Łups!Tekst

Z serii: Świat dysku #34
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

TEGO SAMEGO AUTORA POLECAMY:

KOLOR MAGII

BLASK FANTASTYCZNY

RÓWNOUMAGICZNIENIE

MORT

CZARODZICIELSTWO

ERYK

TRZY WIEDŹMY

PIRAMIDY

STRAŻ! STRAŻ!

RUCHOME OBRAZKI

NAUKA ŚWIATA DYSKU I, II, III

KOSIARZ

WYPRAWA CZAROWNIC

POMNIEJSZE BÓSTWA

PANOWIE I DAMY

ZBROJNI

MUZYKA DUSZY

CIEKAWE CZASY

MASKARADA

OSTATNI BOHATER

ZADZIWIAJĄCY MAURYCY

I JEGO EDUKOWANE GRYZONIE

NA GLINIANYCH NOGACH

WIEDŹMIKOŁAJ

WOLNI CIUTLUDZIE

BOGOWIE, HONOR,

ANKH-MORPORK

OSTATNI KONTYNENT

CARPE JUGULUM

PIĄTY ELEFANT

PRAWDA

ZŁODZIEJ CZASU

ZIMISTRZ

STRAŻ NOCNA

POTWORNY REGIMENT

PIEKŁO POCZTOWE

ŁUPS!

ŚWIAT FINANSJERY

HUMOR I MĄDROŚĆ

ŚWIATA DYSKU

NIEWIDOCZNI AKADEMICY

W PÓŁNOC SIĘ ODZIEJĘ

NIUCH

ŻÓŁW PRZYPOMNIANY

PARA W RUCH

FOLKLOR ŚWIATA DYSKU

PASTERSKA KORONA

PRZEWODNIK PANI BROADSHAW


Tytuł oryginału

THUD!

Copyright © Terry and Lyn Pratchett 2005

This edition published by arrangement with Transworld Publishers,

a division of The Random House Group Ltd.

All rights reserved

Projekt graficzny serii

Zombie Sputnik Corporation

Ilustracja na okładce

Illustration by Paul Kidby

www.paulkidby.net

Redakcja

Łucja Grudzińska

Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8234-595-7

Warszawa 2020

Wydawca:

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Pierwsza rzecz, którą zrobił Tak, to spisał siebie.

Druga rzecz, którą zrobił Tak, to spisał Prawa.

Trzecia rzecz, którą zrobił Tak, to spisał Świat.

Czwarta rzecz, którą zrobił Tak, to spisał jaskinię.

Piąta rzecz, którą zrobił Tak, to spisał geodę, jajo z kamienia.


I oto w półmroku ujścia jaskini geoda pękła i narodzili się Bracia.

Pierwszy Brat poszedł w stronę światła i stanął pod otwartym niebem.

I od tego wyrósł za wysoko. Był to pierwszy Człowiek.

Nie znalazł żadnych praw i stał się oświecony.

Drugi Brat poszedł w stronę ciemności i stanął pod kamiennym sklepieniem. I od tego zyskał prawidłowy wzrost. Był to pierwszy Krasnolud.

Znalazł Prawa spisane przez Taka i stał się ociemniony.

Ale część żyjącego ducha Taka pozostała uwięziona w kamiennym jaju i stała się pierwszym trollem, który wędruje po świecie nieproszony i niechciany, bez duszy ani celu, pojęcia ani zrozumienia. Bojąc się światła i ciemności, przez wieczność włóczy się w półmroku, nie wiedząc niczego, nie ucząc się niczego,

nie tworząc niczego, będąc niczym…

fragment Gd Tak ‘Gar (Rzeczy, które spisał Tak),

przekł. prof. W.W.W. Wildblood, Wydawnictwa Niewidocznego Uniwersytetu,

cena 8 AM$ (w oryginale ostatni paragraf cytowanego tekstu

wydaje się dopisany o wiele później)

Jemu co góry kruszy jemu nie

Jemu co słońce jego zatrzyma jemu nie

Jemu co młot jego rozbija jemu nie

Jemu co ogień jego przerazi jemu nie

Jemu co głowę jego podnosi nad jego serce

Jemu diament

On diament

tłumaczenie trollowych piktogramów

wyrytych na bazaltowym bloku,

znalezionym na najniższym pokładzie

ankhmorporskich kopalni melasy,

w złożach melasy szacowanych na 500 000 lat

*1*

Łups!…

Taki dźwięk wydała ciężka maczuga, kiedy zderzyła się z głową. Ciało zadygotało i osunęło się na wznak.

I rzecz się stała, niewidziana i niesłyszana – doskonałe zakończenie, doskonałe rozwiązanie, doskonała opowieść.

Ale, jak mawiają krasnoludy, gdzie są kłopoty, zawsze znajdzie się trolla.

Troll widział.


Dzień zaczął się idealnie. Sam dobrze wiedział, że wkrótce przestanie być idealny, ale przez te kilka minut można było udawać, że nie.

Sam Vimes się golił. Był to jego codzienny akt buntu, potwierdzenie, że jest… no, zwykłym Samem Vimesem.

Owszem, golił się w swojej rezydencji, a kamerdyner czytał mu artykuły z „Pulsu”, ale to tylko… no, okoliczności. Nadal spoglądał na niego z lustra Sam Vimes. Zły będzie to dzień, kiedy zobaczy tam diuka Ankh. Diuk to tylko zakres obowiązków roboczych, nic więcej.

– Prawie wszystkie wiadomości dotyczą obecnej sytuacji… krasnoludziej, sir – rzekł Willikins.

Vimes zmagał się z tym trudnym regionem pod nosem. Nadal używał morderczej brzytwy swojego dziadka – to była jeszcze jedna kotwica mocująca go do rzeczywistości. Poza tym stal była wtedy o wiele lepsza od dzisiejszej. Sybil, przejawiająca dziwaczny entuzjazm dla nowoczesnych zabawek, sugerowała, że powinien używać jednej z tych nowych golarek, w których siedział taki mały czarodziejski chochlik z własnymi nożyczkami i bardzo szybko ścinał, co należy. Ale Vimes twardo odmawiał. Jeśli już ktoś ma wymachiwać ostrzem przy jego twarzy, to tylko on sam.

– Dolina Koom, dolina Koom… – mruczał do swojego odbicia. – Coś nowego?

– Właściwie nie – stwierdził Willikins i wrócił do pierwszej strony. – Jest artykuł o przemówieniu, jakie wygłosił grag Combergniot. Piszą, że potem nastąpiły zamieszki. Kilka krasnoludów i trolli odniosło rany. Przywódcy obu społeczności zaapelowali o spokój.

Vimes starł pianę z ostrza.

– Ha! Pewnie, że zaapelowali. Powiedz, Willikins, często się biłeś w młodości? Należałeś do jakiegoś gangu albo co?

– Miałem zaszczyt należeć do Niegrzecznych Chłopców z Fałszonogiej, sir – odparł kamerdyner.

– Poważnie? – Na Vimesie zrobiło to wrażenie. – Pamiętam, że to byli prawdziwi twardziele.

– Dziękuję, sir – rzekł spokojnie Willikins. – Muszę się pochwalić, że zwykle oddawałem trochę więcej, niż dostałem, kiedy musieliśmy rozstrzygać ciągle drażliwe kwestie terytorialne z młodymi ludźmi z Powroźniczej. O ile sobie przypominam, ich ulubioną bronią były sztauerskie haki.

– A waszą? – spytał zaciekawiony Vimes.

– Wyostrzone pensy wszyte w rondo kapelusza, sir. W nerwowych czasach zawsze przydatne narzędzie.

– Na bogów, człowieku! Czymś takim można kogoś pozbawić oka!

– Przy odpowiedniej staranności, sir, tak, istotnie. – Willikins bardzo skrupulatnie złożył ręcznik.

A teraz stoisz tutaj w tych swoich prążkowanych spodniach i kamerdynerskim surducie, błyszczący jak smalec i tłuściutki jak masło, myślał Vimes, docinając miejsca pod uszami. A ja jestem diukiem. Jak ten świat się zmienia…

– I czy kiedykolwiek słyszałeś, żeby ktoś powiedział: „Zróbmy jakieś zamieszki”?

– Nigdy, sir. – Willikins znów sięgnął po „Puls”.

– Ja też nie. To się zdarza tylko w azetach. – Vimes zerknął na bandaż na ręku. No cóż, mimo wszystko potrafią zamieszać… – Piszą tam, że szarżowałem osobiście?

– Nie, sir. Ale piszą, że przeciwne strony zostały rozdzielone dzięki mężnej postawie straży.

– Naprawdę użyli słowa „mężna”?

– Tak, sir, naprawdę.

– No to nieźle – przyznał niechętnie Vimes. – A czy napisali, że dwóch naszych funkcjonariuszy trafiło do Darmowego Szpitala, jeden w dość ciężkim stanie?

– Trudno to wytłumaczyć, sir, ale nie.

– Hm… Typowe. No trudno. Czytaj dalej.

Willikins chrząknął po kamerdynersku.

– Gdyby zechciał pan opuścić brzytwę, sir… Lady Sybil miała do mnie pretensje o to zeszłotygodniowe draśnięcie.

Vimes popatrzył, jak jego odbicie wzdycha, i opuścił brzytwę.

– No dobra, Willikins. Nie oszczędzaj mnie.

Azeta za jego plecami zaszeleściła profesjonalnie.

– Nagłówek na stronie trzeciej brzmi: „Wampirzy funkcjonariusz w straży?” – oznajmił kamerdyner i na wszelki wypadek cofnął się o krok.

– Niech to demony! Kto im powiedział?

– Nie mam pojęcia, sir. Piszą tu, że jest pan przeciwny wampirom w straży, ale dzisiaj będzie pan rozmawiał z rekrutem. I jeszcze, że sprawa jest źródłem żywych kontrowersji.

– Zajrzyj na stronę ósmą, dobrze? – poprosił Vimes.

Azeta zaszeleściła znowu.

– I co? – spytał. – Tam zwykle dają głupią karykaturę polityczną, zgadza się?

– Odłożył pan brzytwę, prawda? – upewnił się Willikins.

– Tak.

– Może byłoby lepiej, sir, gdyby zechciał się pan odsunąć od umywalki.

– Mnie narysowali, tak? – mruknął ponuro Vimes.

– Istotnie, sir. Rysunek przedstawia małego i zdenerwowanego wampira oraz pańską postać, jeśli wolno mi tak powiedzieć, większą niż w rzeczywistości, jak pochyla się nad biurkiem z ogromnym kołkiem w ręku. A podpis brzmi: „Liczysz na krwawe zbrodnie, co?”, sir, co jest humorystycznym nawiązaniem do znanych wampirzych apetytów…

– Tak, chyba udało mi się jakoś to zauważyć – rzekł ze znużeniem Vimes. – Jest jakaś szansa, że zdążysz tam pobiec i kupić oryginał, zanim zrobi to Sybil? Za każdym razem, kiedy wydrukują moją karykaturę, ściąga ją i wiesza w bibliotece.

 

– Pan, ehm, Fizz rzeczywiście potrafi uchwycić podobieństwo, sir – przyznał kamerdyner. – I z przykrością muszę poinformować, że lady Sybil już poleciła mi udać się do redakcji „Pulsu” w jej imieniu.

Vimes jęknął.

– Co więcej, sir – ciągnął Willikins – lady Sybil zasugerowała, by przypomnieć, że ona i Młody Sam spotkają się z panem w studiu sir Joshuy punktualnie o jedenastej, sir. Jak rozumiem, obraz znalazł się na ważnym etapie.

– Ale ja…

– Była bardzo stanowcza, sir. Powiedziała, że jeśli komendant straży nie może sobie wziąć wolnego, to kto może?


Tego dnia w roku 1802 malarz Methodia Rascal zbudził się ze snu, ponieważ z szuflady jego nocnej szafki rozlegał się gwar bitewny.

Znowu.


Jedna słaba lampka oświetlała piwnicę, czyli, inaczej mówiąc, nadawała ciemności inną fakturę i rozdzielała cienie od mroczniejszych cieni. Postacie były ledwie widoczne. Normalne oczy nie były w stanie poznać, która z nich się odzywa.

– To nie może się wydać, zrozumiano?

– Przecież on nie żyje!

– To sprawa krasnoludów! Wiadomość nie powinna dotrzeć do Straży Miejskiej. Nie ma tu dla nich miejsca! Czy ktoś z nas chce ich tutaj, na dole?

– Wśród funkcjonariuszy mają krasnoludów…

– Ha… D’rkza. Za długo tkwią na słońcu. Teraz są już tylko niskimi ludźmi. Czy myślą po krasnoludzku? A Vimes będzie kopał i kopał, i wymachiwał tymi głupimi szmatami i śmieciami, które nazywają tu prawem. Dlaczego mamy dopuścić do takiego skandalu? Poza tym to przecież żadna zagadka. Tylko troll mógł tego dokonać, zgadzamy się chyba? Pytałem, czy się zgadzamy.

– To właśnie się stało – powiedziała jedna z postaci. Głos miała cienki, drżący i, prawdę mówiąc, niepewny.

– Rzeczywiście, to był troll – rozległ się inny głos, niemal identyczny z poprzednim, ale mówiący trochę bardziej pewnie.

Zapadła cisza, słychać było jedynie zawsze obecny odgłos pomp.

– To mógł być tylko troll – stwierdził głos, który wcześniej namawiał do zachowania tajemnicy. – Bo czyż nie jest powiedziane, że za każdą zbrodnią znajdzie się trolla?


Kiedy Sam Vimes dotarł do Pseudopolis Yard, przed komendą straży zebrał się niewielki tłumek. Do tej chwili trwał miły, słoneczny dzień. Teraz nadal był słoneczny, lecz już całkiem niemiły.

Ludzie trzymali plakaty. „Pijawki wynocha!”, przeczytał Vimes; „Żadnych kłów!”. Twarze zwracały się ku niemu z ponurym, na wpół zalęknionym wyzwaniem.

Zaklął pod nosem, ale nieprzesadnie cicho.

Otto Chriek, ikonografik z „Pulsu”, stał w pobliżu, trzymał parasol i wyglądał na przygnębionego. Pochwycił wzrok Vimesa i podszedł smętnie.

– Po co ci to, Otto? – spytał Vimes. – Przyszedłeś zrobić obrazek jakichś porządnych rozruchów?

– To vieści, komendancie – odparł Otto, wpatrując się w swoje bardzo błyszczące buty.

– Kto ci dał znać?

– Ja tylko robię obrazki, komendancie. – Otto spojrzał na Vimesa z urazą. – Zresztą gdybym navet viedział, i tak bym nie mógł poviedzieć. Z povodu Volności Prasy.

– Raczej wolności dolewania oliwy do ognia.

– Taka to już volność. Nikt nie tvierdził, że będzie miła.

– Ale… przecież ty też jesteś wampirem! Podoba ci się to, co widzisz? – Komendant machnął ręką na tłum.

– To jednak noviny, komendancie – stwierdził potulnie Otto.

Vimes raz jeszcze przyjrzał się protestującym. Byli to głównie ludzie. Stał wśród nich jeden troll, choć prawdopodobnie dołączył z powodów ogólnych, po prostu dlatego, że coś się działo. Wampir potrzebowałby wiertła do muru i ogromnej cierpliwości, żeby zrobić trollowi krzywdę.

Mimo wszystko miało to pewną zaletę, jeśli można tak to określić – takie drobne przedstawienie odwracało uwagę od doliny Koom.

– Dziwne, że ty im jakoś nie przeszkadzasz, Otto – zauważył, już trochę uspokojony.

– Vie pan, ja nie jestem oficjalny – wyjaśnił Otto. – Nie mam miecza ani odznaki. Nie zagrażam. Tyram tylko, jak oni. I ich rozźmieżam.

Vimesowi nigdy wcześniej nie przyszło to do głowy, ale tak… mały, zapracowany Otto w swojej kamizelce z czerwoną podszewką i kieszeniami na cały osprzęt, z jego lśniącymi czarnymi butami, włosami wyciętymi w staranne V na czole i – nie najmniej ważnym – śmiesznym akcentem, który stawał się bardziej lub mniej wyraźny, zależnie od rozmówcy… Otto nie wydawał się groźny. Wydawał się zabawnym, jakby żartobliwym, wodewilowym wampirem. Dopiero dzisiaj Vimes odkrył, że może to on sobie żartuje. Niech się śmieją, to nie będą się bali.

Skinął mu głową i wszedł do środka. Sierżant Cudo Tyłeczek stała na skrzynce przy zbyt wysokim biurku dyżurnego, nowiutkie galony błyszczały jej na rękawie. Vimes zanotował w pamięci, żeby zrobić coś z tą skrzynką. Niektórzy z krasnoludzich funkcjonariuszy byli trochę przeczuleni na punkcie jej używania

– Przydałoby się paru chłopców przed drzwiami, Cudo – powiedział. – Nic prowokacyjnego, po prostu dyskretne przypomnienie, że pilnujemy tu porządku.

– To chyba nie będzie potrzebne, panie Vimes.

– Nie chciałbym zobaczyć w „Pulsie” obrazka, na którym pierwszy rekrut spośród wampirów jest atakowany przez demonstrantów, kap… sierżancie – odparł surowo Vimes.

– Tak właśnie myślałam, że pan by nie chciał, sir. Dlatego poprosiłam sierżant Anguę, żeby ją wprowadziła. Weszły tylnymi drzwiami już pół godziny temu. Angua oprowadza ją po budynku. Teraz są chyba w szatni.

– Poprosiłaś o to Anguę? – Serce Vimesa zamarło.

– Tak, sir. – Cudo zaniepokoiła się nagle. – Eee… to jakiś problem?

Vimes patrzył na nią w milczeniu. To dobry, sprawny funkcjonariusz. I zasługiwała na awans, bogowie świadkami. Ale – przypomniał sam sobie – pochodzi przecież z Überwaldu, prawda? Powinna pamiętać o… sytuacji… między wampirami i wilkołakami. A może to moja wina? Cały czas im powtarzam, że strażnicy to tylko strażnicy…

– Co? Och, nie – powiedział. – Chyba nie.

Wampir i wilkołak w jednym pokoju, myślał, wspinając się po schodach do swojego gabinetu. No trudno, muszą sobie z tym jakoś poradzić. Zresztą to tylko jeden z naszych problemów.

– A pana Pesymala zaprowadziłam do pokoju przesłuchań, sir! – zawołała jeszcze Cudo.

Vimes znieruchomiał w pół stopnia.

– Pesymala?

– Ten rządowy inspektor, sir – podpowiedziała Cudo. – Ten, o którym mi pan mówił…

A tak, pomyślał Vimes. Drugi z naszych problemów.


Chodziło o politykę. Vimes nigdy jakoś nie mógł sobie poradzić z polityką, która była pełna pułapek na uczciwych ludzi. Ta zatrzas­nęła się w zeszłym tygodniu, w gabinecie lorda Vetinariego, podczas zwykłego cotygodniowego spotkania…

– Ach, Vimes – rzekł jego lordowska mość, kiedy komendant straży stanął w progu. – Jak miło, że pan przyszedł. Czyż nie piękny mamy dziś dzień?

Aż do teraz, pomyślał Vimes, gdy zobaczył obecne w gabinecie dwie inne osoby.

– Wzywał mnie pan, sir? Krzemowa Liga przeciw Zniesławieniom zorganizowała marsz przez ulicę Wodną, więc musiałem zamknąć dla ruchu cały teren aż do Najmniejszej Bramy…

– Jestem pewien, że to może zaczekać, komendancie.

– Tak, sir. Na tym polega kłopot, sir. To właśnie robi.

Vetinari ze znużeniem machnął ręką.

– Wyładowane wozy blokujące ulice, Vimes, są znakiem postępu – oświadczył.

– Tylko w metaforycznym sensie, sir.

– No cóż, w każdym razie jestem pewien, że pańscy ludzie dadzą sobie radę. – Vetinari wskazał mu wolne krzesło. – Ma pan ich teraz tak wielu… Taki koszt… Niech pan siada, komendancie. Zna pan pana Johna Smitha?

Mężczyzna siedzący przy stole wyjął z ust fajkę i rzucił Vimesowi maniakalnie przyjazny uśmiech.

– Nie wwwydaje mi się, żebyśmy mieli tę przyjemność – rzekł, wyciągając rękę.

Wydawało się, że nie da się wymawiać „w” w taki sposób, niemal warcząco, ale John Smith to potrafił.

Podać rękę wampirowi? Nigdy w życiu, uznał Vimes, nawet taką okrytą rękawem niezbyt zręcznie robionego na drutach swetra. Zasalutował więc.

– Miło mi pana poznać, sir – rzekł, stając na baczność.

Ten sweter był naprawdę straszny. Miał przyprawiający o mdłości, zygzakowaty deseń w wielu dziwnych, nieszczęśliwych kolorach. Wyglądał jak coś, co zrobiła na prezent niewidoma ciotka – coś takiego, czego człowiek boi się wyrzucić na śmietnik, by śmieciarze nie śmiali się z niego i kopniakami nie przewracali mu pojemników.

– Pan Smith jest… – zaczął Vetinari.

– Prezesem Ankhmorporskiej Misji Überwaldzkiej Ligi Wstrzemięźliwości – dokończył Vimes. – Sądzę, że towarzysząca mu dama to pani Doreen Winkings, skarbnik tej samej misji. Chodzi o przyjęcie wampira do straży, prawda, sir? Znowu…

– Tak, Vimes, właśnie o to – zgodził się Patrycjusz. – I rzeczywiście znowu. Może jednak wszyscy usiądziemy? Vimes?

Osuwając się niechętnie na krzesło, Vimes wiedział, że nie ma ucieczki. I tym razem wiedział, że przegra. Vetinari zapędził go w ślepy zaułek.

Znał wszystkie argumenty za zatrudnianiem w straży różnych gatunków. To były dobre argumenty. Niektóre argumenty przeciwne były złymi argumentami. W straży służyły trolle, mnóstwo krasnoludów, jeden wilkołak, trzy golemy, Igor i – nie najmniej ważny – kapral Nobbs1, więc czemu nie wampir. A liga wstrzemięźliwości była faktem. Wampiry noszące ligową czarną wstążeczkę („Ani kropli”) także były faktem. Owszem, te, które zrezygnowały z krwi, bywały czasem dziwaczne, ale też inteligentne i sprytne, a więc potencjalnie wartościowe dla społeczeństwa. Natomiast straż to najlepiej widoczna instytucja rządowa w mieście. Dlaczego nie może dać przykładu?

Ponieważ, odpowiedziała poharatana, ale wciąż działająca dusza Vimesa, nienawidzisz tych przeklętych wampirów. Żadnych fałszywych usprawiedliwień, żadnego mydlenia oczu w stylu „społeczeństwo tego nie zaakceptuje” czy „to nie jest odpowiedni moment”. Nienawidzisz tych piekielnych wampirów, a to jest twoja piekielna straż.

– Panie Vimes – zaczęła pani Winkings. – Trutno nam nie zauvażyć, że vciąż nie zaangażował pan v straży żatnego z naszych członków…

Czemu nie powiesz normalnie „zauważyć”, myślał Vimes. Wiem, że potrafisz. Niech ta dwudziesta czwarta litera alfabetu wkroczy w twoje życie. Poproś Johna Smitha, on ma ich w nadmiarze. Zresztą… wymyśliłem nowy argument. Bardzo policyjny.

– Pani Winkings – powiedział głośno. – Żaden wampir nie złożył prośby o przyjęcie do straży. Po prostu nie są psychicznie dostosowani do policyjnego stylu życia. I jestem komendantem Vimesem, bardzo dziękuję.

Małe oczka pani Winkings błysnęły słusznym gniewem.

– Aha, chce pan poviedzieć, że vampiry zą… głupie? – zapytała.

– Nie, pani Winkings, twierdzę, że są inteligentne. I tu napotykamy kłopot, właśnie w tym punkcie. Dlaczego mądra osoba miałaby się codziennie narażać na kopniaki w wo… głowę za trzydzieści osiem dolarów miesięcznie plus dodatki? Wampiry mają klasę, wykształcenie oraz von przed nazwiskiem. Mogą mieć setki zajęć o wiele ciekawszych niż łażenie po ulicach jako gliniarz. Niby jak chcecie to załatwić, siłą wcielić ich do sił policji?

– Czy nie zaproponowwwano by im stopnia oficerskiego? – spytał John Smith.

Twarz błyszczała mu od potu, a ten permanentny uśmiech wyglądał maniakalnie. Plotka głosiła, że dotrzymywanie Zobowiązania przychodzi mu z wyjątkową trudnością.

– Nie. Każdy zaczyna na ulicy. – Nie była to całkiem prawda, ale pytanie Vimesa uraziło. – I na nocnej zmianie. To dobra szkoła. Najlepsza z możliwych. Tydzień deszczowych nocy, kiedy podnoszą się mgły, woda ścieka za kołnierz, a z mroku rozbrzmiewają jakieś dziwne odgłosy… No więc wtedy właśnie odkrywamy, czy trafił nam się prawdziwy glina…

 

Zrozumiał, gdy tylko to powiedział. Wszedł prosto w pułapkę. Musieli znaleźć kandydata…

– No viętz śvietnie zię zkłada – oświadczyła pani Winkings i wyprostowała się z dumą.

Vimes miał ochotę nią potrząsnąć i krzyknąć: Nie jesteś wampirem, Doreen! Jesteś żoną wampira, owszem, ale został nim w wieku, w którym możliwość, że chciałby cię ukąsić, przekracza ludzkie wyobrażenie! Wszyscy prawdziwi czarnowstążkowcy starają się zachowywać normalnie i nie rzucać w oczy! Żadnych powiewających peleryn, żadnego wysysania i absolutnie żadnego zrywania krynolin z młodych dziewcząt! Wszyscy wiedzą, że John Wcale-Nie-Wampir-Skąd Smith był kiedyś hrabią Vargo St Gruet von Vilinus! Ale teraz pali fajkę, nosi te potworne swetry, kolekcjonuje banany i buduje z zapałek modele ludzkich organów, bo uważa, że hobby czynią go bardziej ludzkim! Ale ty, Doreen? Urodziłaś się na Kogudziobnej! Twoja matka była praczką! Nikt nie zdarłby z ciebie nocnej koszuli, chyba że dźwigiem! Ale tak bardzo… tak bardzo się starasz, co? To takie nieszczęsne hobby! Starasz się wyglądać na wampira bardziej niż wampiry! A nawiasem mówiąc, te sztuczne szpiczaste zęby stukają ci, kiedy mówisz…

– Vimes?

– Hm?

Vimes zdał sobie sprawę, że coś mówili.

– Pan Smith ma dobrą wiadomość – wyjaśnił Patrycjusz.

– Www samej rzeczy – zgodził się John Smith, maniakalnie rozpromieniony. – Mamy dla pana rekruta, komendancie! Wwwampira, który chce być www straży!

– I oczyviście notz nie ztanovi problemu – oświadczyła tryumfalnie Doreen. – My jezteśmy notzą!

– Chce mi pan powiedzieć, że muszę… – zaczął Vimes.

Vetinari przerwał mu natychmiast.

– Ależ skąd, komendancie. W pełni szanujemy pańską autonomię jako komendanta straży. To oczywiste, że musi pan zatrudniać tych, których uzna za odpowiednich. Proszę tylko, by kandydat został przesłuchany, zgodnie z duchem równych praw dla wszystkich.

Tak, akurat, myślał Vimes. A stosunki polityczne z Überwaldem staną się troszeczkę łatwiejsze, prawda, jeśli będziesz mógł powiedzieć, że mamy nawet czarnowstążkowca w straży. Za to jeśli go odrzucę, będę musiał wyjaśnić dlaczego. I podejrzewam, że „Po prostu nie lubię wampirów, jasne?” jednak nie wystarczy.

– Oczywiście – rzekł. – Proszę go przysłać.

– Właściwie to on jest nią – wyjaśnił lord Vetinari. Zajrzał do papierów. – Salacia Deloresista Amanita Trigestatra Zeldana Malifee… – Urwał, przerzucił kilka kartek i dodał: – Możemy chyba część opuścić, kończy się to na „von Humpeding”. Ma pięćdziesiąt jeden lat, ale… – dodał szybko, nim Vimes zdążył wykorzystać tę informację – …to żaden wiek dla wampira. Aha, i chce, żeby mówić do niej po prostu Sally.


Pomieszczenie szatni nie było dostatecznie duże. Nic by nie było dostatecznie duże. Sierżant Angua starała się nie nabierać powietrza.

Duża sala byłaby dobra. A otwarta przestrzeń jeszcze lepsza. Potrzebowała miejsca na oddech. A ściślej mówiąc, potrzebowała miejsca, żeby nie oddychać wampirem. Przeklęta Cudo! Ale przecież nie mogła jej odmówić, to by fatalnie wyglądało. Mogła tylko się uśmiechać, znosić to i tłumić narastającą pokusę, by zębami rozerwać dziewczynie gardło.

Musi przecież wiedzieć, że to robi, myślała. Muszą wiedzieć, że wydzielają tę atmosferę naturalnej swobody, pewni siebie w każdym towarzystwie, wszędzie na swoim miejscu, a u wszystkich innych wzbudzają poczucie skrępowania i niższej klasy. Och, jej… Proszę mnie nazywać Sally, też mi coś…

– Przepraszam za to – powiedziała, starając się zmusić włoski na karku, by nie stawały sztorcem. – Trochę tu duszno. – Zakaszlała. – No, w każdym razie to właśnie to. Nie przejmuj się, tutaj zawsze tak pachnie. I nie męcz się z zamykaniem szafki, wszystkie klucze są takie same, a zresztą większa część drzwiczek odskakuje, jeśli w odpowiedni sposób uderzyć w ramę. Nie trzymaj tam nic cennego, tutaj wszędzie jest pełno glin. I nie denerwuj się za bardzo, jeśli ktoś podrzuci ci drewniany kołek albo wodę święconą.

– Czy coś takiego jest prawdopodobne? – spytała Sally.

– Nie prawdopodobne – odparła Angua. – Pewne. Ja na przykład znajdowałam tu psie obroże i psie sucharki w kształcie kości.

– Poskarżyłaś się?

– Co? Nie! Nie skarżysz się na takie rzeczy! – warknęła Angua. Żałowała, że nie może przestać oddychać. I tak już była pewna, że jej włosy wyglądają okropnie.

– Ale myślałam, że straż jest…

– Słuchaj, to nie ma nic wspólnego z tym, kim jesteś… kim jesteśmy, jasne? Gdybyś była krasnoludem, znalazłabyś parę butów na platformach albo drabinę, albo jeszcze coś, chociaż ostatnio nie zdarza się to tak często. Zwykle próbują z każdym. To taka policyjna zabawa. A potem obserwują, co zrobisz, rozumiesz. Nikt się nie przejmuje, czy jesteś trollem, gnomem, zombi czy wampirem… – W każdym razie nie za bardzo, dodała w myślach. – Ale nie pozwól im uznać cię za marudę albo donosiciela. Zresztą te sucharki były całkiem niezłe, prawdę mówiąc… Aha, spotkałaś już Igora?

– Wiele razy – zapewniła Sally.

Angua uśmiechnęła się z przymusem. W Überwaldzie człowiek bez przerwy spotykał Igory. Zwłaszcza jeśli był wampirem.

– Ale tego tutaj? – spytała.

– Nie, raczej nie.

Aha. Dobrze. Angua starała się unikać laboratorium Igora, ponieważ zapachy, jakie stamtąd dolatywały, były albo boleśnie chemiczne, albo przeraźliwie, sugestywnie organiczne, ale teraz będzie je wąchać z ulgą. Podeszła do drzwi nieco szybciej, niż tego wymagała uprzejmość. Zastukała.

Drzwi otworzyły się ze skrzypieniem. Każde otwierane przez Igora drzwi skrzypiały. To taki dar…

– Cześć, Igor – rzuciła wesoło Sally. – Przybij szóstkę!

Angua zostawiła ich, zajętych pogawędką. Igory były naturalnie służalcze, wampiry naturalnie nie. Idealnie do siebie pasowali. A ona mogła przynajmniej wyjść na powietrze.


Otworzyły się drzwi.

– Pan Pesymal, sir – oznajmiła Cudo, wprowadzając do gabinetu Vimesa mężczyznę niewiele wyższego od niej. – A tu jest służbowy egzemplarz „Pulsu”.

Pan Pesymal był schludny. A właściwie przeszedł już poza schludność. Był osobnikiem z rodzaju układających. Garnitur miał tani, ale bardzo czysty, a jego małe buty aż się skrzyły. Włosy też mu błyszczały, jeszcze mocniej niż buty. Miały na środku przedziałek i były tak przylizane, że wyglądały jak namalowane na głowie.

Wszystkie działy miejskiej administracji od czasu do czasu podlegają kontroli, wyjaśnił Vetinari. Nie było powodów, by w tych procedurach omijać straż, prawda? W końcu bardzo intensywnie drenowała miejską szkatułę. Vimes zauważył, że rzeczy drenowane zwykle są wyrzucane. „Pomimo to”, powiedział wtedy Vetinari. Tylko „pomimo to”. Nie można się spierać z „pomimo to”.

Rezultatem okazał się pan Pesymal zbliżający się do Vimesa.

Błyszczał przy każdym kroku. Vimes nie potrafił inaczej tego opisać. Każdy jego ruch był… no, schludny. Portmonetka podkówka i okulary na tasiemce, pomyślał; mogę się założyć.

Pan Pesymal złożył się na krześle przed biurkiem Vimesa i z dwoma cichymi trzaskami otworzył klamry swojej teczki. Z pewną ceremonialnością założył okulary. Rzeczywiście, były na czarnej tasiemce.

– To mój list uwierzytelniający od lorda Vetinariego, wasza łaskawość – powiedział, podając kartkę papieru.

– Dziękuję, panie… A.E. Pesymal. – Vimes zerknął tylko i odłożył list na bok. – W czym mógłbym panu pomóc? A przy okazji: komendant Vimes, kiedy jestem w pracy.

– Potrzebny mi będzie gabinet, wasza łaskawość. I wgląd we wszystkie pańskie papiery. Jak pan wie, moim zadaniem jest przekazanie jego lordowskiej mości pełnego przeglądu oraz analizy kosztów/zysków straży, oraz wszelkich sugestii udoskonaleń na wszystkich jej polach działania. Pańska współpraca będzie przyjęta z wdzięcznością, ale nie jest konieczna.

– Sugestie udoskonaleń, tak? – rzekł jowialnym tonem Vimes. Tymczasem stojąca za krzesłem A.E. Pesymala sierżant Tyłeczek ze zgrozą przymknęła oczy. – Po prostu świetnie. Zawsze znany byłem ze swojej chęci do współpracy. Wspominałem już o tym diuku, prawda?

– Tak, wasza łaskawość – odparł sztywno A.E. Pesymal. – Pomimo to jest pan diukiem Ankh i niewłaściwe byłoby zwracanie się do pana w inny sposób. Świadczyłoby o braku szacunku.

– Rozumiem. A jak powinienem się zwracać do pana, panie Pesymal? – zapytał Vimes.

Kątem oka zauważył, że deska podłogi na drugim końcu pokoju unosi się ledwie dostrzegalnie.

– A.E. Pesymal będzie całkiem odpowiednie, wasza łaskawość – odparł inspektor.

– To A oznacza…? – Vimes na moment oderwał wzrok od deski.

– Po prostu A, wasza łaskawość – wyjaśnił cierpliwie A.E. Pesymal. – A.E. Pesymal.

– Chce pan powiedzieć, że nie dostał pan imienia, tylko inicjały?

– Otóż to, wasza łaskawość.

– A jak zwracają się do pana przyjaciele?

A.E. Pesymal wyglądał, jakby w tym zdaniu pojawiło się jedno ważne założenie, którego nie zrozumiał. Dlatego Vimesowi zrobiło się go trochę żal.

– No cóż, sierżant Tyłeczek się panem zajmie – zapewnił z udawaną serdecznością. – Sierżancie, znajdźcie panu A.E. Pesymalowi jakiś pokój. I pokażcie wszelkie papiery, jakich zażąda.

I to jak najwięcej, pomyślał. Zasypcie go nimi, byle trzymał się ode mnie z daleka.

– Dziękuję, wasza łaskawość. Będę też musiał odbyć rozmowy z niektórymi funkcjonariuszami.

– Po co? – zdziwił się Vimes.

– By zagwarantować, że mój raport będzie kompletny, wasza łaskawość – wyjaśnił spokojnie A.E. Pesymal.

– Mogę panu powiedzieć wszystko, czego chce się pan dowiedzieć.

– Tak, wasza łaskawość, ale nie tak przebiega kontrola. Muszę działać całkowicie niezależnie. Quis custodiet ipsos custodes, wasza łaskawość.