W pogoni za szejkiem

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa
Tara Pammi
W pogoni za szejkiem
Tłumaczenie:
Anna Dobrzańska-Gadowska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Czy to możliwe, że nie żył? Czy ktoś o tak wielkiej osobowości jak Zafir naprawdę mógł odejść? Czy ktoś, kogo znała całe dwa miesiące, człowiek, z którym śmiała się i dzieliła najbardziej intymne momenty i przeżycia, naprawdę mógł zniknąć, tak w mgnieniu oka?

Lauren Hamby przycisnęła dłoń do brzucha, przejęta głębokim lękiem.

Ostatnie dwa dni ciążyły jej jak koszmar. Im dłużej patrzyła na barwną stolicę Behraat oraz zniszczenia, jakie dotknęły miasto podczas ostatnich rozruchów, tym częściej wydawało jej się, że wszędzie widzi Zafira.

Odpowiedź, której szukała od sześciu tygodni, wreszcie do niej dotarła. Dysponowała jedynie podstawowymi informacjami na temat mężczyzny, który stał się dla niej kimś dużo więcej niż tylko kochankiem, więcej nawet niż przyjacielem, była jednak zdeterminowana, by dowiedzieć się, co się z nim stało.

Pięknie utrzymane tereny wokół starego budynku dziwnie kontrastowały z panującą w mieście głuchą ciszą. Lśniący prostokąt basenu, obramowany mozaiką z małych płytek i palmami, odbijał obraz jej pełnej napięcia twarzy. Dziewczyna przeszła wzdłuż krawędzi basenu i z mocno bijącym sercem weszła po schodach do olbrzymiego, wysoko sklepionego foyer.

W ciągu dnia egzotyczne, fascynujące widoki i dźwięki były w stanie stępić ostrze lęku, lecz w nocy smutek i żal dochodziły do głosu, stawiając jej przed oczami obraz Zafira, który dorastał właśnie w tym kraju.

Widziała go w każdym wysokim, przystojnym mężczyźnie i wciąż od nowa wspominała dumę, z jaką opowiadał jej o Behraacie.

‒ Idziemy?

Przyjaciel Lauren, David, przez ostatni tydzień praktycznie bez przerwy robił zdjęcia rozdartego przemocą miasta.

Podniosła głowę i pośpiesznie odwróciła twarz, widząc wycelowane w nią oko obiektywu.

‒ Przestań mnie filmować, dobrze? Czy to, że poprosiłam o dane osobowe wszystkich, którzy zginęli podczas rozruchów, może być wątkiem twojego filmu dokumentalnego o Behraacie?

Ogarnęła wzrokiem część wielkiej sali, w której mieściła się recepcja, z zapierającą dech w piersiach fontanną pośrodku. Podeszła do długiej lady i w tym samym momencie przeszklone drzwi windy otworzyły się z cichym brzęknięciem, wypuszczając z kabiny grupkę mężczyzn.

Lauren znieruchomiała, po plecach przebiegł jej zimny dreszcz. Pięciu mężczyzn w długich, tradycyjnych szatach z uwagą słuchało szóstego, najwyższego z nich, który mówił coś do nich po arabsku. Jego słowa spłynęły po Lauren jak lodowata woda, jego głos brzmiał twardo i nieprzejednanie. Potarła dłońmi brzuch, starając się opanować drżenie, i popatrzyła na Davida, który w skupieniu filmował stojącą przed windą grupę. Wysoki mężczyzna odwrócił się i tym samym znalazł się dokładnie na linii jej wzroku.

Zafir.

Biało-czerwony zawój zasłaniał jego włosy, co wyjątkowo intensywnie podkreślało rysy twarzy. Jego zaciśnięte usta tworzyły twardą, zdecydowaną linię, głos rezonował poczuciem władzy i siły.

Nie zginął.

Zalała ją fala wielkiej, trudnej do wypowiedzenia ulgi. Miała ochotę zarzucić mu ręce na szyję, pieszczotliwie dotknąć wyraźnie zarysowanych konturów twarzy. Chciała…

Nagle znowu zrobiło jej się zimno, chociaż miała na sobie T-shirt z długim rękawem i luźne spodnie, strój jak najbardziej w zgodzie z kulturowymi normami obowiązującymi w Behraacie.

Zafir był cały i zdrowy.

W gruncie rzeczy nigdy nie wyglądał lepiej, a przecież od sześciu tygodni nie dostała od niego żadnej wiadomości, choćby najkrótszej.

Powoli ruszyła w stronę grupy mężczyzn, czując, jak jej serce pompuje adrenalinę i wściekłość. Stojący najbliżej Arab zwrócił się ku niej, zwracając uwagę pozostałych na jej obecność.

Teraz patrzyli już na nią wszyscy.

Złociste spojrzenie Zafira przemknęło po niej niczym płomień. Wybuchowa chemia, obecna w każdym momencie ich romansu, gwałtownie obudziła się do życia. We wzroku Zafira nie było ani cienia radości. Ani zaskoczenia. Ani poczucia winy. Świadomość, że on najwyraźniej nie ma najmniejszych wyrzutów sumienia, jeszcze mocniej podsyciła jej furię. Opłakała go, prawie rozchorowała się z rozpaczy, a on nic.

Jego towarzysze z nieskrywanym zaciekawieniem patrzyli, jak podchodzi do niej, w asyście dwóch trzymających się nieco z tyłu ochroniarzy.

Dlaczego Zafir miał ochroniarzy?

Fascynująca siła jego męskości oraz jej intymna znajomość jego wspaniale umięśnionego, szczupłego ciała połączyły się w jedno, nie pozwalając jej wykonać żadnego ruchu. Zatrzymał się krok od niej i wyniośle skinął głową.

‒ Co sprowadza panią do Behraatu, panno Hamby?

Panno Hamby? Zwracał się do niej tak oficjalnie po tym wszystkim, co razem przeżyli? Traktował ją jak obcą?

‒ Tylko tyle masz mi do powiedzenia po tym, jak zniknąłeś? – zagadnęła zimno.

Jakaś żyłka zaczęła pulsować w jego skroni, lecz złociste spojrzenie pozostało najzupełniej spokojne.

‒ Jeżeli chce pani zgłosić jakąś skargę, musi się pani umówić na spotkanie – rzucił. – Tak jak wszyscy.

Ton jego głosu dotknął ją do głębi, ale jakimś cudem udało jej się utrzymać nerwy na wodzy. Wyłącznie cudem, naprawdę.

‒ Umówić się na spotkanie? – powtórzyła. – Żartujesz, prawda?

‒ Nie, nie mam zwyczaju żartować.

Postąpił krok bliżej i pod maską opanowania dostrzegła coś innego. Wstrząs? Niezadowolenie? Obojętność?

‒ Nie rób z siebie widowiska, Lauren – rzucił cicho.

Ostre ukłucie bólu zaparło jej na moment dech w piersiach.

„Nie rób scen, Lauren. Dorośnij wreszcie i zrozum, że twoi rodzice piastują ważne stanowiska. Nie bądź taką beksą”.

Z sercem bijącym jak werbel, z głową pełną głosów, o których wolałaby zapomnieć, podeszła do Zafira i wymierzyła mu mocny policzek. Jego głowa odskoczyła do tyłu, odgłos szybkich kroków przedarł się przez mgłę furii Lauren, wokół nich obojga zadźwięczały głośne, wypowiadane po arabsku polecenia.

W oczach Zafira błysnęła złowroga furia.

Co ja zrobiłam? ‒ pomyślała z przerażeniem. Jego długie palce wbiły się w jej ramiona, szarpnął ją ku sobie, otaczając zapachem sandałowca i piżma.

‒ Ze wszystkich… ‒ zaczął.

Gorączkowy szept za jego plecami doprowadził go chyba do przytomności, ponieważ natychmiast ją puścił, a jego prawdziwą twarz znowu zasłoniła obojętna maska.

Kiedy znowu popatrzył na nią tymi złocistymi oczami, odniosła wrażenie, że ma przed sobą kogoś obcego, surowego, niebezpiecznego i pełnego pogardy.

‒ Wasza wysokość, proszę pozwolić, by tą kobietą zajęła się ochrona.

Wasza wysokość? Ochrona?

Fala adrenaliny opadła, pozostawiając za sobą zimną pustkę.

Zafir wyrzucił z siebie jakiś rozkaz po arabsku, krótki i twardy, i cofnął się.

Lauren rozejrzała się dookoła. Otaczała ją wroga cisza, wszyscy patrzyli na nią z pełnym wzgardy zainteresowaniem.

Tuż za nią stanęło dwóch mężczyzn z dyskretnie ukrytą bronią.

‒ Zafir, zaczekaj! – zawołała, ale on odwrócił się już plecami do niej.

W co się wpakowała? Gdzie się podział David?

Usiłując opanować narastającą panikę, spojrzała na starszego z mężczyzn.

‒ Co tu się dzieje, do diabła? – spytała.

Ogarnął ją zimnym wzrokiem.

‒ Jest pani aresztowana za napaść na szejka Behraatu.

Zafir Al Masood szybkim krokiem opuścił salę, w której odbywało się spotkanie Najwyższej Rady. Jego niezadowolenie musiało być wyraźnie widoczne, bo nawet najśmielsi członkowie politycznego ciała prawie pierzchali mu z drogi.

Po raz pierwszy od sześciu tygodni oburzające żądania Rady dotknęły go do żywego.

Kim była ta kobieta, pytali. Jak to możliwe, że ktoś taki jak ona, Amerykanka, na domiar złego, czuł się w jego obecności tak swobodnie, że bez wahania podniósł na niego rękę? Czyżby zamierzał ściągnąć zły los na Behraat dla kobiety, tak jak zrobił to jego ojciec?

Wszedł do windy i nacisnął przycisk, ze wszystkich sił starając się opanować gniew i frustrację. Otaczające go szklane ściany powtarzały jego odbicie, zmuszając do przełknięcia goryczy.

Czy członkowie Rady dostrzegali w nim cień jego ojca, wielkiego Rashida Al Masooda, który wyprowadził Behraat ze średniowiecza? Czy nigdy nie pozwolą mu zapomnieć, że ojciec uznał go za syna dopiero wtedy, gdy okazało się, że przyrodni brat Zafira, Tarik, zupełnie nie nadaje się na następcę tronu?

Kiedyś, dawno temu, pewnie ucieszyłaby go wiadomość, że w jego żyłach płynie krew wielkiego Rashida, ale teraz… Teraz przeklinał Najwyższą Radę oraz jej prawo do wyboru szejka. Gdyby ta banda tchórzy choć raz odezwała się w czasie panowania Tarika, Behraat nie byłby w takim stanie jak dziś. Jednak kiedy Tarik zniósł ostre prawa obowiązujące pod rządami Rashida, wszyscy oni zajęli się napychaniem sobie kieszeni łapówkami pobieranymi od nowego władcy, który zrujnował stosunki państwa z sąsiednimi krajami, przekreślił i pogwałcił pokojowe traktaty oraz handlowe porozumienia. A teraz kwestionowali prawo Zafira do tronu, snując bezsensowne opowieści o rozdźwięku między rządem a plemionami. Zupełnie jakby błędy popełnił Zafir, nie jego ojciec. Zafir nienawidził ojca za to, że wychowywał go jak faworyzowanego sierotę, nie był jednak w stanie machnąć ręką na los ojczyzny. Poczucie odpowiedzialności i obowiązku wobec rodzinnego kraju miał we krwi, czy mu się to podobało, czy nie. Taką spuścizną obdarzył go Rashid – nie miłością, nie dumą, lecz tym piekielnym poczuciem odpowiedzialności za Behraat.

Wpadł do pokoju operacyjnego i widok twarzy Lauren na ogromnym plazmowym ekranie przywołał go do rzeczywistości. Przygryzła dolną wargę, głębokie cienie przyćmiły urodę jej szeroko rozstawionych czarnych oczu. Była bledsza niż kiedykolwiek, szal, którym luźno przesłoniła wcześniej włosy, zniknął, czarne loki opadały jej na czoło. Bawełniany T-shirt z długimi rękawami podkreślał jędrną krągłość jej piersi. Siedziała prosto, z palcami splecionymi na stole i wypisaną na twarzy niechęcią. Zbuntowana i szczera do bólu, zmysłowa i ostrożna, Lauren od razu podbiła jego serce.

 

Polecił ochronie zamknąć ją w osobnym pokoju i skonfiskować wszystko, co przy sobie miała. Taka kara powinna spotkać każdego, kto mógł stanowić zagrożenie dla nowej władzy. Dowody, które udało się zebrać, nie wróżyły dziewczynie niczego dobrego.

Zafir nie potrafił jednak otrząsnąć się z wrażenia, że zdradził ją i zranił.

‒ Zaplanowała to wszystko – spokojnie wyjaśnił Arif. – Najwyraźniej chce wykorzystać twoją słabość do niej. Szkoda, że nie powiedziałeś mi o niej zaraz po powrocie, bo wtedy mógłbym…

‒ Nie.

Wciąż głęboko poruszony jej widokiem, Zafir bezwiednie przejechał dłonią po twarzy. W jego obecnym życiu nie było miejsca na żal, a tym bardziej na słabość. Był tym, kim był, i popełnił błąd, pozwalając jej zbliżyć się do siebie.

‒ Jaką mogłaby mieć motywację?

Arif, najdawniejszy przyjaciel jego ojca, był teraz jego najwierniejszym sojusznikiem.

‒ Chodziła po centrum handlowym ze znajomym dziennikarzem, który doskonale wiedział, że się tam zjawisz. Wszystko zaplanowała.

W głosie Arifa brzmiała gorzka nienawiść do kobiet, wszystkich, niezależnie od narodowości.

Zafir milczał.

‒ Znaleźli go? – odezwał się w końcu.

Zmieszany wyraz twarzy starszego mężczyzny mówił sam za siebie. Młody władca wyłączył monitor.

‒ Musimy jak najszybciej opanować sytuację – rzekł Arif. – Jeśli to nagranie wpadnie w ręce dziennikarzy…

‒ Rozruchy mogą wybuchnąć z nową siłą – dokończył szejk.

Tarik wykorzystał zbyt wiele kobiet, oślepiony i ogłupiony poczuciem władzy, i Zafir w żadnym razie nie mógł się pokazać swoim poddanym w tym samym świetle.

Jeśli nie znajdą tego nagrania przed dziennikarzami, zaufanie, jakie nowy szejk zdołał zaskarbić sobie u mieszkańców Behraatu, zniknie w jednej chwili. Już teraz członkowie Rady Najwyższej kwestionowali jego propozycje politycznych i gospodarczych zmian, szukając sposobów na podważenie jego opinii.

‒ Porozmawiam z nią – powiedział, zastanawiając się, czy przypadkiem nie robi błędu w ocenie kobiety, która jako pierwsza od lat zrobiła na nim naprawdę duże wrażenie.

Jak on śmiał ją zamknąć?

Lauren zerknęła na kamerę w kącie pokoju. Miała ochotę podejść, zbliżyć twarz do oka urządzenia i zażądać, aby natychmiast ją uwolniono, zdawała sobie jednak sprawę, że byłaby to tylko strata czasu i energii.

Fala gorącej furii, która do tej pory ją napędzała, powoli opadała. Teraz do głosu dochodziła rozpacz. Rozejrzała się po niewielkim pokoju o białych ścianach i betonowej podłodze. Zapach środków dezynfekcyjnych przyprawiał ją o mdłości. Nie było tu nic, żadnych mebli czy sprzętów poza plastikowym krzesłem i stołem. Okno zasłonięto kawałkiem plastiku. To wnętrze w niczym nie przypominało wspaniałego foyer, w którym stała zaledwie dwie godziny wcześniej.

Nawet gdyby przyszła jej ochota okłamywać się, że wszystko to jakaś okropna pomyłka, skrzecząca rzeczywistość natychmiast przywołałaby ją do porządku.

Siedziała sztywno wyprostowana, lecz każda mijająca minuta napawała ją rosnącym przerażeniem i niepewnością. W uszach wciąż dzwoniły jej słowa tamtego starszego mężczyzny.

Zafir, szejk Behraatu?

Zakrawało to na jakiś koszmar, ale jak inaczej można było wytłumaczyć całą tę sytuację? Potarła oczy i przełknęła ślinę, z trudem, bo gardło miała wyschnięte na wiór, zupełnie jak papier ścierny. Zabrali jej plecak i komórkę, więc mogła tylko pomarzyć o butelce z wodą mineralną, którą tam miała, i nawet o zdrowotnym batoniku z płatków owsianych, który doprawdy nie był jej ukochanym przysmakiem.

Gdy klamka poruszyła się, naciśnięta z zewnątrz, wzięła głęboki oddech i wyprostowała się pośpiesznie.

Do pokoju wszedł Zafir.

Rzucił okiem na kamerę w kącie i pomarańczowa lampka natychmiast zgasła.

Wszystko wskazywało na to, że wystarczyło jedno jego spojrzenie, aby świat posłusznie zmienił oblicze.

Zamknął za sobą drzwi i oparł się o nie. Zmienił tradycyjny strój na zachodni, lecz wciąż był tym zimnym, obojętnym nieznajomym, którego spoliczkowała, powodowana idiotycznym impulsem. Podwinięte rękawy białej bawełnianej koszuli odsłaniały silne brązowe ramiona, czarne dżinsy opinały muskularne nogi, które spoczywały między jej udami w tym najbardziej intymnym akcie zaledwie kilka godzin przed tym, jak nieoczekiwanie zniknął z jej życia.

Zafir, którego znała w Nowym Jorku, był dla niej tajemnicą, ale był też dobrym, pełnym czułości człowiekiem. Prawie od razu poczuła się przy nim bezpiecznie. Nie był chłopakiem z sąsiedztwa, co to, to nie, lecz zachowywał się jak stuprocentowy dżentelmen.

Czy była to tylko maska, którą włożył, by zaciągnąć ją do łóżka?

Podszedł bliżej, zmuszając ją do podniesienia wzroku. Żołądek zwinął jej się w twardą kulkę ze zdenerwowania, nie zamierzała jednak dać się zastraszyć. Podniosła się, stanęła za oparciem krzesła i spojrzała na niego.

‒ Dlaczego tu jesteś, Lauren? – rzucił twardo.

‒ Zadaj to pytanie swoim gorylom. – Zacisnęła drżące dłonie na oparciu krzesła i dumnie podniosła głowę. – Och, przepraszam, miałam na myśli twoich ochroniarzy…

Uniósł jedną brew, dosłownie emanując arogancją. Jak to możliwe, że wcześniej nie dostrzegła tej aury władzy, która tak wyraźnie go otaczała?

‒ Nie czas zabawiać się w słowne gierki – powiedział. – Pora na prawdę.

‒ I ty mówisz o prawdzie! – wybuchnęła. – Wątpię, czy w ogóle znasz znaczenie tego słowa! Tamten człowiek nazwał cię szejkiem, wyjaśnij mi to!

Minęła cała wieczność, zanim spojrzał jej prosto w oczy. I wzruszył ramionami, lekceważącym gestem zbywając coś, co wstrząsnęło jej światem.

‒ Tak, jestem szejkiem.

Te trzy słowa zawisły w przestrzeni między nimi, uświadamiając Lauren wszystkie konsekwencje jej własnych czynów. Usłużna pamięć natychmiast podsunęła jej historie o miejscowej rodzinie królewskiej, opowiadane przez zafascynowanego Behraatem Davida, podważając wszystko, co wiedziała o Zafirze. Zmierzyła go czujnym, nagle oprzytomniałym spojrzeniem.

‒ Skoro jesteś nowym szejkiem, to znaczy, że…

‒ Tak, to ja kazałem aresztować mojego brata, by przejąć władzę w Behraacie. To ja świętowałem zwycięstwo w przeddzień śmierci mojego brata. Uważaj więc, bo popełniłaś już jeden błąd i następnym razem mogę się okazać dużo mniej pobłażliwy.

ROZDZIAŁ DRUGI

‒ Pobłażliwy? – Lauren bezskutecznie starała się zapanować nad drżeniem głosu. – Kazałeś swoim sługusom zamknąć mnie tutaj, chociaż w ogóle nie wysłuchałeś tego, co miałam ci do powiedzenia!

‒ Gdybyś była kimś innym, kara byłaby dużo bardziej surowa.

‒ Wymierzyłam ci policzek, to przecież jeszcze nie zbrodnia stanu!

‒ Zrobiłaś to w obecności przedstawicieli Rady Najwyższej, ludzi, którzy uważają, że kobiety powinny siedzieć w domu, chronione przed złem tego świata oraz własnymi słabościami.

‒ To jakieś archaiczne bzdury.

‒ Masz szczęście, że zgadzam się z tym poglądem. Kobiety są zdolne do oszustwa i manipulacji w tym samym stopniu co mężczyźni, bez dwóch zdań.

Rzuciła mu pogardliwe spojrzenie.

‒ Więc jesteś nie tylko szejkiem, ale i mizoginem, tak? Mam już tego wszystkiego kompletnie dosyć!

‒ Nie jesteśmy w Nowym Jorku, moja droga, a ja z całą pewnością nie jestem chłopakiem z sąsiedztwa.

‒ To prawda – szepnęła.

Nawet w Nowym Jorku nie myślała, że ma do czynienia z kimś przeciętnym. Przedstawił jej się jako właściciel niewielkiej firmy eksportowej, który zmaga się z rozmaitymi trudnościami w Behraacie z powodu zachodzących tam politycznych zmian. Błysk zainteresowania w jego oczach, oczach wysokiego, niezwykle przystojnego, aroganckiego mężczyzny, zainteresowania nią, najzupełniej przeciętnie atrakcyjną pielęgniarką, która już dawno zdecydowała się na nudne, normalne, bezpieczne życie, natychmiast wytrącił ją z równowagi.

Właśnie dlatego tak chętnie przełknęła wszystkie jego kłamstwa.

Tymczasem on okazał się władcą jednego z bliskowschodnich państw, który, jeśli wierzyć mediom, siłą przejął tron. Był wcieleniem władzy, potęgi i ambicji, czyli wszystkiego, czym szczerze gardziła.

Biało-czarne płytki, którymi wyłożone były ściany pokoju, zawirowały jej przed oczami. Bezwładnie osunęła się na krzesło, włożyła głowę między kolana i zaczęła głęboko oddychać.

Egzotyczny zapach, który jej podstępne ciało uwielbiało ze wszystkich sił, wypełnił powietrze. Zafir stanął nad nią niczym mroczny cień i jego długie palce spoczęły na jej karku.

‒ Lauren?

Brzmiący w jego głosie niepokój szarpnął jej sercem, ale postanowiła dać odpór niebezpiecznym emocjom.

‒ Nie udawaj, że cię obchodzi, jak się czuję.

Zanim zdążyła się poruszyć, unieruchomił ją, otaczając ramionami.

‒ Wiedziałaś?

‒ Co miałabym wiedzieć? – wychrypiała z trudem.

Jej oczy zatrzymały się na wąskiej bliźnie biegnącej od lewego kącika jego ust do ucha. Doskonale pamiętała smak jego skóry i potężny dreszcz, który przeszył go, kiedy przejechała po tej bliźnie czubkiem języka.

‒ Patrz na mnie, gdy do ciebie mówię – rzucił ostro.

Podniosła wzrok i spojrzała mu prosto w oczy. Wyczytała w nich to samo wspomnienie.

‒ Co miałabym wiedzieć? – powtórzyła z nagłym znużeniem.

‒ Wiedziałaś, kim jestem? To dlatego spoliczkowałaś mnie publicznie, a twój przyjaciel nakręcił tę scenę?

Minęło parę sekund, zanim jej leniwie pracujący mózg przetworzył dane, lecz gdy wreszcie zareagował, wspomnienia i urok chwili rozwiały się jak wątła mgła.

‒ O co ci chodzi?

Pochylił się nad nią, zabierając jej osobistą przestrzeń. Był tak blisko, że prawie dotykali się nosami, a jego oddech owiewał jej policzki.

‒ Twój przyjaciel David, dziennikarz, miał kamerę i utrwalił ten nieszczęsny incydent.

‒ I co z tego? Masz jakiś problem ze zrozumieniem określenia „dziennikarz”? David robił zdjęcia przez cały dzień i…

‒ Wiedział, co zamierzasz zrobić? – przerwał jej. – Zaplanowaliście to?

Zafir mówił cicho, lecz każde jego słowo ociekało podejrzliwością.

‒ Tak mało mnie znasz? – zapytała powoli.

Zamknął uszy na ból, który wyraźnie usłyszał w jej głosie.

Czuł pod palcami jej delikatną, ciepłą skórę i nie mógł oprzeć się wrażeniu, że krew coraz szybciej krąży w jego żyłach. Coraz trudniej też przychodziło mu zapanować nad pragnieniem, żeby ją pocałować. Zamknął oczy i pod jego powiekami natychmiast pojawiły się obrazy ulic Behraatu sprzed sześciu tygodni, widok ludzi ginących w czasie rozruchów, zniszczenia, jakie Tarik sprowadził na swój kraj. Te wspomnienia błyskawicznie odsunęły na bok jego fizyczne pragnienia.

Wrócił do równowagi, podniósł powieki i popatrzył na nią uważnie.

‒ Czy my się w ogóle znamy? – zapytał. – Wiemy tylko, co lubimy w…

‒ Przestań – zarumieniła się gwałtownie.

‒ Nasza znajomość trwała dwa miesiące. Przywiozłem Humę na ostry dyżur w twoim szpitalu. Powiedziała ci, że jestem bogaty, a ty postanowiłaś poprosić mnie o dotację na rzecz szpitala. Rzuciłaś mi wyzwanie i ja… Ja je podjąłem. Zdawałem sobie sprawę, że popełniam błąd, ale wdałem się w romans z tobą. Fakt, że wcześniej przez parę miesięcy nie miałem kobiety, niewątpliwie miał tu pewne znaczenie.

Mówił jak bezwzględny drań, którym przecież był, nie zwracając najmniejszej uwagi na to, że nagle pobladła jak ściana i cofnęła się, jakby nie mogła znieść myśli o jakimkolwiek kontakcie nie tylko z jego ciałem, ale nawet cieniem.

‒ Nie zapominajmy też, że sypialiśmy ze sobą, ponieważ obojgu nam bardzo to odpowiadało – dokończył. – Więc naprawdę nie wiem, do czego jesteś zdolna. Wiem natomiast, że zawsze pielęgnowałaś dość bliskie kontakty z prasą. Twój przyjaciel David jest reporterem, warto wspomnieć o tej prawniczce, Alicii…

Lauren drżącymi palcami odgarnęła włosy z czoła.

‒ Alicia pomogła mi założyć schronisko dla ofiar przemocy w Queens. Nie mam pojęcia, co mogłabym zyskać, pokazując światu twoje prawdziwe oblicze.

‒ Muszę mieć to nagranie wideo – oświadczył dobitnie. – Obecny klimat polityczny w Behraacie jest bardzo niepewny i nawet coś tak pozornie nieskomplikowanego jak kłótnia kochanków może zostać zinterpretowane na różne sposoby. Mój poprzednik wielokrotnie nadużył władzy, traktował kobiety jak zabawki. Ta scenka, którą odegrałaś, podważa moją wiarygodność i przedstawia mnie jako kogoś, kto w gruncie rzeczy niczym się od niego nie różni.

 

Rozpostarła smukłe palce prawej dłoni i zaczęła je po kolei zginać.

‒ Nadużywanie władzy? Jak najbardziej. Traktowanie kobiet jak zabawek? Proszę bardzo. Wygląda na to, że świetnie nadajesz się na władcę Behraatu.

W jego oczach błysnął płomień gniewu. Nie mógł znieść myśli, że uważa go za bardzo podobnego do Tarika.

‒ Zawsze traktowałem cię z największym szacunkiem.

‒ Z szacunkiem? – powtórzyła drwiąco. – Gdybyś mnie szanował, nie zachowywałbyś się wobec mnie w tak podejrzliwy sposób, a przede wszystkim nie zniknąłbyś z mojego życia bez słowa, w środku nocy! Trzeba było jeszcze zostawić kopertę z plikiem banknotów, no i polecić mnie twoim kumplom!

‒ Dosyć! Jak śmiesz tak do mnie mówić!

Nagle znalazł się tuż obok niej, jego ciało było niczym fala agresji i zmysłowego ognia. Rozwścieczyła go, a jednak nie czuła lęku.

Głupia, nierozważna Lauren.

‒ Dlatego to zrobiłaś? Bo byłaś na mnie zła i uznałaś, że powinnaś się na mnie zemścić?

‒ Nic o mnie nie wiesz – odparła po chwili milczenia. – A ja dopiero teraz zdałam sobie sprawę, jak niewiele wiem o tobie.

‒ Nie masz pojęcia, co zrobiłaś – warknął. – Jesteś gotowa stawić czoło konsekwencjom? Wziąć na siebie odpowiedzialność za następne rozruchy?

Wiedziała już wystarczająco dużo o okropnościach, jakie stały się udziałem mieszkańców Behraatu. Chciała jak najszybciej zakończyć ten koszmar i wrócić do Nowego Jorku. Uchwyciła się tej myśli jak ostatniej deski ratunku.

‒ Wyjaśnię ci to, chociaż nie powinnam tego robić. Twoje podejrzenia, że David i ja zaplanowaliśmy całe to wydarzenie, są po prostu śmieszne. On nawet nie wie, że mieliśmy romans.

‒ Więc dlaczego uciekł? Dlaczego zostawił cię samą, dlaczego nie próbował dowiedzieć się, co się z tobą stało?

‒ Może dlatego, że wbrew temu, co twierdzisz, kroczysz tą samą drogą co poprzedni szejk? Kazałeś swoim ludziom zatrzymać mnie za to, że cię spoliczkowałam, więc jak możesz go winić? I niby co David miałby zrobić z tymi zdjęciami? Puścić je na YouTube?

Wyraz jego oczu powiedział jej, że właśnie tego się obawiał. Wyciągnął z kieszeni jej komórkę i podał ją jej.

‒ Zadzwoń do niego. Powiedz, żeby przyszedł do holu i przyniósł kamerę.

‒ Dlaczego?

Spojrzał na nią ze złością.

‒ Żeby skasować nagranie.

‒ Mówiłam ci, że nawet jeżeli to sfilmował, był to jedynie przypadek. David nigdy celowo nie zrobiłby mi krzywdy, znam go.

Pod skórą jego skroni zapulsowała fioletowa żyłka, przez twarz przemknął dziwny grymas.

‒ Znasz go tak dobrze jak znałaś mnie, czy jeszcze lepiej?

W pierwszej chwili w ogóle nie zrozumiała tego pytania.

‒ Co… Co masz na myśli?

‒ Poszłaś ze mną do łóżka w trzy dni po tym, jak się poznaliśmy. Wybrałaś się na drugi koniec świata, żeby się zobaczyć z mężczyzną, który cię zostawił. Biorąc to wszystko pod uwagę, nie pokładałbym zbyt wielkiej wiary w twoich zdolnościach oceny drugiego człowieka.

Z ust Lauren wyrwał się cichy jęk. Jej zdolności oceny drugiego człowieka? Powoływał się na słabość ich obojga, na brak kontroli nad zmysłami?

‒ Ty też jesteś manipulatorem – wyszeptała cicho, powoli, zupełnie jakby musiała przekonać się do własnych słów.

Narastający ból głowy ograniczał jej pole widzenia.

‒ David nie ma pojęcia o naszym romansie – wycedziła z naciskiem. – Kiedy mi powiedział, że wybiera się do Behraatu, namówiłam go, żeby zabrał mnie ze sobą. Musiał nawet zaczekać parę dni, aż dostanę wizę. Nie wiedział, co jest celem i powodem mojej podróży, naprawdę.

‒ Dlaczego przyjechałaś?

Pewnie dlatego, że jestem sentymentalną idiotką, przemknęło jej przez głowę. Dlatego, że niczego się w życiu nie nauczyłam.

Zafir miał rację. Jej zdrowy rozsądek oddalił się w nieznane tamtego dnia, kiedy sześć tygodni temu obudziła się rano i zrozumiała, że ją zostawił. Jednak teraz musiała się przestać zachowywać jak pierwsza naiwna. Najwyższy czas.

‒ Myślałam, że nie żyjesz. – Tępy ból, z którym zmagała się przez ponad miesiąc, odezwał się znowu. – Przyjechałam zobaczyć Behraat, o którym tyle mi opowiadałeś. Przyjechałam tu, żeby się opłakiwać.

Drgnął i cofnął się o krok. Nie był nawet w stanie ukryć zaskoczenia.

‒ Widziałam reportaże z rozruchów. Nie odzywałeś się, wiedziałam, że wiele osób zginęło podczas walk, więc pomyślałam, że ty też, za twój kraj. – Wzięła głęboki oddech i potarła powieki, nagle niewyobrażalnie zmęczona. – Jestem głupia, prawda? Gdyby ci na mnie zależało, sięgnąłbyś po telefon, albo nie, zaraz, po prostu wydałbyś polecenie i jeden z twoich goryli zadzwoniłby, żeby mnie poinformować, że żyjesz. I że wszystko między nami skończone.

Patrzył na nią bez słowa, nawet nie mrugnął. Czyżby uważał, że wszystko to nie miało dla niej żadnego znaczenia? Czy ona sama nic dla niego nie znaczyła?

‒ Niczego ci nie obiecywałem.

Kiwnęła głową, chociaż naprawdę dużo ją to kosztowało.

‒ Jak słusznie zauważyłeś parę minut temu, połączył nas tylko przelotny romans, może nawet była to zaledwie wymiana usług seksualnych.

Roześmiała się, chociaż oczy miała pełne łez. Kręciło jej się w głowie, zupełnie jakby w pokoju zabrakło tlenu.

‒ Wreszcie dotarło do mnie, że człowiek, którego chciałam opłakiwać, po prostu nie istnieje – powiedziała.

Jej słowa uderzyły Zafira jak zaciśnięta pięść. Kiedy byli razem w Nowym Jorku, nie był ani odsuniętym od tronu, osieroconym synem, ani władcą. Był Zafirem, młodym mężczyzną, który mógł robić to, na co miał ochotę.

Jednak tamten czas już się skończył.

Lauren oblizała wargi, z wyraźnym trudem przełknęła ślinę i zbladła jeszcze bardziej, o ile w ogóle było to możliwe.

‒ Jeśli więc nie zamierzasz poddać mnie torturom, to poleć jednemu ze swoich ludzi, by przynieśli mi szklankę wody. Strasznie boli mnie gardło…

Zachwiała się i osunęła po ścianie na betonową podłogę, ale Zafir chwycił ją, zanim upadła i podtrzymał. Przyciągnął ją do siebie i odgarnął jedwabiste pasma włosów z rozpalonej twarzy. Nie ulegało wątpliwości, że Lauren jest poważnie odwodniona.

Coś takiego mogło się przydarzyć każdemu, kto pierwszy razy przyjechał do gorącego kraju, lecz jej omdlenie było bezpośrednim rezultatem jego czynów – to z jego polecenia zamknięto ją tu na cały ranek, bez wody.

Obejmując ją jednym ramieniem, sięgnął po telefon i wybrał numer Arifa. Delikatnie przesunął palcem po upartej linii jej szczęki, zafascynowany kontrastem swojej brązowej skóry z jej jasnym, prawie białym policzkiem.

No, właśnie… Zafascynowała go od pierwszej chwili, wystarczyło, że na nią spojrzał. Piękne rysy, cera jak alabaster i zmysłowe wargi, które kazały mu zapomnieć, że nie może pozwolić sobie na coś tak frywolnego jak płomienny romans. Zresztą nawet gdyby potrafił oprzeć się czarowi jej urody, i tak podbiłaby go ostrym językiem i pragmatycznym podejściem do życia. Nigdy wcześniej nie spotkał takiej kobiety. Cały czas wiedział jednak, że ich związek może być tylko chwilowy i dlatego zostawił ją, kiedy przyszedł czas jego powrotu do Behraatu. Ale dlaczego nie powiedział jej, że wszystko skończone? Wystarczyłby jeden telefon, prawda? Dlaczego nie był w stanie go wykonać?

Kiedy drzwi się otworzyły, wziął ją na ręce i ostrożnie położył na noszach. Potrząsnął głową, gdy Arif otworzył usta, by coś powiedzieć. Obaj czekali w milczeniu, aż pielęgniarze sprawdzą jej tętno, ciśnienie krwi i temperaturę.

Nie mógł pozwolić jej odejść, musiał zdobyć tamto nagranie wideo, nie zamierzał jednak trzymać jej dłużej pod kluczem.

‒ Umieśćcie ją w gościnnym apartamencie w moim skrzydle pałacu – polecił. – Niech ktoś z mojej straży przybocznej stanie pod drzwiami, a doktor Farrah dokładnie sprawdzi, czy wszystko z nią w porządku.

Trzej obecni w pokoju mężczyźni zamarli. Rozkaz szejka stał w oczywistej sprzeczności z obowiązującymi w kraju zasadami, które surowo wykluczały obecność niezamężnej kobiety w pobliżu mieszkania mężczyzny, nawet jeśli taka okoliczność byłaby wynikiem pomyłki.

‒ Możemy przewieźć ją do kliniki dla kobiet w mieście i tam postawić straż – odezwał się Arif.

‒ Nie.

Nie chciał, by się ocknęła w szpitalu w obcym kraju, całkiem sama. To on ponosił winę za to wszystko i nie mógł pozwolić, by cierpiała jeszcze bardziej. Musiał mieć ją blisko siebie, w miejscu, gdzie mogłaby dojść do siebie z dala od pełnych niezdrowej ciekawości i niechęci oczu. Tak jak jej powiedział, nie był przeciętnym, zwyczajnym człowiekiem. Nie, był szejkiem i zamierzał skorzystać z przysługującej mu władzy, do diabła.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?