Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Okładka


Strona tytułowa
Terri Blackstock
Dosięgnąć świąt

Tłumaczyła Joanna Olejarczyk

Strona redakcyjna

Tytuł oryginału:

Catching Christmas

Autor:

Terri Blackstock

Tłumaczenie z języka angielskiego:

Joanna Olejarczyk

Redakcja:

Natalia Chrobak-Lechoszest

Korekta:

Dominika Wilk

Skład:

Klaudyna Szewczyk

Projekt okładki:

Martyna Pokrzywa

ISBN 978-83-66297-34-0

© 2018 by Terri Blackstock

Published by arrangement with Thomas Nelson, a division of HarperCollins Christian Publishing, Inc.

© 2019 for the Polish edition by Dreams Wydawnictwo

Rzeszów, wydanie I

Dreams Wydawnictwo Lidia Miś-Nowak

ul. Unii Lubelskiej 6A, 35-310 Rzeszów

www.dreamswydawnictwo.pl

Zdjęcia na okładce:

© SIphotography © iStock 836001754, © Pexels – Elina Sazonova, © Freepik – Ibrandify

Wszystkie cytaty z Pisma Świętego podano za Biblią Tysiąclecia.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana, przechowywana jako źródło danych, przekazywana w jakiejkolwiek mechanicznej, elektronicznej lub innej formie zapisu bez pisemnej zgody wydawcy.

Książkę tę z miłością dedykuję Nazarejczykowi

Rozdział 1
Finn

Nie należę do agresywnych, ale miałem ochotę zatrzymać taksówkę i wyrzucić tego gadułę na chodnik. Dawał mi ku temu mnóstwo powodów. Jednym z nich był jego tandetny świąteczny strój. Drugim – zauroczenie Uberem[1].

– Nie chcę pana obrazić, ani nic z tych rzeczy – mówił. – Ale nie rozumiem, dlaczego wciąż tak wielu kierowców jeździ taksówkami. Model pracy Ubera to nasza przyszłość, nie sądzi pan? Przecież to takie wygodne dla klientów! Aplikacja automatycznie obciąża kartę kredytową, a żaden zakichany taksometr nie gapi się prosto w twarz…

Zerknąłem na kolesia przez wsteczne lusterko.

– Ma pan pieniądze czy nie?

– Oczywiście. O co panu chodzi?

– Brzmi pan jak ktoś, kto ma problem z płaceniem kartą lub gotówką drugiemu człowiekowi. Woli pan zlecić wszystko przez aplikację, dzięki której jacyś ludzie gdzieś w Chinach albo jeszcze dalej zachowają wszystkie pana dane.

Jego śmiech był nienaturalny i defensywny.

– Ile pan ma lat? – spytał. – Nie jest pan chyba dość stary, aby być tak podejrzliwym wobec Internetu. Wygląda pan jak ten gość… Luke z serialu Kochane kłopoty. Moja żona by pana pokochała. Pewnie często panu to mówią.

– Nie mam pojęcia, co to za jeden – odrzekłem, mimo to słyszałem podobne uwagi przynajmniej raz na tydzień.

– W ostatnich odcinkach wyglądał tak samo jak pan.

Czyli chodziło o jego starszą wersję. No jasne. Już i tak czułem się staro, choć dopiero miesiąc wcześniej stuknęła mi trzydziestka.

Uznałem, że nie warto mu odpowiadać. Zbliżaliśmy się do miejsca, w które chciał, aby go zawieźć. Wiedziałem o tym, bo mapę Saint Louis miałem w głowie i nie potrzebowałem GPS-a.

Ale koleś najwyraźniej uwielbiał brzmienie własnego głosu.

– Zamówiłem taksówkę tylko dlatego, że są godziny szczytu. Uber śrubuje ceny w takich porach. A pan stał akurat pod hotelem, w którym odbywała się moja konwencja…

Teraz już nie wytrzymałem.

– Więc wolałby pan zabrać się z jakimś gościem, który nie przeszedł tylu badań, co ja, który nie musi opłacać tych samych licencji i podatków, co ja, który nie wie, dokąd pan jedzie, chyba że w trakcie jazdy patrzy na telefon, jednocześnie usiłując prowadzić, i który równie dobrze mógłby w ciągu dnia pracować w jakimś laboratorium i badać żywe wirusy, i nawet nie myć po tym rąk…

– Bez przesady – wtrącił się. – To śmieszne.

– Większość kierowców Ubera w ten sposób tylko sobie dorabia. Ja znam dużo skrótów…

– Ale pan z nich nie korzysta. Przecież sam pan wie, że taksówkarze robią wszystko, by nabić jak najwyższy rachunek. Być może dla kierowców Ubera to nie jedyne źródło utrzymania, ale są wystarczająco dobrzy. A ja zazwyczaj sam wiem, dokąd jadę. Mogę wskazywać im drogę.

– Wie pan co? – odgryzłem się. – To całkiem inna sprawa. Czy naprawdę woli pan coś, co jest wystarczająco dobre? A co by pan powiedział na doskonałą usługę? Oglądacie telewizję na sześciocalowych ekranikach, czytacie newsy na byle blogach, jecie fast foody, a nie gotujecie. Zadowalacie się marnymi burgerami, zamiast chodzić do wykwintnych restauracji albo – to dopiero myśl! – przyrządzać posiłki w domu.

Facet pochylił się do przodu na siedzeniu, a ja walczyłem z odruchem, który kazał mi go odepchnąć.

– Ma pan jakiś problem? – spytał. – Co ma wspólnego moja dieta z jazdą taksówką?

Dla niego nic. Dla mnie wszystko.

Zaczynałem tracić panowanie nad nerwami. Nie wiedziałem, jak przetrwam ten świąteczny sezon.

Dojechaliśmy na miejsce. Zatrzymałem się przy krawężniku i spojrzałem na taksometr.

– Osiem dolarów. Chce pan paragon?

Gość się nie poruszył.

– Zadałem panu pytanie. – Odwróciłem się do niego. – Chce pan, żeby taksometr nabijał dalej?

Koleś pokręcił głową, wyjął portfel i dał mi dychę.

– Proszę o paragon, bo nie mam potwierdzenia w aplikacji.

Byłem przekonany, że nie zamierzał dać mi napiwku, więc wyciągnąłem dwa dolce z kieszonki saszetki i podałem mu razem z paragonem. Gość chwycił je i otworzył drzwi.

– Chce pan moją wizytówkę? – wrzasnąłem jeszcze za nim.

Trzasnął drzwiami, a ja zarechotałem i odjechałem. W każdej pracy spotyka się bałwanów. Ja niestety spotykam ich więcej niż inni, zwłaszcza o tej porze roku, gdy codziennie odbywają się jakieś świąteczne przyjęcia.

Radio zatrzeszczało i usłyszałem głos dyspozytorki.

– Finn, gdzie jesteś?

– W północno-zachodniej części miasta – odparłem. – Co dla mnie masz?

– Ktoś z tamtej okolicy dzwonił po taksówkę. Sensero Drive sto trzynaście.

Jęknąłem, słysząc ten adres.

– Daj spokój, LuAnn. To dzielnica mieszkalna. Chciałem jechać z powrotem na lotnisko.

– Jesteś najbliżej. Miałam zarezerwować ten kurs nieco wcześniej, ale tego nie zrobiłam.

Czemu ten ktoś nie zadzwonił po Ubera? To rzadkość w przypadku ludzi, którzy nie przywykli do wyszukiwania numeru telefonu dyspozytora i zamawiania taksówki. Ludzi, którzy uwielbiają śledzić kierowców Ubera na ekranie telefonu – swoją drogą to kolejny sposób, dzięki któremu rząd może bez przerwy nas monitorować. Wystarczy zapisać się do jakiejś firmy, która oferuje usługi wspólnych przejazdów kierowców i pasażerów, i już zawsze będą mogli cię wyśledzić.

W tamtym czasie większość kursów odbywałem na trasie z lotniska do hoteli. Takie były najłatwiejsze. Pewne pieniądze, pewni pasażerowie i niewiele czasu straconego na oczekiwanie. Choć takie kursy bywały irytujące, jeśli pasażerowie byli pijani, to przynajmniej pozwalały mi opłacić czynsz.

Jednak od czasu do czasu zdarzał się telefon ze zwykłego domu. Zazwyczaj od kogoś, kto nie potrafił korzystać ze smartfona. Takie kursy mogły być najbardziej irytujące ze wszystkich.

Zrobiłem więc to, czego nie znosiłem, i wstukałem adres w GPS-ie na desce rozdzielczej, ponieważ z zasady nigdy nie używałem do tego celu telefonu. Jechałem, kierując się wskazówkami urządzenia.

Dotarłem pod biały dom w ranczerskim stylu, któremu przydałoby się malowanie. Trawnik wołał o kosiarkę. Domyśliłem się, że nie dostanę od właściciela sowitego napiwku. Świetnie.

Zatrąbiłem i wpatrywałem się w budynek. Nikt się nie pojawił, jednak przez zewnętrzne drzwi dało się zauważyć, że drzwi z moskitierą były otwarte. Włączyłem radio i czekałem. Przełączałem kolejno: I Saw Mommy Kissing Santa Claus, Santa Baby oraz Santa Claus Is Coming to Town w wykonaniu Michaela Jacksona. Bez przerwy tylko to Boże Narodzenie. Już od Święta Dziękczynienia. Zastanawiałem się, czy ci tępi menedżerowie stacji naprawdę myślą, że jeśli zrobią przerwę i puszczą jakąś normalną listę przebojów, to słuchacze od nich uciekną, gorączkowo poszukując więcej Jingle Bells.

Marnowałem czas. Postanowiłem podejść do drzwi. Żaden kierowca Ubera nie zrobiłby czegoś takiego.

Przekręciłem daszek czapki na przód i podszedłem do domu. Zapukałem tak, by zademonstrować swoje zniecierpliwienie. Ponieważ nikt nie otworzył, podszedłem bliżej szyby i popatrzyłem do środka.

Na wózku inwalidzkim siedziała starsza kobieta z głową pochyloną do przodu. Albo zasnęła, albo umarła. Świetnie.

Spojrzałem na moją taksówkę. Mógłbym powiedzieć LuAnn, że nikt mi nie otworzył, bo to była prawda, po czym tak po prostu bym odjechał. Jednak ta kobieta mogłaby się obudzić i poskarżyć, że taksówkarz nie przyjechał.

Zastukałem ponownie w drzwi z moskitierą.

– Halo! – wrzasnąłem.

Kobieta poderwała się.

– Co?

– Czy ktoś zamawiał taksówkę?

Starsza pani rozejrzała się, jakby nie wiedziała, czy w domu była inna osoba, która by mogła po mnie zadzwonić.

– Tak… Och, tak. Bardzo panu dziękuję.

– Potrzebuje pani pomocy?

– Tak, bardzo proszę. Byłoby miło.

Otworzyłem drzwi i wszedłem do niewielkiego pomieszczenia. Jej torebka leżała na stole. Wskazałem ją.

– Wziąć pani torebkę?

 

– Poproszę – odparła.

Wyprowadziłem ją na wózku na zewnątrz, niosąc jej torebkę.

– Czy mam zamknąć drzwi?

– Tak, dziękuję.

Przekręciłem zamek w gałce i zatrzasnąłem je.

Gdy patrzyłem na tę kobietę, przypomniała mi się moja własna mama w ostatnich dniach życia i poczułem w żołądku znajomy, gorzki, piekący kwas.

Zaprowadziłem wózek do taksówki.

– Ekhm… Czy potrafi pani wstać i podejść?

– Przy odrobinie pomocy – odrzekła. – Mam na imię Callie. A ty jak się nazywasz, skarbie?

– Finn – powiedziałem, składając podnóżki, żeby mogła stanąć na ziemi. Potem pomogłem jej się podnieść. Była bardzo słaba. Zrobiła jeden krok, a potem opadła na siedzenie samochodu. Czekałem, aż wciągnie nogi do środka, ale wciąż zwisały przez próg. Westchnąłem, schyliłem się, uniosłem jej stopy i włożyłem do samochodu.

Zamknąłem drzwi i załadowałem wózek do bagażnika. Kiedy usiadłem za kółkiem, włączyłem taksometr, żałując, że nie mogłem doliczyć tych piętnastu minut, które zajęło mi zawleczenie staruszki do auta.

– Dokąd jedziemy, proszę pani?

Nie odpowiedziała, więc odwróciłem się i spojrzałem na nią. Spała. Znowu. Nie do wiary.

Gdzie właściwie miałem ją zawieźć? Połączyłem się przez radio z LuAnn.

– Cześć, chodzi o tę klientkę, którą właśnie odebrałem z Sensero Drive sto trzynaście. Czy mówiła ci, dokąd ma pojechać?

– Tak – odpowiedziała. – Kobieta chciała się dostać do Centrum Medycznego Missouri Baptist na wizytę lekarską. Jest umówiona na czternastą.

– Dobra, dzięki. – Ponownie spojrzałem na pasażerkę i zdałem sobie sprawę, że nie była przypięta pasami. Przewróciłaby się, gdybym ruszył. Wzdychając ciężko, wysiadłem z auta, obszedłem je i zapiąłem jej pas.

Ruszyłem spod jej domu. Na pierwszym skrzyżowaniu zerknąłem w lusterko. Rzeczywiście pochyliła się do przodu, ale pas ją przytrzymał.

Była chuda jak wykałaczka. Musiała mieć z dziewięćdziesiąt lat, albo i więcej. Czy była chora? Co za rodzina pozwoliła jej samej jechać do lekarza? Czy naprawdę nikt nie mógł jej pomóc?

Jazda do szpitala zajęła nam zaledwie kilka minut. Zaparkowałem pod samym wejściem. Staruszka wciąż spała, więc podszedłem do jej drzwi, pochyliłem się i odpiąłem jej pas.

– Proszę pani! Jesteśmy na miejscu.

Obudziła się i spojrzała na mnie pustym wzrokiem.

– Co?

– Jesteśmy na miejscu.

– Gdzie?

– U lekarza. Ma pani wizytę na czternastą. Dobrze trafiliśmy, prawda?

– Ja… Nie jestem pewna. Wielkie nieba, gdzie moje maniery?

– Maniery?

– Tak, jestem Callie. A pan?

– Jestem taksówkarzem.

– Ach tak – odparła.

– Należy się sześć pięćdziesiąt – oznajmiłem trochę za głośno, zakładając, że kobieta ma problemy ze słuchem. – Wyjmę pani wózek.

Kiedy wróciłem, trzymała w dłoni dychę. Wcisnąłem banknot do kieszeni, po czym pomogłem jej usiąść na wózku.

– Czy da pani radę dojechać sama do gabinetu?

– Jakiego gabinetu?

– Lekarskiego. Jesteśmy w klinice, w której ma pani wizytę.

Staruszka popatrzyła na budynek. Zero oznak zrozumienia. Nada, nichts, rien, nothing. Nic a nic. Równie dobrze mogłaby iść do kina.

– Czy da pani radę pojechać sama? Czy mam pani pomóc?

– To byłoby bardzo miłe z pana strony – powiedziała. – Jestem Callie. A pan?

– Finn. – Trzasnąłem drzwiami odrobinę za mocno i zamknąłem zamek, choć silnik wciąż był włączony.

Znając moje szczęście, zaraz mógł się trafić jakiś pacjent nafaszerowany środkami przeciwbólowymi i próbować odlecieć moim autem. Miałem nadzieję, że uda mi się wrócić, zanim ktoś wybije szybę cegłą.

Przepchnąłem wózek przez drzwi.

– Pamięta pani nazwisko lekarza?

Oczywiście, że nie pamiętała. Wyglądała na kompletnie zagubioną. Otworzyła torebkę i zaczęła w niej grzebać.

– Proszę pani? Nazwisko lekarza?

Nie znalazła tego, czego szukała, więc popchałem ją do lady rejestracji.

– Jak ma pani na nazwisko? – spytałem.

– Callie Beecher – odparła.

– Ja jestem Finn – odrzekłem prędko, zanim zdążyłaby ponownie mnie o to zapytać. Musiałem czekać w kolejce, aż zarejestrują się wszyscy pacjenci stojący przed nami. Gryzmolili swoje podpisy tak powoli, że aż nie mogłem w to uwierzyć.

Callie ożywiała się coraz bardziej, rozglądając się wokoło i patrząc na ludzi w kolejce. Zaczepiła kobietę stojącą przed nią.

– Też kiedyś miałam włosy takiego koloru – rzekła głośno, zwracając na siebie uwagę. – Mówili na mnie ruda lisica. Na panią też tak mówią?

– Nie, proszę pani.

– Moja wnuczka również ma takie włosy, ale farbuje je na blond. Tylko moja córka nie była ruda. Na całe szczęście była blondynką.

Użyła czasu przeszłego. Najwyraźniej pochowała własną córkę.

– Popłakała się, gdy zobaczyła, że jej dziecko jest rudzielcem – trajkotała. – Uważała, że takie włosy są ohydne. Starałam się nie brać tego do siebie.

Dziewczyna wyglądała na rozbawioną.

– Tak mówiła?

Twarz Callie na moment przybrała nieobecny wyraz i byłem przekonany, że zgubiła wątek. Rozejrzała się, a potem znowu zatrzymała wzrok na dziewczynie. Wpatrywała się w nią przez chwilę, jakby pierwszy raz ją zobaczyła.

– Nie wygrałabyś żadnego konkursu piękności, ale ja uważam, że jesteś śliczna.

– Dziękuję. – Dziewczyna najwyraźniej miała poczucie humoru. Rozejrzała się z szerokim uśmiechem wokół. Wszyscy parskali i prychali. Pomimo poirytowania ja też nie umiałem powstrzymać uśmiechu.

W bocznych drzwiach pojawiła się pielęgniarka, która raczej nie odmawiała sobie żadnego posiłku. Zawołała następnego pacjenta. Callie ją zauważyła, po czym znowu spojrzała na rudowłosą i zdecydowanie zbyt donośnym głosem wypaliła:

– Czy ja też mam takie grube uda?

Pielęgniarka odwróciła się z furią w oczach, ale gdy dostrzegła, że osoba, która ją obraziła, była starsza niż Matuzalem [2], pokręciła tylko głową. Wszyscy tłumiliśmy śmiech.

– Nie, proszę pani – zachichotała rudowłosa.

– Kiedyś miałam kablówkę – ciągnęła Callie. – I oglądałam taki serial o puszystej pielęgniarce. Jak ona miała na imię?

Dziewczyna teraz już zupełnie straciła panowanie i zaniosła się śmiechem, a jej oczy zaszły łzami.

– Nie wiem.

– Ale miała przynajmniej ładną twarz.

Na wszelki wypadek unikałem kontaktu wzrokowego z Callie, żeby nie przyszło jej do głowy wciągać mnie w to wariactwo.

Nareszcie osoba stojąca przed nami w kolejce skończyła rejestrację i podszedłem do lady. Znudzona recepcjonistka uniosła na mnie wzrok.

– Słucham?

– Przywiozłem panią Callie Beecher na wizytę lekarską.

– Do którego lekarza?

– Nie wiem.

– Mamy tu trzydziestu lekarzy.

Pochyliłem się nad ladą.

– Mogłaby pani sprawdzić? Ona ma problemy z pamięcią.

Kobieta wstukała jej nazwisko.

– Jest umówiona do doktora Patricka. Proszę czekać. Zawołają ją.

– Ma coś ze słuchem i często przysypia, więc być może będzie pani musiała do niej podejść, kiedy ją poproszą.

Rejestratorka wyglądała na kogoś, kto ma wszystko w nosie, ale skinęła niezobowiązująco głową.

Zaprowadziłem wózek Callie do poczekalni, zablokowałem koła i pochyliłem się ku niej.

– Dam pani moją wizytówkę. Jeśli będzie pani chciała, żebym po panią przyjechał po skończonej wizycie, proszę zadzwonić pod ten numer.

Kobieta w średnim wieku, która siedziała obok, zmierzyła mnie takim wzrokiem, jakby patrzyła na nikczemnika.

– Chyba nie zamierza pan zostawić jej tu samej?

– Proszę pani, jestem tylko taksówkarzem.

– Aha.

– Nazywa się Callie Beecher. Czy mogłaby pani nasłuchiwać, aż ją zawołają?

– Tak, jeśli tylko nie wejdę wcześniej.

Popatrzyłem na Callie.

– Proszę włożyć tę wizytówkę gdzieś, gdzie będzie mogła ją pani znaleźć, dobrze?

Wsadziła ją do torebki, po czym odwróciła się do sąsiadki i powiedziała:

– Gdzie moje maniery? Jestem Callie. A pani?

Wykorzystałem tę okazję, by zmyć się z powrotem do taksówki.

Rozdział 2
Sydney

Moje włosy doprowadzały mnie do szału. Grzywka była za długa i wpadała mi do oczu, ale nie miałam czasu, aby pójść do fryzjera. Może powinnam była sama ją obciąć, lecz to zazwyczaj kończyło się katastrofą, zwłaszcza gdy się stresowałam. Kiedy byłam nastolatką i uczyłam się do egzaminów na studia, ojciec chował przede mną wszystkie pary nożyczek, żebym przypadkiem się nie oskalpowała.

– Tak, zaczekam przy telefonie, aby porozmawiać z lekarzem… Nie, nie może do mnie oddzwonić, bo będę na spotkaniu. Proszę, czy mogę pomówić z nim teraz? To zajmie tylko pięć minut… Dobrze, niech będzie jedna minuta. Będę mówić szybko.

Zerknęłam przez szklaną ścianę do sali konferencyjnej mojej kancelarii adwokackiej. Siedziała w niej już połowa pracowników, choć nie zwracali uwagi na siebie nawzajem, skupieni na ekranach telefonów. Usłyszałam głosy na korytarzu i zobaczyłam partnerów idących razem w moją stronę… akurat wtedy, gdy w słuchawce zabrzmiał kobiecy głos.

– Dzień dobry, mówi pielęgniarka Sandra. Pan doktor w tej chwili przyjmuje pacjenta. W czym mogę pomóc?

– Już z panią rozmawiałam, Sandro – odpowiedziałam, zniżając głos niemalże do szeptu. – Poprosiłam, by mu pani przekazała, żeby do mnie oddzwonił, a pani tego nie zrobiła.

– Przepraszam, słabo panią słyszę.

Partnerzy stali już pod drzwiami, niecały metr ode mnie. Musiałam wejść do sali.

– Proszę, żeby przekazała mu pani wiadomość, którą pani zostawiłam. Jeśli pan doktor do mnie zadzwoni, postaram się odebrać. Proszę. To bardzo ważne. Muszę z nim porozmawiać najszybciej, jak to możliwe.

Rozłączyłam się, przykleiłam uśmiech na twarz i przywitałam się z szefostwem, wślizgując się przez drzwi. Zajęłam miejsce między innymi pracownikami odbywającymi pierwszy rok praktyki, którzy nagle zaczęli udawać bardzo zajętych, gdy tylko grube ryby weszły na salę. Moja przyjaciółka, Joanie, zajęła mi krzesło obok siebie, trochę zbyt blisko choinki ozdobionej przez najdroższego dekoratora wnętrz w mieście. Obawiałam się, że mogę zacząć się pocić od żaru oślepiających lampek.

– Dotarła na miejsce? – szepnęła Joanie, zasłaniając usta dłonią.

– Kto wie? Jeśli firma taksówkarska nikogo do niej nie wysłała, to ich pozwę.

– Kryłam cię podczas lunchu. Nie wiedzą, że się spóźniłaś.

– Dzięki. Pomagałam jej się ubrać, bo była w piżamie.

– Będziesz musiała zatrudnić kogoś do pomocy.

– Wiem, ale nie stać mnie na to.

Spotkanie się zaczęło, a ja próbowałam skupić uwagę na starszym z partnerów, który mu przewodniczył – panu Southerbym z firmy Southerby, Maddox and Hanes. Wciąż jednak wracałam myślami do babci, która wczoraj wieczorem wpatrywała się w przestrzeń, siedząc nad lunchem z Meals on Wheels [3], który już dawno zdążył wystygnąć, a którego nawet nie tknęła. W ostatnich dniach jej demencja postępowała tak szybko. Może po prostu złapała jakiegoś wirusa i jej stan wydawał mi się gorszy niż w rzeczywistości, a może nie sypiała zbyt dobrze. Zamierzałam dzisiaj sama zabrać ją do lekarza, ale potem partnerzy zwołali to spotkanie dokładnie na tę samą godzinę, na którą umówiłam wizytę. Nie mogłam ryzykować i się na nim nie pojawić.

Pan Southerby przemawiał, jednocześnie obracając w palcach niezapalony papieros. Zawał, który przeszedł w zeszłym roku, przestraszył go na tyle, że postanowił rzucić palenie, ale wciąż wszędzie zabierał ze sobą jednego.

– Jak państwo wiedzą – ciągnął – w ostatnim kwartale nasze dochody spadły. Winą za ten stan rzeczy obarczamy kilka spraw, które nie potoczyły się po naszej myśli, oraz utratę części klientów wraz z odejściem z firmy Benedicta Simona.

Wszyscy zachichotali, słysząc „Benedict”, bo Simon tak naprawdę miał na imię Larry. Kiedy zwolnił się z kancelarii i zabrał ze sobą kilku ważnych klientów, partnerzy poczuli się rozgoryczeni.

– Krótko mówiąc, z ogromnym żalem musimy państwa poinformować, że jesteśmy zmuszeni zwolnić niektórych pracowników, a to oznacza, że pożegnamy się z częścią osób odbywających pierwszy rok praktyki prawniczej.

Zamarłam. Teraz całkowicie przyciągnął moją uwagę. Rozejrzałam się wokół. Wszyscy gapili się na niego, jakby czekali na wykonanie wyroku przez kata.

 

– Będziemy wzywać państwa na spotkania jeszcze dziś po południu i każdemu z osobna powiemy, czy zatrzyma posadę, czy zostanie zwolniony. Ci z państwa, którzy zostaną, będą musieli dać z siebie więcej. Każdy będzie musiał od teraz pracować za dwóch albo trzech, więc jeśli ktoś z państwa czuje, że temu nie podoła, być może powinien sam zdecydować o odejściu.

Czy patrzył wprost na mnie, mówiąc te słowa, czy tylko to sobie wyobraziłam? Odsunęłam krzesło o kilka centymetrów z nadzieją, że oślepiająca choinka mnie ukryje.

Co zrobię, jeśli mnie zwolnią?

Kiedy spotkanie dobiegło końca, partnerzy wyszli z sali jako pierwsi, prawdopodobnie dlatego, że nie chcieli, by pracownicy rzucili się na nich na korytarzu. Część stażystów wstała i podążyła za nimi z nadzieją, że przekonają ich, iż są niezbędni dla zespołu. Ja siedziałam bez ruchu, zapatrzona przed siebie.

– To będę ja – powiedziałam Joanie, która również tkwiła jak sparaliżowana obok mnie. – Patrzył wprost na mnie, gdy mówił o tym, by samemu opuścić kancelarię, jeśli ktoś czuje, że nie da rady.

– Ale jeżeli cię zwolnią, to nie będziesz mogła odejść z własnej woli. Poza tym wydaje mi się, że patrzył na mnie.

– Niby czemu miałby na ciebie patrzeć? Ty nie spóźniasz się do pracy dlatego, że musisz wykąpać i ubrać babcię, bo bez względu na to, jak wcześnie do niej pojedziesz, zawsze coś idzie nie tak.

– Ale może wiedzą, że cię kryję. Możliwe, że są bardziej źli na mnie niż na ciebie. W końcu ty jesteś cenniejsza. Dobrze się spisałaś przy sprawie Krielega, a oni zdobyli sto milionów dolarów. Ja swój ostatni proces przegrałam. A poza tym prowadzisz sprawę Darco. Nie zwolnią cię dzień przed rozprawą.

Westchnęłam.

– To najgłupszy pozew w historii sądownictwa. Zrujnuje mi reputację bez względu na to, czy przegram, czy wygram.

– Jeśli wygrasz, uszczęśliwisz naszego największego klienta.

– Zejdź na ziemię. Wszyscy wiedzą, że to nie może się udać. Jego syn dostarcza alkohol na imprezę w akademiku, potem po pijaku wjeżdża autem w Burger Kinga i podaje do sądu uczelnię za to, że pozwoliła mu aż tak się upić. A kiedy skończymy to postępowanie, będę musiała reprezentować tego gwiazdora, gdy pozwie sieć barów.

– Mówię ci, że to cię zabezpiecza przed zwolnieniem. Już nie raz wygrywano głupie sprawy.

– Każdy, kto dostałby ten przypadek, osiągnąłby ten sam wynik.

Czując narastającą frustrację, wypuściłam powietrze z płuc i szybko zebrałam w myślach wszystkie swoje osiągnięcia, aby przypomnieć o nich partnerom. Nie było ich zbyt wiele – niektórzy stażyści z pierwszego roku odnieśli dużo większe sukcesy.

– A poza tym w sprawie Krielega byłam drugim adwokatem. To nie moja zasługa.

– Pracowałaś dniami i nocami. To ty wyszperałaś większość z tego, co wykorzystali w sądzie. Nie pozwolą ci odejść.

– W takim razie kogo zwolnią?

– Nie wiem. Nie powiedzieli nawet, ile osób pożegna się z firmą. Zaraz zwymiotuję.

Joanie odsunęła krzesło i wstała. Rzeczywiście była bardzo blada. Patrzyłam, jak wychodzi z sali, a potem znowu spojrzałam na podium, starając się przypomnieć sobie, co dokładnie powiedział pan Southerby, gdy na mnie popatrzył. Czy faktycznie chodziło o dostosowanie się do długich godzin pracy?

Nie mogłam dłużej usiedzieć na miejscu. Miałam milion rzeczy do zrobienia przed jutrzejszą rozprawą i musiałam wziąć się za pracę, aby udowodnić, że jestem wartościowa. Zmusiłam się, by wstać z krzesła i wyjść z sali. Przez minutę stałam w holu, jakbym nie umiała trafić do swojego biura. Co się ze mną działo? Przecież powinnam była szykować się do walki.

Idąc, spojrzałam na telefon, żeby sprawdzić, czy już wezwano mnie na rozmowę, ale szybko przypomniałam sobie o lekarzu. Sprawdziłam, czy nie dzwonili do mnie z kliniki, gdy miałam wyciszone dźwięki.

Nie, jeszcze nie. Czemu nie mogli oddzwonić? Na pewno już wiedzieli, że z moją babcią było coś nie tak i że potrzebowała leków.

Nie miałam czasu, by zaprzątać sobie tym głowę.

Babci nic nie będzie. Lekarz na pewno coś wymyśli. Tylko co? Nie można ot tak zostawić samochodu u mechanika, nie mówiąc mu, co się popsuło, z nadzieją, że sam dojdzie do tego, że skrzynia biegów wydaje piskliwy dźwięk przy wrzucaniu wstecznego biegu. A jeśli przez te pięć minut w gabinecie babcia będzie normalnie kontaktować i lekarz uzna, że nic jej nie jest? Wtedy będziemy musiały do niego wrócić.

Zabuczał telefon na moim biurku. Wcisnęłam guzik.

– Słucham.

– Partnerzy cię proszą – oznajmiła Nora, moja asystentka.

– Już?

– Tak.

– Teraz?

– Tak powiedzieli. Czekają na ciebie w gabinecie pana Southerby’ego.

Byłam jedną z pierwszych. Co to oznaczało? Wygładziłam spódnicę i usiłowałam ujarzmić włosy, ale moje wysiłki spełzły na niczym.

Kiedy znalazłam się przed drzwiami gabinetu pana Southerby’ego, zawibrował mój telefon. Zerknęłam na ekran. To z kliniki. Już miałam odebrać, ale zauważyła mnie sekretarka i, unikając kontaktu wzrokowego, uniosła słuchawkę, by powiedzieć szefowi, że już przyszłam.

Nie mogłam odebrać tego połączenia. Musiałam zaczekać i oddzwonić później, i jeszcze raz przejść przez to wszystko. Wrzuciłam komórkę do kieszeni, wysiliłam się na uśmiech godny najbardziej oddanej i solidnej pracownicy, która wprost uwielbia nadgodziny, po czym weszłam do jaskini lwa.

Inne książki tego autora:
Dopóki żyję
32 19,52
Dopóki biegnę
32 19,52
Zanim mnie znajdą...
32 19,52
Rozwiń