Umrzeć po raz drugi

Tekst
Z serii: Rizzoli & Isles #11
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Umrzeć po raz drugi
Umrzeć po raz drugi
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 62,90  50,32 
Umrzeć po raz drugi
Audio
Umrzeć po raz drugi
Audiobook
Czyta Anna Dereszowska, Kamil Pruban
34,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Może to wszystko z powodu tych tabletek przeciwko malarii, które biorę – sugeruję nieśmiało. – Lekarz powiedział, że mogą wywoływać depresję. A u niektórych pacjentów nawet obłęd.

– Cóż, mnie jakoś meflokina nie szkodzi. Dziewczyny też ją biorą i są w dobrych nastrojach.

Znowu dziewczyny. Wciąż porównuje mnie z kobietami, które są dziewięć lat młodsze ode mnie, o dziewięć lat szczuplejsze i atrakcyjniejsze. Jak po czterech latach dzielenia tego samego mieszkania i toalety którakolwiek kobieta może wydawać się nadal atrakcyjna?

– Powinnam przestać brać tabletki – mówię.

– I złapać malarię? No tak, to ma sens.

– Więc co mam zrobić? Richard, powiedz mi, co mam zrobić!

– Nie wiem. – Wzdycha i odwraca się ode mnie. Jego plecy są jak zimny beton, mur, który otacza serce, zagradzając mi do niego dostęp. Po chwili dodaje cicho: – Nie wiem, dokąd zmierzamy, Millie.

Ale ja wiem, dokąd on zmierza. Oddala się ode mnie. Robi to od miesięcy, tak dyskretnie, tak stopniowo, że dotąd tego nie zauważałam. Mogłam to skwitować stwierdzeniem: „Och, jesteśmy ostatnio oboje tacy zajęci”. On pracował intensywnie nad ostatnimi poprawkami do Blackjacka. Ja borykałam się z doroczną inwentaryzacją w księgarni. Nasze relacje się poprawią, gdy zwolnimy nieco tempo życia. Wciąż to sobie powtarzałam.

Poza naszym namiotem noc pulsuje odgłosami delty. Obozujemy niedaleko rzeki, gdzie wcześniej widzieliśmy hipopotamy. Wydaje mi się, że słyszę je teraz, razem ze skrzekami, wrzaskami i pomrukami niezliczonych innych stworzeń.

Ale wewnątrz namiotu panuje cisza.

A więc w takim miejscu umiera miłość. W namiocie, w buszu, w Afryce. Gdybyśmy byli w Londynie, wyskoczyłabym z łóżka, ubrała się i poszła do przyjaciółki, by się jej wyżalić i napić się brandy. Ale tutaj jestem uwięziona w brezentowej pułapce, otoczona przez świat, który chce mnie pożreć. Uczucie klaustrofobii sprawia, że pragnę rozpaczliwie rozerwać paznokciami namiot i uciec z krzykiem w mrok. To pewnie te tabletki przeciw malarii mącą mi umysł. Chcę, żeby tak było, bo to by oznaczało, że nie ze swojej winy czuję się tak beznadziejnie. Naprawdę muszę przestać je brać.

Richard zapadł w głęboki sen. Jak może spać tak spokojnie, gdy ja mam wrażenie, że za chwilę eksploduję? Słucham jego odprężonego, miarowego oddechu, który świadczy o tym, że nic go nie obchodzę.

Nadal mocno śpi, kiedy budzę się następnego ranka. Gdy blade światło brzasku przenika przez brezent namiotu, myślę ze strachem o czekającym nas dniu. O uciążliwej jeździe ciężarówką, gdy będziemy siedzieli obok siebie, starając się zachowywać w cywilizowany sposób. O pladze komarów i sikaniu w krzakach. O kolejnym wieczorze, kiedy będę patrzyła, jak Richard flirtuje z dziewczynami, i czuła, że pęka mi serce. Myślę, że te wakacje nie mogą już być gorsze.

I wtedy słyszę przeraźliwy krzyk kobiety.

Rozdział drugi

BOSTON

Zawiadomił ich listonosz. Kwadrans po jedenastej w słuchawce rozległ się drżący głos: „Jestem na Sanborn Avenue, w West Roxbury, zero dwa jeden trzy dwa. Zobaczyłem w oknie psa…”. W ten sposób dowiedziała się o sprawie policja w Bostonie. Lawinę wydarzeń wywołał telefon od zaniepokojonego listonosza, jednego z całej armii piechurów pełniących służbę sześć dni w tygodniu we wszystkich zakątkach Ameryki. Są oczami narodu i czasem tylko oni zauważają, która wdowa nie odebrała poczty, który stary kawaler nie otwiera drzwi i na którym ganku leży sterta pożółkłych gazet.

Pierwszym sygnałem, że coś jest nie w porządku w dużym domu przy Sanborn Avenue, z kodem pocztowym 02132, była przepełniona skrzynka. Listonosz amerykańskiej poczty, Luis Muniz, zauważył, że przez dwa dni nikt nie odbierał przesyłek. Nie był to jeszcze powód do niepokoju. Ludzie wyjeżdżają na weekendy. Zapominają zgłosić, żeby nie dostarczano im poczty do domu.

Ale trzeciego dnia Muniz zaczął się niepokoić.

Czwartego, gdy otworzył skrzynkę i zobaczył, że jest nadal zapchana katalogami, czasopismami i rachunkami, wiedział, że musi coś zrobić.

– Puka więc do frontowych drzwi – powiedział policjant Gary Root. – Nikt nie odpowiada. Postanawia zapytać sąsiadkę, czy wie, co się dzieje. Spogląda w okno i zauważa psa.

– Tamtego? – spytała detektyw Jane Rizzoli, wskazując na wyglądającego przyjaźnie golden retrievera, przywiązanego do skrzynki na listy.

– Tak, to on. Ma wypisane na obroży imię Bruno. Zabrałem go z tego domu, żeby… – Policjant Root przełknął ślinę – …nie wyrządził więcej szkód.

– A gdzie jest listonosz?

– Zwolnił się na resztę dnia. Pewnie zamówił sobie drinka w jakimś barze. Mam jego telefon, ale prawdopodobnie nie powie już pani nic więcej. Nie wszedł do tego domu, zadzwonił tylko na dziewięćset jedenaście. Przyjechałem tu pierwszy. Frontowe drzwi nie były zamknięte na klucz. Wszedłem do środka i… – Pokręcił głową. – Żałuję, że to zrobiłem.

– Rozmawiał pan z kimś jeszcze?

– Z uprzejmą sąsiadką. Wyszła, gdy zobaczyła zaparkowane na ulicy radiowozy, i chciała wiedzieć, co się stało. Powiedziałem tylko, że jej sąsiad nie żyje.

Jane odwróciła się i spojrzała na dom, w którym został uwięziony przyjazny retriever Bruno. Był to stary dwukondygnacyjny dom jednorodzinny z gankiem, garażem na dwa samochody i starymi drzewami od frontu. Drzwi garażowe były zamknięte, a czarny ford explorer, zarejestrowany na właściciela domu, stał zaparkowany na podjeździe. Tego ranka nic nie odróżniało owej rezydencji od innych starannie utrzymanych domów przy Sanborn Avenue. Nie było powodu, by policjant zwrócił na nią uwagę i pomyślał: Chwileczkę, coś tu nie gra. Ale przy krawężniku stały teraz dwa radiowozy z błyskającymi światłami i dla każdego, kto tamtędy przechodził, było oczywiste, że owszem, wydarzyło się tam coś bardzo złego. Coś, co Jane i jej partner, Barry Frost, mieli za chwilę zobaczyć. Po drugiej stronie ulicy zbierał się tłum gapiów z sąsiedztwa. Czy ktokolwiek z nich zauważył, że właściciel tego domu nie pojawiał się od kilku dni, nie wyprowadzał psa ani nie odbierał poczty? Teraz mówili pewnie do siebie: „Tak, wiedziałem, że coś jest nie w porządku”. Wszyscy są mądrzy po szkodzie.

– Oprowadzi nas pan po tym domu? – spytał Frost funkcjonariusza Roota.

– Wie pan co? – odparł Root. – Wolałbym nie. Już wywietrzał mi z nosa ten zapach i nie chciałbym go poczuć ponownie.

Frost przełknął ślinę.

– Uuu… aż tak źle?

– Byłem tam najwyżej trzydzieści sekund. Mój partner nie wytrzymał nawet tyle. Niczego nie muszę tam panu pokazywać. Sam pan zobaczy. – Spojrzał na golden retrievera, który odpowiedział mu radosnym szczeknięciem. – Biedny szczeniak, był tam zamknięty bez jedzenia. Wiem, że nie miał wyboru, mimo wszystko…

Jane zerknęła na Frosta, który wpatrywał się w dom jak więzień skazany na galery.

– Co jadłeś na lunch? – spytała go.

– Kanapkę z indykiem. I frytki.

– Mam nadzieję, że ci smakowały.

– Nie pomagasz mi, Rizzoli.

Weszli po schodach na ganek i przystanęli, by włożyć rękawiczki i ochraniacze na buty.

– Wiesz, jest taki lek o nazwie compazin – powiedziała Jane.

– Tak?

– Zapobiega porannym mdłościom.

– Świetnie. Jak zajdę w ciążę, to go wypróbuję.

Spojrzeli na siebie i zobaczyła, że Frost bierze głęboki oddech, wciągając ostatni haust czystego powietrza, podobnie jak ona. Już w rękawiczkach, otworzyła drzwi i weszli do środka. Frost uniósł rękę, by zakryć nos i nie czuć zapachu, który dobrze znali. Bez względu na to, czy określało się go jako woń rozkładu, zgnilizny, czy używało jakiejś chemicznej nazwy, był to zawsze odór śmierci. Ale to nie zapach sprawił, że zatrzymali się w progu, lecz to, co zobaczyli na ścianach.

Gdziekolwiek spojrzeli, wpatrywały się w nich ślepia. Cała galeria martwych istot obserwujących intruzów.

– Chryste… – mruknął Frost. – Czy on polował na grubego zwierza?

– To zdecydowanie duże okazy. – Jane patrzyła na łeb nosorożca i zastanawiała się, jakiej trzeba kuli, by zabić takie zwierzę. Albo wiszącego obok bawołu. Szła powoli wzdłuż rzędu trofeów, szeleszcząc ochraniaczami butów na drewnianej podłodze i przyglądając się łbom zwierząt, które wyglądały jak żywe do tego stopnia, że spodziewała się niemal usłyszeć ryk lwa. – Czy to w ogóle legalne? Kto, do cholery, poluje dziś na pantery?

– Zobacz. Biegał tutaj nie tylko pies.

Na drewnianej podłodze widać było czerwonobrązowe ślady łap. Większe pozostawił niewątpliwie Bruno, golden retriever, ale zobaczyli również mniejsze, przecinające pokój. Brązowe plamy na parapecie znaczyły miejsce, gdzie Bruno oparł się przednimi łapami, spoglądając na listonosza. Ale to nie sam widok psa skłonił Luisa Muniza, by zadzwonić na 911, lecz to, co zobaczył w jego pysku.

Ludzki palec.

Jane i Frost podążyli za śladami łap, śledzeni szklanym wzrokiem zebry i lwa, hieny i guźca. Kolekcjoner tych trofeów nie dyskryminował małych zwierząt. Nawet najmniejsze stworzenia znalazły swe haniebne miejsce na ścianie, w tym cztery myszy, usadowione wokół miniaturowego stolika z malutkimi porcelanowymi filiżankami. Groteskowa wersja herbatki u Szalonego Kapelusznika.

Gdy szli przez salon w kierunku korytarza, odór rozkładu przybrał na sile. Jane nie widziała jeszcze jego źródła, ale słyszała już nieomylne złowrogie brzęczenie. Tłusta mucha zatoczyła leniwie kilka okrążeń wokół jej głowy i wyfrunęła przez drzwi.

„Zawsze podążaj za muchami. One wiedzą, gdzie serwowany jest obiad”.

Drzwi były uchylone. Gdy Jane otworzyła je szerzej, coś białego przemknęło jej pod nogami.

 

– Jasny gwint! – krzyknął Frost.

Serce Jane waliło jak młotem, gdy odwróciła się i zobaczyła parę oczu wpatrujących się w nią spod kanapy w salonie.

– To tylko kot. – Zaśmiała się z ulgą. – To wyjaśnia, skąd wzięły się mniejsze ślady łap.

– Zaczekaj, słyszysz to? – spytał Frost. – Chyba jest tu jeszcze jeden kot.

Zaczerpnęła tchu i weszła do garażu. Szary pręgowany kot przybiegł się z nią przywitać i zaczął się łasić do jej nóg, ale go zignorowała. Skupiła wzrok na tym, co zwisało z sufitu. Much było tyle, że ich brzęczenie wibrowało jej w kościach, gdy zasiadały do soczystej uczty na torsie, który dogodnie dla nich rozpłatano, ukazując mięso, w którym wiły się teraz larwy.

Frost cofnął się raptownie, krztusząc się.

Nagi mężczyzna wisiał głową w dół. Kostki miał związane pomarańczową nylonową żyłką. Zwłoki wyglądały jak tusza świni zawieszona na haku w rzeźni, rozcięto mu brzuch i wyjęto wszystkie narządy. Obie ręce zwisały swobodnie i dłonie dotykałyby niemal podłogi – gdyby były nadal na swoim miejscu. Gdyby głód nie zmusił Bruna, a być może także obu kotów, do posilania się ciałem ich pana.

– Więc teraz wiemy, skąd wziął się ten palec – odezwał się Frost stłumionym głosem, trzymając rękaw przy nosie. – Jezu, to jakiś koszmar. Zostać zjedzonym przez własnego kota…

Dla trzech wygłodniałych zwierząt domowych to, co zwisało teraz z sufitu, stanowiło niewątpliwie ucztę. Obgryzły już ręce i zjadły tyle skóry, mięśni i chrząstek twarzy, że odsłoniły białą kość jednego z oczodołów i zza strzępów ciała wyłaniała się jej perłowa krawędź. Twarzy nie dawało się rozpoznać, ale nabrzmiałe groteskowo genitalia nie pozostawiały wątpliwości, że denat był mężczyzną – w podeszłym wieku, sądząc po siwych włosach łonowych.

– Powieszony i oprawiony jak zwierzę – powiedział ktoś za ich plecami.

Jane odwróciła się zaskoczona i zobaczyła w drzwiach doktor Maurę Isles. Nawet w tak groteskowej scenerii miejsca zbrodni Maura potrafiła wyglądać elegancko. Jej czarne włosy lśniły jak kask, a żakiet i spodnie pasowały idealnie do szczupłej talii i bioder. Jane, z rozwianymi włosami i w podniszczonych butach, czuła się przy niej jak uboga krewna. Maura nie wzdragała się przed zapachem, lecz nie bacząc na muchy, które pikowały nad jej głową, podeszła wprost do zwłok.

– Niepokojący widok – rzuciła.

– Niepokojący? – prychnęła Jane. – Powiedziałabym raczej, że to totalny syf.

Szary kot opuścił Jane i podszedł do Maury; ocierał się o jej nogę i głośno mruczał. Tak wygląda kocia lojalność.

Maura odsunęła go nogą, skupiając uwagę na zwłokach.

– Brakuje narządów z jamy brzusznej i klatki piersiowej. Wykonano bardzo zdecydowane cięcie, od kości łonowej do wyrostka mieczykowatego w mostku. Myśliwy oprawiałby w ten sposób jelenia albo dzika. Powiesiłby go, wypatroszył i pozostawił do dojrzewania. – Spojrzała na sufit. – Właśnie na takim haku. Najwyraźniej ten dom należy do myśliwego.

– Tamte narzędzia także. – Frost wskazał na warsztat w garażu, gdzie do namagnesowanej listwy przytkniętych było kilkanaście śmiercionośnych noży. Wszystkie wydawały się czyste i miały lśniące ostrza. Jane spojrzała na nóż do odkrawania mięsa od kości. Wyobraziła sobie ostrze przecinające ciało jak masło.

– Dziwne – powiedziała Maura, koncentrując uwagę na torsie. – Te rany nie wyglądają na zadane nożem. – Wskazała trzy nacięcia na klatce piersiowej. – Są idealnie równoległe, jakby ostrza były osadzone na wspólnym trzonku.

– Przypominają ślady pazurów – zauważył Frost. – Czy mogły to zrobić zwierzęta?

– Są zbyt głębokie, by zostawił je kot lub pies. Wyglądają na pośmiertne, bo krwawiły minimalnie… – Spojrzała na podłogę. – Jeśli zamordowano go tutaj, krew musiała zostać spłukana. Widzisz tę studzienkę w betonie? Coś takiego zamontowałby myśliwy, gdyby chciał tutaj wieszać i sezonować mięso.

– O co chodzi z tym sezonowaniem? Nigdy nie rozumiałem, po co wiesza się mięso – przyznał Frost.

– Pośmiertne enzymy działają jako naturalny środek zmiękczający, ale dzieje się to zwykle w temperaturach nieco powyżej zera. Tutaj jest około dziesięciu stopni. Wystarczająco ciepło, by doszło do rozkładu mięsa. I żeby pojawiły się robaki. Dobrze, że mamy listopad. W sierpniu cuchnęłoby o wiele gorzej. – Maura chwyciła pęsetą robaka i obserwowała, jak wije się w jej odzianej w rękawiczkę dłoni. – Te larwy są na trzecim etapie rozwoju. To by oznaczało, że śmierć nastąpiła jakieś cztery dni temu.

– Ściany salonu ozdobione są trofeami łowieckimi – oznajmiła Jane. – A on kończy powieszony jak martwe zwierzę. Mamy tu chyba jakiś motyw.

– Czy ofiara była właścicielem domu? Potwierdziliście jej tożsamość?

– Trochę trudno go zidentyfikować, skoro nie ma rąk ani twarzy. Ale wiek się zgadza. Dom należy do Leona Gotta. Wiek sześćdziesiąt cztery lata, rozwiedziony, mieszkał sam.

– Z pewnością nie umarł sam – zauważyła Maura, wpatrując się w ziejącą jamę w pustym torsie. – Gdzie one są? – spytała, odwracając się nagle do Jane. – Zabójca powiesił tutaj ciało. A co zrobił z narządami?

Przez chwilę w garażu słychać było tylko brzęczenie much, gdy Jane przypominała sobie wszystkie zasłyszane opowieści o kradzieżach narządów. Potem spojrzała na stojący w odległym kącie kubeł na śmieci. Gdy do niego podeszła, odór rozkładu stał się jeszcze bardziej intensywny, a w powietrze wzbił się rój żarłocznych much. Z grymasem na twarzy uniosła skraj pokrywy kubła. Zdołała tylko rzucić okiem do środka i natychmiast musiała się cofnąć, zasłaniając usta.

– Zakładam, że je znalazłaś – potwierdziła Maura.

– Tak – mruknęła Jane. – Przynajmniej jelita. Sporządzenie pełnego inwentarza wnętrzności pozostawię tobie.

– Koronkowa robota.

– O tak, to będzie niezła zabawa.

– Nie, mam na myśli sprawcę. Precyzyjne cięcie. Usunięcie trzewi. – Ochraniacze do butów zaszeleściły, gdy Maura podeszła do kubła na śmieci.

Jane i Frost cofnęli się, kiedy otworzyła pokrywę, ale nawet z drugiego końca garażu poczuli obrzydliwy zapach rozkładających się narządów, który najwyraźniej podniecał szarego kota, bo zwierzak ocierał się jeszcze energiczniej o Maurę, miaucząc, by zwrócić jej uwagę.

– Masz nowego przyjaciela – zauważyła Jane.

– To normalne kocie zachowanie. Naznacza mnie jako swoje terytorium – wyjaśniła Maura, wsuwając dłoń w rękawiczce do kubła.

– Wiem, że lubisz być skrupulatna, Mauro – powiedziała Jane. – Ale może byś poszperała w tych trzewiach w prosektorium? W jakimś sterylnym pomieszczeniu?

– Muszę być pewna…

– Czego? Przecież czujesz, co tam jest. – Jane patrzyła z odrazą, jak Maura pochyla się i sięga jeszcze głębiej do kubła pełnego wnętrzności. Widywała w prosektorium, jak Maura rozcina torsy i ściąga skalpy, odkrawa ciało od kości i przepiłowuje czaszki, wykonując wszystkie te zadania z precyzją lasera. Z takim samym skupieniem na twarzy grzebała teraz w masie stężałych trzewi, nie zważając na muchy wpełzające w jej przycięte modnie ciemne włosy. Czy ktokolwiek inny mógłby wyglądać równie elegancko, robiąc coś tak odrażającego?

– Daj spokój, przecież widziałaś już trzewia – rzuciła Jane.

Maura nic nie odpowiedziała, tylko wsunęła ręce jeszcze głębiej.

– W porządku. – Jane westchnęła. – Nie potrzebujesz nas do tego. Frost i ja sprawdzimy resztę…

– Jest ich za dużo – mruknęła Maura.

– Czego?

– Tych trzewi. Zajmują zbyt dużą objętość.

– Sama zawsze mówisz o gazach bakteryjnych, które powodują wzdęcie.

– Wzdęcie nie wyjaśnia tego. – Maura wyprostowała się i Jane poczuła dreszcz, zobaczywszy, co trzyma w dłoni.

– Serce?

– To nie jest normalne serce, Jane. Owszem, ma cztery komory, ale ten łuk aorty nie wygląda tak jak powinien. I wielkie tętnice również.

– Leon Gott miał sześćdziesiąt cztery lata – przypomniał Frost. – Może chorował na serce.

– Właśnie na tym polega problem. To nie jest serce sześćdziesięcioczterolatka. – Maura sięgnęła ponownie do kubła. – Ale to jak najbardziej – dodała, wyciągając w kierunku Frosta drugą rękę.

Jane patrzyła zdezorientowana.

– Chwileczkę. Są tutaj dwa serca?

– I dwa komplety płuc.

Jane i Frost spojrzeli na siebie.

– O cholera – zaklął detektyw.

Rozdział trzeci

Frost przeszukiwał dolną kondygnację domu, a Jane górną. Sprawdzali pokój za pokojem, otwierali szafy i szuflady, zaglądali pod łóżka. Nie znaleźli nigdzie wypatroszonych zwłok ani śladów walki, za to dużo kurzu i kociej sierści. Pan Gott – jeśli to rzeczywiście on wisiał w garażu – nie dbał o porządek. Na komodzie leżały porozrzucane stare kwity ze sklepu żelaznego, baterie z aparatu słuchowego, portfel z trzema kartami kredytowymi i czterdzieści osiem dolarów w gotówce, a także kilka pojedynczych nabojów. Dowodziło to, że dość beztrosko obchodził się z bronią. Jane nie była zdziwiona, kiedy znalazła w szufladzie jego szafki nocnej gotowego do użycia glocka z pełnym magazynkiem i nabojem w komorze. Idealne narzędzie dla owładniętego paranoją właściciela domu.

Szkoda, że broń była na górze, gdy jemu na dole wycinano wnętrzności.

Szafka w łazience zawierała typowy dla sześćdziesięcioczterolatka zestaw leków: aspirynę, ibuprofen, lipitor i lopressor. Na blacie leżał wysokiej klasy aparat słuchowy. Nie założył go, co oznaczało, że mógł nie słyszeć intruza.

Gdy Jane zaczęła schodzić na dół, w salonie zadzwonił telefon. Zanim zdążyła go odebrać, włączyła się automatyczna sekretarka i usłyszała głos rozmówcy, który zostawiał wiadomość.

Cześć, Leon! Nie odpowiedziałeś mi, co z wycieczką do Kolorado. Daj znać, jeśli chcesz do nas dołączyć. Powinna być dobra zabawa.

Zamierzała odtworzyć wiadomość, by zobaczyć numer telefonu rozmówcy, gdy zauważyła, że przycisk PLAY jest zaplamiony czymś, co wyglądało na krew. Migająca dioda sygnalizowała, że zostały nagrane dwie wiadomości, i Jane usłyszała właśnie drugą z nich.

Nie zdejmując rękawiczki, wcisnęła PLAY.

Trzeci listopada, godzina dziewiąta piętnaście rano: …i jeśli oddzwoni pan natychmiast, możemy obniżyć panu opłaty za używanie karty kredytowej. Proszę nie przeoczyć okazji i skorzystać z tej specjalnej oferty.

Szósty listopada, godzina czternasta: Cześć, Leon! Nie odpowiedziałeś mi, co z wycieczką do Kolorado. Daj znać, jeśli chcesz do nas dołączyć. Powinna być dobra zabawa.

Trzeci listopada był w poniedziałek, dziś mieli czwartek. Pierwsza wiadomość nie została odsłuchana, gdyż w poniedziałek o dziewiątej rano Leon Gott prawdopodobnie już nie żył.

– Jane? – odezwała się Maura. Szary kot podążył za nią na korytarz i plątał jej się między nogami.

– Na automatycznej sekretarce są ślady krwi – oznajmiła Jane, odwracając się do niej. – Po co sprawca miałby jej dotykać? Po co sprawdzałby wiadomości w telefonie ofiary?

– Zobaczmy, co Frost znalazł na zapleczu.

Jane wyszła za nią przez kuchnię na tyły domu. Na ogrodzonym podwórku, na którym rosły jedynie kępki trawy, stał budynek gospodarczy z metalowym sidingiem. Konstrukcja bez okien, zbyt duża jak na skład narzędziowy, wyglądała na dość pojemną, by ukrywać niezliczone koszmary. Gdy Jane weszła do środka, poczuła ostry zapach alkoholu. Fluorescencyjne lampy oświetlały wnętrze zimnym, klinicznym blaskiem.

Frost stanął obok dużego stołu warsztatowego i patrzył na przymocowane do niego groźnie wyglądające narzędzie.

– Myślałem początkowo, że to piła tarczowa – powiedział. – Ale nigdy nie widziałem takiego ostrza. A tamte szafki? – Wskazał w głąb warsztatu. – Zobaczcie, co w nich jest.

Jane ujrzała za szklanymi drzwiczkami pudła z lateksowymi rękawiczkami i szereg poukładanych na półkach przerażających narzędzi. Skalpele i noże, zgłębniki, szczypce i kleszcze. Narzędzia chirurgiczne. Na ścianach wisiały gumowe fartuchy z plamami krwi. Przeszedł ją dreszcz. Odwróciła się i spojrzała na zrobiony ze sklejki stół z pociętym blatem; zauważyła na nim grudkę stężałego surowego mięsa.

– W porządku – mruknęła. – Teraz już się wkurzyłam.

– To wygląda na warsztat seryjnego zabójcy – orzekł Frost. – Na tym stole ćwiartował ciała.

W kącie stała prawie dwustulitrowa biała beczka z elektrycznym silnikiem.

– Co to jest, do cholery?

Detektyw pokręcił głową.

– Mogłaby pomieścić…

Jane podeszła do beczki. Przystanęła, zauważywszy na podłodze czerwone kropki. Pokrywa na zawiasach również była poplamiona.

 

– Wszędzie są ślady krwi.

– Co jest w tej beczce? – spytała Maura.

Jane szarpnęła mocno rygiel.

– A w skrytce numer dwa mamy… – Zajrzała do środka. – Trociny.

– Nic więcej?

Sięgnęła do beczki i przez chwilę grzebała w wiórach, wzniecając chmurę pyłu.

– Tylko trociny.

– Więc brakuje nam nadal drugiej ofiary – powiedział Frost.

Maura podeszła do budzącego grozę narzędzia, które uznał wcześniej za piłę tarczową. Gdy oglądała ostrze, kot znów był przy jej obcasach, ocierając się o nogawki spodni i nie chcąc zostawić jej w spokoju.

– Czy dobrze przyjrzałeś się temu urządzeniu, Frost?

– Mniej więcej.

– Zauważyłeś, że to okrągłe ostrze jest wygięte w lewo? Najwyraźniej nie służy do krojenia.

Jane dołączyła do niej przy stole i dotknęła ostrożnie ostrza piły.

– Rozszarpałoby cię na strzępy – rzuciła.

– I prawdopodobnie tak ma działać. Nazywają to chyba odmięśniarką. Nie jest używana do cięcia mięsa, tylko do usuwania ze skóry jego resztek.

– Produkują takie urządzenia?

Maura podeszła do szafki i otworzyła drzwiczki. Wewnątrz stały rzędem duże puszki, zapewne z farbą. Sięgnęła po jedną z nich i obróciła ją, by odczytać napis na etykiecie.

– Bondo.

– Produkt motoryzacyjny? – spytała Jane, dostrzegając rysunek samochodu.

– Tu jest napisane, że to szpachla do karoserii. Do usuwania zadrapań i rys. – Maura odstawiła puszkę na półkę. Nie mogła pozbyć się szarego kota, który podążył za nią, gdy podeszła do oszklonej gabloty i spojrzała na noże i zgłębniki, ułożone za szybą jak komplet narzędzi chirurgicznych. – Chyba wiem, do czego używano tego pomieszczenia. – Odwróciła się do Jane. – Ten drugi komplet trzewi w kuble na śmieci to nie są ludzkie szczątki.

□ □ □

– Leon Gott nie był miłym człowiekiem. I staram się wyrażać oględnie – powiedziała Nora Bazarian, wycierając buzię jednorocznego synka, umazaną tartą marchewką. W spłowiałych dżinsach i obcisłej koszulce, z blond włosami związanymi jak u dziewczynki w koński ogon, wyglądała bardziej na nastolatkę niż trzydziestotrzyletnią matkę dwójki dzieci. Miała niezwykły talent do wykonywania wielu czynności naraz: karmiła łyżeczką malca, wkładała naczynia do zmywarki, sprawdzała ciasto w piekarniku i odpowiadała na pytania Jane. Nic dziwnego, że miała talię jak osa: nie usiadła nawet na pięć sekund.

– Wie pani, co krzyczał do mojego sześcioletniego syna? – spytała. – „Wynoś się z mojego trawnika!” Zawsze myślałam, że jedynie w karykaturach przedstawia się w ten sposób zrzędliwych staruchów, ale on naprawdę tak się wyraził. I to tylko dlatego, że Timmy poszedł pogłaskać jego psa. – Zatrzasnęła zmywarkę. – Bruno ma lepsze maniery od swojego właściciela.

– Jak długo znała pani pana Gotta? – spytała Jane.

– Przeprowadziliśmy się do tego domu sześć lat temu, tuż po narodzinach Timmy’ego. Sądziliśmy, że to idealna okolica dla dzieciaków. Ogródki są w większości zadbane, a przy tej ulicy mieszkają inne młode rodziny z dziećmi w wieku Timmy’ego. – Z wdziękiem baletnicy obróciła się do dzbanka z kawą i ponownie napełniła Jane filiżankę. – Kilka dni po przeprowadzce zaniosłam Leonowi na powitanie talerzyk ciasteczek. Nawet nie podziękował, powiedział tylko, że nie jada słodyczy, i mi je zwrócił. Potem skarżył się, że moje dziecko za dużo płacze i powinnam je w nocy uspokoić. Uwierzy pani? – Usiadła, wsuwając synkowi do ust kolejne porcje marchewki. – Na dodatek te martwe zwierzęta wiszące na ścianach.

– Więc była pani w jego domu.

– Tylko raz. Pochwalił mi się z dumą, że zastrzelił większość z nich osobiście. Co za człowiek zabija zwierzęta, by dekorować nimi ściany? – Otarła dziecku podbródek z marchewki. – Wtedy właśnie postanowiłam, że będziemy trzymali się od niego z daleka. Prawda, Sam? – powiedziała, naśladując gaworzenie dziecka. – Będziemy unikali tego złego człowieka.

– Kiedy widziała pani pana Gotta po raz ostatni?

– Powiedziałam już wszystko funkcjonariuszowi Rootowi. Ostatnio widziałam Leona w weekend.

– Którego dnia?

– W niedzielę rano. Na podjeździe. Wnosił do domu zakupy spożywcze.

– Czy ktoś go tego dnia odwiedzał?

– Prawie całą niedzielę byłam poza domem. Mój mąż jest w tym tygodniu w Kalifornii, więc zabrałam dzieci do mamy w Falmouth. Wróciliśmy dopiero późnym wieczorem.

– O której?

– Około dziewiątej trzydzieści, dziesiątej.

– Czy tamtej nocy słyszała pani w sąsiednim domu jakieś hałasy? Krzyki, podniesione głosy?

Nora odłożyła łyżeczkę i spojrzała na Jane, marszcząc brwi. Dziecko zaprotestowało, dopominając się jedzenia, ale Nora zignorowała je. Skupiała całą uwagę na Jane.

– Pomyślałam… kiedy funkcjonariusz Root powiedział mi, że znaleźli Leona powieszonego w garażu… Zakładałam, że popełnił samobójstwo.

– Obawiam się, że został zamordowany.

– Jest pani pewna? Całkowicie?

– O, tak. Całkowicie. Pani Bazarian, gdyby mogła pani sobie przypomnieć tamtą niedzielną noc…

– Mój mąż wraca dopiero w poniedziałek i jestem tu z dziećmi sama. Czy nic nam nie grozi?

– Proszę mi opowiedzieć o niedzielnej nocy.

– Czy moje dzieci są bezpieczne?

Każda matka zadałaby to pytanie. Jane pomyślała o swojej trzyletniej córeczce, Reginie. O tym, jak czułaby się w sytuacji Nory Bazarian, mieszkającej z dwójką małych dzieci tak blisko miejsca zbrodni. Czy wolałaby usłyszeć słowa otuchy, czy prawdy. A prawda była taka, że Jane nie znała odpowiedzi. Nie mogła obiecać nikomu, że jest bezpieczny.

– Dopóki nie dowiemy się więcej, dobrze byłoby zachować ostrożność – powiedziała.

– A co pani wie?

– Przypuszczamy, że to się zdarzyło w niedzielę w nocy.

– Przez cały czas był martwy – mruknęła Nora. – W sąsiednim domu, a ja nie miałam o tym pojęcia.

– Nie widziała pani ani nie słyszała tamtej nocy niczego niezwykłego?

– Wokół jego podwórka jest wysokie ogrodzenie, więc nigdy nie wiedzieliśmy, co się tam dzieje. Poza tym, że robił w warsztacie potworny hałas.

– Jakiego rodzaju?

– Koszmarny jazgot, jak od piły tarczowej. I pomyśleć, że miał czelność skarżyć się na płacz dziecka!

Jane przypomniała sobie leżący na blacie w łazience aparat słuchowy Gotta. Jeśli w niedzielny wieczór używał tego hałaśliwego sprzętu, z pewnością nie założył aparatu. Także z tego powodu nie usłyszałby intruza.

– Wspomniała pani, że w niedzielę wróciliście późno. Czy u pana Gotta paliły się światła?

Nora nawet nie musiała się zastanawiać.

– Owszem – odparła. – Pamiętam, że byłam zła, bo lampa na szopie za jego domem świeci wprost do mojej sypialni. Ale kiedy poszłam do łóżka, około wpół do jedenastej, była już wyłączona.

– A co z psem? Szczekał?

– Och, Bruno. Problem polega na tym, że on zawsze szczeka. Pewnie na muchy.

Których jest tam teraz mnóstwo, pomyślała Jane. Właśnie w tym momencie Bruno szczekał. Nie był zaniepokojony, lecz podekscytowany obecnością wielu obcych ludzi przed domem.

Nora spojrzała w tamtym kierunku.

– Co się z nim stanie?

– Nie wiem. Domyślam się, że ktoś będzie musiał go zabrać. I koty także.

– Za kotami nie przepadam, ale psem mogłabym się zaopiekować. Bruno nas zna i był zawsze przyjaźnie nastawiony do moich chłopców. Czułabym się bezpieczniej, mając tu psa.

Może zmieniłaby zdanie, wiedząc, że Bruno trawił jeszcze kęsy ciała swego zmarłego pana.

– Czy pan Gott miał jakichś krewnych? – spytała Jane.

– Syna, który zginął kilka lat temu podczas zagranicznej podróży. Jego była żona również nie żyje i nie widywałam tu nigdy żadnej kobiety. – Nora pokręciła głową. – Strach pomyśleć. Człowiek jest martwy od czterech dni i nikt tego nawet nie zauważa. Tak bardzo odizolował się od świata.

Jane dostrzegła przez okno w kuchni Maurę, która wyłoniła się właśnie z domu Gotta i stała teraz na chodniku, sprawdzając wiadomości w komórce. Podobnie jak Gott, Maura żyła samotnie i nawet w tym momencie, trzymając się na uboczu, wydawała się wyobcowana. Czy mając taką naturę, mogła pewnego dnia stać się podobna do Leona Gotta?