PielgrzymTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Pielgrzym
Pielgrzym
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 73,80 59,04
Pielgrzym
Pielgrzym
Pielgrzym
E-book
33,90 30,51
Szczegóły
Pielgrzym
Pielgrzym
Pielgrzym
Audiobook
Czyta Jacek Rozenek
39,90 31,52
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Motto

Nie ma grozy bardziej przytłaczającej i trudniejszej do opisania niż ta, która jest zmorą szpiega w obcym kraju.

John le Carré, Za późno na wojnę

Tymi podłymi ulicami kroczyć musi człowiek, który sam w sobie nie jest ani podły, ani zbrukany, ani też zlękniony.

Raymond Chandler, The simple art of murder


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Rozdział pierwszy

Są takie miejsca, których nie zapomnę do końca życia – plac Czerwony smagany gorącym wiatrem, sypialnia mojej matki po niewłaściwej stronie Ósmej Mili, bezkresne ogrody wokół domu zamożnej rodziny zastępczej czy zespół ruin znany jako Teatr Śmierci, gdzie pewien człowiek czaił się, by mnie zabić.

Żadne jednak nie wryło się w moją pamięć tak głęboko jak ten budynek bez windy w Nowym Jorku – przetarte zasłony, tanie meble, stół zasypany tiną i innymi prochami. Obok łóżka leżą majtki w rozmiarze nici dentystycznej, damska torebka i para szpilek Jimmy Choo na sześciocalowym obcasie. Podobnie jak ich właścicielka, nie pasują do tego miejsca. Leży naga w wannie, z poderżniętym gardłem, twarzą do dołu, zanurzona w kwasie siarkowym będącym aktywnym składnikiem preparatu do czyszczenia rur, dostępnego w każdym supermarkecie.

Dziesiątki butelek po tym specyfiku – zwanym DrainBomb – leżą w nieładzie na podłodze. Przez nikogo niezauważony, zaczynam je oglądać. Na wszystkich zachowały się nalepki, stąd wiem, że zabójca, kimkolwiek był, chcąc uniknąć podejrzeń, kupił je w dwudziestu różnych sklepach. Zawsze twierdziłem, że trudno nie podziwiać dobrego planowania.

W mieszkaniu panuje chaos, a hałas jest wręcz ogłuszający – trzeszczą policyjne radiotelefony, asystenci koronera domagają się wsparcia, a kobieta o latynoskiej urodzie szlocha w głos. Nawet jeśli nikt na całym świecie nie zna ofiary, na miejscu zbrodni zawsze znajdzie się ktoś gotów ją opłakiwać.

Identyfikacja młodej kobiety leżącej w wannie jest niemożliwa – trzy dni w wannie z kwasem wystarczyły, by zniszczyć rysy twarzy i znaki szczególne. Zdaje się, że taki był plan – sprawca celowo obciążył ręce ofiary książkami telefonicznymi, dzięki czemu rozpuściły się nie tylko opuszki palców, ale i większość kości śródręczy. Jeśli technikom kryminalistycznym z nowojorskiej policji nie poszczęści się z dopasowaniem dokumentacji stomatologicznej, będą mieli cholerne problemy z identyfikacją.

W miejscach takich jak to, gdzie ma się wrażenie, że zło wciąż lepi się do ścian, umysł dryfuje niekiedy ku dziwnym terytoriom. Rozmyślania o młodej kobiecie bez twarzy obudziły ni stąd, ni zowąd skojarzenie ze starym kawałkiem Lennona i McCartneya, tym o Eleanor Rigby, kobiecie, która noszoną na co dzień twarz trzymała w słoju przy drzwiach. Zaczynam więc w głowie nazywać ofiarę Eleanor. Przed technikami jeszcze sporo pracy, ale mam wrażenie, że wszyscy co do jednego są zgodni w pewnej sprawie: Eleanor zginęła, uprawiając seks – materac częściowo zsunięty z łóżka, zmięta pościel, brązowe kropelki krwi rozpylone na stoliku nocnym. Najbardziej perwersyjni twierdzą, że sprawca poderżnął jej gardło, będąc w niej. Straszne jest to, że mogą mieć rację. Jeśli ktoś szuka jaśniejszych stron w tej ponurej sprawie, może znajdzie pocieszenie w tych słowach: jeżeli kobieta umarła w takim momencie, z pewnością nie była świadoma swego losu – aż do ostatniej chwili.

Tina – krystaliczna metamfetamina – z pewnością jej w tym pomogła. Specyfik ten rozbudza pożądanie i wprawia w euforię; mózg wręcz traci zdolność wyczuwania zagrożenia. Pod jego wpływem człowiek myśli w zasadzie tylko o jednym: jak najszybciej znaleźć partnera i dymać go do utraty sił.

Obok dwóch maleńkich woreczków po narkotyku stoi coś, co przypomina buteleczkę szamponu z hotelowej łazienki. Jest nieoznaczona, zawiera bezbarwny płyn – domyślam się, że to GHB, specyfik, który robi ostatnio wielką karierę w mrocznych zakątkach sieci: w dużych dawkach skutecznie zastępuje pigułkę gwałtu. W większości nocnych klubów można go spotkać na każdym kroku; bywalcy biorą łyczek, by ograniczyć paranoiczne doznania towarzyszące zażywaniu tiny. Niestety, GHB ma własne skutki uboczne: znosi zahamowania i potęguje doznania seksualne. To dlatego na ulicy znany jest jako „łatwy sztos”. Wyskakując ze szpilek i małej czarnej, Eleanor musiała szybować już wysoko jak raca w Święto Niepodległości.

Przeciskam się przez gromadę ludzi – nie znają mnie, jestem tu obcym facetem z drogą marynarką przewieszoną przez ramię i sporym bagażem przeszłości – i zatrzymuję się przy łóżku. Odcinam się od gwaru i oczami wyobraźni widzę ją nagą w pozycji na jeźdźca. Ma niewiele ponad dwadzieścia lat i świetne ciało; porusza się z zapałem, bo narkotykowy koktajl prowadzi ją wprost do epickiego orgazmu. Metamfetamina podnosi temperaturę jej ciała, nabrzmiałe piersi bujają się zmysłowo, puls i oddech przyspieszają gwałtownie pod wpływem chemicznie wzmocnionej namiętności. Jest zdyszana, a jej mokry język, jakby wiedziony własnym rozumem, szuka drogi do ust partnera. Seks w tych czasach z pewnością nie jest dla słabeuszy.

Blask neonów znad knajp po drugiej stronie ulicy musiał rozświetlać jej jasne włosy – oczywiście przycięte w zgodzie z sezonową modą – i lśnić na wskazówkach jej nurkowego zegarka marki Panerai. Podróbki, rzecz jasna, ale niezłej. Znam tę kobietę. Wszyscy znamy ten typ. Tłumnie odwiedzają nowy, wielki sklep Prady w Mediolanie, ustawiają się w kolejkach do klubów w Soho albo sączą niskokaloryczne latte w kawiarniach przy Montaigne – młode kobiety, które mylą doniesienia pisma „People” z wiadomościami i biorą japońskie znaki wykłute na własnych plecach za symbole buntu.

Wyobrażam sobie rękę zabójcy na jej piersi, palec muskający kolczyk z kamykiem wpięty w sutek. Facet chwyta go mocno i szarpie, przyciągając dziewczynę bliżej. Ona krzyczy z podniecenia, bo każdy punkt jej ciała jest teraz nadwrażliwy na bodźce, a sutki w szczególności. I nie ma nic przeciwko temu, bo skoro ktoś chce ostrzej, to widocznie mu się spodobała. Ujeżdża go, a wezgłowie łóżka tłucze rytmicznie o ścianę. Ona patrzy na drzwi wejściowe, z pewnością zamknięte na klucz i łańcuch. W tej dzielnicy to niezbędne minimum.

Diagram na ścianie wskazuje drogę ewakuacji. To hotel, ale na tym kończą się wszelkie podobieństwa do Ritza-Carltona. Ten nazywa się Eastside Inn i jest domem dla oszczędnych w delegacji, dla młodziaków z plecakami, dla tych, co znaleźli się na życiowym zakręcie, i dla każdego, kto nie zapłaci za nocleg więcej niż dwadzieścia dolców. Zostań tak długo, jak zechcesz – dzień, miesiąc, całe życie – wystarczą dwa dowody tożsamości, w tym jeden ze zdjęciem.

Gość, który zajął pokój osiemdziesiąt dziewięć, musiał tu spędzić jakiś czas – na komodzie stoi sześciopak piwa, a obok cztery na wpół opróżnione flaszki czegoś mocniejszego i dwa pudełka płatków śniadaniowych. Na stoliku nocnym odtwarzacz i kilka kompaktów; przeglądam je pobieżnie. Trzeba przyznać, że facet ma niezły gust muzyczny. Szafa jest pusta; wydaje się, że zabrał ze sobą jedynie ubrania, gdy opuszczał to miejsce, zostawiając w wannie wolno rozpuszczające się zwłoki. W kącie szafy widzę tylko stertę śmieci: porzucone gazety, pustą puszkę środka na karaluchy i poplamiony kawą kalendarz ścienny. Sięgam po niego. Na każdej stronie znajduję czarno-białe zdjęcie słynnej starożytnej ruiny – Koloseum, grecka świątynia, Biblioteka Celsusa nocą. Artystycznie jak cholera. Niestety, nigdzie nie ma notatek, niczego nie zaznaczono. Kalendarz najwyraźniej służył wyłącznie jako podkładka pod kubek z kawą. Rzucam go na stertę.

Odwracam się i bez namysłu, w zasadzie odruchowo przesuwam palcami po blacie nocnego stolika. Dziwne: ani śladu kurzu. Sprawdzam komodę, krawędź wezgłowia i odtwarzacz – nic. Zabójca wytarł wszystkie powierzchnie, żeby nie zostawić odcisków. Nobla by pewnie za to nie dostał, myślę, ale naprawdę zaskakujący jest zapach, który czuję, gdy unoszę palce na wysokość nosa. To woń środka dezynfekującego stosowanego na oddziałach intensywnej opieki medycznej. Nie tylko zapobiega infekcjom, zabijając wszelkie bakterie, ale też powoduje rozpad DNA – także w próbkach potu, skóry czy włosów. Zabójca spryskał wszystko, włącznie z dywanem i ścianami, by mieć pewność, że nowojorska policja tylko zmarnuje swój cenny czas, próbując znaleźć jego trop w kurzu zebranym laboratoryjnymi odkurzaczami.

Uświadamiam sobie nagle i bardzo wyraźnie, że to nie jest typowa zbrodnia z pieniędzmi, prochami albo seksem w tle. To zbrodnia doprawdy niezwykła.

Rozdział drugi

Nie wszyscy o tym wiedzą – a nawet, śmiem twierdzić, mało kogo to obchodzi – ale naczelnym prawem kryminalistyki jest zasada wymiany Locarda: „Po każdym kontakcie sprawcy z miejscem zbrodni pozostają ślady”. Stojąc w pokoju numer osiemdziesiąt dziewięć i starając się ignorować kakofonię tuzina głosów, zastanawiam się, czy profesor Locard napotkał w swej karierze taki przypadek – wszystko, czego dotknął sprawca, moczy się teraz w wannie pełnej kwasu albo zostało wytarte do czysta, albo spryskane przemysłowym środkiem dezynfekcyjnym. Nie mam wątpliwości, że nie pozostawił po sobie ani jednej komórki.

 

Rok temu napisałem dość niszową książkę o nowoczesnych metodach dochodzeniowych. W rozdziale zatytułowanym „Nowe granice” wspomniałem, że tylko raz w życiu spotkałem się z wykorzystaniem sprayu antybakteryjnego: był to przypadek likwidacji wysokiego rangą agenta wywiadu w Republice Czeskiej. Nie była to zresztą najlepsza prognoza na przyszłość – sprawy do dzisiaj nie rozwiązano. Ten, kto mieszkał w pokoju osiemdziesiąt dziewięć, najwyraźniej zna się na rzeczy. Zaczynam więc badać miejsce zbrodni ze zdwojoną uwagą.

Sprawca nie był porządnicki – wśród innych śmieci leżących obok łóżka widzę puste pudełko po pizzy. Jestem gotów iść dalej, ale zatrzymuje mnie nagła myśl: to tu, na wieku pudełka, w zasięgu ręki, musiał położyć nóż. Rzecz tak naturalna, że Eleanor zapewne nie zwróciła na nią uwagi.

Wyobrażam ją sobie na łóżku, jak sięga pod zmiętą kołdrą w stronę krocza sprawcy. Całuje jego ramiona, pierś, schodzi coraz niżej. Może facet wie, co go czeka, a może nie: jednym z efektów ubocznych GHB jest wyłączenie odruchu wymiotnego. W takim stanie można łyknąć siedmio-, ośmio- czy nawet dziesięciocalową armatę; nie bez powodu najłatwiej kupić ten specyfik w gejowskich saunach. Albo na planie filmu pornograficznego.

Oczyma wyobraźni widzę, jak dłonie sprawcy chwytają dziewczynę i przerzucają ją na plecy. Siada okrakiem na jej piersi. Eleanor pewnie sądzi, że będzie podążał ku jej ustom. On tymczasem opiera prawą dłoń na brzegu łóżka i dyskretnie odnajduje palcami pudełko po pizzy, a zaraz potem to, czego naprawdę szuka: kawałek zimnej stali, nóż tani, ale całkiem nowy, a dzięki temu wystarczająco ostry.

Gdyby ktoś obserwował kobietę od tyłu, widząc jej wygięty grzbiet i słysząc jęk rozkoszy, pomyślałby, że parter jest już w jej ustach. Tak jednak nie jest. Oczy Eleanor, błyszczące w narkotycznym transie, nagle są pełne strachu. Lewa ręka zabójcy zatyka jej usta, odchylając głowę do tyłu, odsłaniając gardło. Kobieta wije się i wierzga, próbuje użyć rąk, ale on to przewidział. Siedzi przecież na jej piersiach, mocno wbijając kolana w jej ramiona. Skąd wiem? Na ramionach trupa rozpuszczającego się w wannie widać jeszcze sine ślady. Jest bezradna. Kątem oka dostrzega nareszcie jego prawą rękę i próbuje krzyczeć. Rzuca się jak oszalała, walczy. Zębate, stalowe ostrze noża do pizzy mija jej pierś i zmierza w stronę bladej szyi. Tnie głęboko…

Krew pryska na stolik nocny. Jedna z tętnic zasilających mózg zostaje przerwana, teraz to już kwestia chwili. Eleanor słabnie, wykrwawia się, słychać bulgot. Ostatnie świadome myśli: oto jest świadkiem własnej śmierci; oto wszystko, czymkolwiek była i czymkolwiek miała nadzieję się stać, dobiega kresu. I tak to się stało – sprawca wcale w niej nie był. Dziękujmy Bogu, że chociaż tego nam oszczędził, myślę.

Zabójca odchodzi, by przygotować kwasową kąpiel. Po drodze zdejmuje zakrwawioną, białą koszulę, którą miał na sobie – udało się znaleźć jej resztki w wannie, pod ciałem Eleanor, wraz z nożem długim na cztery cale, o czarnej, plastikowej rękojeści; w Chinach produkuje się takie za pół darmo, w milionach egzemplarzy.

Pochłonięty wyrazistą wizją tego, co się tu wydarzyło, ledwie wyczuwam dłoń, którą ktoś położył na moim ramieniu. Odtrącam ją jednak odruchowo, gotów złamać mu rękę – niestety, miewam takie przebłyski z dawnego życia. Gość mamrocze przeprosiny, spoglądając na mnie dziwnie, a potem próbuje usunąć mnie z drogi. To dowódca ekipy techników dochodzeniowych – trzech facetów i babki – którzy właśnie rozstawiają lampy UV i tacki z solą Fast Blue B, by poszukać plam nasienia na materacu. Jeszcze nie wiedzą o środku dezynfekcyjnym, a ja siedzę cicho: zabójca mógł wszak pominąć jakiś skrawek łóżka. Pamiętam jednak, że jesteśmy w Eastside Inn; w takim miejscu można znaleźć kilka tysięcy śladów pamiętających czasy, gdy dziwki nosiły pończochy.

Schodzę mu z drogi, wciąż zamyślony. Próbuję się wyłączyć, skupić, bo jest w tym pokoju, w całej tej sprawie coś – nie jestem pewny co takiego – co nie daje mi spokoju. Jakiś element nie pasuje do scenariusza, a ja nie wiem dlaczego. Rozglądam się, raz jeszcze inwentaryzuję wszystko, co mam w zasięgu wzroku, lecz bez skutku. Wyczuwam, że przeoczyłem coś wcześniej. Cofam w głowie taśmę do początku, do chwili, gdy tu wszedłem.

Co to było? Sięgam do podświadomości, próbuję odtworzyć pierwsze wrażenie – to był drobny detal, niezwiązany z samym aktem przemocy, a jednak niezmiernie ważny. Gdybym tylko mógł go dotknąć… poczuć… to coś jakby… Jakby słowo, które przeniosłem na inną półkę pamięci. Przypominam sobie zdania z własnej książki: o tym, że to założenia, zbyt pochopne, za każdym razem prowadzą do klęski. I nagle wiem.

Gdy wszedłem do tego pokoju, zobaczyłem sześciopak na komodzie, potem karton mleka w lodówce, przebiegłem wzrokiem po tytułach paru płyt DVD leżących obok telewizora i wreszcie dostrzegłem świeży worek w koszu na śmieci. A wrażenie, to słowo, które przyszło mi do głowy, lecz nie przebiło się do świadomości, brzmiało: „kobieta”. Rozszyfrowałem wszystko, co zaszło w pokoju osiemdziesiąt dziewięć, z wyjątkiem najważniejszego. To nie młody facet był tu lokatorem. To nie mężczyzna uprawiał seks z Eleanor, a potem poderżnął jej gardło. I nie sprytny jegomość pozbawił ją kwasem wszelkich śladów tożsamości, po czym spryskał pokój środkiem dezynfekującym.

Zrobiła to kobieta.

Rozdział trzeci

W trakcie mej kariery poznałem wielu silnych ludzi, ale tylko jeden z nich wręcz emanował naturalnym, wrodzonym autorytetem – potrafiłby przebić adwersarza szeptem. I oto pojawia się w korytarzu, by zaraz ruszyć ku mnie, po drodze informując techników, że mają zaczekać: strażacy chcą zabezpieczyć kwas, zanim ktoś się poparzy.

– Ale nie zdejmujcie rękawiczek – doradza. – W holu możecie sobie zrobić darmowe wzajemne badanie prostaty.

Wybuchają śmiechem – wszyscy oprócz techników.

Człowiek z głosem to Ben Bradley, porucznik z wydziału zabójstw prowadzący tę sprawę. Był na dole u kierownika hotelu; próbował namierzyć łajdaka, do którego należy ten przybytek. To rosły, czarnoskóry facet – Bradley, nie łajdak – po pięćdziesiątce, ma wielkie łapy i nosi dżinsy Industry z wywiniętymi mankietami. Żona namówiła go niedawno, żeby je kupił, w daremnej próbie poprawy wizerunku. On sam twierdzi, że wygląda w nich jak postać z powieści Steinbecka, jak współczesna wersja uchodźcy z czasów Dust Bowl.

Jak wszyscy bywalcy cyrku zwanego miejscem zbrodni, i on nie przepada zbytnio za specami od zabezpieczania śladów – a to z dwóch powodów. Po pierwsze, od kilku lat nie są już funkcjonariuszami policji, tylko pracownikami zewnętrznej firmy; zdecydowanie zbyt dobrze opłacani, pojawiają się w robocie w śnieżnobiałych kombinezonach z napisem w rodzaju „Forensic Biological Services, Inc.”. Po drugie – dla Bradleya to nawet ważniejsze – ogromną popularność w telewizji zdobyły dwa seriale prezentujące ich pracę, przez co zdecydowana większość techników dochodzeniowych cierpi na ostrą postać nieznośnego celebryctwa.

– Jezu, czy w tym kraju jest jeszcze ktoś, komu nie marzy się udział w reality show? – ubolewał niedawno.

Przyglądając się, jak przyszli celebryci pakują swe przenośne laboratorium z powrotem do walizek, przechwytuje moje spojrzenie. Stojąc w milczeniu pod ścianą, obserwuję to wszystko i nie mogę się oprzeć wrażeniu, że spędziłem w ten sposób pół życia. Bradley ignoruje ludzi, którzy domagają się jego uwagi. Podchodzi do mnie, ale nie podaje mi ręki – nie wiem dlaczego, po prostu tego nie robimy; nie jestem nawet pewny, czy jesteśmy przyjaciółmi, i nie mnie to oceniać, ja przecież nigdy z nikim nie trzymałem. Nie wiem, czy to ma znaczenie, ale w każdym razie szanujemy się.

– Dzięki, że wpadłeś – mówi.

Kiwam głową, spoglądając na podwinięte nogawki jego dżinsów i czarne buty robocze, w sam raz do brodzenia we krwi i gównie na miejscu zbrodni.

– Przyjechałeś traktorem? – pytam.

Nie śmieje się. Ben prawie nigdy się nie śmieje; nie wydaje mi się, bym kiedykolwiek spotkał człowieka o bardziej kamiennej twarzy. Co wcale nie oznacza, że brak mu poczucia humoru.

– Miałeś okazję się rozejrzeć, Ramón? – pyta cicho.

Nie mam na imię Ramón, a on doskonale o tym wie. Wie jednak i o tym, że do niedawna byłem pracownikiem jednej z najtajniejszych agencji wywiadowczych naszego kraju, więc domyślam się, że nawiązuje do postaci Ramona Garcii. Ramón był agentem FBI, który zadał sobie niewyobrażalny wręcz trud, by ukryć swą tożsamość, gdy sprzedawał tajemnice państwowe Rosjanom, po czym zostawił mnóstwo odcisków palców na workach na śmieci marki Hefty, w których dostarczał skradzione dokumenty. Ramón był bez wątpienia najbardziej niekompetentnym tajnym agentem w dziejach świata. Jak wspominałem, Ben ma wyborne poczucie humoru.

– Owszem, widziałem co nieco – odpowiadam. – Wiesz już coś o lokatorce tej nory? To chyba główna podejrzana, co?

Ben potrafi ukryć niejedno, ale w jego oczach widzę zaskoczenie: kobieta?!

Doskonale, myślę. Ramón kontratakuje.

Ale Bradley to dobry glina.

– Ciekawe, Ramón – odpowiada, próbując wysondować, czy rzeczywiście coś odkryłem, czy strzelam. – Jak na to wpadłeś?

Wskazuję sześciopak na komodzie, mleko w lodówce.

– Jaki facet robi coś takiego? Facet pilnuje, żeby piwo było chłodne, i niech szlag trafi mleko. Spójrz na te płyty – same komedie romantyczne, ani jednego filmu akcji. Może się przejdziemy? – proponuję. – Sprawdzimy, ilu jeszcze gości tej budy wkłada worek do kosza na śmieci? To robota kobiety, w dodatku takiej, która nie pasuje do tego miejsca, choćby nie wiem jak dobrze grała swoją rolę.

Bradley zastanawia się, patrząc mi prosto w oczy, ale nie sposób odgadnąć, czy kupuje to, co próbuję mu sprzedać. Zanim zdążę spytać, dwoje młodych detektywów – kobieta i jej partner – wyłania się zza beczek na niebezpieczne substancje, przytarganych przez strażaków. Zatrzymują się tuż przed Bradleyem.

– Mamy coś, Ben! – melduje kobieta. – Chodzi o to, kto mieszkał…

Bradley przerywa jej spokojnym skinieniem głowy.

– Wiem, to kobieta. Macie coś więcej na jej temat?

Więc jednak kupił. Dwoje funkcjonariuszy spogląda na niego bez słowa, zastanawiając się, jak, u diabła, to odgadł. Nim nastanie ranek, legenda o ich szefie zdąży nabrać nowej mocy. A ja? Myślę, że facet jest bezczelny; tak po prostu, bez mrugnięcia okiem, przypisuje sobie całą zasługę. Parskam śmiechem.

Bradley zerka na mnie i przez krótką chwilę mam wrażenie, że mi zawtóruje, ale daremna moja nadzieja. Dostrzegam tylko błysk w jego sennych oczach, a potem znowu zwraca się do swoich ludzi:

– Skąd wiecie, że to kobieta?

– Mamy księgę gości i teczki wszystkich pokoi – odpowiada detektyw, niejaki Connor Norris.

Bradley już nie wygląda na sennego.

– Od kierownika? Znaleźliście łajdaka i otworzył biuro?

Norris kręci głową.

– Wydano na niego cztery nakazy aresztowania za handel narkotykami. Pewnie jest w połowie drogi do Meksyku. Nie, to Alvarez – tu wskazuje na partnerkę – rozpoznała gościa poszukiwanego za włamania, który mieszka piętro wyżej. – Spogląda pytająco na partnerkę, nie bardzo wiedząc, jak dużo może zdradzić.

Alvarez wzrusza ramionami i mając nadzieję, że jakoś to będzie, wyłuszcza:

– Obiecałam włamywaczowi kartę „wychodzisz wolny z więzienia”, jeśli otworzy dla nas zamki w drzwiach biura kierownika i w sejfie.

Spogląda niespokojnie na Bradleya, zastanawiając się, jakie czekają ją kłopoty.

Ale z twarzy jej szefa nic nie da się wyczytać. I tylko jego głos staje się odrobinę cichszy, a nawet jakby łagodniejszy.

– A potem?

– Nie potrzebował nawet minuty, żeby uporać się z ośmioma zamkami – odpowiada Alvarez. – Nic dziwnego, że nikt nie czuje się w tym mieście bezpieczny.

– Co było w teczce tej kobiety? – pyta Bradley.

– Rachunki. Mieszkała tu nieco ponad rok – odpowiada Norris. – Płaciła gotówką, nie kazała podłączyć telefonu ani kablówki, nic. Widać nie chciała zostawiać śladów.

Bradley kiwa głową – właśnie tego się spodziewał.

– Kiedy po raz ostatni widział ją któryś z sąsiadów?

– Trzy, może cztery dni temu. Nikt nie jest pewny.

– Zniknęła zaraz po zabiciu panienki, którą tu sobie sprowadziła – mruczy Bradley. – Co z dokumentem tożsamości? W teczce został chyba jakiś ślad?

Alvarez zerka do notatek.

– Jest fotokopia prawa jazdy wydanego na Florydzie i legitymacji studenckiej czy czegoś takiego. Bez zdjęcia – dodaje. – Założę się, że prawdziwe.

 

– Na wszelki wypadek sprawdźcie – rozkazuje Bradley.

– Daliśmy papiery Petersenowi – odpowiada Norris, mając na myśli innego młodego detektywa. – Wziął się do roboty.

Bradley kiwa głową.

– Czy włamywacz albo inny lokator potrafił coś powiedzieć o podejrzanej? Zna ją?

Kręcą głowami.

– Nikt. Widzieli tylko, że przychodziła i wychodziła – mówi Norris. – Powyżej dwudziestu lat, pięć stóp osiem cali, świetne ciało, zdaniem włamywacza…

Bradley wznosi oczy ku niebu.

– Wedle jego standardów zapewne oznacza to, że ma dwie nogi.

Norris się uśmiecha, ale Alvarez nie – pewnie by wolała, żeby szef powiedział coś na temat jej układu z włamywaczem. Jeżeli ma ją zrugać, niech to zrobi od razu i nie każe jej ciągnąć tej rozmowy z profesjonalnym spokojem.

– Według tak zwanej aktorki z pokoju sto czternaście, babka codziennie wyglądała inaczej. Jednego dnia Marilyn Monroe, innego Marilyn Manson, a czasem nawet obie wersje jednego dnia. Pokazywała się też jako Drew, Britney, Dame Edna, k.d. lang…

– Poważnie? – wpada jej w słowo Bradley. Młodzi policjanci kiwają głowami i podsuwają kolejne nazwiska, jakby stanowiły dowód. – Chciałbym zobaczyć, jak będzie wyglądała praca nad portretem pamięciowym – dodaje, świadom tego, że kolejno zamykają się wszystkie typowe drogi, którymi można prowadzić dochodzenie w sprawie morderstwa. – Coś jeszcze?

Kręcą głowami. Skończyli.

– Lepiej zabierzcie się do zbierania zeznań od tutejszej menażerii. Skupcie się na tych, na których nie mamy nakazów aresztowania. Może znajdzie się ze trzech.

Bradley odsyła swoich ludzi i spogląda na mnie, czekającego w półmroku. Jest gotowy do rozmowy o tym, co naprawdę go zaniepokoiło.

– Widziałeś kiedy coś takiego? – pyta, wkładając rękawiczki. Zdejmuje z półki w szafie metalowe pudełko w kolorze khaki, którego wcześniej nie zauważyłem. Chce je otworzyć, ale najpierw spogląda w ślad za Alvarez i Norrisem, którzy właśnie wychodzą, klucząc między strażakami pakującymi niepotrzebne już pompy do chemikaliów.

– Hej! – woła, a gdy się odwracają, dodaje: – Dobra robota z tym włamywaczem.

Na twarzy Alvarez odmalowuje się ulga; oboje uśmiechają się i unoszą ręce w podziękowaniu. Nic dziwnego, że ekipa uwielbia Bradleya.

Spoglądam na metalowe pudełko. To raczej mała walizeczka z numerem seryjnym wydrukowanym na biało wzdłuż krawędzi. Bez wątpienia wojskowa; gdzieś taką widziałem, ale pamiętam jak przez mgłę.

– Polowy zestaw chirurgiczny? – pytam bez przekonania.

– Blisko – odpowiada Bradley. – Dentystyczny. – Unosi wieko, odsłaniając wyściółkę z gąbki, w której spoczywa zestaw narzędzi stomatologicznych: upychadła, zgłębniki, kleszcze.

Patrzę w oczy Bradleya.

– Wyrwała ofierze zęby? – pytam.

– Wszystkie. Nie znaleźliśmy ani jednego, więc pewnie je wyrzuciła. Możliwe, że spuściła w kiblu. Właśnie rozbieramy kanalizę, może się nam poszczęści.

– Zrobiła to, zanim zabiła?

Ben rozumie, do czego zmierzam.

– Nie, to nie były tortury. Ekipa koronera dobrze się przyjrzała ustom ofiary i właściwie nie ma wątpliwości, że ekstrakcji dokonano pośmiertnie, żeby utrudnić identyfikację. To dlatego poprosiłem, żebyś tu wpadł. Przypomniałem sobie, że pisałeś w swojej książce o morderstwie i domorosłym dentyście. Pomyślałem więc, że jeśli tamtej zbrodni dokonano w Stanach, może…

– Nie, związku nie będzie. To było w Szwecji – odpowiadam. – Facet użył młotka chirurgicznego, żeby usunąć mostek dentystyczny i przy okazji fragment szczęki ofiary – zapewne w tym samym celu – ale żeby kleszczami? Czegoś takiego jeszcze nie widziałem.

– A my już tak – odpowiada Ben.

– Inspirujące – stwierdzam. – Mam na myśli postęp cywilizacyjny.

Nie pora na rozpaczanie nad kondycją ludzkości. Powiem szczerze: jestem pod jeszcze większym wrażeniem dokonań zabójczyni. Wyrwanie trzydziestu dwóch zębów ze szczęk trupa z pewnością nie było łatwe. Sprawczyni najwyraźniej doskonale pojęła kluczową koncepcję, która jakoś umyka większości jej kolegów po fachu: nigdy nie aresztowano nikogo z powodu morderstwa; ludzi aresztuje się dlatego, że go porządnie nie zaplanowali.

Wskazuję na metalowe pudełko.

– Skąd coś takiego w rękach cywila? – pytam.

Ben wzrusza ramionami.

– Żaden problem. Dzwoniłem do kumpla z Pentagonu i przekonałem go, żeby zajrzał do archiwum: na stanie armii stwierdzono nadmiar czterdziestu tysięcy zestawów, zostały wyprzedane w ostatnich latach przez sieć sklepów dla miłośników survivalu. Oczywiście zbadamy ten trop, ale to nic nie da. Nie jestem pewny, czy ktokolwiek…

Urywa w pół zdania. Zabłądził w labiryncie i rozgląda się po hotelowym pokoju, jakby szukał wyjścia.

– Nie mam twarzy – odzywa się cicho po chwili. – Nie mam zębów. Nie mam świadków. A najgorsze jest to, że nie mam motywu. Znasz się na tej robocie lepiej niż ktokolwiek inny – gdybym cię poprosił o rozwikłanie tej zagadki, jakie dałbyś sobie szanse?

– W tej chwili? To Powerball czy jak tam nazywają tę loterię – odpowiadam. – Człowiek wchodzi tu i myśli: amatorszczyzna, kolejna zabawa z narkotykami i seksem. A potem przygląda się bliżej i stwierdza, że w życiu nie widział równie sprawnej roboty. – To rzekłszy, opowiadam Bradleyowi o środku dezynfekującym i widzę, że nie to chciałby ode mnie usłyszeć.

– Dzięki za podniesienie mnie na duchu – mówi i machinalnie zaczyna pocierać palcem wskazującym o kciuk. Znamy się od dawna i obserwowałem go wystarczająco uważnie, żeby wiedzieć, co to oznacza: chciałby zapalić. Powiedział mi kiedyś, że rzucił papierosy w latach dziewięćdziesiątych, więc wiem, że od tamtej pory pewnie milion razy pomyślał, jak bardzo by mu pomogło kilka haustów dymu. Tak, to jedna z takich chwil. Zaczyna mówić, żeby przestać myśleć o głodzie nikotynowym. – Wiesz, na czym polega mój problem? Marcie mi to kiedyś wyjaśniła. – Marcie to jego żona. – Otóż za bardzo zbliżam się do ofiar i w końcu zaczynam sobie wyobrażać, że jestem jedynym przyjacielem, jaki im pozostał.

– Ich obrońcą? – podpowiadam.

– Właśnie tego słowa użyła. A trzeba ci wiedzieć, że jest jedna rzecz, na którą nigdy nie umiałem się zdobyć. Marcie twierdzi, że to jedyna rzecz, którą we mnie lubi. Otóż nigdy nie umiałem zawieść przyjaciela.

Obrońca umarłych, powtarzam w myśli. Mogło być gorzej. Żałuję, że w żaden sposób nie mogę mu pomóc – to przecież nie moje śledztwo. Choć mam dopiero trzydzieści parę lat, jestem emerytem.

Jeden z techników wpada do pokoju i wykrzykuje z azjatyckim akcentem:

– Ben?

Bradley się odwraca.

– W piwnicy!