławę, sensacyjny rozgłos, lecz to go nie interesowało. – Mój talent wystarczyłby na sławę światową – mówi. – Ludzie często podnoszą wielką wrzawę wokół maleńkiego talentu i stają się sławni. Dzięki przebiegłości! Liczy się tylko wrzawa, wielka wrzawa! A ja pozostałem sobą, widziałem, czym jest wrzawa, wielka wrzawa, i nie zdobyłem popularności. Skoro już o tym mówiliśmy: wojna jest trwałym dziedzictwem. Wojna to właściwie trzecia płeć. Rozumie pan! – Chce możliwie jak najszybciej znów pójść na stację po gazety. – Te zapachy – mówi – zapachy nieludzkich ludzi, wie pan, zapach upadku, włóczęgostwa i tak zwanego wielkiego świata, zapach opuszczenia i osamotnienia, przybywania i rozpaczliwej konieczności odjazdu, ogarniającej ludzi pasji podróżowania, pociągał mnie zawsze.

Szedłem kawałek z żandarmem. Od razu wciągnął mnie w rozmowę. Oto musi pełnić swoją służbę i nie widzi końca, w ogóle żadnej odmiany. Awans przesunąłby go o oczko wyżej na liście płac, ale obowiązki pozostałyby wciąż te same. Z początku chciał studiować. Rodzice posyłali go do szkoły powszechnej, potem przez dwa lata do gimnazjum, z którego go odebrali, ponieważ ojciec obawiał się, że mógłby tam skapcanieć. – Po łacińskich wzlotach przyszło terminowanie u stolarza, strugnica zastąpiła grekę. To było jego nieszczęście. Odtąd wiodło mu się coraz gorzej. Od chwili, gdy opuścił gimnazjum i wiedział: nigdy już nie przekroczę tego progu. A więc: nigdy już nie przekroczę progu lepszego życia. Wszystko było pozbawione nadziei, było szarym, niekończącym się, pochmurnym dniem pełnym samobójczych myśli wysoko na górze wznoszącej się pośród miasta, z której chciał rzucić się w dół. Ale potem doszło jednak do odwiedzin u stolarza. Już na drugi dzień wśliznął się w roboczy kombinezon i nie zdejmował go przez cztery lata. Jeśli przedtem ciemniało mu w oczach od łacińskich słówek, od Liwiusza, Horacego i Owidiusza, to teraz od wiórków, trocin i szturchańców majstra. Złożył jednak egzamin czeladniczy i pozostał jeszcze rok. Potem przeczytawszy w gazecie ogłoszenie o werbunku do żandarmerii, zawiesił stolarstwo na kołku, „byle tylko wydostać się z tego wszystkiego”, i wstąpił do służby żandarmeryjnej. Rychło przywdział mundur i obudził się w olbrzymiej sypialni z trzydziestu dwoma innymi, którzy postanowili sobie to samo co on. Po zdaniu egzaminów zgłosił się w wysokie góry. Poszedł najpierw do Golling. Potem do Weng. Od roku jest następcą zmarłego na zakażenie krwi czterdziestolatka. – Zadrasnął się kością sarniątka. – Studiować medycynę, to byłoby coś dla niego. Zostać lekarzem. Wydało mi się to dziwne, przemknęło we mnie jak błyskawica. W głowie zrobiło mi się gorąco. – Studiować medycynę – powiedziałem. – Tak, studiować medycynę – odparł żandarm.