Żony

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wpisuję w okienko wyszukiwarki imię i nazwisko z rachunku, po czym niecierpliwie czekam na wyniki. Wyskakują trzy osoby: kobieta w średnim wieku, która mieszka w Atlancie, dziewczyna z pomarańczowymi włosami, która wygląda góra na szesnaście lat, i… Klikam na ostatni profil. Seth mówił mi, że Monday jest blondynką, ale nigdy nie podał żadnych dodatkowych szczegółów. Wpatruję się w zdjęcie właściwej Hanny Ovark i czuję, jak moje wyobrażenie surferki się rozpada. Nie jest też niewinną blond pięknością. Zatrzaskuję pokrywę laptopa, zrywam się z kanapy i idę do łazienki po pigułki nasenne. Muszę się przespać. Zmęczenie zrobiło swoje i postrzegam rzeczywistość w wypaczony sposób.

Z szafki na lekarstwa spogląda na mnie rząd buteleczek. Moi mali strażnicy, którzy pilnują, abym zależnie od nastroju popadła w odrętwienie bądź przeciwnie, stała się ostra jak kosa. Sięgam po tabletkę zolpidemu i wrzucam ją sobie do ust. Popijam wodą prosto z kranu, kulę się na łóżku w pozycji embrionalnej i czekam, aż spłynie na mnie odrętwienie.


004

Budzę się otumaniona i zdezorientowana. Odwracam budzik tarczą do siebie i w tej samej chwili pojmuję, że przespałam jedenaście godzin. Zbyt energicznie zrywam się z łóżka, przez co pokój wokół mnie wiruje.

– Szlag, szlag, szlag.

Opieram się o ścianę i czekam, aż zawroty głowy miną. W końcu czuję się pewniej na nogach. Mój telefon leży na szafce nocnej wyświetlaczem do dołu, biorę go do ręki i widzę, że bateria jest na wyczerpaniu. Mam siedem nieodebranych połączeń od Setha i trzy wiadomości głosowe. Nie odsłuchuję ich, tylko od razu oddzwaniam do męża, czując, jak z każdym sygnałem narasta we mnie obawa.

– Wszystko w porządku? – rzuca Seth zamiast powitania. Głos ma napięty, co sprawia, że natychmiast rodzą się we mnie wyrzuty sumienia. Jak mogłam pozwolić, żeby się o mnie niepokoił?

– Nic mi nie jest – zapewniam. – Zażyłam pigułkę nasenną i chyba mnie wyłączyło na pół dnia. Wybacz, tak mi głupio…

– Martwiłem się – mówi. Napięcie powoli znika z jego głosu. – Byłem bliski tego, żeby zadzwonić do szpitala z pytaniem, kiedy cię ostatnio widzieli.

– Naprawdę bardzo mi przykro. A czy u ciebie wszystko w porządku?

Raczej nie. Słyszę to w jego głosie, który – choć znacznie spokojniejszy – dalej pobrzmiewa napięciem. Chyba się nie dowiedział, że odkryłam Hannę? Nerwowym gestem owijam kosmyk włosów wokół palca, wyczekując odpowiedzi.

– Kłopoty w pracy. Nierzetelny podwykonawca. Nie mogę teraz o tym rozmawiać. Po prostu chciałem usłyszeć twój głos.

Przenika mnie dreszcz. Seth chciał usłyszeć mój głos; mój – nie Monday ani Tuesday.

– Chciałabym cię znów zobaczyć.

– Możesz wziąć kilka dni wolnego. Przyjechałabyś do Portland, spędziła tu ze mną trochę czasu…

Podekscytowana, o mało nie upuszczam telefonu.

– Naprawdę? Chciałbyś… chciałbyś tego?

Przeglądam się w lustrze. Włosy mam dłuższe, niż kiedykolwiek zapuściłam. Aż się proszą o podcięcie. Rozkręcając wiotki kosmyk, zastanawiam się, czy moja fryzjerka zdoła mnie wcisnąć w terminarz, zanim wyjadę. Mała wycieczka to doskonały powód, by o siebie zadbać.

– Oczywiście – odpowiada. – Przyjedź jutro. Masz cały urlop do wykorzystania.

Obejmuję spojrzeniem sypialnię, białe meble, wiklinowe pufy. Może faktycznie potrzebuję odmiany? Ostatnimi czasy nie jestem sobą.

– Ale gdzie będę mieszkać?

– Zaczekaj chwilę… – Słyszę niewyraźny głos trzeciej osoby. Mój mąż odpowiada coś za ręką przesłaniającą mikrofon. Wkrótce Seth znów jest na linii. – Muszę kończyć. Zarezerwuję ci pokój w hotelu. To co, do zobaczenia jutro?

Chcę zapytać go o Monday i Tuesday. Czy jest gotowy je zawieść, aby spotkać się ze mną? Nie ma na to jednak czasu.

– Tak, do zobaczenia jutro – mówię z podnieceniem. – Kocham cię.

– Ja ciebie też, dziecino.

Rozłączam się i wybieram numer szpitala. Załatwiam wszystko tak, aby ktoś zastąpił mnie na trzech kolejnych dyżurach, po czym od razu dzwonię do fryzjerki, która jak się okazuje, może mnie przyjąć, ponieważ inna klientka właśnie odwołała wizytę. Dwie godziny później jestem z powrotem w domu z odświeżonym kolorem i nową fryzurą na głowie. Zmierzam do szafy, aby się spakować. Hanna Ovark w ogóle nie zaprząta moich myśli – do czasu, aż zacznę szukać laptopa, którego zawsze zabieram ze sobą w podróż. Na kanapie leży znaleziona przeze mnie kartka. Przysiadam obok i ostrożnie otwieram pokrywę. System ożywa i z ekranu znów patrzy na mnie roześmiana Hanna. Widomy dowód, że przed pójściem spać zabawiłam się w stalkerkę. Teraz, ze świeżym umysłem, wydaje mi się to nieprzyzwoite. Z wahaniem poruszam kursorem, niepewna, czy chcę kliknąć w jej zdjęcie. Jeśli teraz dowiem się o niej czegoś, nie zdołam tego wymazać z pamięci. Stukam w touchpada palcem, wstrzymując oddech, ale ledwie strona się załaduje, widzę, że profil jest prywatny. Z marsem na czole zamykam przeglądarkę i wyłączam laptopa.

Hanna przypomina raczej modelkę niż wyluzowaną miłośniczkę surfingu. Usta ma pełne, idealnie wykrojone, a kości policzkowe z rodzaju tych, jakie widuje się wyłącznie u skandynawskich modelek.

Nazajutrz rano budzę się z myślą o niej. Niosąc bagaż podręczny do windy, staram się przegonić obraz Hanny sprzed oczu, nadaremno jednak. W efekcie wracam na górę po rachunek, który zostawiłam na szafce nocnej. Wkładam go do najrzadziej używanej kieszonki w portfelu. Na wypadek gdybym potrzebowała jej adresu. Ciekawe, w jakim celu, pytam sama siebie, zapinając pas i wyjeżdżając z parkingu.

Na wypadek… Na wypadek gdybym zechciała sprawdzić, jak wygląda na żywo. Na wypadek gdybym chciała z nią porozmawiać. Albo coś w tym stylu. W końcu mam do tego prawo! Mam prawo wiedzieć, z kim dzielę własnego męża. Może zastanawianie się przestało mi wystarczać.

Jazda do Portland trwa dwie godziny, o ile sprzyjają ci bogowie ruchu ulicznego. Opuszczam okno do samego dołu i podkręcam głośniej muzykę. Kiedy zamiast schludnej fryzury mam na głowie jeden wielki kołtun, postanawiam, że dość się nasłuchałam, i wybieram numer Anny. Moja najlepsza przyjaciółka przeprowadziła się do Los Angeles kilka miesięcy temu. Z powodu faceta, którego poznała przez internet.

– Super, że jedziesz się z nim zobaczyć! – kibicuje mi. – Kupiłaś sobie coś nowego z bielizny?

– Nie – odpowiadam. – Ale to chyba dobry pomysł. Zatrzymam się w centrum i coś wybiorę. Co radzisz: seksowny kicz czy seksowna elegancja?

– Zdecydowanie kicz. Faceci lubią myśleć, że pieprzą się ze zdzirą.

Wybucham śmiechem. Anna potrafi być obleśna.

– Hej! – odzywa się znów moja przyjaciółka, kiedy rozmowa cichnie na zbyt długo. – Jak się czujesz po…

– Świetnie – wpadam jej w słowo, zanim zdąży powiedzieć coś więcej. Nie mam zamiaru o tym dzisiaj rozmawiać. Dziś czeka mnie schadzka z Sethem. – Słuchaj, muszę kończyć. Właśnie podjeżdżam pod hotel. Zdzwonimy się w przyszłym tygodniu?

– Jasne – odpowiada, choć sądząc z tonu jej głosu, nie jest niczego pewna. Cała Anna: wieczna zamartwiaczka.

Chodziłyśmy razem najpierw do liceum, a potem do szkoły pielęgniarskiej. Gdy przedstawiłam jej Setha, z mety go polubiła, ale z czasem jej stosunek do niego jakby się zmienił, zgorzkniał. Ponieważ postanowiłam utrzymać nasze życie małżeńskie w sekrecie, nie zdradziłam się przed Anną, że oprócz mnie są jeszcze Monday i Tuesday. Uznałam, że po prostu zraziła się do Setha na pewnym etapie znajomości. Mamy różny gust, jeśli chodzi o mężczyzn; mnie nie podobał się żaden z jej chłopaków, jakże więc mogłabym liczyć, że będzie przepadała za moim mężem?

Parkuję samodzielnie, zamiast przekazać kluczyki w ręce portiera, ponieważ później chcę się wymknąć do sąsiedniej galerii handlowej, by za radą przyjaciółki nabyć jakiś seksowny fatałaszek. Przez cały czas stoi mi przed oczami Hanna. Już się nie dziwię, że Seth nie chciał mi o niej opowiadać. Po zameldowaniu się w hotelu idę prosto do swojego pokoju i badawczo przyglądam się sobie w lustrze. Co też takiego widzi we mnie Seth? Zawsze uważałam się za średnio atrakcyjną, coś w rodzaju miłej dziewczyny z sąsiedztwa. Kto by jednak chciał zwykłą szatynkę z piegami na nosie, skoro może mieć kobietę taką jak Hanna? Owszem, nie brakuje mi powabu – odkąd skończyłam szesnaście lat, mężczyźni nie potrafią oderwać oczu od mojego biustu – ale nie jestem smukła ani specjalnie zgrabna. Mam szerokie biodra i dużą pupę. Seth, który uważa się za konesera damskich pup, zawsze miętosi mi pośladki, kiedy się obejmujemy. Przy nim czuję się seksowna i piękna – znaczy czułam się, dopóki nie ujrzałam Hanny. Albo Seth ma elastyczny gust, albo kolekcjonuje żony. Odkąd zobaczyłam zdjęcie Hanny, zastanawiam się, jak wygląda Tuesday, wiem jednak, że mąż nie zdradzi mi jej imienia za żadne skarby świata. Gdyby się dowiedział, że szpieguję w internecie jego ciężarną żonę, byłby wściekły.

Zerkam na zegarek i widzę, że zrobiła się pora lunchu. Postanawiam podjechać do galerii handlowej i tam coś przekąsić. Portland jest bardziej kameralnym miastem niż Seattle – z labiryntem jednokierunkowych uliczek i tłumem szybkonogich pieszych. Mimo wszystko bez trudu pokonuję te kilka przecznic i parkuję nieopodal galerii. Wynajduję czarny koronkowy biustonosz i dwie pary majtek, biodrówki i tangi, a na dokładkę prześwitujący szlafroczek, po czym zanoszę wszystko do kasy.

– Mogę pomóc w czymś jeszcze? – pyta mnie ekspedientka, wychodząc zza lady, aby wręczyć mi zakupy.

 

– Tak – odpowiadam nieoczekiwanie dla samej siebie. – Powie mi pani, gdzie jest Galatia Lane? Nie jestem stąd…

– Ach tak – odpowiada. – Galatia Lane leży na obrzeżach centrum, jakieś cztery kilometry od naszej galerii. To piękna uliczka, stoją przy niej odrestaurowane wiktoriańskie domy.

Uśmiecham się z zaciśniętymi wargami.

– Bardzo pani dziękuję.

Udaję się tam prosto ze sklepu. Zatrzymuję samochód, chrzęszcząc oponami na żwirze przy krawężniku. Opuszczam głowę, by spod zmrużonych powiek zlustrować budynki, nie odrywam przy tym rąk od kierownicy. Wciąż mogę się wycofać. Wystarczy wrzucić bieg i odjechać, nie oglądając się za siebie. Wodzę spojrzeniem od jednego domu do drugiego, postukując paznokciem o kierownicę i usiłując podjąć decyzję. Skoro już tu jestem, co mi szkodzi się rozejrzeć? Nawet jeśli Hanna Ovark to nie Monday, okolica jest przepiękna. Zostawiam torbę z zakupami na przednim siedzeniu, po czym wysiadam i zaczynam iść ocienionym chodnikiem, przypatrując się każdej mijanej budowli z osobna. Wszystkie wyglądają jak domki z piernika: mają wieżyczki i szprosy, a od ulicy oddzielają je białe drewniane płotki. Elewacje pomalowane są na przeróżne kolory z dziecięcych snów. Róż, turkus… Jest nawet dom w barwie lodów miętowych z posypką czekoladową – ma ciemnobrązowe okiennice. Momentalnie przypominam sobie, jak to jest, gdy taki wiórek wejdzie między zęby; trzeba cmokać, dopóki sam nie wyjdzie. Co za nostalgiczna dzielnica. I jakie to wkurzające, że Monday mieszka właśnie tu. To istny raj w porównaniu z moim mieszkankiem na dwunastym piętrze, z jedenastoma identycznymi lokalami pod spodem, gdzie ludzie wiodą życie w pionie, w pół drogi do nieba. Mój apartamentowiec nie roztacza żadnej magii, nie przywodzi na myśl lodów o żadnym smaku, zapewnia tylko długie przejażdżki windą i widok na miasto. Zastanawiam się, jak się tu mieszka… Tak mnie to pochłania, że przegapiam numer 324 i muszę zawrócić.

Dom Hanny jest kremowy, z matowo czarnymi drzwiami frontowymi. Okiennice są zielone, a na zewnętrznych parapetach stoją skrzynki z miniaturowymi iglakami. Ogród tętni życiem – nie ma w nim kwiatów, za to roi się od innych zadbanych roślin, które koją oczy zielenią. Nabieram szacunku do tej kobiety przedkładającej żywe rośliny nad kwiaty, które nadają się tylko do ścięcia. Stoję tam chyba pięć minut, chłonąc widok wzrokiem, aż czyjś głos za plecami sprawia, że podskakuję w miejscu.

– Cholera! – syczę, przykładając dłoń do serca.

Odwracam się i widzę przed sobą blondynkę z twarzą okoloną wiotkimi kosmykami włosów. Głowę ma przechyloną, jakby podziwiała dom razem ze mną.

– Śliczny, prawda?

Skupiam się na jej częściowo zakrytej twarzy. Zrozumienie przychodzi dopiero po chwili, jak zawsze gdy muszę przypasować rzeczywistą osobę do jej internetowego wizerunku. Trzeba porównać rysy, muśniętą podmuchem wiatru skórę z jednolitą plamą na ekranie.

Hanna… Serce o mało nie wyskakuje mi z piersi. Złamałam zasady, sprzeniewierzyłam się umowie. Zawsze ciekawiło mnie, czemu jelenie nie uciekają, widząc reflektory nadjeżdżającego samochodu. Teraz już to wiem, sama przykuta do miejsca, z tętnem walącym mi w uszach.

– Owszem – potakuję, nie znajdując lepszej odpowiedzi. I dodaję: – To pani dom?

– Tak – potwierdza radośnie. – Należał do mojego męża przed naszym ślubem. Oczywiście przeprowadziliśmy remont. Było mnóstwo pracy. – Przewraca oczami. – Na szczęście dla niego to betka, zajmuje się tym zawodowo.

„Kocham was wszystkie równie mocno”. Czy nie to powtarza wiecznie Seth? Tak samo! Tymczasem Hanna mieszka w domu z bajki, a ja usycham z tęsknoty w zwykłym wieżowcu. Najwyraźniej ona zalicza się do tych kobiet, którym kupuje się domy, a ja w najlepszym razie mogę liczyć na wizytówkę. Monday ma na sobie kwieciste kimono, obcisły top i dżinsy. Nad paskiem spodni widać kawałeczek jej brzucha – skóra na nim jest gładka i napięta. Nic dziwnego, że Seth nie chciał nas ze sobą poznać. Chybabym umarła na brak pewności siebie.

– Chce pani wejść do środka i rozejrzeć się? – pyta mnie znienacka Hanna. – Nie byłaby pani pierwsza. Ludzie często pukają do drzwi i proszą, żebym ich oprowadziła. Nigdy nawet nie sądziłam, że dom może przysporzyć znajomych.

Śmiech ma gardłowy. Zastanawiam się, czy pali papierosy. Jeśli nawet kiedyś paliła, rzuciła to, uznaję, zerkając na jej brzuch. Jest za płaski, ba, za wklęsły, żeby mógł w sobie mieścić życie. Myśl o jej ciąży wzbudza w moim umyśle obrazy: ona oplata Setha długimi nogami, on niezmordowanie ją pompuje…

– Z wielką chęcią – wyrywa mi się z ust, zanim zdołam się powstrzymać.

To prawda, mam wielką chęć zobaczyć z bliska, jak mieszka. Ale nie powinnam tego mówić ani tym bardziej iść za nią ścieżką wiodącą do drzwi, jak teraz. Stając na górnym stopniu, Hanna sięga do torebki po klucz. Dynda przy nim breloczek w kształcie maleńkiego sandała. Jest na nim napis, w połowie zatarty, ale i tak udaje mi się wypatrzyć M, E, C i O, które pozostały ze słowa Mexico. Czuję ucisk w żołądku. Była tam z Sethem? Mój Boże, o tylu rzeczach nie wiem. Tymczasem Hanna mocuje się z zamkiem. Słyszę, jak klnie pod nosem.

– Cholernik wiecznie się zacina – wyjaśnia, otwierając drzwi.

Podążam jej śladem, oglądając się nerwowo przez ramię, aby sprawdzić, czy ktoś nie przechodzi właśnie ulicą. Jesteś w obcym mieście, mówię sobie. Nie ma znaczenia, czy ktoś cię zobaczy. W naturze Hanna jest jeszcze piękniejsza niż na zdjęciach, a do tego okazuje się miła. Miła do tego stopnia, że oferuje gapiącej się nieznajomej oprowadzenie po własnym domu. No, nie jesteśmy sobie tak znów obce, poprawiam się w myślach. Przecież korzystamy z tego samego penisa.

Jestem na skraju maniackiego śmiechu, ale opanowuję się i tylko chrząkam, jakbym chciała przeczyścić gardło. Hanna odwiesza klucze na ozdobny haczyk i odwraca się do mnie z uśmiechem. Dom stęka, jakby chciał zaświadczyć o swoim wieku. Deski podłogowe lśnią nieskazitelną czystością; to surowy mahoń, dokładnie taki, jakim chciałam wyłożyć swoje mieszkanie. Seth zaprotestował wtedy, domagając się czegoś nowocześniejszego, koniec końców stanęło na popielatym kamieniu. Zatrzymuję się przy schodach, niepewna, czy powinnam zdjąć buty czy nie. Mam dziwaczne uczucie, że byłam tu już wcześniej, choć to niemożliwe. Hanna nie wykonuje żadnego ruchu, by mną pokierować, zdejmuję więc obuwie i zostawiam je przy dolnym stopniu. Różowe tenisówki odcinają się od kremowego wnętrza. Po prawej mam sztucznie postarzony stolik z ustawionym pośrodku wazonem, z którego sterczy wesoło barwna bugenwilla. Na ścianach brak fotografii rodzinnych, za co w głębi ducha jestem wdzięczna. Nawet nie chcę myśleć, jakie to uczucie: zobaczyć własnego męża na zdjęciach z inną kobietą. Wnętrze urządzone jest ze smakiem, idealne w każdym calu. Hanna ewidentnie ma do tego rękę.

– Tu jest cudownie – szepczę, starając się ogarnąć chciwym wzrokiem jak najwięcej.

Hanna, która także zdjęła buty i zdążyła wsunąć stopy w parę jedwabnych papuci, uśmiecha się do mnie, dzięki czemu jej wysokie, opięte zaróżowioną skórą kości policzkowe są dodatkowo podkreślone. Seth również ma ostre rysy, długi prosty nos i kwadratową szczękę. Wyobrażam sobie, że wspólnie stworzyli istotę doskonałą, i czuję skurcz w brzuchu na myśl o ich dziecku. Ich dziecko. Ich podróż do Meksyku. Ich dom.

– Nawiasem mówiąc, jestem Hanna – przedstawia się, prowadząc mnie na górę.

A potem opowiada mi o człowieku, który przed stu laty zbudował ten dom dla swojej świeżo poślubionej żony, ja zaś potrafię myśleć wyłącznie o tym, że obecnie mieszka w nim najmłodsza małżonka Setha. Zgodziłam się na to zaledwie przed rokiem, gdy nasze plany pokrzyżował los, nie niszcząc jednak naszej miłości. Chciałam sprawić mu przyjemność, zapewne tak samo jak Tuesday, która kiedyś zgodziła się na mnie.

Hanna pokazuje mi wszystkie pokoje i dwie odnowione łazienki. Rozglądam się za jakimiś zdjęciami, ale żadnych nie widzę. W końcu gospodyni prowadzi mnie na dół, do salonu i do kuchni. W tej ostatniej od razu się zakochuję. Jest trzy razy większa od maleńkiej kuchenki w moim mieszkaniu, można by w niej szykować kilka uczt naraz. Widząc moją minę, Hanna pokazuje zęby w uśmiechu.

– Nie zawsze tak wyglądała. Odżałowałam przyległy gabinet i powiększyłam ją, żeby mogła spełniać swoje zadanie. Często podejmujemy gości.

– Wygląda wspaniale – zapewniam.

– Kiedyś stały tu i wisiały żółte szafki, a podłoga była w biało-czarną szachownicę. – Marszczy nos, jakby taka aranżacja budziła jej obrzydzenie. Potrafię sobie wyobrazić dawny wygląd kuchni, z maślanymi drzwiczkami szafek, bardzo możliwe, że pomalowanych ręcznie przez pierwszego właściciela. – Okropieństwo – dodaje Hanna. – Wiem, że wypada zachwycać się stylem retro i w ogóle, ale ja nie mogłam się doczekać remontu.

Kolejny szok. Mój Seth nie lubi podejmować gości. Próbuję zobaczyć męża oczami wyobraźni, jak stojąc pod odsłoniętymi belkami stropowymi tego pomieszczenia, sieka cebulę na marmurowym blacie roboczym, podczas gdy Hanna wyciąga coś z podwójnego piekarnika. Zadanie mnie przerasta, doznaję zawrotu głowy. Dotykam skroni palcami, drugą ręką szukając jakiegoś oparcia.

– Dobrze się pani czuje? – Z głosu Hanny bije troska. Wysuwa taboret spod lady i każe mi usiąść. – Zaraz podam pani wody…

Moment później wraca z pełną szklanką, a ja wypijam wszystko duszkiem, nie mogąc sobie przypomnieć, kiedy ostatnio coś piłam. Do lunchu zamówiłam herbatę i kieliszek różowego wina – za mało, by pozostać nawodnioną przez tyle godzin.

– Zaprosiła pani do swojego domu obcą osobę. Mogę być seryjną zabójczynią czy kimś w tym stylu. Teraz na dodatek częstuje mnie pani wodą. – Potrząsam głową. – Nie powinno się tak postępować.

Uśmiecha się szelmowsko, a w jej oczach pobłyskują filuterne iskierki. Jest ode mnie sporo młodsza, ale postawę ma niemal królewską, dostojną. Jakby urodziła się dojrzała. Wątpię, żeby kiedykolwiek wypiła za dużo alkoholu i rzygała potem przez całą noc, jak ja wtedy, gdy byłam nastolatką. Nie, ta kobieta jest na to zbyt poukładana, zbyt odpowiedzialna, zbyt złotousta. Rozumiem już, co Seth w niej zobaczył. Idealną matkę dla idealnego dziecka.

– Najwyższa pora poczęstować panią jakąś przekąską – stwierdza wesoło. – Nie pamiętam, kiedy ostatnio miałam coś w ustach.

Podchodzi do lodówki, potem do kredensu, nucąc coś przy wyjmowaniu składników. Wraca z deską z grubego drewna, na której piętrzą się sery, krakersy i owoce, wszystko ułożone artystycznie i dojrzale. Natychmiast czuję z nią powinowactwo: nie ma nic piękniejszego, niż nakarmić kogoś, kto może być głodny. Na jej miejscu uczyniłabym to samo. Zjadam kilka kawałków sera i od razu mi lepiej.

Przy jedzeniu Hanna opowiada mi, że jest fotografem wolnym strzelcem. Pytam więc, czy oprawione w ramki widoczki na ścianach w korytarzu są jej dziełem. Cała się rozpromienia, potakując. Tym bardziej zastanawia mnie brak rodzinnych zdjęć w polu widzenia. Czyż dom fotografa nie powinien pękać od fotografii?

– A pani czym się zajmuje? – pyta mnie Hanna. Odpowiadam, że jestem pielęgniarką. – Tu niedaleko, w szpitalu miejskim?

– Nie, nie. Mieszkam w Seattle. Do Portland przyjechałam z mężem na weekend. – Na tym poprzestaję, gdyż dręczy mnie obawa, że powiem o jedno słowo za dużo i czymś się zdradzę. Jeszcze przez chwilę rozmawiamy o szpitalach i o procesie nadawania domowi Hanny nowego sznytu, po czym w końcu podnoszę się ze swojego miejsca. – Zajęłam pani wystarczająco dużo czasu – mówię, uśmiechając się do niej ciepło. – Bardzo dziękuję za zaproszenie. Może przy następnej wizycie w Portland zrewanżuję się, stawiając pani lunch gdzieś na mieście?

– Byłoby wspaniale – zapewnia ochoczo. – Nie mam wielu przyjaciół, przyjechałam spoza stanu, aby zamieszkać z mężem.

– Tak? A skąd pani pochodzi? – Przechylam głowę, jakbym czekała na odpowiedź, ale tak naprawdę próbuję sobie przypomnieć, czy Seth kiedykolwiek wspominał, gdzie poznał Monday.

– Urodziłam się i wychowałam w stanie Utah.

Przez moje ciało przebiega prąd. Seth także urodził się i wychował w Utah. Czy to możliwe, że on i Hanna znali się jeszcze w tamtych czasach? Nie… Dzieli ich zbyt duża różnica wieku, by mogli chodzić razem do szkoły, poza tym w Utah mój mąż poznał Tuesday i ożenił się z nią. Wykorzystując chwilę mojego milczenia, Hanna wyciąga telefon i wklepuje do niego mój numer telefonu.

Moment później wkładam już buty. Rozpaczliwie pragnę opuścić ten dom. W co ja się wpakowałam? Seth mógłby wpaść na wspólny lunch z żoną, a wtedy zobaczyłby mnie tutaj i… Co by powiedział na widok dwu żon razem? Zmierzając do drzwi, muszę przystanąć i poprawić na stopie but, którego zapiętek wywinął się do środka. Przy tej okazji dostrzegam na podłodze pod oknem ułomki szkła – długie na parę centymetrów i poszarpane na brzegach. Ujmuję je w palce i kładę sobie na otwartej dłoni. W ścianie powyżej tkwi haczyk, na którym musiała wisieć ramka z obrazkiem albo ze zdjęciem.

 

Pokazuję Hannie odłamki.

– Proszę uważać, żeby nie zrobić sobie krzywdy.

Odbiera ode mnie szkło – z podziękowaniem, ale też rumieni się przy tym głęboko.

– To z ramki, która spadła, kiedy zrobił się przeciąg… Ot, zwykłe zdjęcie rodzinne. Takie wypadki się zdarzają.

Kiwam głową. Takie rzeczy się zdarzają. Tylko że gdy cofa rękę, ostrożnie trzymając szkło między dwoma palcami, mój wzrok spoczywa na jej przedramieniu i siniakach, które właśnie przechodzą w fiolet. Szybko uciekam spojrzeniem, aby się nie zorientowała, że coś zauważyłam, po czym otwieram drzwi wyjściowe.

– To do zobaczenia – mówię.

Hanna macha mi na pożegnanie i szybko zamyka drzwi.

Idąc do samochodu, nie mogę pozbyć się widoku siniaków na jej przedramieniu. Czy powstały pod wpływem zbyt mocnego uścisku palców? Nie, w myślach zaprzeczam obrazom, które podsuwa mi wybujała wyobraźnia. Dopatrujesz się skandalu tam, gdzie go nie ma.