Ostatni, który umrze

Tekst
Z serii: Rizzoli & Isles #10
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Ostatni, który umrze
Ostatni, który umrze
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 66,90  53,52 
Ostatni, który umrze
Audio
Ostatni, który umrze
Audiobook
Czyta Maria Peszek
34,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział piąty

Nie mogli wybrać bardziej uspokajającego miejsca dla dziecka, które przeżyło szok, niż oranżeria pani Lyman. Za taflami szkła widać było otoczony murem ogród. Przez okna wpadały promienie porannego słońca, stanowiące pokarm dla wilgotnej dżungli winorośli, paproci i drzewek w doniczkach. Jane nie dostrzegła w tym bujnym gąszczu chłopca, zobaczyła tylko policjantkę, która podniosła się szybko z ratanowego ogrodowego krzesła.

– Detektyw Rizzoli? Jestem agentka Vasquez – oznajmiła.

– Jak się czuje Teddy? – spytała Jane.

Vasquez spojrzała w kąt, gdzie pnąca się winorośl utworzyła gęsty baldachim i szepnęła:

– Nie odezwał się do mnie ani słowem. Siedzi skulony i pojękuje.

Dopiero w tym momencie Jane zauważyła patykowatą postać przycupniętą pod okapem z winorośli. Chłopiec obejmował ramionami podkurczone nogi, przyciskając je do piersi. Powiedziano jej, że ma czternaście lat, ale wyglądał na mniej. Był w niebieskawej piżamie, a jego twarz przesłaniał lok jasnobrązowych włosów.

Jane przyklęknęła i podczołgała się w jego kierunku, zanurzając się w cień winorośli. Chłopiec nie poruszył się, gdy usiadła przy nim w jego kryjówce w dżungli.

– Teddy, jestem Jane. Chcę ci pomóc.

Nie podniósł wzroku, nie odpowiedział.

– Siedzisz tu już jakiś czas, prawda? Musisz być głodny.

Pokręcił głową? Czy to było wzdrygnięcie, sejsmiczny wstrząs spowodowany bólem, nagromadzonym w tym kruchym ciele?

– Co powiesz na mleko z czekoladą? Albo lody? Założę się, że pani Lyman ma jakieś w lodówce.

Chłopiec jakby jeszcze bardziej się skurczył, zwinął w kłębek tak mocno, że Jane zastanawiała się, czy uda im się kiedykolwiek rozprostować jego kończyny. Spojrzała przez gąszcz winorośli na agentkę Vasquez, która stała w pobliżu, przyglądając się jej.

– Może nas pani zostawić? – poprosiła. – Myślę, że to dla niego trochę za dużo, gdy jesteśmy tu obie.

Vasquez wyszła z oranżerii, zamykając za sobą drzwi. Przez dziesięć, piętnaście minut Jane nic nie mówiła i nawet nie spojrzała na chłopca. Siedzieli obok siebie w milczeniu i słychać było tylko delikatny plusk wody w marmurowej fontannie. Oparta o słup altanki, spojrzała w górę na łuki gałęzi. W tym rajskim ogrodzie, osłoniętym od zimna, kwitły nawet bananowce i drzewa pomarańczowe. Wyobrażała sobie, jak wchodzi tu w zimowy dzień, gdy na dworze pada śnieg, i wdycha zapach ciepłej ziemi i zielonych roślin. Oto co można kupić za pieniądze, pomyślała. Wieczną wiosnę. Wpatrując się w słońce, słyszała obok siebie oddech chłopca. Był wolniejszy i spokojniejszy niż parę chwil wcześniej. Usłyszała szelest liści, gdy sadowił się wśród winorośli, ale oparła się pokusie, by na niego spojrzeć. Przypomniała sobie, jaki wrzask podniosła w zeszłym tygodniu jej dwuletnia córeczka Regina. „Przestań się na mnie gapić! Przestań!”. Jane i jej mąż Gabriel roześmiali się, co rozjuszyło Reginę jeszcze bardziej. Nawet dwulatki nie lubią, gdy ktoś im się przygląda, i mają za złe, że narusza się ich prywatność. Starała się więc, by Teddy Clock nie uznał jej za intruza, i w milczeniu dzieliła z nim liściastą kryjówkę. Nawet usłyszawszy jego westchnienie, nadal skupiała uwagę na przeświecających przez gałęzie promieniach słońca.

– Kim pani jest? – wyszeptał. Zmusiła się, by trwać w bezruchu, by nie zakłócić spokoju.

– Mam na imię Jane – odparła równie cicho.

– Ale kim pani jest?

– Przyjaciółką.

– Nieprawda. Nawet pani nie znam.

Zastanowiła się nad jego słowami i musiała przyznać, że ma rację. Nie jest jego przyjaciółką. Jest policjantką, która potrzebuje czegoś od niego i gdy tylko to dostanie, przekaże go opiece społecznej.

– Masz rację, Teddy – przyznała. – Nie jestem prawdziwą przyjaciółką. Jestem detektywem. Ale chcę ci pomóc.

– Nikt nie może mi pomóc.

– Ja mogę. I zrobię to.

– Więc pani też zginie.

Powiedział to tak beznamiętnie, że Jane przeszły ciarki po plecach. „Pani też zginie”. Spojrzała na chłopca. Nie patrzył na nią, spoglądał posępnie w przestrzeń, jakby widział przyszłość pozbawioną wszelkiej nadziei. Miał szkliste niebieskie oczy, jak z innej planety. Jego rzadkie jasnobrązowe włosy były rozwichrzone jak wąsy kukurydzy, a pojedynczy lok opadał na blade, wydatne czoło. Miał bose stopy i gdy kołysał się w przód i w tył, dostrzegła pod palcami jego prawej nogi plamy zaschniętej krwi. Przypomniała sobie ślady pozostawione na podeście schodów, w pobliżu ciała ośmioletniej Kimmie. Teddy musiał przejść przez kałużę krwi, by uciec z domu.

– Naprawdę mi pani pomoże? – spytał.

– Tak. Obiecuję.

– Nic nie widzę. Zgubiłem je i teraz boję się wrócić, żeby ich poszukać.

– Czego poszukać, Teddy?

– Okularów. Chyba są w moim pokoju. Musiałem je tam zostawić, ale nie pamiętam…

– Znajdę ci je.

– To dlatego nie mogę pani powiedzieć, jak on wyglądał. Nie widziałem go.

Jane zamilkła, bojąc się mu przerwać. Bojąc się, by z powodu tego, co powie lub zrobi, chłopak znów nie zamknął się w swojej skorupie. Czekała, ale słyszała tylko plusk wody w fontannie.

– O kim mówisz? – spytała w końcu.

Popatrzył na nią, a w jego oczach zalśnił błękitny płomień.

– O człowieku, który ich zabił. – Głos mu się załamał, a słowa więzły w gardle, gdy mówił coraz bardziej piskliwym głosem. – Chciałbym pani pomóc, ale nie mogę. Nie mogę…

Wiedziona instynktem macierzyńskim rozłożyła nagle ręce i chłopak przylgnął do niej, przyciskając twarz do jej ramienia. Obejmowała go, czując, że jego ciało jest jak worek kości, wstrząsany tak potężnymi konwulsjami, że mógłby się rozsypać, gdyby go nie trzymała. Mógł nie być jej synem, ale w tym momencie, gdy do niej przywierał, a jego łzy wsiąkały w jej bluzkę, czuła się jego matką, gotową ochronić go przed wszystkimi potworami tego świata.

– On nigdy nie daje za wygraną. – Głos chłopca, który wtulał usta w jej bluzkę, był tak przytłumiony, że prawie go nie słyszała. – Następnym razem mnie znajdzie.

– Nieprawda. – Wzięła go za ramiona i delikatnie odsunęła od siebie, by spojrzeć mu w twarz. Jego długie rzęsy rzucały cień na blade jak kreda policzki. – Nie znajdzie cię.

– On wróci. – Teddy skrzyżował ramiona na piersi, uciekając myślami w jakieś odległe, bezpieczne miejsce, gdzie nikt nie mógł do dopaść. – Zawsze wraca.

– Teddy, możemy go złapać i powstrzymać tylko wtedy, gdy nam pomożesz. Gdy mi powiesz, co zdarzyło się ostatniej nocy.

Zobaczyła, jak szczupła klatka piersiowa Teddy’ego się unosi. Ciężkie, bolesne westchnienie, jakie wydał, nie pasowało do chłopca w jego wieku.

– Byłem w swoim pokoju – wyszeptał. – Czytałem jedną z książek Bernarda.

– I co się potem stało? – zachęciła go Jane.

Teddy skupił na niej przerażone spojrzenie.

– Potem się zaczęło.

* * *

Gdy Jane wróciła do rezydencji Ackermanów, wywożono na wózku ostatnie ciało – zwłoki któregoś dziecka. Jane przystanęła w holu, gdy wózek ją mijał, skrzypiąc kołami na lśniącym parkiecie, i nie mogła pozbyć się wrażenia, że pod folią leży jej córka Regina. Odwróciła się, czując dreszcze, i zobaczyła schodzącego po schodach Moore’a.

– Czy chłopiec coś ci powiedział?

– Tylko tyle, że nie widział niczego, co mogłoby nam pomóc.

– Więc osiągnęłaś dużo więcej niż ja. Miałem przeczucie, że do niego dotrzesz.

– Nie jestem znów aż tak ciepła i puszysta.

– Ale z tobą rozmawiał. Crowe chce, żebyś była dla tego chłopca osobą pierwszego kontaktu.

– Mam być teraz oficjalnie dziecięcym psychologiem?

Wzruszył ramionami, jakby się usprawiedliwiając.

– Crowe tu dowodzi.

Spojrzała w kierunku schodów, na górne piętra, gdzie panował teraz dziwny spokój.

– Co się tam dzieje? Gdzie są wszyscy?

– Sprawdzają gosposię, Marię Salazar. Ma klucze i hasło do systemu alarmowego.

– To chyba oczywiste.

– Okazuje się, że ma też narzeczonego z przeszłością.

– Kto to jest?

– Niejaki Andres Zapata, nielegalny imigrant. Ma kartotekę w Kolumbii. Włamania. Przemyt narkotyków.

– Stosowanie przemocy?

– Nic nam o tym nie wiadomo, ale mimo wszystko…

Jane skupiła uwagę na wiszącym na ścianie zegarze, którego nie przeoczyłby żaden szanujący się włamywacz. Przypomniała też sobie zasłyszaną wcześniej informację, że w sypialni znaleziono portmonetkę Cecilii i portfel Bernarda, a szkatułka z biżuterią pozostała nietknięta.

– Jeśli to było włamanie, co zabrał złodziej? – zastanawiała się.

– W tak dużym domu, z tyloma cennymi przedmiotami do wyboru? – Moore pokręcił głową. – Tylko gosposia mogłaby nam powiedzieć, co zginęło.

Ale jest podejrzana.

– Idę na górę do pokoju Teddy’ego – oznajmiła Jane, wchodząc na schody.

Moore nie poszedł za nią. Kiedy dotarła na drugie piętro, nikogo tam nie było. Nawet ekipy dochodzeniowej. Wcześniej tylko rzuciła okiem na drzwi pokoju Teddy’ego. Teraz weszła do środka i uważnie go obejrzała. Panował tam nienaganny porządek. Na biurku przy oknie leżała sterta książek, wiele starych i najwyraźniej lubianych przez chłopca. Przejrzała ich tytuły: Antyczne techniki sztuki wojennej, Wstęp do etnobotaniki, Podręcznik kryptozoologii, Aleksander w Egipcie. Nie były to lektury, jakich spodziewałaby się po czternastolatku, lecz Teddy Clock różnił się od wszystkich chłopców, których znała. Nie oglądał telewizji, ale obok książek stał otwarty laptop. Nacisnęła klawisz i na ekranie pojawiła się ostatnia strona z internetu, którą oglądał. W wyszukiwarce Google było zapisane pytanie: Czy Aleksander Wielki został zamordowany?

Sądząc po uporządkowanym biurku i starannie ułożonych książkach, chłopiec był pedantem. Wszystkie ołówki w szufladzie leżały zaostrzone jak włócznie gotowe do boju, spinacze i zszywacz znajdowały się w oddzielnych przegródkach. W wieku zaledwie czternastu lat miał już zaburzenia obsesyjno-kompulsywne. Powiedział jej, że o północy siedział właśnie przy tym biurku, gdy usłyszał przytłumione strzały, a potem krzyki Kimmie, kiedy wbiegała na schody. Zamiłowanie do porządku sprawiło, że zamknął książkę o Aleksandrze, chociaż był przerażony. Wiedział, co oznaczają te strzały i krzyki.

 

„To zdarzyło się już wcześniej. Te same odgłosy słyszałem na łodzi. Wiedziałem, że to strzały”.

Nie mógł uciec przez okno, z sypialni na drugim piętrze niełatwo było się wydostać.

Wyłączył więc światło. Słyszał krzyki dziewczynek, kolejne strzały i ukrył się tam, gdzie najczęściej znajduje schronienie przerażone dziecko: pod łóżkiem.

Jane spojrzała na idealnie wygładzoną kołdrę, na łóżko pościelone starannie jak wojskowa prycza. Czyżby był to efekt obsesyjnego zamiłowania Teddy’ego do porządku? Jeśli tak, być może dzięki temu ocalał. Gdy leżał skulony pod łóżkiem, zabójca włączył światło i wszedł do pokoju.

„Czarne buty. Tylko tyle widziałem. Miał czarne buty i stał tuż obok łóżka”.

Łóżka, w którym o północy nikt nie spał. Dla intruza oznaczało to, że dziecko, które mieszka w tym pokoju, spędza noc poza domem.

Zabójca w czarnych butach wyszedł. Mijały godziny, ale Teddy leżał pod łóżkiem, kuląc się na odgłos każdego skrzypnięcia. Miał wrażenie, że znów słyszy kroki, cichsze, skradające się, i wyobrażał sobie, że zabójca nadal jest w domu i czeka.

Nie wiedział, o której godzinie zasnął. Wiedział tylko, że kiedy się obudził, świeciło słońce. Dopiero wtedy wypełzł w końcu z kryjówki, zesztywniały i obolały od leżenia przez pół nocy na podłodze. Zobaczył przez okno panią Lyman pracującą w ogrodzie. U sąsiadów było bezpiecznie. Mógł do nich uciec.

I tak zrobił.

Jane uklękła i zajrzała pod łóżko. Pod pudłem ze sprężynami było tak mało miejsca, że by się tam nie zmieściła. Ale przerażony chłopiec wcisnął się w tę przestrzeń mniejszą niż wnętrze trumny. Dostrzegła w półmroku jakiś przedmiot i musiała położyć się twarzą do podłogi, by móc po niego sięgnąć.

Były to okulary Teddy’ego.

Wstała z podłogi i po raz ostatni rozejrzała się po pokoju. Choć przez okno wpadały jasne promienie słońca, a termometry pokazywały dwadzieścia cztery stopnie, w tych czterech ścianach poczuła taki chłód, że przeniknął ją dreszcz. Dziwne, że nie odczuwała tego w pokojach, w których zginęli członkowie rodziny Ackermanów. Nie, jeszcze tylko tutaj pozostały echa koszmaru, który wydarzył się minionej nocy.

W pokoju chłopca, który przeżył.

Rozdział szósty

– Teddy Clock musi być najbardziej pechowym chłopcem na świecie – stwierdził detektyw Thomas Moore. – Zważywszy na wszystko, co mu się przydarzyło, nic dziwnego, że ma poważne problemy emocjonalne.

– Od początku nie był normalny – zauważył Darren Crowe. – Chłopak jest po prostu dziwny.

– W jakim sensie?

– Ma czternaście lat i nie uprawia sportu? Nie ogląda telewizji? Siedzi całe noce i weekendy pochylony nad komputerem i stertą starych zakurzonych książek.

– Niektórzy nie uważaliby tego za dziwne.

Crowe zwrócił się do Jane:

– Spędziłaś z nim najwięcej czasu, Rizzoli. Musisz przyznać, że dzieciak nie jest normalny.

– Według twoich standardów – odparła Jane. – Teddy jest bardzo bystry.

Wokół stołu zaszumiało, gdy pozostali czterej detektywi czekali na reakcję Crowe’a na ten niezbyt subtelny przytyk.

– Istnieje wiedza, która jest bezużyteczna – odparował Crowe. – I wiedza przydatna do życia.

– On ma dopiero czternaście lat i przeżył dwie masakry – przypomniała Jane. – Nie mów mi, że ten chłopak nie potrafi sobie radzić.

Prowadząc dochodzenie w sprawie zabójstwa rodziny Ackermanów, Crowe był bardziej uszczypliwy niż zwykle. Ich poranna odprawa trwała już prawie godzinę i wszyscy byli zdenerwowani. W ciągu trzydziestu paru godzin, które minęły od zbrodni, nasiliła się wrzawa w mediach i tego ranka Jane zobaczyła w jednym z tabloidów nagłówek KOSZMAR NA BEACON HILL, wraz ze zdjęciem ich głównego podejrzanego, Andresa Zapaty, poszukiwanego narzeczonego gosposi Ackermanów. Była to stara policyjna fotografia, zrobiona podczas aresztowania handlarzy narkotyków w Kolumbii, i rzeczywiście miał na niej twarz zabójcy. Był nielegalnym imigrantem, siedział za włamanie, a odciski jego palców znaleziono na klamce w kuchni Ackermanów i na kuchennych blatach. Mieli wystarczająco dużo dowodów, by wystawić nakaz aresztowania, ale żeby go skazać? Tego Jane nie była pewna.

– Nie możemy liczyć na to, że Teddy pomoże nam oskarżyć Zapatę – powiedziała.

– Masz mnóstwo czasu, żeby go przygotować – stwierdził Crowe.

– Nie widział twarzy zabójcy.

– Musiał widzieć coś, co pomoże nam w sądzie.

– Teddy jest o wiele delikatniejszy, niż ci się wydaje. Nie możemy oczekiwać, że będzie zeznawał.

– Ma czternaście lat, na litość boską – warknął Crowe. – Gdy ja byłem w tym wieku…

– Lepiej mi nie mów. Dusiłeś gołymi rękami pytony.

Crowe pochylił się do przodu.

– Nie chcę spieprzyć tej sprawy. Musimy uporządkować wszystkie pionki.

– Teddy nie jest pionkiem – zauważyła Jane. – Jest dzieckiem.

– Okaleczonym psychicznie – dodał Moore. Otworzył teczkę, którą przyniósł na odprawę. – Rozmawiałem jeszcze raz z detektywem Edmondsem z Wysp Dziewiczych. Przesłał mi faksem akta sprawy zabójstwa rodziny Clocków i…

– Zamordowano ich dwa lata temu – przerwał mu Crowe. – Ten obszar podlega innej jurysdykcji, należy nawet do innego kraju. Jaki to ma związek z naszą sprawą?

– Zapewne żaden – przyznał Moore. – Ale te akta mówią wiele o stanie emocjonalnym chłopca. Pozwalają zrozumieć, dlaczego jest taki załamany. Przeżył koło wyspy Saint Thomas coś równie przerażającego jak tutaj.

– Tamtej sprawy nigdy nie wyjaśniono? – zainteresował się Frost.

Moore pokręcił głową.

– Ale pisano o niej dużo w prasie. Pamiętam, że wtedy o tym czytałem. Amerykańska rodzina zamordowana na pokładzie dwudziestodwumetrowego jachtu podczas wymarzonego rejsu dookoła świata. To prawda, że Wyspy Dziewicze mają wskaźnik zabójstw dziesięć razy wyższy niż nasz, ale nawet tam ta masakra wywołała szok. Miała miejsce w pobliżu wysp Capella, w rejonie Saint Thomas. Rodzina Clocków… Nicholas, Annabelle i ich troje dzieci… mieszkała na jachcie Pantomima. Zacumowali na noc w spokojnej zatoce, gdzie nie było innych łodzi. Kiedy spali, zabójca, albo zabójcy, weszli na pokład. Słychać było strzały i krzyki, a potem eksplozję. Tak przynajmniej Teddy powiedział później policji.

– Jak udało mu się przeżyć? – spytał Frost.

– Z powodu eksplozji stracił przytomność, więc ma luki w pamięci. Ostatnie, co pamięta, to głos ojca, który kazał mu zeskoczyć z pokładu. Gdy się ocknął, był w wodzie, w kamizelce ratunkowej. Nurkowie znaleźli go następnego ranka wśród szczątków jachtu.

– A rodzina?

– Prowadzono intensywne poszukiwania. Odnaleziono ciała Annabelle i jednej z dziewczynek. A przynajmniej to, co z nich zostało, gdy dopadły je rekiny. Sekcja wykazała, że obie zginęły od strzałów w głowę. Ciała Nicholasa i drugiej córki przepadły bez śladu. – Moore rozdał kopie przefaksowanego raportu. – Porucznik Edmonds twierdzi, że to najbardziej poruszająca sprawa, jaką kiedykolwiek prowadził. Taki jacht to kuszący łup, więc zakładał motyw rabunkowy. Zabójca lub zabójcy zapewne ograbili go ze wszystkiego, co wartościowe, a potem wysadzili w powietrze, żeby zniszczyć dowody, nie pozostawiając policji żadnych tropów. Sprawa pozostaje niewyjaśniona.

– I wtedy chłopak też nie zapamiętał niczego, co mogłoby się przydać – zauważył Crowe. – Czy coś z nim jest nie w porządku?

– Miał tylko dwanaście lat – odparł Moore. – Z pewnością jest inteligentny. Dzwoniłem do ich dawnej sąsiadki w Providence, gdzie Clockowie mieszkali, zanim wyruszyli w rejs. Powiedziała mi, że Teddy uchodził za uzdolnionego chłopca. Realizował w szkole przyspieszony program. Owszem, miał problemy z zawieraniem przyjaźni i przystosowaniem się, ale ilorazem inteligencji przewyższał kolegów o co najmniej kilkanaście punktów.

Jane przypomniała sobie książki, które widziała w sypialni Teddy’ego, i zróżnicowaną tematykę, którą obejmowały. Historia starożytnej Grecji. Etnobotanika. Kryptozoologia. Wątpiła, by większość czternastolatków miała choćby pojęcie o takich sprawach.

– Zespół Aspergera – stwierdziła.

Moore skinął głową.

– To samo powiedziała sąsiadka. Clockowie poddali Teddy’ego badaniom i lekarz orzekł, że chłopak ma wysoki poziom inteligencji, ale nie odbiera niektórych bodźców emocjonalnych. Dlatego trudno mu się z kimś zaprzyjaźnić.

– A teraz został zupełnie sam – westchnęła Jane. Przypomniała sobie, jak przylgnął do niej w oranżerii. Nadal czuła na policzku dotyk jego jedwabistych włosów i pamiętała zapach jego piżamy. Zastanawiała się, jak radzi sobie w znalezionej pospiesznie rodzinie zastępczej, w której umieściła go opieka społeczna. Zeszłej nocy, zanim wróciła do domu, do córki, pojechała do Teddy’ego, by zawieźć mu okulary. Mieszkał teraz z parą starszych ludzi, doświadczonymi rodzicami zastępczymi, którzy od lat zajmowali się dziećmi po przejściach.

Ale spojrzenie, jakie Teddy posłał Jane, gdy wychodziła, złamałoby serce każdej matce. Jakby dawał jej do zrozumienia, że jest jedyną osobą, która może go ocalić, a zostawia go u obcych ludzi.

Moore sięgnął do teczki i wyjął zdjęcie bożonarodzeniowej kartki z napisem: ŚWIĄTECZNE ŻYCZENIA OD RODZINY CLOCKÓW!

– To ostatnia korespondencja, jaką otrzymała od nich sąsiadka. Kartka elektroniczna wysłana jakiś miesiąc po tym, jak opuścili Providence. Wypisali trójkę dzieci ze szkoły, wystawili dom na sprzedaż i cała rodzina wyruszyła w rejs dookoła świata.

– Na jachcie długości dwudziestu dwóch metrów? Mieli sporo kasy – mruknął Frost. – Czym się zajmowali?

– Annabelle prowadziła dom. Nicholas był konsultantem finansowym w jakiejś firmie w Providence. Sąsiadka nie pamiętała jej nazwy.

Crowe się zaśmiał.

– Taak, za tytułem konsultant finansowy muszą kryć się duże pieniądze.

– Dość radykalny krok, prawda? – powiedział Frost. – Wyjechać tak nagle z miejsca, gdzie zapuściło się korzenie? Zostawić wszystko i załadować rodzinę na jacht?

– Sąsiadka z pewnością była takiego samego zdania – przyznał Moore. – To stało się nieoczekiwanie. Annabelle powiedziała jej o ich planach dopiero w przeddzień wyjazdu. To daje do myślenia.

– Dlaczego? – spytał Crowe.

– Może przed czymś uciekali? Bali się czegoś? Może jednak istnieje jakiś związek między obydwoma atakami na Teddy’ego?

– W odstępie dwóch lat? – Crowe pokręcił głową. – O ile wiemy, Clockowie i Ackermanowie nawet się nie znali. Łączy ich tylko ten chłopiec.

– Po prostu mnie to niepokoi. Nic więcej.

Jane też to niepokoiło. Spojrzała na bożonarodzeniowe zdjęcie, być może ostatnie, jakie zrobiono rodzinie Clocków. Kasztanowe włosy Annabelle, zaczesane do góry i bezpretensjonalnie eleganckie, lśniły złotym połyskiem. Jej twarz, jakby wyrzeźbiona z kości słoniowej, z delikatnymi łukami brwi, mogłaby zdobić płótno średniowiecznego malarza.

Nicholas był blondynem o atletycznej sylwetce. Jego imponujące ramiona opinała cytrynowa koszulka polo. Z kwadratową szczęką i śmiałym spojrzeniem wyglądał na człowieka, który potrafi obronić rodzinę przed każdym zagrożeniem. W dniu, gdy zrobiono to zdjęcie, gdy stał uśmiechnięty, obejmując muskularnym ramieniem żonę, nie mógł sobie wyobrażać czekającego go koszmaru. Swojego grobu w otchłani wód. Zabójstwa żony i dwójki dzieci. Aparat utrwalił rodzinę, która nie miała powodu bać przyszłości. Optymizm promieniował z ich oczu i uśmiechów, a także ze świątecznych ozdób, które wisiały na choince za nimi. Nawet Teddy tryskał energią, stojąc obok młodszych sióstr. Byli trójką wyglądających jak aniołki dzieci, o takich samych jasnobrązowych włosach i otwartych szeroko niebieskich oczach. Wszyscy się uśmiechali i czuli się bezpiecznie, otoczeni opieką rodziców jak mydlaną bańką.

Teddy już nigdy się tak nie poczuje, pomyślała Jane.