Prokurator Alicja HornTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Prokurator Alicja Horn
Prokurator Alicja Horn
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 25,45  20,36 
Prokurator Alicja Horn
Prokurator Alicja Horn
Audiobook
Czyta Włodzimierz Press
19,95  14,76 
Szczegóły
Prokurator Alicja Horn
Prokurator Alicja Horn
E-book
34,90  24,43 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 7

Wprost z dworca profesor Karol Brunicki pojechał na wykład.

Pomimo zmęczenia, wywołanego długą podróżą, mówił jak zwykle głośno, dobitnie, akcentując definicje i robiąc krótkie pauzy przed użyciem własnych argumentów.

Gdy skończył, czuł się tak wyczerpany, że zażył proszek kamfory dla wzmocnienia serca. Jednakże już po chwili telefonował do Bristolu.

Odpowiedziano mu, że pan Winkler jest w swoim numerze, ale zapewne śpi. Pomimo to kazał się z nim połączyć.

— Tu mówi Karol, obudziłem cię?

— Nie, jak się masz! Wróciłeś?

— Wróciłem i chciałbym cię prosić, byś wpadł do mnie.

— Do kliniki? - zapytał Drucki.

— Nie, do domu. Może na obiad?

— Zgoda.

Drucki odłożył słuchawkę i westchnął z ulgą:

— No, nareszcie przyjechał.

— Kto przyjechał? - zapytała zza parawanu Tecia.

— Pewien mój przyjaciel. Ale pośpiesz się, mała.

— Kiedy mi podwiązka pękła.

Drucki roześmiał się.

— Pękła? No, chodź tu, może wspólnymi siłami łatwiej zaradzimy katastrofie. Chodź.

Była w króciutkiej, jasnozielonej kombinezce i nieporadnym gestem wyciągnęła ku niemu urwany koniec podwiązki. Wyglądała przy tym tak dziecinnie i ładnie, że powiedział:

— Wiesz, mała, żałuję, że jest już tak późno.

— Mój kochany, mój najsłodszy...

Posadził ją sobie na kolanach i zabrał się do reperacji uszkodzenia. Tymczasem Tecia ocierała twarz o jego policzki i szeptała w kółko:

— Kochany, jedyny, kochany...

Biła od niej świeżość i wciąż jednakowe, silne pragnienie.

Drucki odezwał się:

— Słuchaj, mała, albo daj spokój, albo do końca świata nie naprawię ci tej podwiązki.

— Ach, jak to byłoby cudownie!

— Niby co?

Różowym paluszkiem przesunęła mu po kolanach.

— To, że mogłabym tu siedzieć do końca świata. Żeby mój pan był tylko dla mnie i żeby te obrzydliwe baby nie wywracały do niego oczu. A zwłaszcza ta małpa, Kazia...

— Podaj mi agrafkę - przerwał Drucki - musi być w tym okrągłym pudełku.

Sięgnęła i mówiła dalej:

— Taka obrzydliwa kokota. Jak ona nawet śmie podnosić oczy na mego pana! Taka, co za pieniądze z każdym!... A przy tym ma krzywą łopatkę...

Drucki zerknął na nią z uśmiechem.

— Jak Boga kocham! - zawołała. - Ma krzywą łopatkę!

— Nie gadaj, mała, nie gadaj. Kazia jest bardzo ładna.

— Nienawidzę jej!

— To inna sprawa. Tylko, Teciu, uważaj! - pogroził palcem. - Żeby w "Argentynie" żadnych awantur ani kłótni nie było! Nie znoszę tego i gdyby tylko!... No!

— Ja? - oburzyła się Tecia. - Z nią? Z taką lafiryndą? Ja w ogóle jej nie spostrzegam, chociaż wiem, że ona oczy by mi wydrapała. Jej się zdaje, że...

— Gemacht! - skończył Drucki. - Podwiązka w porządku. Ubieraj się.

Postawił ją na ziemi i usiadł przed lustrem, by zawiązać krawat.

— A pamiętaj, mała - dodał - że ze mną żartów nie ma. Żadnych awantur!

Dziewczyna nic nie odpowiedziała.

Po paru minutach byli gotowi.

Tecia wyszła pierwsza. Drucki pozamykał szafy i biurko i również zszedł na dół.

Portier zatrzymał go ukłonem:

— Uszanowanie panu dyrektorowi.

— Dzień dobry panu.

— Właśnie, panie dyrektorze, zwracałem się według pańskiego życzenia do reprezentacji samochodów "Reenclar". Powiedziałem, że jeden z naszych gości chce się dowiedzieć, kto w Warszawie ma "Reenclara" i kto mógłby udzielić o ich marce referencji.

— Aha! - ucieszył się Drucki. - I co?

— Powiedzieli, że w Warszawie chodzą trzy wozy "Reenclar". Jeden należy do hrabiego Lubockiego, drugi do pani Citchen i trzeci do profesora Brunickiego. Wszyscy troje mają już te wozy od kilku lat i są zupełnie zadowoleni.

— Od kilku lat?

— Tak, panie dyrektorze, powiedziano mi, że są zupełnie zadowoleni. Oczywiście, wypytywali mnie, kto interesuje się ich samochodami i proponowali przysłanie wozu na próbę, ale, w myśl życzenia pana dyrektora, nie wymieniłem jego nazwiska.

Drucki podziękował i wyszedł na ulicę.

— Rzecz jasna - pomyślał, podając szoferowi adres Brunickiego - że Karol spreparował kłamstwo. Auto, które widziałem pierwszego dnia wieczorem było jego "Reenclarem".

W hallu willi profesora zastał doktora Kunoki, pogrążonego w lekturze. Przywitał Druckiego serdecznie i prawie wesoło:

— Bardzo rad jestem, że pana widzę. Ma pan w sposobie bycia coś, co rozsiewa wokół pana jakąś witalną radość.

— Niechże doktor nie przesadza - zaśmiał się Drucki, ale zrobiło mu się przyjemnie.

— O, nie! - przechylił głowę Japończyk - nie przesadzam. Jestem zdania, że nie doceniamy na ogół towarzystwa ludzi miłych, wesołych i zdrowych. A działa ono wręcz... kuracyjnie. Tak, panie, kuracyjnie! Wiemy, że wszystkie ciała emanują różnego typu energią, a nie zwracamy uwagi na emanację fizyczną, emanację ludzi, z którymi stykamy się. Gdy widzieliśmy się ostatnio, mówiliśmy, zdaje się, o przesądach ludowych?

— Tak, o nawrocie nauki do pogardzanych zabobonów.

— O, widzi pan - ożywił się Kunoki - jeszcze jeden przykład. Niektóre szczepy hinduskie wierzą w to, że młodość, siła i zdrowie mogą udzielać się tak, jak płomień: ten, kto daje - nic nie traci, a ten, kto bierze - zyskuje. Dlatego ludzie starzy i słabi sypiają w jednym łóżku z młodymi i zdrowymi. Są przekonani, że zwłaszcza podczas snu uzdrawiająca emanacja młodego ciała wzmaga się najbardziej.

— I co? - zdziwił się Drucki. - Czy to rzeczywiście ma jakieś znaczenie?

— Odpowiem panu tak: nie wiem, czy ma, ale wiem, że musi mieć.

— Oczywiście chodzi o emanację, że tak powiem, psychiczną?

Doktor Kunoki potrząsnął głową.

— Ja osobiście jestem zdania, ale zastrzegam się, że nie jest to opinia oficjalnej nauki, jestem zdania, że emanacja wręcz fizyczna, tak jak emanacja radu, żelaza...

— Słowem, elektrony? Cząstki atomów?

— Tak.

— Niezwykłe! Tedy i myśl ludzka?...

— Jest również emanacją, dającą się nawet empirycznie stwierdzić w przypadkach telepatii. Tak. Otóż pańska emanacja, pańska aura jest po prostu kuracyjna. Czuję to po sobie.

— Powinienem wobec tego - zaśmiał się Drucki - wynajmować się na godziny szpitalom w charakterze aparatu leczniczego. Ale rzeczywiście wydaje mi się, że pan ma dużo racji, doktorze. Sam zaobserwowałem zadziwiające wzmaganie się nastrojów w tłumie.

— A widzi pan. Wzajemne oddziaływanie emanacji.

— Albo w zabawie! Wie pan zapewne, że prowadzę teraz nocny kabaret. Otóż, na przykład, wesołość udziela się bardzo szybko. Niech kilka osób się rozbryka i rozbawi, a za pięć minut humory idą w górę. Właśnie namawiałem Karola, żeby rozerwał się w mojej "Argentynie", ale ani rusz. Pan, doktorze, powinien poradzić mu, by chociaż raz spróbował.

— Ależ z przyjemnością. Jestem zupełnie pańskiego zdania.

— Co to, nie ma go w domu? - zapytał Drucki.

— Owszem, tylko jest czymś zajęty. Za chwilę przyjdzie. Nie gniewa się pan chyba na niego, że mimo woli skazał pana na towarzystwo nudnego...

— Panie doktorze! - przerwał Drucki - czy pan naprawdę ma mnie za tak głupiego, że nie umiem ocenić wartości towarzystwa jednego z najmędrszych uczonych naszego wieku?...

Japończyk próbował oponować, lecz Drucki nie dał mu przyjść do słowa:

— Przecież ja, doktorze, powinienem płacić szkolne wpisowe za każdy kwadrans rozmowy z panem, z człowiekiem o takiej wiedzy i takich horyzontach myślowych. Aha, chciałem pana o coś zapytać. Mianowicie, czy to prawda, że brodawki dają się leczyć sugestią?

— Naturalnie - z zadowoleniem potwierdził Japończyk - brodawki są rodzajem choroby psychicznej.

— Właśnie. Czytałem - powiedział Drucki - że brodawki powstają na skórze człowieka, gdy ten dozna silnego, przykrego wrażenia na widok takichże brodawek u innych.

— Niezupełnie tak. Ale coś zbliżonego. Najczęściej znaki rodzinne, brodawki i pewnego rodzaju liszaje są skutkiem wrażeń, odniesionych przez matkę danego osobnika podczas ciąży.

— Co? - zerwał się Drucki - więc zapatrzenie?

— Zapatrzenie.

— Doktorze, czy pan wierzy w zapatrzenie?

Japończyk zrobił nieokreślony ruch ręką:

— Słowo "wierzyć" nie jest tu odpowiednie. Jestem natomiast przekonany, że zapatrzenie, jako takie, istnieje.

— Jak to? I pan sądzi, że nauka może to potwierdzić?

— Proszę pana - zmarszczył czoło Japończyk - cała moja teoria elektro-neuronów, czy, jeżeli pan woli, teoria psychonów zmusza właśnie do wykazania swej nieodpartej słuszności na prawdziwości naukowej ludowego "przesądu" o zapatrzeniu.

Drucki nerwowo podsunął swoje krzesło.

— Niechże mnie pan objaśni.

— Z przyjemnością. Czy hodował pan kiedyś konie lub psy?

— Psy, owszem. Kiedyś namiętnie lubiłem polowanie.

— Dobrze, zatem hodował pan psy myśliwskie, rasowe?

— Naturalnie - potwierdził Drucki - wyżły i gończe. Trochę jamniki.

— Nie o to chodzi. Ale czy pan zauważył, jakie skutki daje skrzyżowanie rasowej suki ze zwykłym kundlem? - pytał Japończyk.

— No, ma się rozumieć, szczenięta będą nierasowe.

— To mało. A co się stanie z suką?

— Aha! - klepnął się Drucki po kolanach. - No, suka będzie zepsuta!

— Właśnie, panie Winkler, suka będzie zepsuta. To znaczy, że już nigdy nie urodzi rasowego potomstwa, choćby następne zapłodnienia dokonane były przez psa najczystszej rasy. To samo jest z końmi i tak dalej.

 

— To prawda - potwierdził Drucki. - Ale cóż stąd wynika?

— Przepraszam, najpierw musi pan stwierdzić, że płód wywiera wpływ na matkę.

— No tak.

— Nie zaprzeczy pan również, że dziecko po matce dziedziczy różne cechy fizyczne i psychiczne. Prawda?... A teraz odrobina analogii i biologii. Wie pan, że na przykład płód człowieka, pomimo najskrupulatniejszych badań, w swoich pierwszych fazach od owulu począwszy, niczym nie różni się od płodu ryby, amfibii i ssaków?

— Wiem, wiem, znam Darwina i widziałem tablice Haeckla.

— Tym lepiej. Zatem przyzna pan, że dalsze formowanie się płodu, a zwłaszcza jego indywidualizowanie się pozostaje pod wpływem organizmu matki. W terminie "organizm" mieszczę zarówno jego stronę fizyczną, jak i psychiczną. Otóż, nauka do dziś oficjalnie utrzymuje, że płód już w samym początku musi posiadać cechy psychiczne a priori ustalone, gdyż z matką jest połączony wyłącznie kanałem, noszącym nazwę: funiculus umbilicalis...

— A pępowina? - zastrzegł się Drucki.

— Właśnie - uśmiechnął się doktor Kunoki - o niej mówię. Wszyscy embriolodzy wykluczają możność psychicznego oddziaływania matki na płód, ponieważ jedyne połączenie całkowicie pozbawione jest jakiegokolwiek unerwienia. Rozumowanie na pozór słuszne: nerwy nie łączą płodu z matką, zatem oddziaływanie psychiki matki i zaburzeń w tej psychice podczas ciąży nie może odbić się na płodzie. Nie wiem, czy mówię dość jasno?

— Najzupełniej.

— Tedy - ciągnął Japończyk - zapatrzenie, według tych panów, jest nonsensem. Oczywistość tego twierdzenia musi jednak ulec gruntownej rewizji z chwilą odkrycia przeze mnie elektro_neuronów w ziarnistych ciałkach Nissla, w protoplazmie komórek nerwowych. Pan wie, na czym polega moje odkrycie?

— Bardzo pobieżnie - zawstydził się Drucki.

— Polega na odnalezieniu we krwi i w całym organizmie fal nerwowych półmaterialnych i półenergetycznych, będących emanacją, która ulega ustawicznym a niesłychanie precyzyjnym wahaniom, a ustaje dopiero wówczas, gdy ziarniste ciałka, będące jakby akumulatorami tej energii, ulegną wyczerpaniu, a nie uzyskają nowego naładowania, po prostu zanikają. Powoduje to śmierć komórek nerwowych i atrofię samych nerwów. Otóż, z chwilą tego odkrycia odpada dość naiwna teoria naszych witalistów, którzy z braku laku kontentują się koncepcją nisus formativus, czyli predestynacji owulu do z góry przewidzianego kierunku rozwoju.

— Strasznie to uczone - westchnął Drucki - ale zdaje mi się, że rozumiem, o co chodzi: z chwilą odkrycia pana doktora tłumaczy się naukowo fakt zapatrzenia?

Doktor Kunoki pokiwał głową:

— Niestety, jeszcze się nie tłumaczy. Tylko może być tłumaczony w ten sposób, że matka ma psychiczną komunikację z własnym płodem, pomimo braku łączących ją włókien nerwowych. Jeżeli mówiłem o telegonii, czyli o psuciu się samic rasowych, to dlatego, że daje nam ono możność naocznego stwierdzenia wpływu płodu na matkę, wpływu tak trwałego, że nie ustępuje do końca jej życia, że jaskrawo odbija się na innym jej potomstwie. Dlaczego zatem mamy odrzucać myśl o wpływie odwrotnym - matki na płód, o działaniu wrażeń ciężarnej matki na konstytucję płodu?

— Ja osobiście święcie wierzę w zapatrzenie - żarliwie przytwierdził Drucki. - Miałem wiele powodów, które utrwaliły we mnie to przekonanie. Nawet...

Zawahał się, czy powiedzieć doktorowi Kunoki o synku Załkindów i urwał, bo właśnie wszedł Brunicki. Widać było, że jest czymś mocno podniecony i zdenerwowany. Zanim przywitał się z Druckim, spojrzał porozumiewawczo na Japończyka, a ten przeprosiwszy ich, natychmiast wyszedł.

— Jak się masz, Fakirze - uśmiechnął się z przymusem profesor, podając Druckiemu rękę.

— Ja świetnie, ale ty, Karolu, daruj - wyglądasz bardzo mizernie.

— Zmęczyła mnie podróż.

— Właśnie - zapalił papierosa Drucki - wyjeżdżałeś za granicę?

Brunicki pochylił głowę:

— Byłem u... Piotra.

— W Szwecji?

— Tak - ponuro powiedział profesor i spojrzał na swego gościa. - Bohdanie! Postanowiłem powtórnie zrobić próbę krwi. Daruj mi, ale wówczas twoją krew brałem nie sam, przysłałeś mi... Czy ja wiem, mogła zajść jakaś pomyłka...

— Ależ jestem do twojej dyspozycji, Karolu.

— Nie miej, Bohdanie, do mnie urazy, gdyż i próbki krwi Piotra nie byłem pewny. Lekarz szkolny w Uppsali również mógł się omylić. Teraz przywiozłem wziętą przeze mnie osobiście...

— Karolu! - zawołał z wyrzutem Drucki. - Przecież rozumiem twój stan, po co te skrupuły! Służę ci.

Profesor szybko wyjął z kieszeni przyrząd iniekcyjny i mały flakonik ze szklanym korkiem. Drucki odsunął mankiet i igła bezboleśnie weszła pod skórę. Po niespełna minucie na dnie flakonika zaczerwieniło się kilka kropel krwi.

— Słuchaj, Karolu, mam dla ciebie coś, co pewniej niż ta próba udowodni ci, że Piotr jest twoim synem.

Brunicki zbladł:

— Jak to?

— Siadaj, Karolu, i posłuchaj.

Drucki opowiedział, podkreślając wszystkie ważne szczegóły, historię Luby, Załkinda i ich synka.

Mówił zwięźle, prosto i treściwie, głosem spokojnym, a jednak Brunicki drżał przez cały czas i stawał się coraz bledszy.

— Otóż, Karolu - kończył Drucki - chłopiec ten jest tutaj, w Warszawie. Tu są też jego rodzice. Ponieważ są moimi przyjaciółmi, na pewno zgodzą się, byś mógł chłopca zbadać osobiście.

Profesor nagle wybuchnął nerwowym śmiechem.

— I cóż mi z tego? - zapytał z wręcz obrażającą ironią.

— Jak to? - oburzył się Drucki. - Zobaczysz dziecko, które ma oczy podobne do moich, jak dwie krople wody, dziecko kobiety, która nigdy nie była moją kochanką.

— Właśnie! Jeżeli nie była nią!

— Karolu! Ona sama gotowa ci przysiąc!

— Ba! - wykrzywił usta Brunicki. - Sam powiadasz, że jest mężatką. Dlaczego nie miałaby przysięgać sto razy?! Wanda też przysięgała.

— Ależ ten chłopak ma rysy podobne do ojca i jego usposobienie.

Profesor wzruszył ramionami.

— To niczego nie dowodzi. Znam wiele wypadków, kiedy dzieci z biegiem lat upodabniają się do przybranych rodziców.

Drucki bezradnie opadł na fotel i niemal jęknął:

— Boże drogi! Więc cóż ja ci poradzę?!

— Owszem, owszem - przetarł czoło profesor - chyba nie zapomniałeś o swojej obietnicy?...

— Nigdy się nie cofam.

— To dobrze... Wybacz, Bohdanie, moją niewiarę, ale jest ona silniejsza ode mnie, jeżeli nawet...

Urwał, bo wrócił doktór Kunoki i oznajmił, że podają do stołu.

Od ubrania Japończyka zaleciał zapach chloroformu i Drucki przez asocjację przypomniał sobie koty.

Rozejrzał się. Nie było ich w hallu.

— A gdzie ta kocia menażeria? - zapytał zdziwiony.

— Zdaje się, że na spacerze - wymijająco odpowiedział profesor.

Drucki roześmiał się:

— Ja mam lepszą propozycję! Jeżeli namówię was, panowie, do spędzenia wieczoru u mnie w "Argentynie", pokażę wam autentyczną kocią muzykę.

— Orkiestra naśladuje koty? - zapytał Brunicki, wskazując gościowi miejsce przy stole.

— Nie, publiczność. Cała publiczność miauczy.

— To może i nam kazałbyś miauczeć? - spróbował żartować profesor.

Japończyk posypał solą kawałek chleba i powiedział z przekonaniem:

— Pan Winkler powinien to zrobić.

Widząc zdziwione wzniesienie brwi profesora, doktor Kunoki dodał:

— Rzeczywiście, profesorze, powinien pan dać się namówić przyjacielowi. To jest konieczne dla pańskiego zdrowia. Gdybym wychodził z domu, chętnie bym panom towarzyszył.

— Zobaczymy - uśmiechnął się Brunicki. - Może się wybiorę.

— A dlaczego, doktorze, nie wychodzi pan z domu?

Japończyk zamienił spojrzenie z profesorem i odezwał się innym tonem:

— Widzi pan... Nie chcę afiszować swojej obecności w Warszawie... Nawet prosiłbym pana, by pan nikomu o tym nie wspominał, że jestem w Polsce i że pozostaję gościem profesora. Nie lubię rozgłosu... Poza tym, są jeszcze inne powody...

— Nie zamierzam wtrącać się w nie - pośpiesznie zapewnił Drucki. - Niech pan mi wierzy, doktorze, że nie zaliczam siebie do gadatliwych.

Nastała chwila ciszy. W milczeniu jedli zupę. Wreszcie profesor uznał za stosowne udzielić Druckiemu pewnych wyjaśnień.

— Poznałem - zaczął chrząknąwszy - doktora Kunoki na międzynarodowym zjeździe w Londynie. Ponieważ zaś łączyły nas zbliżone, a poniekąd wspólne zainteresowania naukowe, zaś doktor w swojej ojczyźnie nie miał odpowiednich warunków do prac badawczych, zgodził się przyjąć moje zaproszenie i kilka miesięcy spędzić u mnie.

Postukał palcami po stole i, z wyraźną intencją zmienienia tematu rozmowy, zapytał:

— Jakże ci się powodzi?

— Dziękuję ci. Wybornie.

Opowiedział o "Argentynie", o swoim systemie prowadzenia tego przedsiębiorstwa, lecz myśl jego zajęta była nowym, mglistym i tajemniczym punktem w nieprzejrzystym życiu tego domu. Nie, stanowczo nie będzie się nad tym zastanawiał. Bo i w jakim celu? Czy mógłby zrobić jakiś użytek ze swoich odkryć, gdyby nawet do jakichś doszedł?... Oczywiście, nie. Dla zwykłej zaś ciekawości nie kiwnąłby nigdy palcem. Zresztą przeczucie mu mówiło, że usługi, których zażąda od niego Karol, wyświetlą i tak wszystko.

Tymczasem rozmowa skierowała się znowu na tematy naukowe. Uwaga obu uczonych zbyt silnie widocznie była ześrodkowana w tej dziedzinie, by na czas dłuższy mogła się od niej odwrócić.

Nie martwiło to Druckiego. Szczerze interesował się tym wszystkim, co otwierało mu całkiem nowe strefy poznania, choćby pobieżnego i spopularyzowanego do tego stopnia, jaki jest dostępny dla laika.

Gdy napomknął o tym, doktor Kunoki zaprzeczył ruchem głowy:

— Nie, proszę pana, te strefy nie tylko dla laików są nowe. Jeszcze lata upłyną, zanim ich nowość przestanie być nowością nawet w laboratoriach biologicznych. Na przykład, po dziś dzień biolodzy upierają się przy nie wytrzymującej krytyki hipotezie determinacji płci, o czym mówiliśmy w hallu.

— Doktor mówi o z góry ustalonej płci potomstwa? - zapytał Drucki.

— Niezupełnie - ciągnął Japończyk. - Współczesna genetyka twierdzi, że płeć płodu zostaje ustalona już w chwili zapłodnienia, mówiąc ściśle w chwili kariogamii, gdy następuje amphimixis...

— Litości - jęknął Drucki - nie znam tej terminologii!

Japończyk bezradnie rozłożył ręce w stronę profesora. Ten zaś wyjaśnił z uśmiechem:

— Doktor mówi o momencie wniknięcia plemnika w owul. Następuje wówczas zmieszanie się substancji chromatynowych obu komórek płciowych...

— Zaraz, zaraz - przerwał Drucki - bo pragnąłbym zrozumieć. Cóż to jest ta substancja chromatynowa?

— Właśnie - uderzył palcem w stół Japończyk - ci panowie wierzą, że ta substancja zawiera związki dziedziczne. Ich hipoteza powiada, że w owulu jest niezmienny chromozom X, a w plemniku męskim chromozomy dwóch typów: X albo Y. Otóż, ich zdaniem, spotkanie się owulu z plemnikiem X - daje nam dziewczynkę, a z plemnikiem Y - daje chłopczyka! Rozumie pan?

Japończyk wybuchnął śmiechem, a profesor zaśmiał się również.

— A tymczasem, jak jest naprawdę? - zapytał Drucki.

— Jak jest naprawdę, jeszcze nie wiemy z zupełną dokładnością - odpowiedział doktor Kunoki - jednakże długotrwałe badania Parkesa, a także i moje skromne wysiłki wykazały, iż płeć płodu ustala się dopiero w łonie matki, pod wpływem dwóch czynników. Pierwszy to hormon żeński, czyli follikulina, drugi to prolan, czyli hormon przysadki mózgowej. Jeśli teza okaże się słuszna, już wkrótce będziemy mogli przy pomocy odpowiednich zastrzyków hormonalnych dowolnie ustalać płeć płodu.

— Niesłychane! - zdumiał się Drucki. - Zatem każda kobieta będzie mogła, według woli, mieć syna lub też córkę?

— Tak.

— Wspaniałe!

— Mało tego - uśmiechnął się Japończyk. - Dokładne poznanie sekretów wszystkich gruczołów da jeszcze bardziej rewelacyjne skutki. Jeżeli pan zechce, będzie mógł decydować o wzroście, o sile fizycznej, o kolorze włosów i skóry swego potomstwa.

— Fenomenalne! I wszystko przy pomocy zastrzykiwania takich czy innych hormonów?

— Oczywiście.

— No, a czy można będzie wpływać także na rozwój inteligencji, na poziom umysłowy dziecka?

— Przypuszczam, że tu także hormony odegrają swoją rolę. Na razie zaś jest to już teraz do pewnego stopnia możliwe przez stosowanie hipnozy...

— Nie rozumiem - przerwał Drucki.

 

— To bardzo proste - z uśmiechem wyjaśnił Japończyk - kobiecie ciężarnej w śnie hipnotycznym sugeruje się pewne wrażenia, które ustalając się w jej psychice, oddziaływują na tworzenie się psychiki płodu.

— Tak - westchnął Brunicki - ale nie myśl, by w tym względzie można było osiągnąć wyniki bodaj zadowalające.

— A to dlaczego?

— Bo, primo: poglądy te pozostają jeszcze w dziedzinie teorii, a secundo: nie mogą być sprawdzone w praktyce, gdyż eksperymentowanie jest zakazane prawem.

Wstali od stołu i zapalili papierosy.

— W każdym razie - zachwycał się Drucki - to jest po prostu cudowne! Do czego dochodzi geniusz człowieka!...

Japończyk zatrzymał go ruchem ręki:

— Niech się pan tak nie entuzjazmuje umysłem ludzkim. Są istoty, które od milionów lat umieją dowolnie wpływać na formowanie się swego potomstwa. Chodźmy do biblioteki. Zaraz panu pokażę rezultaty ich systemu.

— O jakich istotach pan mówi?

Japończyk sięgnął na półkę i zdjął z niej tom, oprawny w skórę.

— O mrówkach i termitach. Zwłaszcza o termitach.

Odwrócił kilkadziesiąt kart i podsunął Druckiemu barwną tablicę:

— Widzi pan te owady?

— Tak. To są różne gatunki termitów?

— Myli się pan. To jest czternaście różnych typów jednego i tego samego gatunku, wyhodowanych z identycznych pod każdym względem jajeczek.

Istotnie, trudno było w to uwierzyć. Tablica przedstawiała owady niemal zupełnie do siebie niepodobne. Jedne małe z olbrzymimi głowami, drugie skrzydlate, trzecie posiadające oczy, inne całkiem pozbawione szczęk. W samym środku był olbrzymi owad.

— To jest matka - objaśnił Japończyk. - Ta dama ma zwyczaj znoszenia przez całe życie, trwające do piętnastu lat, trzech tysięcy jajeczek na godzinę i jest osiem tysięcy razy większa od każdego termita. Gdy zdechnie ze starości, termity z pierwszego lepszego jajeczka wyhodują jej następczynię. Z tego samego jajeczka mogą jednak równie dobrze wyhodować każdy z czternastu typów, różniących się morfologicznie do tego stopnia, że uczeni przez całe wieki uważali je za całkiem różne stworzenia.

— No dobrze - dziwił się Drucki - ale jakże one to robią?

— Niestety, na to pytanie nauka jeszcze odpowiedzi nie dała. Wiadomo tylko, że nie decyduje tu rodzaj pokarmu, gdyż wszystkie termity żywią się wyłącznie celulozą. Natomiast ilości pokarmu są zmienne, no i prawdopodobnie stosowane są już na jajeczkach masaże, tudzież termo_ i hydropatia. Jak pan widzi, termity wyprzedziły znacznie człowieka w umiejętności hodowania swego gatunku tak, by społeczeństwo miało specjalistów od różnych prac.

— Kapitalne! - zawołał Drucki.

— Teraz chyba nie imponują ci już te wyniki, do jakich doszła biedna ludzka nauka? - zapytał Brunicki.

— Czyżbyś sądził, że kiedyś i ludzie będą, jak termity, hodować kilkanaście typów człowieka?

Profesor z powagą skinął głową, a Japończyk powiedział:

— Naturalnie. Będziemy wtedy mieli monstrualnie silnych robotników fizycznych, naukowców o olbrzymim mózgu, pianistów o niesłychanie rozwiniętym słuchu i o palcach znacznie dłuższych...

— Boże drogi! - wybuchnął Drucki. - I przecież mówią mi to panowie! Ludzie wielkiej wiedzy! A brzmi to jak fantastyczna powieść!

Profesora wezwano do telefonu. Drucki pozostał z doktorem Kunoki, który w dalszym ciągu tłumaczył mu działanie różnych hormonów.

Było już ciemno na dworze, gdy Drucki pożegnał się z nim i z Brunickim.

— Do widzenia - ściskał dłoń profesora - a wpadnij do "Argentyny". Nie pożałujesz.

— No dobrze, dobrze, spróbuję - uśmiechnął się Brunicki.

Gdy znaleźli się w przedpokoju, Drucki zapytał:

— Więc nie chcesz widzieć tego chłopca?

— Nie, nie!... Zresztą zadzwonię do ciebie... To nie ma sensu.

— A kiedy zbadasz krew, proszę cię, Karolu, zawiadom mnie o wyniku.

Brodaty służący zamknął za nim furtkę i z nieoczekiwaną życzliwością powiedział przez kratę:

— A niech pan uważa, bo dziś ślisko.

— Dziękuję - kiwnął mu ręką Drucki - będę się trzymał wiatru.

Istotnie, po całodziennej odwilży chwycił lekki mróz i wszystko pokryło się szkliwem gołoledzi. Niebo zaczynało się iskrzyć. Na zachodzie różowiło się ostatnimi resztkami dnia.

W hotelu czekał Załkind, co zdziwiło Druckiego, gdyż nie było to w jego zwyczaju. Ani do "Argentyny", ani do "Bristolu" nie przychodził nigdy.

Okazało się, że tym razem szło o rzecz ważną. Gdy znaleźli się w numerze Druckiego, Załkind po paru słowach wyjaśnił:

— Pamięta kapitan, co mówiłem o moim kontrakcie leśnym i o tych łobuzach, Fajersonach?

— A tak. Milionowa historia?

— Milionowa - potwierdził Żyd. - Otóż oni zawładnęli moim kontraktem i chcą przystąpić do wyrębu lasu. Ja nie wiem, co mam robić? Przecież nie dam sobie wydrzeć takich pieniędzy.

— Podać do sądu.

Załkind zaczął tłumaczyć, dlaczego tego zrobić nie może. Na przeszkodzie stoi fakt, że obie strony nie są tu z prawem w porządku. Pozostaje tylko siłą lub podstępem odebrać kontrakt. Otóż, czy kapitan nie zgodziłby się pojechać do Białowieży i załatwić się z tymi Fajersonami?

— Kiedy trzeba jechać? - krótko zapytał Drucki.

Załkind wyjaśnił, że jeszcze nie wie - może za tydzień, a może i za kilka miesięcy. Chodzi tylko o zasadniczą zgodę kapitana.

— Więc dobrze, może pan na mnie liczyć.

Załkind mocno potrząsnął jego ręką. Dodał jeszcze parę szczegółów, i biorąc kapelusz, powiedział:

— Mam jeszcze jedno do kapitana.

— Cóż takiego? - wesoło zapytał Drucki, widząc zakłopotanie gościa.

— Widzi pan, kapitanie, jutro są imieniny Luby. To ona się martwi, że kapitan nie wie. Niech pan nie zdradzi mnie, że ja pana uprzedziłem, ale jej będzie tak przyjemnie, jak się okaże, że pan pamiętał. Czy dobrze?

— Ależ dziękuję panu, Jack, oczywiście, będę u was!

— I to jeszcze - uśmiechnął się Załkind - że u nas wieczorem będzie dużo gości. Ale co to za towarzystwo? Sami Żydzi... To nie dla pana...

— Niby dlaczego?!

— Nie dla pana i już. Ja wiem, co mówię. Ale na obiedzie to my będziemy sami i tylko moja siostrzenica, studentka. Jakby pan tak niespodziewanie przyszedł, to by się Luba ucieszyła!

Drucki solennie obiecał, po czym przystąpił do omawiania interesu. "Argentyna" rzeczywiście dawała poważny dochód i Załkind był zachwycony. Robił trochę wymówek Druckiemu za to, że ten przesłał mu księgi buchalteryjne do sprawdzenia, ale przyznawał, że takimi księgami to się warto pochwalić.

— No i widzi pan, kapitanie - powiedział na wychodnym - że miałem rację. Pan to żywy kapitał!

Jeszcze raz poprosił o przemilczenie tej wizyty przed Lubą i wyszedł.

— Ten ją kocha! - pokręcił głową Drucki i pomyślał, że sam nie byłby zdolny do takiej miłości. Kochał kobiety, żyć by bez nich nie umiał i nie miałby po co, ale kochał wszystkie. Niemal w każdej odkrywał jakiś nowy, indywidualny wdzięk, jakiś niespotykany szczegół urody, rys temperamentu czy oryginalny ustrój psychiczny, który go pociągał.

Nie umiał i nie chciał wyrzekać się tych powabów życia, które urobiło jego bujną naturę, intensywnego życia, wysysanego do ostatniego włókna.

Przebrał się i pojechał do "Argentyny".

Wszystko było w porządku, wszyscy na swoich miejscach, w oczekiwaniu na publiczność, która niebawem zacznie napływać.

Przejrzał zamówienia na stoliki i loże i powiedział kasjerowi:

— No, dziś będzie ładne żniwo! Wszystkie loże zamówione i to nie przez byle kogo.

— Ba - wyszczerzył zęby kasjer - a ile osób musieliśmy odprowadzić z kwitkiem. Telefonował dyrektor Szulc, później ten Radwan, co to ma konie na wyścigach, jakiś cudzoziemiec, mecenas Łęczycki, inżynier Fum...

— Co?! - przerwał Drucki. - Mecenas Łęczycki? Kiedy telefonował?

— Może kwadrans temu.

— I co? Chciał lożę?

— No, tak, panie dyrektorze, ale już były wszystkie zamówione. Później dzwonił pan Krupin...

— Czekaj pan, do pioruna! Gdzie książka telefoniczna? Daj pan! Szybko przerzucał kartki katalogu. Znalazł numer i zadzwonił:

— Tu mówi Winkler. Dobry wieczór panu mecenasowi.

— ...

— Podobno pan mecenas chciał dziś mieć lożę u mnie?

— ...

— Panie mecenasie, dla pana zawsze. Jakoś sobie dam radę. Pan będzie łaskaw. Zarezerwuję.

— ...

— Niezmiernie mi miło. Do zobaczenia.

Położył słuchawkę i podniósłszy wskazujący palec, powiedział:

— Uważaj pan! Ile razy mecenas Łęczycki chce mieć lożę, loża musi być! Co innego stolik na sali, ale loża musi być!

— Ależ, panie dyrektorze - sumitował się kasjer - wszystko było zajęte.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?