Ruchome obrazkiTekst

Z serii: Świat dysku #10
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału:

MOVING PICTURES

Copyright © Terry and Lyn Pratchett 1990

First published by Victor Gollancz Ltd, London.

Projekt graficzny serii

Zombie Sputnik Corporation

Ilustracja na okładce:

Josh Kirby/Via Thomas Schlück Gmbh

Redakcja:

Łucja Grudzińska

Redakcja techniczna:

Elżbieta Babińska

Korekta:

Ewa Partyka

ISBN 978-83-8234-578-0

Warszawa 2020

Wydawca:

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Tego samego autora polecamy:

KOLOR MAGII

BLASK FANTASTYCZNY

RÓWNOUMAGICZNIENIE

MORT

CZARODZICIELSTWO

ERYK

TRZY WIEDŹMY

PIRAMIDY

STRAŻ! STRAŻ!

RUCHOME OBRAZKI

NAUKA ŚWIATA DYSKU I, II, III

KOSIARZ

WYPRAWA CZAROWNIC

POMNIEJSZE BÓSTWA

PANOWIE I DAMY

ZBROJNI

MUZYKA DUSZY

CIEKAWE CZASY

MASKARADA

OSTATNI BOHATER

ZADZIWIAJĄCY MAURYCY

I JEGO EDUKOWANE GRYZONIE

NA GLINIANYCH NOGACH

WIEDŹMIKOŁAJ

WOLNI CIUTLUDZIE

BOGOWIE, HONOR,

ANKH-MORPORK

OSTATNI KONTYNENT

CARPE JUGULUM

PIĄTY ELEFANT

PRAWDA

ZŁODZIEJ CZASU

ZIMISTRZ

STRAŻ NOCNA

POTWORNY REGIMENT

PIEKŁO POCZTOWE

ŁUPS!

ŚWIAT FINANSJERY

HUMOR I MĄDROŚĆ ŚWIATA DYSKU

NIEWIDOCZNI AKADEMICY

W PÓŁNOC SIĘ ODZIEJĘ

NIUCH

Chcę podziękować wszystkim wspaniałym ludziom,

dzięki którym mogła powstać ta książka.

Dziękuję. Dziękuję. Dziękuję...


*1*

Spójrzcie...

Oto kosmos. Nazywany czasem ostatnią granicą.

(Tyle że – naturalnie – nie może istnieć ostatnia granica, bo niby z czym miałaby graniczyć? Ale jak na granicę, ta jest należycie przedostatnia...).

Na tle rojów gwiazd zawisła mgławica, ogromna i czarna; jeden czerwony olbrzym lśni w niej niby szaleństwo bogów...

I raptem to lśnienie okazuje się błyskiem w gigantycznym oku, przesłoniętym nagle mrugnięciem powieki; ciemność porusza płetwą i Wielki A’Tuin, gwiezdny żółw, płynie dalej przez mrok.

Na jego grzbiecie – cztery słonie. Na ich grzbietach, obramowany wodą, migoczący pod maleńkim, orbitującym wokół słońcem, wirujący majestatycznie wokół gór otaczających zamarzniętą Oś, spoczywa Dysk – świat i zwierciadło światów.

Niemal nierzeczywisty.

Rzeczywistość nie jest cyfrowa, zero-jedynkowa, lecz analogowa. Jest czymś stopniowym. Inaczej mówiąc, rzeczywistość to cecha, którą obiekty posiadają w taki sam sposób, w jaki posiadają – powiedzmy – ciężar. Na przykład niektórzy ludzie są bardziej rzeczywiści niż inni. Ocenia się, że na dowolnej planecie istnieje tylko pięciuset prawdziwych ludzi, i właśnie dlatego przez cały czas niespodziewanie na siebie wpadają.

Świat Dysku jest tak nierzeczywisty, jak to tylko możliwe, a przy tym dostatecznie rzeczywisty, by istnieć.

I dostatecznie prawdziwy, by mieć prawdziwe kłopoty.


Jakieś trzydzieści mil w kierunku obrotowym od Ankh-Morpork przybój huczał na omiatanym wiatrem, pokrytym falującą trawą i piaszczystymi wydmami skrawku lądu – w miejscu gdzie Okrągłe Morze spotyka się z Oceanem Krawędziowym.

Samo wzgórze było widoczne na wiele mil dookoła – niezbyt wysokie, ale wznosiło się pośród wydm niby łódź odwrócona dnem do góry albo wyjątkowo pechowy wieloryb. Porastały je karłowate drzewa. Nie moczył go żaden deszcz, jeśli tylko mógł się jakoś z tego wykręcić. I chociaż wiatr rzeźbił wydmy wokół, niski wierzchołek trwał w wiecznej, dzwoniącej ciszy.

Nic prócz piasku nie zmieniło się tu od setek lat.

Aż do dzisiaj.

Prymitywna chata z wyrzuconego przez morze drewna została zbudowana na długim łuku plaży... Chociaż określenie „zbudowana” to obraza dla wszystkich w historii budowniczych prymitywnych chat z wyrzuconego przez morze drewna. Gdyby morze zwyczajnie zostawiało drewno na stosie, pewnie uzyskałoby lepszy wynik.

W tej chacie umarł właśnie pewien starzec.

– Oj – powiedział.

Otworzył oczy i rozejrzał się po izbie. Od jakichś dziesięciu lat nie widział jej zbyt wyraźnie.

Potem zsunął jeśli nawet nie nogi, to wspomnienie nóg z legowiska z morskiego wrzosu i wstał. Następnie wyszedł na zewnątrz, w krystalicznie czysty poranek. Z zaciekawieniem spostrzegł, że choć jest martwy, nadal ma na sobie widmowy obraz ceremonialnej szaty – poplamionej i wytartej, to prawda, jednak wciąż można było poznać, że kiedyś uszyto ją z czerwonego pluszu ze złotymi lamówkami. Ubranie umiera chyba razem z człowiekiem, a może człowiek ubiera się w myślach, ze zwykłego przyzwyczajenia.

Przyzwyczajenie doprowadziło go też do stosu drewna przy chacie. Kiedy jednak spróbował podnieść jakieś polano, dłoń przeniknęła przez nie na wskroś.

Zaklął.

Wtedy dopiero zauważył jakąś spoglądającą w morze postać na granicy fali. Opierała się na kosie. Wiatr szarpał jej czarną szatę.

Ruszył ku niej utykając, przypomniał sobie, że nie żyje, i pomaszerował sprężystym krokiem. Nie chodził tak już od dziesięcioleci; zdumiewające, jak szybko wracają takie rzeczy.

Był w połowie drogi, gdy postać się odezwała.

DECCAN RIBOBE.

– To ja.

OSTATNI STRAŻNIK WRÓT.

– No, chyba tak.

Śmierć zawahał się.

JESTEŚ NIM CZY NIE? spytał.

Deccan poskrobał się po nosie. To jasne, pomyślał; trzeba nadal móc siebie dotykać. Inaczej człowiek rozpadłby się na kawałki.

– Formalnie rzecz biorąc, Strażnik musi być wyznaczony przez Najwyższą Kapłankę – wyjaśnił. – A Najwyższych Kapłanek nie ma już od tysięcy lat. Widzisz, nauczyłem się wszystkiego od starego Tento, który tu mieszkał przede mną. Pewnego dnia zawołał mnie i mówi: „Deccan, wygląda na to, że umieram, więc teraz wszystko spada na ciebie, bo jeśli nie zostanie tu nikt, kto należycie pamięta, wszystko zacznie się od początku, a wiesz, co to oznacza”. No i w porządku... Ale trudno to nazwać oficjalnym naznaczeniem, ot co.

Obejrzał się na piaszczyste wzgórze.

– Żyliśmy tu tylko on i ja – westchnął. – Potem już tylko ja, który pamiętałem Holy Wood. A teraz...

Podniósł dłoń do ust.

– O rany...

TAK, powiedział Śmierć.

Błędem byłoby stwierdzenie, że po twarzy Deccana Ribobe przemknął wyraz paniki, ponieważ w tej chwili jego twarz znajdowała się o kilka sążni od niego i ozdabiał ją rodzaj zastygłego uśmiechu, jakby Deccan wreszcie zrozumiał dowcip. Ale jego duch wyraźnie się zmartwił.

– Widzisz, bo to jest tak – zaczął pospiesznie. – Nikt tu nie przychodzi, tylko rybacy z sąsiedniej zatoki, ale oni zostawiają ryby i uciekają, a to z powodu zabobonów. No a przecież nie mogłem iść i szukać sobie ucznia, bo musiałem podtrzymywać ogień i wznosić modły...

TAK.

– ...To straszna odpowiedzialność, kiedy jest się jedynym, który potrafi wykonywać jakąś pracę...

TAK! zgodził się Śmierć.

– Oczywiście, tobie nie muszę tłumaczyć...

NIE.

– ...I wiesz, miałem nadzieję, że znajdzie się jakiś rozbitek albo ktoś przyjdzie tu szukać skarbów, a ja mu wszystko wytłumaczę, jak kiedyś stary Tento mnie, nauczę pieśni... No, jakoś to pozałatwiam, zanim umrę...

TAK?

– Pewnie nie ma możliwości, żebym tak jakby...

NIE.

– Tak myślałem – westchnął przygnębiony Deccan.

Spojrzał na fale załamujące się przy brzegu.

– Kiedyś, tysiące lat temu, stało tu wielkie miasto – powiedział. – Znaczy się tam, gdzie teraz jest morze. Kiedy przychodzi sztorm, można usłyszeć dawne dzwony świątyni bijące pod wodą.

WIEM.

– Lubiłem tu siadać w wietrzne noce i słuchać. Wyobrażałem sobie martwych ludzi na dole, jak dzwonią w dzwony.

A TERAZ MUSIMY JUŻ IŚĆ.

– Stary Tento mówił, że coś jest pod pagórkiem i to coś może kazać ludziom robić różne rzeczy. Wkłada im w głowy dziwne mrzonki – mówił Deccan, z ociąganiem ruszając za wysoką postacią. – Ja tam nigdy nie miałem żadnych mrzonek.

ALE TY ŚPIEWAŁEŚ, zauważył Śmierć. Pstryknął palcami.

Koń przerwał skubanie suchej trawy na wydmach i podbiegł posłusznie. Deccan spostrzegł zdumiony, że zwierzę zostawia na piasku ślady kopyt. Spodziewał się raczej snopów iskier, a przynajmniej nadtopionych kamieni.

– Ehm... – odchrząknął. – Możesz mi powiedzieć, no... co teraz będzie?

Śmierć powiedział.

– Tak myślałem – mruknął smętnie Deccan.

Ognisko, przez całą noc płonące na niewysokim wzgórzu, rozsypało się w chmurę popiołu. Żarzyło się jeszcze kilka głowni.

Wkrótce zgasną i one.

....

...

..

.

Zgasły.

.

..

...

....

Przez cały dzień nic się nie wydarzyło. Potem, w niewielkim zagłębieniu u stóp drzemiącego pagórka, poruszyło się kilka ziarenek piasku. Odsłoniły maleńki otwór.

 

Coś się wynurzyło. Coś niewidzialnego. Coś radosnego, samolubnego i cudownego. Coś tak niematerialnego jak idea, którą właśnie było. Dziką ideą.

Była stara w sposób, jakiego nie mierzą kalendarze znane Człowiekowi; w tej chwili miała wspomnienia i potrzeby. Pamiętała życie w innych czasach i innych wszechświatach. Potrzebowała ludzi.

Uniosła się ku gwiazdom, zmieniając kształt i wijąc się jak dym.

Na horyzoncie płonęły światła.

Lubiła światła.

Przyglądała im się przez kilka sekund, po czym – jak niewidzialna strzała – wydłużyła się w stronę miasta i pomknęła naprzód.

Lubiła też akcję...

I minęło kilka tygodni.


Przysłowie mówi, że wszystkie drogi prowadzą do Ankh-Morpork, największego z miast Dysku.

W każdym razie przysłowie mówi, że istnieje takie przysłowie, które mówi, że wszystkie drogi prowadzą do Ankh-Morpork.

To nieprawda. Wszystkie drogi prowadzą z Ankh-Morpork, ale czasami ludzie podążają nimi w niewłaściwym kierunku.

Poeci już dawno zrezygnowali z opisywania tego miasta. Teraz ci bardziej przebiegli starają się je usprawiedliwiać. Mówią, że owszem, może i jest śmierdzące, może jest zatłoczone, może faktycznie wygląda tak, jak wyglądałoby Piekło, gdyby wygasić tam wszystkie ognie i przez rok trzymać stado krów z rozstrojem żołądka, ale trzeba uczciwie przyznać, że pełne jest wszechobecnego, wibrującego, dynamicznego życia. To prawda, chociaż mówią o tym poeci. Inni, którzy nie są poetami, odpowiadają: co z tego? Materace też bywają pełne życia, a nikt nie tworzy o nich sonetów. Obywatele nienawidzą mieszkania tutaj. Kiedy muszą wyjechać w interesach, szukać przygód, czy – najczęściej – odczekać, aż upłynie termin jakichś prawnych ograniczeń, wręcz marzą o powrocie, żeby nienawidzić mieszkania tutaj jeszcze trochę. Z tyłu powozów przyczepiają naklejki z napisami: „Ankh-Morpork – rzygaj albo rzuć”. Nazywają je Wielkim Wahooni1, od owocu.

Od czasu do czasu jakiś władca buduje wokół Ankh-Morpork mur – oficjalnie po to, by nie wpuszczać wrogów. Ale Ankh-Morpork nie obawia się wrogów. Więcej nawet; wita wrogów serdecznie, pod warunkiem że są to wrogowie zamożni2. Miasto przetrwało powodzie, pożary, dzikie hordy, rewolucje i smoki. Niekiedy tylko dzięki przypadkowi, to prawda, ale przetrwało. Radosny, nieodwracalnie skorumpowany duch miasta okazał się odporny na wszystko...

Aż do dzisiaj.


Bum!

Eksplozja zniszczyła okna, drzwi i większą część komina.

Przy ulicy Alchemików taki wybuch nie był niczym niezwykłym. Sąsiedzi woleli nawet eksplozje, które przynajmniej łatwo jest zlokalizować i które szybko się kończą. Są o wiele lepsze od zapachów, które się sączą zewsząd i bez końca.

Eksplozje były tu naturalnym elementem krajobrazu – a raczej tego, co z niego zostało.

Ta ostatnia nieźle się udała, według opinii miejscowych koneserów. W kłębach czarnego dymu błysnęło czerwone jądro, które nie zawsze daje się zauważyć. Odłamki na wpół roztopionego muru były bardziej roztopione niż zwykle. Stanowczo, uznano, eksplozja robiła wrażenie.

Bum!

Minutę czy dwie po wybuchu jakaś postać wytoczyła się z poszarpanego otworu, gdzie kiedyś tkwiły drzwi. Nie miała włosów, a jej ubranie jeszcze się tliło.

Zataczając się dotarła do grupki gapiów podziwiających dzieło zniszczenia. Całkiem przypadkiem położyła dłoń na ramieniu sprzedawcy gorących mięsnych pasztecików i kiełbasek w bułce, znanego jako Gardło Sobie Podrzynam Dibbler. Dysponował on niemal magiczną zdolnością pojawiania się w miejscach, gdzie można coś sprzedać.

– Szukam... – oznajmiła postać z rozmarzeniem – słowa. Mam na końcu języka.

– Pypeć? – podpowiedział Gardło.

I natychmiast odzyskał handlowe zmysły.

– Po takich przeżyciach – dodał, podsuwając postaci tacę z taką ilością zutylizowanych szczątków organicznych, że była już prawie świadoma – przyda się panu gorący pasztecik...

– Nienienie... To nie pypeć. Takie coś, co się mówi, kiedy człowiek coś odkryje. Biegnie się po ulicy i krzyczy... – gorączkowo tłumaczyła osmalona postać. – Takie specjalne słowo... – dodała, marszcząc czoło pod warstwą sadzy.

Tłumek niechętnie pogodził się z faktem, że więcej wybuchów nie będzie; teraz otoczył osmalonego alchemika. Widowisko mogło się okazać równie zajmujące.

– Tak, zgadza się – oświadczył starszy mężczyzna, nabijając fajkę. – Krzyczy się „Pożar! Pożar!”. – Był wyraźnie dumny z siebie.

– To nie to...

– Albo „Ratunku!”, albo...

– Nie, on ma rację – przerwała mu kobieta z koszem ryb na głowie. – Jest takie specjalne słowo. Zagraniczne.

– Szczera prawda – potwierdził jej sąsiad. – Specjalne zagraniczne słowo dla ludzi, którzy coś odkryli. Wynalazł je jakiś zagraniczny typek w kąpieli...

– Dajcie spokój... – Pierwszy mężczyzna odpalił fajkę od tlącego się kapelusza alchemika. – Ja na przykład nie rozumiem, dlaczego obywatele tego miasta mają biegać po ulicy i wrzeszczeć po pogańsku tylko dlatego, że wzięli kąpiel. Zresztą spójrzcie na niego. On wcale nie brał kąpieli. Potrzebuje kąpieli, owszem, ale się jeszcze nie kąpał. Po co ma biegać i wrzeszczeć po pogańsku? My też mamy doskonałe słowa do wrzeszczenia.

– Na przykład jakie? – wtrącił Gardło Sobie Podrzynam.

Palacz fajki zawahał się.

– No... – powiedział. – Na przykład... „Coś odkryłem”... albo... „Hurra!”...

– Nie! – znów mu przerwała handlarka rybami. – Myślałam o tym typie gdzieś spod Tsortu czy gdzie. Siedział w kąpieli i wpadł na jakiś pomysł, więc wyskoczył z wrzaskiem na ulicę.

– A co wrzeszczał?

– Nie wiem. Może „Dajcie mi ręcznik!”.

– Na pewno by wrzeszczał jak nie wiem co, gdyby spróbował czegoś takiego u nas – oświadczył wesoło Gardło. – A teraz, panie i panowie, mam tu kiełbaski w bułce, od których ślinka...

– Eureka – oznajmił człowiek pokryty sadzą.

– Co z nią? – zdziwił się Gardło.

– Nic, o to właśnie słowo mi chodziło. Eureka. – Zakłopotany uśmiech rozjaśnił czarną twarz. – To znaczy „Mam to”.

– Co takiego?

– To. A przynajmniej miałem. Oktocelulozę. Niezwykły materiał. Miałem go w ręku. Ale trzymałem za blisko ognia – westchnął alchemik tonem człowieka, który doznał wstrząsu. – To bardzo ważne. Muszę zanotować. „Nie dopuszczać do rozgrzania”. Bardzo ważne. Muszę zanotować bardzo ważny fakt.

I poczłapał z powrotem do ruin.

Gardło spoglądał za nim przez chwilę.

– Ciekawe, o co mu chodziło – mruknął. Po czym wzruszył ramionami i podniósł głos do krzyku. – Paszteciki! Gorące kiełbaski! W bułce! Świeżutkie! Świnia jeszcze nie zauważyła, że zniknęły!


Migotliwa, wirująca idea ze wzgórza przyglądała się temu z wysoka. Alchemik nie miał pojęcia, że tam jest. Wiedział tylko, że jest dzisiaj niezwykle pomysłowy.

Teraz idea zauważyła umysł sprzedawcy pasztecików.

Znała takie umysły. Uwielbiała takie umysły. Umysł, który potrafi sprzedawać koszmarne paszteciki, potrafi również sprzedawać marzenia.

Skoczyła.

Na dalekim wzgórzu bryza rozwiewała zimny, szary popiół.

Niżej, o stóp pagórka, w zagłębieniu między dwoma kamieniami, gdzie walczył o przetrwanie karłowaty jałowiec, poruszył się wąski strumyczek piasku.


Bum!

Delikatny obłok tynkowego pyłu spłynął na biurko właśnie w chwili, kiedy Mustrum Ridcully, nowy nadrektor Niewidocznego Uniwersytetu, usiłował zawiązać wyjątkowo oporną muchę.

Wyjrzał przez witrażowe okno. Chmura dymu unosiła się nad przedmieściem Ankh-Morpork.

– Kwestooor!

Zdyszany kwestor zjawił się po kilku sekundach. Głośne hałasy zawsze go niepokoiły.

– To alchemicy, mistrzu – wysapał.

– Już trzeci raz w tym tygodniu. Przeklęci handlarze fajerwerków – mruczał pod nosem nadrektor.

– Obawiam się, że tak, mistrzu – zgodził się kwestor.

– Co oni tam wyprawiają?

– Naprawdę nie wiem, mistrzu. – Kwestor powoli odzyskiwał oddech. – Alchemia nigdy mnie nie interesowała. Jest zbyt... zbyt...

– Niebezpieczna – oświadczył stanowczo nadrektor. – Tylko mieszają różne paskudztwa i powtarzają: „Zaraz, a co się stanie, jeśli dodam kropelkę tego żółtego...”. A potem biegają przez dwa tygodnie bez brwi.

– Chciałem powiedzieć: niepraktyczna – dokończył kwestor. – Próbują robić wszystko trudniejszym sposobem, kiedy jest przecież dostępna zwyczajna, codzienna magia.

– Myślałem, że próbują leczyć kamienie filozofów czy coś takiego. Same bzdury, gdyby ktoś mnie pytał. A poza tym wychodzę.

Gdy nadrektor zaczął wymykać się z pokoju, kwestor pospiesznie zamachał do niego plikiem papierów.

– Zanim pan wyjdzie, nadrektorze – zawołał z rozpaczą – może zechciałby pan podpisać kilka...

– Nie teraz, człowieku – odburknął nadrektor. – Muszę się z kimś spotkać w sprawie konia, tak?

– Tak...?

– No właśnie.

Drzwi się zatrzasnęły.

Kwestor popatrzył na nie i westchnął.

Niewidoczny Uniwersytet miewał w przeszłości najrozmaitszych nadrektorów. Dużych, małych, sprytnych, lekko obłąkanych i zupełnie obłąkanych – przychodzili, służyli przez jakiś czas, niekiedy tak krótko, że nie zdążył nawet powstać oficjalny portret do zawieszenia w Głównym Holu, a potem umierali. Starszy mag w magicznym świecie ma mniej więcej takie perspektywy długotrwałego zatrudnienia jak biegacz przez płotki na polu minowym.

Jednakże z punktu widzenia kwestora nie miało to znaczenia. Owszem, imię zmieniało się od czasu do czasu, ale najważniejsze, że zawsze był jakiś nadrektor. A najważniejszym zajęciem nadrektora, jeśli kwestor to dobrze rozumiał, było podpisywanie papierów, najlepiej – z punktu widzenia kwestora – bez ich uprzedniego czytania.

Ten jednak był inny. Przede wszystkim rzadko kiedy bywał u siebie, chyba że akurat chciał zmienić zabłocone ubranie. I krzyczał na ludzi. Zwykle na kwestora.

A przecież pomysł, by wybrać na nadrektora kogoś, kto od czterdziestu lat nie postawił nogi na Niewidocznym Uniwersytecie, wydawał się naprawdę znakomity.

Ostatnio zbyt wiele było starć między różnymi obrządkami magii. Dlatego, dla odmiany, najstarsi magowie zgodzili się, że Uniwersytet potrzebuje spokoju, by przez kilka miesięcy mogli knuć swoje spiski i intrygi w ciszy i bez przeszkód. Po przestudiowaniu akt odkryto, że niejaki Ridcully Bury, kiedy w zadziwiająco młodym wieku dwudziestu siedmiu lat osiągnął poziom maga Siódmego Stopnia, porzucił uczelnię i wyjechał, by doglądać rodzinnych posiadłości gdzieś na wsi.

Wydawał się idealny.

– Odpowiedni człowiek – uznali wszyscy. – Nowa miotła. Nowe porządki. Wiejski mag. Powrót do natury, do korzeni magii... Wesoły staruszek z fajką i błyszczącymi oczami. Taki co potrafi jedno zioło odróżnić od drugiego, taki co idzie przez las, a każdy zwierz jest mu bratem. Te rzeczy. Sypia pod gwiazdami jak nic. Nie zdziwimy się, jeśli wie, co mówi wiatr. Można się założyć, że zna imię każdego drzewa. I jeszcze rozmawia z ptakami.

Wysłano gońca. Ridcully Bury westchnął, poklął trochę, w warzywniku znalazł swoją laskę, służącą za podpórkę stracha na wróble, i wyruszył.

...A jeśli zacznie sprawiać kłopoty, dodali magowie, choć już tylko w myślach, to przecież kogoś, kto gada do drzew, można się bez kłopotu pozbyć.

A potem Ridcully Bury przybył i okazało się, że rzeczywiście rozmawia z ptakami. Właściwie to krzyczy na ptaki, a krzyczy zwykle „Trafiłem cię, draniu!”.

Zwierzęta lądowe i ptaki powietrzne istotnie znały Ridcully’ego Burego. Osiągnęły taką doskonałość w rozpoznawaniu kształtów, że na dwadzieścia mil wokół jego posiadłości uciekały, kryły się, a w sytuacjach rozpaczliwych gwałtownie atakowały na sam widok szpiczastego kapelusza.

 

W ciągu dwunastu godzin od przybycia Ridcully umieścił w spiżarni dla służby stado myśliwskich smoków, ostrzelał ze swej potwornej kuszy wrony na starożytnej Wieży Sztuk, wypił tuzin butelek czerwonego wina i zwalił się do łóżka o drugiej nad ranem, śpiewając piosenkę ze słowami, które co starsi i obdarzeni słabszą pamięcią magowie musieli sprawdzać w słownikach.

Po czym wstał o piątej rano i poszedł polować na kaczki wśród mokradeł wokół ujścia Ankh.

Wrócił narzekając, że na całe mile wokół nie ma tu dobrych miejsc do łowienia pstrągów. (W Ankh nie da się łowić ryb; trzeba skakać po haczykach, żeby je zmusić do zanurzenia).

I zamówił piwo do śniadania.

I opowiadał dowcipy.

Z drugiej strony, myślał kwestor, przynajmniej nie próbował się wtrącać w kierowanie Uniwersytetem. Ridcully’ego Burego kierowanie zupełnie nie interesowało, chyba że sforą psów myśliwskich. Jeśli czegoś nie można było trafić strzałą, upolować albo złowić, nie widział w tym większego sensu.

Piwo na śniadanie! Kwestor zadrżał. Magowie nie czuli się najlepiej przed południem, więc śniadania w Głównym Holu przebiegały w spokoju i ciszy, zakłócanej jedynie chrząknięciami, dyskretnym stąpaniem służby i tylko z rzadka czyimś stęknięciem. Ludzie żądający głośno cynaderek, kaszanki i piwa byli tu zjawiskiem nowym.

Jedyną osobą, której nie przerażał ów okropny człowiek, okazał się Windle Poons. Windle Poons miał sto trzydzieści lat i był głuchy. Był także specjalistą od starożytnych tekstów, jednak potrzebował sporej dozy uwagi i dłuższego przygotowania, by poradzić sobie z dniem dzisiejszym. Przyswoił jakoś fakt, że nowy nadrektor to przyjaciel zwierzątek i ptaszynek; potrwa tydzień, albo i dwa, nim zauważy zmianę sytuacji. Tymczasem starał się rozmawiać uprzejmie i grzecznie, wykorzystując swoją skromną wiedzę o Naturze i innych sprawach.

Mniej więcej tak: „Przypuszczam, że to, mm, miła odmiana, mm, spać teraz w normalnym łóżku zamiast pod, mm, gwiazdami?”. Albo „Te przedmioty tutaj, mm, nazywamy nożem i widelcem, mm”. I „Te, mm, zielone kawałki w jajecznicy, mm, to pewnie będzie pietruszka, nie sądzi pan?”.

Nowy nadrektor podczas jedzenia na nic prawie nie zwracał uwagi, a Poons nie zauważał, że nikt mu nie odpowiada, więc doskonale się dogadywali.

Zresztą kwestor miał inne problemy.

Na przykład alchemików. Alchemikom nie można ufać. Traktują siebie zbyt serio.

Bum!

I to była ostatnia. Potem mijały kolejne dni, nie akcentowane nawet najmniejszą eksplozją. Miasto uspokoiło się z wolna, co było posunięciem bardzo nierozsądnym.

Kwestorowi nie przyszło do głowy, że koniec wybuchów wcale nie oznacza, iż przestali to robić, czymkolwiek to było. Oznacza po prostu, że zaczęli to robić jak należy.


Była północ. Przybój huczał o brzeg i fosforyzował wśród nocy. Wokół pradawnego wzgórza dźwięk wydawał się tak martwy, jakby dobiegał przez kilka warstw aksamitu.

Otwór w piasku stał się już całkiem spory.

Gdyby przyłożyć do niego ucho, można by odnieść wrażenie, że słychać stamtąd oklaski.


Wciąż była północ. Księżyc w pełni sunął ponad dymami i oparami Ankh-Morpork, wdzięczny za kilka tysięcy mil nieba, które dzieliły go od miasta.

Dom Gildii Alchemików był nowy. Zawsze był nowy. Został wybuchowo zdemolowany i odbudowany czterokrotnie w ciągu minionych dwóch lat, ostatnio bez sali wykładowo-prezentacyjnej – w nadziei że okaże się to rozsądnym posunięciem.

Tej nocy pewna liczba zakapturzonych postaci ukradkiem dostała się do wnętrza. Po kilku minutach światła w oknie na ostatnim piętrze pociemniały i zgasły.

No, prawie zgasły.

Coś się tam działo. Przez chwilę w oknie widoczne było dziwne migotanie, a zaraz potem zabrzmiały okrzyki radości.

Był też dźwięk. Tym razem nie wybuch, ale niezwykłe, mechaniczne mruczenie, jakby ktoś umieścił zadowolonego kota na dnie blaszanego bębna.

Brzmiało tak: klikaklikaklikaklika... klik.

Trwało to kilka minut, na tle radosnego gwaru. A potem ktoś powiedział:

– To już wszystko, kochani.


– Co już wszystko? – zapytał następnego ranka Patrycjusz Ankh-Morpork.

Stojący przed nim człowiek drżał ze strachu.

– Nie wiem, wasza wysokość. Nie chcieli mnie wpuścić do środka. Kazali czekać pod drzwiami, wasza wysokość.

Nerwowo splatał palce. Spojrzenie Patrycjusza przebijało go na wylot. To było dobre spojrzenie; wśród innych miało i tę zaletę, że skłaniało ludzi do mówienia, chociaż wydawało im się, że już skończyli.

Tylko Patrycjusz wiedział, ilu ma w mieście szpiegów. Ten akurat był służącym w Gildii Alchemików. Miał kiedyś pecha i stanął przed Patrycjuszem, oskarżony o włóczęgostwo. Po czym z własnej i nieprzymuszonej woli zgodził się zostać szpiegiem3.

– To wszystko, wasza wysokość – zajęczał. – Tylko to dziwne klikanie i jakiś taki migotliwy blask pod drzwiami. I jeszcze, tego... powiedzieli, że światło słońca nie jest tu odpowiednie.

– Nie jest odpowiednie? To znaczy jakie?

– No... Nie wiem, wasza wysokość. Powiedzieli tylko, że nieodpowiednie. I że powinni pojechać gdzieś, gdzie jest lepsze. Ehm... A potem kazali mi iść i przynieść coś do jedzenia.

Patrycjusz ziewnął. W szaleństwach alchemików było coś nieopisanie nudnego.

– Doprawdy – mruknął.

– Ale jedli kolację ledwie piętnaście minut wcześniej – wyrzucił z siebie służący.

– Może to, co robili, wzmaga apetyt.

– Tak, tylko kuchnia była już zamknięta na noc, więc musiałem wyjść i kupić tacę kiełbasek w bułkach od Gardła Dibblera.

– Doprawdy... – Patrycjusz spojrzał na papiery, czekające na jego biurku. – Dziękuję ci. Możesz iść.

– I wie wasza wysokość? Smakowały im. Naprawdę im smakowały!


To, że alchemicy w ogóle mieli swoją gildię, było zadziwiające. Magowie są tak samo niechętni wszelkiej współpracy, ale też z natury skłonni do hierarchizacji i współzawodnictwa. Potrzebują organizacji. Co komu przyjdzie z bycia magiem Siódmego Stopnia, jeśli nie ma sześciu niższych stopni do spoglądania na nie z góry i Ósmego Stopnia, do którego się dąży? Inni magowie są niezbędni, by ich nienawidzić i nimi pogardzać.

Tymczasem każdy z alchemików pracował w samotności, w zaciemnionych pokoikach albo ukrytych lochach, poszukując wielkiej wygranej: kamienia filozoficznego albo eliksiru życia. Alchemicy byli zwykle chudzi, mieli zaczerwienione oczy, a ich brody właściwie trudno uznać za brody, raczej za grupki pojedynczych włosów, garnące się do siebie dla wzajemnej ochrony. Wielu alchemików nosiło też na twarzach mglisty, nieziemski wyraz, jaki jest skutkiem zbyt długiego przebywania w obecności wrzącej rtęci.

Nie chodzi o to, że alchemicy nienawidzili innych alchemików. Oni ich nie zauważali albo myśleli, że to morsy.

Dlatego też ich mała, pogardzana gildia nie aspirowała to statusu gildii tak potężnych, jak – powiedzmy – Złodziei, Żebraków czy Skrytobójców. Starała się wspomagać wdowy i sieroty po tych alchemikach, którzy z przesadną swobodą podeszli do cyjanku potasu, na przykład, albo przedestylowali jakieś ciekawe grzybki, wypili rezultat i weszli na dach, by tańczyć z wróżkami. Tych wdów i sierot nie było zbyt wiele, naturalnie, ponieważ dostatecznie długie kontakty z innymi ludźmi sprawiały alchemikom poważne trudności. Na ogół, jeśli już się żenili, to tylko po to, żeby ktoś mógł przytrzymywać im kolby.

Podsumowując: jedyną sztuką, jaką odkryli do tej pory alchemicy z Ankh-Morpork, była zamiana złota w mniej złota.

Aż do teraz...

Teraz narastało w nich nerwowe podniecenie ludzi, którzy na swoim koncie bankowym odkryli nieoczekiwaną fortunę i zastanawiają się, czy zwrócić na nią uwagę innych, czy zwyczajnie brać wszystko i uciekać.

– Magom się to nie spodoba – stwierdził jeden z nich, chudy, nerwowy, imieniem Lully. – Powiedzą, że to czary. Wiecie, że zawsze się wściekają, kiedy myślą, że ktoś czaruje, a nie jest magiem.

– Nie ma tu żadnych czarów – zapewnił Thomas Silverfish, przewodniczący Gildii.

– Są chochliki.

– To nie czary. To całkiem zwykły okultyzm.

– I salamandry.

– Całkiem zwyczajna historia naturalna. Nie ma w niej nic złego.

– No, niby tak. Ale oni powiedzą, że to czary. Sam wiesz, jacy oni są.

Alchemicy smętnie pokiwali głowami.

– To reakcjoniści – rzekł Sendivoge, sekretarz Gildii. – Nadęci thaumokraci. A inne gildie nie lepsze. Co oni wiedzą o postępie? Co ich to obchodzi? Mogliby robić takie rzeczy od lat, i co? Nie, to nie oni. Pomyślcie tylko, możemy zmienić życie ludzi, uczynić je... no, lepszym. Możliwości są ogromne.

– Edukacyjne – zauważył Silverfish.

– Historyczne – dodał Lully.

– I oczywiście rozrywkowe – stwierdził Peavie, skarbnik Gildii.

Był niski, nerwowy. Zresztą alchemicy w większości są nerwowi. Bierze się to z niepewności, co za chwilę zrobi trzymana w ręku kolba pełna bulgoczącej cieczy, z którą właśnie przeprowadza się doświadczenia.

– Owszem, to też. Jakaś rozrywka, w samej rzeczy – zgodził się Silverfish.

– Wielkie dramaty historyczne – mówił Peavie. – Wystarczy przygotować scenę, zebrać paru aktorów, zagrają raz, a potem ludzie na całym Dysku będą mogli to oglądać do woli! Przy okazji zaoszczędzi się na honorariach – dodał.

– Byle ze smakiem – zaznaczył Silverfish. – To wielka odpowiedzialność. Musimy dopilnować, żeby nie powstało coś, co może być w jakiś sposób... – Ucichł na moment. – No wiecie... nieokrzesane.

– Przeszkodzą nam – mruknął posępnie Lully. – Już ja znam tych magów.

– Przemyślałem tę sprawę – oznajmił Silverfish. – Zresztą światło i tak jest tutaj marne. Co do tego się zgodziliśmy. Musimy mieć czyste niebo. I musimy to robić daleko, jak najdalej stąd. Chyba znam odpowiednie miejsce.