Świat finansjeryTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

TEGO SAMEGO AUTORA POLECAMY:

KOLOR MAGII

BLASK FANTASTYCZNY

RÓWNOUMAGICZNIENIE

MORT

CZARODZICIELSTWO

ERYK

TRZY WIEDŹMY

PIRAMIDY

STRAŻ! STRAŻ!

RUCHOME OBRAZKI

NAUKA ŚWIATA DYSKU I, II, III, IV

KOSIARZ

WYPRAWA CZAROWNIC

POMNIEJSZE BÓSTWA

PANOWIE I DAMY

ZBROJNI

MUZYKA DUSZY

CIEKAWE CZASY

MASKARADA

OSTATNI BOHATER

ZADZIWIAJĄCY MAURYCY I JEGO EDUKOWANE GRYZONIE

NA GLINIANYCH NOGACH

WIEDŹMIKOŁAJ

WOLNI CIUTLUDZIE

BOGOWIE, HONOR, ANKH-MORPORK

OSTATNI KONTYNENT

CARPE JUGULUM

PIĄTY ELEFANT

PRAWDA

ZŁODZIEJ CZASU

ZIMISTRZ

STRAŻ NOCNA

POTWORNY REGIMENT

PIEKŁO POCZTOWE

ŁUPS!

ŚWIAT FINANSJERY

HUMOR I MĄDROŚĆ ŚWIATA DYSKU

NIEWIDOCZNI AKADEMICY

W PÓŁNOC SIĘ ODZIEJĘ

NIUCH

ŻÓŁW PRZYPOMNIANY

PARA W RUCH


Tytuł oryginału

MAKING MONEY

Copyright © Terry and Lyn Pratchett 2007

This edition published by arrangement with Transworld Publishers,

a division of The Random House Group Ltd.

All rights reserved

Projekt graficzny serii

Zombie Sputnik Corporation

Ilustracja na okładce

Illustration by Paul Kidby www.paulkidby.net

Redakcja

Łucja Grudzińska

Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8234-607-7

Warszawa 2021

Wydawca:

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Informacja od autora

Długość spódnic jest miarą kryzysu państwa – autor zawsze będzie wdzięczny znanemu strategowi i historykowi wojskowości, sir Basilowi Liddelowi Hartowi, który w 1968 r. go poinformował o tej ciekawej korelacji. To może tłumaczyć, dlaczego od lat sześćdziesiątych minispódniczki nigdy nie wyszły z mody.

Studenci historii metod obliczeniowych rozpoznają w Chluperze dalekie echo Ekonomicznego Komputera Phillipsa, zbudowanego w 1949 r. przez Billa Phillipsa, ekonomistę z wykształceniem inżynierskim, który stworzył imponujący hydrauliczny model ekonomii państwa. O ile nam wiadomo, żadne Igory nie były w to zaangażowane. Jedną z wczesnych maszyn można oglądać w londyńskim Muzeum Nauki, a kilkanaście innych stoi na wystawach na całym świecie, gdzie może na nie trafić ktoś zainteresowany.

I w końcu, jak zawsze, autor wdzięczny jest Fundacji Brytyjskiego Dziedzictwa Dowcipów – za ich wysiłki i troskę o to, by stare dobre dowcipy nigdy nie umierały…

Rozdział pierwszy

Czekając w ciemności – Umowa zawarta – Człowiek wiszący

– Golem w niebieskiej sukience – Zbrodnia i kara

– Szansa robienia prawdziwych pieniędzy – Prawie złoty łańcuch

– Żadnego okrucieństwa wobec lisów – Pan Bent pilnuje czasu

Leżały w ciemności, strzegąc. Nie było sposobu mierzenia upływającego czasu ani też żadnej skłonności, by go mierzyć. Istniał taki moment, kiedy ich tu nie było, i zaistnieje moment… prawdopodobnie… kiedy znowu ich tutaj nie będzie. Będą gdzie indziej. Czas między tymi momentami nie był istotny.

Ale niektóre popękały, a niektóre, te młodsze, zamilkły.

Ciężar narastał.

Coś trzeba było zrobić.

Jeden z nich wzniósł swój umysł w pieśni.

* * *

To były ciężkie targi, ale dla kogo ciężkie? To istotne pytanie. Pan Blister, prawnik, nie potrafił udzielić na nie odpowiedzi, choć chciałby ją poznać. Kiedy jacyś goście interesują się przejęciem nieatrakcyjnego kawałka ziemi, może się opłacać opłacenie innych gości w celu przejęcia sąsiadujących działek, na wypadek gdyby goście od pierwszego przejęcia coś usłyszeli, być może od gości na jakimś przyjęciu.

Ale tutaj trudno było zrozumieć, czego można by się dowiedzieć.

Rzucił kobiecie po drugiej stronie biurka ostrożny uśmiech.

– Rozumie pani, panno Dearheart, że na tym terenie obowiązuje krasnoludzie prawo górnicze? To znaczy, że wszelkie metale i rudy metali są własnością dolnego króla krasnoludów. Będzie pani musiała zapłacić mu znaczną dywidendę, jeśli zechce pani stamtąd coś wydobyć. Choć muszę zaznaczyć, że raczej nic pani nie wydobędzie. Mówi się, że to piasek i muł, aż do samego dołu, a jak rozumiem, ten dół jest bardzo daleko w dole.

Czekał na jakąkolwiek reakcję, ale kobieta tylko na niego patrzyła. Błękitny dym jej papierosa unosił się spiralą pod sufit.

– Jest też kwestia antyków – mówił prawnik, obserwując tyle z wyrazu jej twarzy, ile było widać przez dym. – Dolny król zadekretował, że cała biżuteria, zbroje, dawne obiekty klasyfikowane jako Mechanizmy, broń, naczynia, zwoje i kości, wydobyte przez panią z omawianego gruntu, podlegają opodatkowaniu lub konfiskacie.

Panna Dearheart znieruchomiała, jakby porównując litanię Blistera z jakąś wewnętrzną listą. Po chwili zdusiła papierosa.

– Czy jest jakiś powód, by przypuszczać, że którykolwiek z tych obiektów się tam znajduje?

– Absolutnie żadnego – zapewnił prawnik z krzywym uśmieszkiem. – Wszyscy wiedzą, że mówimy tu o jałowym pustkowiu, ale król chce się zabezpieczyć przed tym, że to, co „wszyscy wiedzą”, okaże się nieprawdą. Jak często się zdarza.

– Żąda dużo pieniędzy za bardzo krótką dzierżawę.

– Pieniędzy, które skłonna jest pani zapłacić. Co wywołuje u krasnoludów pewną nerwowość, jak się pani domyśla. Rzadko się zdarza, by krasnolud rozstał się ze swoją ziemią, choćby na kilka lat. Zgaduję, że potrzebuje pieniędzy z powodu całej tej akcji z doliną Koom.

– Płacę żądaną sumę!

– W samej rzeczy, w samej rzeczy… Ale ja…

– Czy on dotrzyma umowy?

– Co do litery. Tu przynajmniej nie ma żadnych wątpliwości. W takich sprawach krasnoludy są bardzo dokładne. Pani musi tylko podpisać, i niestety zapłacić.

Panna Dearheart sięgnęła do torebki i położyła na stole sztywny arkusz papieru.

– To jest list bankierski na pięć tysięcy dolarów, które wypłaci Królewski Bank Ankh-Morpork.

Prawnik się uśmiechnął.

– Nazwa budząca zaufanie. W każdym razie tradycyjnie. Proszę podpisać w miejscach, które zaznaczyłem krzyżykami, dobrze?

Przyglądał się, jak składa podpisy, a ona miała wrażenie, że wstrzymuje oddech.

– Gotowe. – Przesunęła kontrakt po blacie.

– Skoro atrament już wysycha na umowie dzierżawy, może zechce pani teraz zaspokoić moją ciekawość, madame?

Panna Dearheart rozejrzała się po pokoju, jakby ciężkie regały skrywały mnóstwo ciekawych uszu.

– Potrafi pan dochować tajemnicy, panie Blister?

– Ależ naturalnie, madame. Naturalnie.

Spojrzała na niego konspiracyjnie.

– Mimo wszystko należy to mówić cicho – szepnęła.

Przytaknął gorliwie, pochylił się i po raz pierwszy od lat poczuł na uchu oddech kobiety.

– Ja też potrafię.

To było prawie trzy tygodnie temu.

* * *

Pewne rzeczy, które można odkryć nocą na rynnie, bywają zaskakujące. Na przykład ludzie zwracają uwagę na ciche dźwięki – szczęk zasuwki w oknie, zgrzyt wytrycha – o wiele bardziej niż na dźwięki głośne, takie jak cegła spadająca na bruk czy nawet (bo w końcu to przecież Ankh-Morpork) krzyk.

Istniały zatem głośne dźwięki, które były dźwiękami publicznymi, co z kolei oznaczało, że są problemem wszystkich – czyli „nie moim”. Ale ciche dźwięki rozlegały się blisko i sugerowały na przykład skradanie – były zatem pilne i osobiste.

Starał się więc nie wydawać takich cichych dźwięków.

W dole dziedziniec dyliżansów Głównego Urzędu Pocztowego brzęczał jak przewrócony ul. Obrotnica działała już całkiem sprawnie. Przybywały nocne dyliżanse, a nowy Überwaldzki Lotnik lśnił w blasku lamp. Wszystko szło, jak należy, i właśnie dlatego dla nocnego wspinacza szło nie tak, jak należy.

Wspinacz wbił klucz ścienny w miękką zaprawę, przeniósł ciężar ciała, przesunął sto…

Przeklęty gołąb! Zatrzepotał w panice, a wtedy druga stopa ześliznęła się, palce straciły chwyt na rynnie… Kiedy świat przestał wirować, odsunięcie spotkania z dalekim brukiem wspinacz zawdzięczał jedynie ściskanemu kluczowi ściennemu, który, tak naprawdę, był zwykłym płaskim gwoździem z poprzecznym uchwytem.

Ściany nie da się oszukać, myślał wspinacz. Jeśli się zakołyszę, może zdołam sięgnąć dłonią i stopą do rynny. Albo klucz wysunie się z muru.

No… dobra…

Miał więcej kluczy i mały młotek. Czy uda się wbić jeden tak, by nie wypuszczać drugiego?

Nad nim gołąb dołączył do swoich kolegów na wyższym parapecie.

Wspinacz wcisnął klucz w zaprawę, wyjął młotek z kieszeni, a kiedy Lotnik ruszył, turkocząc i skrzypiąc, jednym potężnym ciosem uderzył. I zaraz upuścił młotek w nadziei, że ogólny gwar zamaskuje odgłos upadku. Sięgnął do nowego uchwytu, jeszcze zanim młotek dotarł do ziemi.

No… dobra. A teraz… utknąłem?

Od rynny dzieliły go niecałe trzy stopy. Świetnie. Powinno się udać. Przenieść obie dłonie na nowy uchwyt, rozhuśtać się ostrożnie, złapać rynnę lewą ręką… i powinienen się przeciągnąć nad przepaścią. Potem to zwykła…

 

Gołąb był nerwowy. Dla gołębi to podstawowy stan istnienia. I tę właśnie chwilę wybrał, by sobie ulżyć.

No… dobra. Poprawka: teraz obie dłonie ściskają bardzo śliski gwóźdź.

Niech to…

Wtedy, ponieważ nerwowość przebiega między gołębiami szybciej niż golas przez klasztor, zaczął spadać lepki deszcz.

Są takie chwile, kiedy w głowie pojawia się myśl: „Gorzej już być nie może”… I wtedy z dołu dobiegło wołanie:

– Kto tam jest?!

Dzięki ci, młotku. Ale prawdopodobnie mnie nie widzą, myślał. Ludzie patrzą z dobrze oświetlonego dziedzińca, ich nocne widzenie jest w strzępach. Tylko co z tego? Wiedzą, że tu jestem.

No… dobra.

– W porząsiu, szefuniu, zaliczyłem wpadkę! – krzyknął.

– Złodziej, co? – nadpłynęło pytanie z dołu.

– Niczego nie tknąłem, szefuniu. Ale przydałaby mi się pomoc, szefuniu.

– Jesteś z Gildii Złodziei? Gadasz jak oni…

– Nie ja, szefuniu. Zawsze mówię do ludzi: szefuniu, szefuniu.

Niełatwo byłoby spojrzeć w dół, ale dochodzące odgłosy sugerowały, że podchodzą stajenni i woźnice. To raczej nie pomoże. Woźnice większość złodziei spotykali na pustych traktach, gdzie zbóje rzadko tracili czas na dobre dla mięczaków propozycje w stylu „Pieniądze albo życie”. Kiedy więc któregoś złapali, radośnie łączyli zemstę ze sprawiedliwością za pomocą poręcznego kawałka ołowianej rury.

W dole zabrzmiały jakieś pomruki i najwyraźniej osiągnięto porozumienie.

– Zrobimy tak, panie Okradaczu Poczty! – zahuczał przyjaz­ny głos. – Zaraz wejdziemy do budynku, jasne, i opuścimy ci linę. Lepiej się chyba nie da, co?

– Pewno, szefuniu.

Był to nieodpowiedni przyjazny ton. Był tak przyjazny, jak słowo „koleś” w zdaniu „Na mnie patrzysz, koleś?”. Gildia Złodziei płaciła dwadzieścia dolarów nagrody za żywego nieakredytowanego złodzieja. A istniało… och, jak wiele sposobów pozostawania żywym, kiedy zawloką tam człowieka i wyleją go na podłogę.

Uniósł głowę. Okno mieszkania naczelnego poczmistrza znajdowało się wprost nad nim.

No… dobra…

Ręce i ramiona mu zdrętwiały i bolały równocześnie. Słyszał turkot wielkiej windy towarowej wewnątrz budynku, stuk prowadzącej na dach klapy, kroki na dachu. Poczuł linę opadającą mu na ramię.

– Łap ją albo spadaj – usłyszał z góry, kiedy początkowo nie udało mu się jej pochwycić. – W ostatecznym rachunku na jedno wyjdzie.

Śmiechy w ciemności…

Mężczyźni mocno pociągnęli linę. Sylwetka wspinacza zawisła w powietrzu, odbiła się od muru i spadła z powrotem. Tuż poniżej parapetu brzęknęło tłuczone szkło i lina wysunęła się pusta. Członkowie ekipy ratunkowej spojrzeli po sobie.

– Wy dwaj do drzwi frontowych i tylnych. Ale już! – polecił woźnica, który szybciej się orientował. – Wyprzedźcie go! Zjedźcie windą! Reszta – wykurzymy go stąd! Przeszukamy piętro po piętrze!

Tupiąc, zbiegli po schodach i ruszyli korytarzem. Mężczyzna w szlafroku wysunął głowę zza drzwi któregoś z pomieszczeń, popatrzył na nich zdumiony i warknął:

– Coście za jedni, do licha? Dalej, gońcie go!

– Ach tak? A pan coś za jeden? – zainteresował się stajenny, który przystanął i spojrzał na intruza podejrzliwie.

– To pan Moist von Lipwick! – zawołał z tyłu woźnica. – Naczelny poczmistrz!

– Ktoś wpadł przez okno i wylądował między… to znaczy prawie na mnie wylądował! – krzyknął mężczyzna w szlafroku. – Uciekł tym korytarzem! Dziesięć dolarów dla każdego, jeśli go złapiecie! A w ogóle to nazywam się Lipwig.

To by ich pchnęło do biegu, ale stajenny znów się odezwał podejrzliwie:

– Powiedz pan „szefuniu”, co?

– O co ci chodzi? – zdziwił się woźnica.

– Bo ma głos całkiem podobny do tamtego – odparł stajenny. – I jest zasapany!

– Zgłupiałeś? – zirytował się woźnica. – To przecież naczelny poczmistrz! On ma tu piekielny klucz! Ma wszystkie klucze! Dlaczego, do demona, miałby się włamywać do własnej poczty?

– Uważam, że trzeba sprawdzić jego pokój.

– Naprawdę? No a ja uważam, że co robi pan Lipwig, żeby się trochę zasapać w swoim własnym pokoju, to jego sprawa. – Woźnica mrugnął do Moista znacząco. – I wychodzi mi jeszcze, że dziesięć dolców na głowę właśnie nam ucieka, bo jesteś dupkiem. Bardzo przepraszam, sir – zwrócił się do Moista. – Jest nowy i brakuje mu manier. Zostawimy pana teraz – dodał, dotykając czoła w sposób jego zdaniem wyrażający szacunek. – I jeszcze raz przepraszamy za wszelkie niedogodności, jakie mogliśmy sprawić. A teraz biegiem, nicponie!

Kiedy zniknęli mu z oczu, Moist wrócił do pokoju i starannie zaryglował za sobą drzwi.

No cóż, pewne talenty jednak zachował. Lekka sugestia, że ma w pokoju kobietę, stanowczo przesądziła sprawę. A poza tym przecież naprawdę był naczelnym poczmistrzem i naprawdę miał wszystkie klucze.

Do świtu została najwyżej godzina. I tak już na pewno nie zaśnie. Równie dobrze może oficjalnie wstać i utrwalić swoją reputację człowieka pracowitego.

Mogli zwyczajnie zestrzelić go z tej ściany, myślał, wybierając koszulę. Mogli zostawić go, żeby sobie wisiał, i obstawiać, kiedy spadnie; to byłoby podejście ankhmorporskie. Miał zwyczajne szczęście, że postanowili przyłożyć mu sprawiedliwie raz czy dwa, zanim go wrzucą do skrzynki listowej Gildii Złodziei. A szczęście przychodzi do tych, którzy robią dla niego miejsce…

Rozległo się potężne, a jednocześnie wciąż uprzejme pukanie do drzwi.

– Jest Pan Przyzwoity, Panie Lipwig? – zahuczał głos.

Niestety tak, pomyślał Moist, a głośno odpowiedział:

– Wejdź, Gladys!

Gladys wkroczyła. Deski podłogi zatrzeszczały i zadygotały meble po drugiej stronie pokoju.

Gladys była golemem, osobnikiem z gliny (a ściślej mówiąc, by uniknąć zbędnej dyskusji, osobniczką) o wzroście niemal siedmiu stóp. Nosiła – bo z imieniem „Gladys” trudno było uznać golema za przedmiot, a „nosił” też nie pasuje – bardzo obszerną niebieską sukienkę.

Moist pokręcił głową. Cała ta głupia sprawa wynikła właściwie z kwestii etykiety. Panna Maccalariat, która żelazną ręką i spiżowymi płucami sprawowała władzę w urzędzie pocztowym, zaprotestowała przeciwko męskiemu golemowi sprzątającemu w damskich wygódkach. W jaki sposób panna Maccalariat doszła do wniosku, że golemy są rodzaju męskiego z natury, a nie gramatycznego przyzwyczajenia, było fascynującą zagadką, ale dyskusja z kimś takim, jak panna Maccalariat, nie prowadziła do niczego.

To wszystko, z dodatkiem jednej bardzo obszernej kretonowej sukienki, zmieniło golema w kobietę w stopniu zadowalającym dla panny Maccalariat. Co ciekawe, Gladys rzeczywiście była teraz kobietą. Nie tylko z powodu sukienki. Chętnie przebywała w towarzystwie dziewcząt pracujących w okienkach, a one przyjęły ją do swego kręgu, mimo że ważyła pół tony. Pożyczały jej nawet swoje magazyny mody, choć trudno sobie wyobrazić, co dla kogoś, kto ma tysiąc lat i oczy płonące jak otwory paleniska, mogą znaczyć wskazówki dotyczące pielęgnacji skóry zimą.

A teraz chciała wiedzieć, czy on wygląda przyzwoicie. A po czym by to poznała?

Przyniosła mu herbatę i miejskie wydanie „Pulsu”, jeszcze wilgotne spod prasy. Jedno i drugie ostrożnie położyła na biurku.

I… na bogów, wydrukowali jego obrazek. Jego portret! Oto on, Vetinari i grupa dygnitarzy, kiedy wczoraj wieczorem podziwiali nowy żyrandol. Zdążył się poruszyć, więc ikonogram wyszedł trochę rozmazany, ale to jednak nadal była twarz, która co rano przy goleniu patrzyła na niego z lustra. Na całej trasie do Genoi żyli ludzie nabrani, naciągnięci, wykiwani i oszukani przez tę twarz. Jedyne, czego nie dokonał, to nie zrobił nikogo w balona, a to tylko dlatego, że nie wymyślił, jak go tam zmieścić.

Owszem, miał taką uniwersalną twarz, przypominającą ludziom wiele innych twarzy, ale strasznie było patrzeć na nią unieruchomioną w druku. Niektórzy wierzą, że ikonograf może odebrać im duszę, jednak Moist obawiał się raczej o swoją wolność.

Moist von Lipwig, filar społeczeństwa. Ha…

Przyjrzał się dokładniej. Kto stoi za jego plecami? Szeroka twarz z zarostem trochę podobnym do Vetinariego, jednak to, co u Patrycjusza było kozią bródką, u tego człowieka sugerowało raczej efekt chaotycznego golenia. Pewnie ktoś z banku… Było tam tak wiele twarzy, tak wiele dłoni do uściśnięcia, a każdy chciał się zmieścić na obrazku. Ten człowiek wyglądał jak zahipnotyzowany, ale ludzie często tak się zachowują, kiedy widzą wymierzony w siebie ikonograf. Po prostu jeszcze jeden gość na jeszcze jednej uroczystości.

A wstawili ten obrazek na pierwszą stronę, bo ktoś uznał, że główny tekst – o upadku kolejnego banku i o tym, jak tłum rozwścieczonych klientów próbował powiesić dyrektora – nie zasługuje na ilustrację. Gdyby redaktor miał tyle przyzwoitości, żeby zamieścić obrazki z tego wydarzenia, uprzyjemniłby czytelnikom dzień. Ale nie, musiał puścić ikonogram Moista von cholernego Lipwiga!

A bogowie, kiedy mieli już człowieka przy linach, nie mogli się powstrzymać przed jeszcze jednym gromem. Trochę niżej na pierwszej stronie rzucał się w oczy tytuł FAŁSZERZ ZNACZKÓW ZAWIŚNIE. Czyli powieszą Owlswicka Jenkinsa. I za co? Za morderstwo? Za bycie znanym bankierem? Nie – za to, że wypuścił paręset arkuszy znaczków. Doskonale zrobionych, nie ma co – straż nigdy by nic nie wykryła, gdyby nie wdarli się na jego strych i nie znaleźli suszących się sześciu arkuszy czerwonych półpensowych.

Moist złożył zeznanie w sądzie. Nie miał wyjścia – to był jego obywatelski obowiązek. Fałszowanie znaczków uznawano za tak samo groźne jak fałszowanie monet, więc nie mógł się wywinąć, był w końcu naczelnym poczmistrzem, szanowanym obywatelem miasta. Czułby się odrobinę lepiej, gdyby oskarżony patrzył na niego z nienawiścią albo przeklinał, ale on tylko stał za barierką – drobna figurka z rzadką brodą, z oszołomionym, zagubionym wyrazem twarzy…

Podrabiał półpensowe znaczki, naprawdę. Serce pękało na samą myśl. Pewnie, robił też wyższe nominały, ale co za człowiek zadaje sobie tyle kłopotów dla półpensówki? Owlswick Jenkins sobie zadawał, a teraz siedział w jednej z cel dla skazańców w Tantach i miał jeszcze kilka dni, by zastanowić się nad naturą okrutnego losu, nim wyprowadzą go i każą tańczyć w powietrzu.

Byłem tam, myślał Moist. Wyprowadzili mnie, wszystko zakryła czerń… a potem dostałem nowe życie. Ale nigdy nie sądziłem, że bycie uczciwym obywatelem może się okazać tak paskudne.

– Eee… Dziękuję, Gladys – rzucił w stronę uprzejmie wyrastającej nad nim postaci.

– Ma Pan Teraz Spotkanie Z Lordem Vetinarim – oznajmił golem.

– Na pewno nie mam.

– Na Zewnątrz Czeka Dwóch Strażników, Którzy Są Pewni, Że Tak, Panie Lipwig – zahuczała Gladys.

Ach, jedno z tych spotkań… – pomyślał Moist.

– A termin tego spotkania to właśnie teraz, tak?

– Tak, Panie Lipwig.

Moist chwycił spodnie, ale jakiś relikt przyzwoitego wychowania kazał mu się zawahać. Spojrzał na górę niebieskiej bawełny przed sobą.

– Pozwolisz?

Gladys się odwróciła.

To przecież pół tony gliny, myślał ponuro Moist, wciągając ubranie. Ale szaleństwo jest zaraźliwe.

Skończył się ubierać i zbiegł tylnymi schodami na dziedziniec powozowni, który jeszcze niedawno groził, że stanie się jego miejscem przedostatecznego spoczynku. Wyruszał właśnie Quirmski Wahadłowiec. Moist wskoczył na kozioł, skinął woźnicy głową i jechał w chwale po Opacznym Broad-Wayu, aż zeskoczył przy głównej bramie pałacu.

Byłoby miło, myślał, biegnąc schodami w górę do Podłużnego Gabinetu, gdyby jego lordowska mość przyjął ideę, że spotkanie to coś, na co umawia się więcej niż jedna osoba. No ale przecież był tyranem i musiał mieć jakieś rozrywki.

Drumknott, sekretarz Patrycjusza, czekał przy drzwiach i szybko usadził go na miejscu przed biurkiem jego lordowskiej mości.

Po dziewięciu sekundach pracowitego pisania lord Vetinari uniósł głowę znad dokumentów.

– Ach, pan Lipwig – rzekł. – Nie w swoim złotym kostiumie?

– Jest w czyszczeniu, wasza lordowska mość.

– Mam nadzieję, że miał pan dobry dzień. To znaczy do tej chwili…

Moist rozejrzał się, sortując w pamięci ostatnie drobne kłopoty urzędu pocztowego. Jeśli nie liczyć Drumknotta, który stał przy swoim pracodawcy w postawie pełnej szacunku czujności, byli sami.

– Mogę wszystko wytłumaczyć – zapewnił Moist.

Lord Vetinari uniósł brew z czujną miną człowieka, który – znalazłszy na talerzu kawałek gąsienicy – ostrożnie podnosi resztę sałaty.

 

– Bardzo proszę – rzekł i usiadł wygodniej.

– Trochę nas poniosło – tłumaczył Moist. – Myśleliśmy nieco zbyt kreatywnie. Ułatwiliśmy mangustom mnożenie się w skrzynkach na listy, żeby wyeliminować węże…

Vetinari milczał.

– Ehm… które, przyznaję, sami wprowadziliśmy do skrzynek na listy, żeby zredukować liczbę ropuch…

Vetinari się powtórzył.

– Ehm… które, to fakt, nasz personel wkładał do skrzynek na listy, żeby odstraszać ślimaki…

Vetinari pozostał bezgłośny.

– Ehm… te zaś, co muszę uczciwie zaznaczyć, dostały się do skrzynek z własnej inicjatywy, aby się pożywić klejem na znaczkach – dokończył Moist świadom, że zaczyna bełkotać.

– No cóż, przynajmniej zaoszczędziły wam pracy z umieszczaniem ich tam własnoręcznie – stwierdził z satysfakcją Patrycjusz. – Jak można wnioskować, mamy do czynienia z sytuacją, gdy chłodna logika powinna ustąpić zdrowemu rozsądkowi, powiedzmy, przeciętnego kurczaka. Ale nie to jest powodem, dla którego prosiłem pana dzisiaj o przybycie.

– Jeśli chodzi o ten klej do znaczków o smaku kapusty… – zaczął Moist.

Vetinari machnął ręką.

– Zabawny przypadek – rzucił. – O ile wiem, nikt przy tym nie zginął.

– Eee… drugi nakład pięćdziesięciopensowego?

– Ten, który nazywają „Kochankowie”? Liga Przyzwoitości złożyła skargę, istotnie, ale…

– Nasz grafik nie zdawał sobie sprawy, co szkicuje! Nie zna się na rolnictwie! Sądził, że para młodych ludzi rozsiewa nasiona!

– Ehem… – mruknął Vetinari. – Ale rozumiem, że rzeczona kwestia może być obserwowana z rozsądną dokładnością jedynie przez duże szkło powiększające, a zatem obraza moralności, jeśli nastąpi, jest zadawana sobie samodzielnie. – Rzucił Moistowi jeden z tych swoich lekko przerażających uśmieszków. – Jak rozumiem, te nieliczne egzemplarze, które pozostały w obiegu wśród kolekcjonerów znaczków, są naklejane na gładkie brązowe koperty. – Spojrzał na całkowicie niemal pozbawioną wyrazu twarz Moista i westchnął. – Niech pan powie, panie Lipwig, czy miałby pan ochotę robić prawdziwe pieniądze?

Moist zastanawiał się chwilę, po czym zapytał ostrożnie:

– A co się ze mną stanie, jeśli odpowiem: tak?

– Rozpocznie pan nową karierę, pełną wyzwań i przygód, panie Lipwig.

Moist zaczął się wiercić. Nie musiał się oglądać, by wiedzieć, że w tej chwili ktoś stanął już przy drzwiach. Ktoś o solidnej, choć nie groteskowej budowie, w tanim czarnym garniturze i absolutnie pozbawiony poczucia humoru.

– A tak dla podtrzymania dyskusji… Co się stanie, jeśli powiem: nie?

– Może pan wyjść tamtymi drzwiami i nie będziemy już wracać do tej sprawy.

To były drzwi w innej ścianie. Nie wchodził przez nie.

– Tamte drzwi? O tam? – Moist wstał i wskazał je palcem.

– W samej rzeczy, panie Lipwig.

Moist zwrócił się do Drumknotta.

– Czy mogę pożyczyć pański ołówek? Bardzo dziękuję.

Podszedł do drzwi i otworzył je. Potem teatralnym gestem przyłożył dłoń do ucha i upuścił ołówek.

– Sprawdzimy, jak głę…

Stuk! Ołówek odbił się i potoczył po całkiem solidnych z wyglądu deskach podłogi. Moist podniósł go i powoli wrócił na krzesło.

– Czy kiedyś nie było tam takiej głębokiej jamy z kolcami na dnie? – zapytał.

– Trudno sobie nawet wyobrazić, czemu miałby pan tak myśleć – odparł Vetinari.

– Jestem pewien, że była – upierał się Moist.

– Domyślasz się, Drumknott, skąd u pana Lipwiga pomysł, że za tymi drzwiami była głęboka jama z kolcami na dnie? – zapytał Vetinari.

– Trudno sobie nawet wyobrazić, czemu miałby tak myśleć, sir – wymamrotał sekretarz Patrycjusza.

– Bardzo jestem zadowolony z pracy w urzędzie pocztowym – zapewnił Moist i uświadomił sobie, że brzmi to, jakby się tłumaczył.

– Nie wątpię. Jest pan doskonałym naczelnym poczmistrzem. – Vetinari znów zwrócił się do Drumknotta. – Skoro już skończyliśmy, powinienem się zająć nocnymi przekazami z Genoi.

Po czym starannie złożył list i wsunął go do koperty.

– Tak jest, sir – zgodził się Drumknott.

Tyran Ankh-Morpork wrócił do pracy. Moist przyglądał się, jak Vetinari wyjmuje z szuflady niewielkie, ale ciężkie z wyglądu czarne pudełko. Wydobył z niego laskę czarnego laku, po czym wytopił niewielką kałużę, która spłynęła na kopertę. Robił to z zaabsorbowaną miną, która doprowadzała Moista do szału.

– Czy to wszystko? – zapytał.

Vetinari uniósł głowę i zdawało się, że zdziwił się na jego widok.

– Ależ tak, panie Lipwig. Może pan odejść. – Odłożył lak i wyjął ze szkatułki czarny sygnet.

– Ale nie ma żadnego problemu, prawda?

– Nie, absolutnie. Stał się pan wzorowym obywatelem, panie Lipwig. – Vetinari starannie odbił w stygnącym laku literę V. – Codziennie wstaje pan o ósmej, a o wpół do dziewiątej siada pan już za swoim biurkiem. Zmienił pan urząd pocztowy z katastrofy w sprawnie działającą maszynę. Płaci pan podatki, a mały ptaszek wyćwierkał mi, że pewnie w przyszłym roku zostanie pan przewodniczącym Gildii Kupców. Brawo, panie Lipwig!

Moist wstał i skierował się do wyjścia, ale się zawahał.

– A co złego jest w stanowisku przewodniczącego Gildii Kupców? – zapytał.

Powoli, z ostentacyjną cierpliwością, Vetinari wsunął swój pierścień do szkatułki, a ją do szuflady biurka.

– Nie zrozumiałem, panie Lipwig…

– No, właśnie mówił mi pan takie rzeczy, jakby coś było ze mną nie w porządku.

– Nie wydaje mi się, żebym tak mówił. – Vetinari obejrzał się na sekretarza. – Czyżbym użył wzgardliwej intonacji?

– Nie, sir. Często pan wspominał, że handlowcy i sklepikarze z Gildii Kupców są kręgosłupem miasta – odparł Drumknott, wręczając mu grubą teczkę.

– Dostanie pozłacany łańcuch, Drumknott – dodał Vetinari, w skupieniu czytając następny list.

– I co w tym takiego strasznego? – zapytał Moist.

Vetinari znów podniósł głowę z wyrazem szczerze udawanego zdziwienia.

– Czy dobrze się pan czuje, panie Lipwig? Wydaje mi się, że coś jest nie w porządku z pańskim słuchem. A teraz niech pan już bieg­nie. Główna poczta otwiera się za dziesięć minut i z pewnością chciałby pan, jak zawsze, dać dobry przykład swoim pracownikom.

Kiedy Moist wyszedł, sekretarz bez słowa położył przed Vetinarim następną teczkę. Była opisana „Albert Spangler/Moist von Lipwig”.

– Dziękuję ci, Drumknott, ale dlaczego?

– Wyrok śmierci na Alberta Spanglera nadal obowiązuje, panie – wymamrotał Drumknott.

– Ach, rozumiem – rzekł Vetinari. – Sądzisz, że przypomnę panu Lipwigowi, iż pod swym nomme de swindle Alberta Spanglera wciąż może być powieszony? Sądzisz, że mogę mu zasugerować, iż wystarczy mi tylko poinformować azety o swoim zdumieniu odkryciem, jak to nasz szanowny pan Lipwig jest mistrzem złodziejstwa, oszustw i wyłudzeń, który w ciągu wielu lat ukradł setki tysięcy dolarów, doprowadzając banki do upadku, a uczciwe przedsiębiorstwa do ruiny? Sądzisz, że zagrożę mu wysłaniem do urzędu pocztowego moich najlepiej wyszkolonych księgowych, którzy z całą pewnością znajdą dowody najbardziej zuchwałej defraudacji? Sądzisz, że odkryją, na przykład, iż w całości przepadł Pocztowy Fundusz Emerytalny? Sądzisz, że ogłoszę światu swą grozę z powodu tego, iż ten nędznik Lipwig wymknął się jakoś szubienicy z pomocą nieustalonych osób? Krótko mówiąc, sądzisz, że wyjaśnię mu, jak łatwo mógłbym strącić go tak nisko, że dawni przyjaciele musieliby klęknąć, aby na niego splunąć? Czy tego się właśnie spodziewałeś, Drumknott?

Sekretarz spojrzał w sufit. Bezgłośnie poruszał wargami przez jakieś dwadzieścia sekund, kiedy jego lordowska mość zajmował się papierami. Potem opuścił wzrok.

– Tak, sir – potwierdził. – To mniej więcej wyczerpuje sprawę moim zdaniem.

– Ale istnieje więcej niż jeden sposób, by przywiązać człowieka do koła, Drumknott.

– Na brzuchu i na wznak, panie?

– Dziękuję ci, Drumknott. Jak wiesz, wysoko cenię twój wyrobiony brak wyobraźni.

– Tak, sir. Dziękuję.

– W rzeczywistości, Drumknott, pozwalasz mu samemu zbudować dla siebie koło i osobiście dokręcić śruby.

– Nie jestem pewien, czy dobrze zrozumiałem, sir.

Vetinari odłożył pióro.

– Musisz uwzględnić psychologię danego osobnika, Drumknott. Każdego człowieka można sobie wyobrazić jako swego rodzaju zamek, do którego istnieje klucz. W nadchodzącej potyczce wiążę z panem Lipwigiem wielkie nadzieje. Nawet teraz wciąż zachował instynkty przestępcy.

– Skąd to wiesz, panie?

– Och, jest całe mnóstwo drobnych wskazówek, Drumknott. Ale chyba najbardziej przekonujące jest to, że właśnie wyszedł z twoim ołówkiem.

* * *

Były spotkania. Zawsze były spotkania. I były nudne, co jest jednym z powodów, dla których były spotkaniami – nuda lubi towarzystwo.

Urząd już nie zdobywał świata. On już tam dotarł, już go opanował, a teraz zdobyte miejsca wymagały personelu, planu zmian, pensji, emerytur, konserwacji budynku, sprzątaczy przychodzących w nocy, harmonogramu odbioru poczty, dyscypliny, inwestycji i tak dalej, i dalej…