Drugie życie doktora MurkaTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Drugie życie doktora Murka
Drugie życie doktora Murka
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 39,98  31,98 
Drugie życie doktora Murka
Drugie życie doktora Murka
Audiobook
Czyta Marcin Popczyński
29,99  21,89 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

— Więc co robisz?

— Nic. Leżę i palę papierosy.

— U Koziołkowej?

— Nie. Mieszkam razem z nim.

— A on wie, że ty go nienawidzisz? — zapytał Murek.

— Gdybym mu to nawet codzień powtarzała, to i takby nie uwierzył.

Spojrzała na zegarek. Murek zapytał:

— Więc co mu powiesz?

— Jakoś wykręcę. Czy będziesz wieczorem w domu?

— Oczywiście.

Wyciągnęła do niego rękę i powiedziała bez uśmiechu:

— Jeżeli będę mogła, przyjdę.

Odprowadził ją do drzwi i wrócił zamyślony. W zachowaniu się Arletki i w tonie, jakim mówiła, było coś przykrego, obcego, odstręczającego. Teraz już wprawdzie nie obawiał się z jej strony podstępu, lecz nie wyobrażał sobie, by stosunki ich mogły się znośnie ułożyć.

Przez cały dzień trapiła go ta sprawa. Nawet przyjmując klientów, był wbrew zasadom roztargniony i plótł na odczepne, co mu ślina na język przyniosła.

Było już po dziesiątej i właśnie układał się do snu, gdy przyszła. Była w doskonałem usposobieniu, wesoła, namiętna, a nawet czuła.

— Zastanawiałam się długo — powiedziała — i doszłam do wniosku, że niesłusznie cię posądzałam. Ale żebyś ty wiedział, jak ja byłam na ciebie wściekła. No, teraz nie mówmy już o tem.

Przysiadła obok Murka na łóżku i ocierając się oń dodała:

— Mam dziś dużo czasu. On gra. Nie wróci aż nad ranem.

Nad ranem też dopiero Arletka wyszła. Ta noc ich pogodziła, zacierając wspomnienia wszystkich nieufności i podejrzeń. Podczas tej nocy dojrzało też postanowienie: wyrok śmierci na Czarnego Kazika. Murek próbował to wyperswadować Arletce, lecz go przekonała. Jakże mogliby razem zamieszkać, jakież byłoby ich życie pod wieczną groźbą zemsty tamtego? Zresztą Arletka od dawna poprzysięgła mu śmierć. Nie wiedziała jeszcze, jak to zrobi i kiedy. O tem zresztą narazie z Murkiem nie chciała mówić.

Odtąd widywali się coraz cześciej. Arletka wpadała do Murka o różnych porach, czasami późną nocą, co zaczęło wywoływać niezadowolenie pani Relskiej, a głównie Michałowej. Gdy pewnego dnia doszło w obecności Arletki do małej awanturki, a Murek bardzo się tem zalterował, Arletka powiedziała:

— Musimy zamieszkać razem, wziąć ładne mieszkanie i rozwinąć twój interes, ale przedtem trzeba skończyć z tamtym.

Zamyśliła się i dodała szeptem:

— Dłużej już nie wytrzymam.

Nazajutrz nie przyszła, natomiast około godziny szóstej popołudniu zatelefonowała:

— Czy to pan, panie Franku — odezwała się nieswoim jakby i nienaturalnym głosem. — Dobrze, że pan czekał na mój telefon. Niech pan koniecznie zaraz przyjdzie z tą walizką na umówione miejsce... Dobrze?... No, to doskonale.

Położyła słuchawkę, zostawiając Murka w osłupieniu.

Przeczuwał, że musi to mieć jakiś związek z Czarnym Kazikiem. Zaniepokoił się jednak tem, że Arletka doń dzwoniła. Na wszelki wypadek, wróciwszy do swego pokoju, chciał wziąć rewolwer do kieszeni.

W szufladzie jednak rewolweru nie było.

Tymczasem Arletka mówiła do Kazika:

— No widzisz! kiedy ja coś zrobię, to jest zawsze zrobione na mur.

Spojrzał na nią z pod przymrużonych powiek:

— Jeszcze nie wiadomo, czy przyjdzie — odburknął.

— Napewno — zaśmiała się przymilnie. — Przecież mamy razem uciekać do Gdańska.

— Dam ja mu Gdańsk! Chodźmy.

Do rogu Granicznej szli obok siebie.

— Czy aby napewno przyniesie do tej swojej ciotki walizkę? — zapytał Kazik. — Bo jeżeli nie, to szkoda tej forsy. Uparłaś się, że tam go zwabić najlepiej...

— Najlepiej — przerwała — bo klatka schodowa pusta i zresztą mieszkają tam sami żydzi. Wrazie krzyku, nikt nie odważy się zastąpić nam drogi.

— Nie bój się — wsadził obie ręce do kieszeni. — Nie takie rzeczyśmy robili.

— No, to już pójdę naprzód, bo jak cię zobaczy na ulicy lub na podwórzu, to zwieje.

— Tylko mnie nie ucz. Byle przyszedł. Piąte piętro?

— Piąte z podwórza na prawo — rzuciła mu prędko i przyspieszyła kroku, przeciskając się przez tłum przechodniów.

Jak zwykle w tej handlowej dzielnicy miasta, na krótko przed zamknięciem sklepów ruch panował wielki. W bramie i na podwórzu, ponieważ był to dom przechodni, również było tłoczno. Wózki ręczne, tragarze z pakami, grupki kłócących się handlarzy. Arletka przebiegła przez podwórze i weszła w sień na prawo.

Były to wązkie drewniane schody o chwiejnych poręczach. Obliczywszy sobie czas, przystanęła na chwilkę przy oknie drugiego piętra: nie czekała długo, Kazik właśnie wchodził w bramę. Wówczas wbiegła zadyszana na górę, myśląc z niepokojem, czy się tu nic nie zmieniło od czasu, gdy odwiedzała chorą koleżankę z Dancing Clubu. Wszystko jednak było tak samo, schody puste, okna bez ram o bardzo niskich parapetach. Dobiegła na samą górę i przyczaiła się.

Po chwili usłyszała kroki. Serce biło jej mocno. Kazik wchodził powoli, jego buty zlekka skrzypiały.

Gdy już był na podeście, zbiegła naprzeciw niemu i powiedziała szeptem:

— Jeszcze nie przyszedł.

— To i dobrze. Zaczekamy.

Arletka wzięła go pod rękę i przytuliła się:

— Tylko uważaj, Kazieńku — szepnęła pieszczotliwym tonem. — On podobno jest silny...

Odsunął ją szorstko:

— Trzem takim dam radę...

Ktoś na czwartem piętrze otworzył drzwi mieszkania i zaczął schodzić ze schodów. Kazik odezwał się po chwili, nie patrząc na Arletkę:

— A ty skąd wiesz, że on jest silny? Mocowałaś się z nim?...

Spojrzała na jego twardy profil, na zacięte usta, na oczy, które zdawały się świecić w mroku i nieznacznie zanurzyła rękę w torbie.

— Przecież wiesz, że ciebie jednego kocham — powiedziała z wyrzutem i wychyliła się ku oknu. — O, patrz idzie!...

Kazik, nie wyjmując rąk z kieszeni, wypluł papierosa, rozgniótł ogień nogą i wyjrzał przez okno...

Na tle szarego kwadratu przyciwległej ściany domu, stojąca styłu Arletka widziała wyraźnie odcinające się kontury jego małej głowy, szerokich ramion i wąskich bioder.

Wciągnęła pełne płuca powietrza, zacisnęła zęby i z całej siły pchnęła go przed siebie...

Wszystko stało się z jakąś straszliwą prostotą. Sylwetka człowieka, który przed nią stał znikła nagle. Nawet nie była pewna, czy usłyszała krótki urwany krzyk, czy jej się tylko zdawało. Gdy tu szła, pełna była jego śmierci. Wyobraźnia drgała w napięciu oczekiwania kulminacyjnego momentu. W duszy pęczniała, rozdymała się, dojrzewała zbrodnia...

I oto nie było nic!... Nic się nie stało. Ogarnięta przejmującem rozczarowaniem patrzyła w pusty kwadrat okna.

Głuchy i ciężki odgłos ciała uderzającego o kamienie podwórza i ostry wielogłosy krzyk przerażenia, który wydarł się z dołu, wybuchnął fontanną dźwięków między ścianami oficyn. Zatupotało, zakotłowało się na dole. Arletka oprzytomniała:

— Uciekać!...

Drżały jej kolana, gdy wbiegała po schodach, gdy na palcach szła szybko przez długi, jedną tylko nędzną żarówką oświetlony korytarz... Ale pamiętała, trafiłaby tu poomacku. Należało dwa razy skręcić w lewo i oto ratunek, klatka schodowa lewej oficyny. Schodziła wolno, mijana i potrącana przez mieszkańców biegnących do wypadku.

Kołem stał wielki tłum pełen gwaru. Uniosła się na palcach i zobaczyła: leżał rozpłaszczony z bezwładnie i śmiesznie rozrzuconemi rękami i nogami.

Obejrzała się ostrożnie, lecz nikt na nią nie zwracał uwagi. W bramie minęła się z dwoma policjantami, skręciła w boczną ulicę i wsiadła w taksówkę. Spokojnie podała adres.

W domu nie zastała nikogo. Państwo Kaczmarscy, u których wynajmowali pokój, mieli tego dnia jakieś imieniny. Arletka szybko przyniosła z kuchni tasak, podważyła nim blat stołu i wyciągnęła szuflady. Było tu kilkanaście złotych, dwa rewolwery i mocno związana w węzeł chustka z kilkunastu sztukami złotych monet i biżuterją. Nie przypuszczała, by policja w jakikolwiek sposób mogła się dowiedzieć, że on tu mieszkał. Kaczmarscy napewno tego niezdradzą, bo ściągnęliby biedę na własne głowy, on zaś nigdy nie miewał przy sobie żadnych dokumentów, ani notatek. Oczywiście rozpoznają go, choćby nawet miał twarz zmasakrowaną. Od czego mają daktyloskopję. Nie wyśledzą jednak, gdzie mieszkał. Pomimo to należało być ostrożną.

Wzięła do torebki węzełek z biżuterją i pieniądze. W kwadrans później była już u Murka. Musiała bardzo się spieszyć, by Kaczmarscy zastali ją w domu. Dlatego na pytające i zaniepokojone spojrzenia Murka odpowiedziała tylko:

— Masz. Schowaj to dobrze — i wręczyła mu zawartość torebki wraz z jego rewolwerem.

Przytrzymał ją za rękę:

— Co się stało?

— Później... Nie mam czasu.

— Jedno słowo! Co z nim?...

Arletka była blada i wzburzona, lecz ubawiła ją wystraszona mina Murka:

— Jeżeliś pobożny, zmów za jego duszę paciorek — zaśmiała się nerwowo.

— Zastrzeliłaś go?

Niecierpliwie wyrwała rękę:

— Jutro ci wszystko opowiem, a teraz nie zatrzymuj mnie, bo mnie zgubisz.

— Widzieli cię? — zapytał z niepokojem.

— Nikt nie widział, ale Kaczmarscy mogą na mnie rzucić podejrzenie wobec Piekutowskiego i innych wspólników Kazika. Jutro przyjdę.

Nazajutrz Murek wiedział już wszystko, zanim Arletka przyszła. W rannych dziennikach była wiadomość o tem, że znany i oddawna przez policję poszukiwany bandyta Kazimierz Myszakowski, używający przezwiska „Czarny Kazik”, popełnił samobójstwo, wyskoczywszy z piątego piętra na bruk.

Wzmianka kończyła się ustępem:

„Wobec tego, że na klatce schodowej w tej kamienicy brak ram okiennych, a parapety są niskie, nie można wykluczyć nieszczęśliwego wypadku. Brana jest również pod uwagę ewentualność porachunków w świecie przestępczym. Śledztwo w toku”.

 

Murek bez trudu domyślił się reszty. Arletka wzięła jego rewolwer jedynie na wypadek, gdyby plan się nie udał. Obejrzał broń i rzeczywiście nie brakowało w niej żadnego ładunku. Złożył gazetę i zamyślił się.

Miał ją zawsze za odważną dziewczynę. Wiedział, że potrafi być bezwzględna i nielitościwa. Nigdy nie przypuszczał jednak, że zdecyduje się na morderstwo, że zdoła z zimną krwią zabić człowieka, który bądź co bądź żywił dla niej jakieś uczucia.

— Nawet śmiała się i żartowała — stwierdził nie bez obrzydzenia, ale i z podziwem. — Trzeba właśnie umieć być takim...

A Arletka umiała. Przyszła dopiero wieczorem, roześmiana, rozmowna, wręcz radosna. Zarzuciła Murkowi ręce na szyję i przeciągnęła się zalotnie:

— Co za szczęście! Pomyśl tylko: Jestem wolna! Zupełnie wolna.

Oczy jej iskrzyły się.

Murek starał się ukryć zdziwienie. Usiadła na fotelu, podciągnąwszy pod siebie nogi i dziecinnym rozbawionym tonem, tonem, którego nigdy dotychczas u niej nie słyszał, zaczęła opowiadać z najdrobniejszemi szczegółami, jak ułożyła i wykonała swój morderczy plan. Opowiadała to niczem bajeczkę z miną taką, jakby spodziewała się zachwytu i pochwał od słuchacza.

I Murek dał się w to wciągnąć. Musiał i chciał tego. Zawzięcie bronił się przeciw refleksjom, wpatrywał się w jej jasną uśmiechniętą twarz, w naiwne minki, w piękne przezroczyste oczy.

— Tak właśnie być powinno, tak właśnie — powtarzał sobie uporczywie.

Bo czyż nie postąpiła słusznie? Zemściła się na człowieku, który ją pokrzywdził, uwolniła się od terroru, od przemocy, od wiecznie wiszącej nad nią groźby. Czyż nie miała prawa? Czyż miała zostać niewolnicą znienawidzonego kochanka do końca życia, czy też do chwili, pókiby jej nie odpędził od siebie? Gdzież tu miejsce na skrupuły? Nie doznała od niego niczego, poza krzywdą, a jeżeli ją nawet kochał, to taka miłość, wszystko jedno zresztą jaka — skoro narzucona, też była tylko krzywdą.

Nietylko miała prawo uwolnić się, lecz powinna była to zrobić. A że nie było innego sposobu poza zabójstwem, więc postąpiła słusznie.

Słuchał jej opowiadania i przekonywał siebie, bo napełnił go lękiem własny przestrach przed dokonanym czynem. A musiał przecież wierzyć w siebie i w drogę, którą wybrał. Tak wierzyć, jak Arletka wierzyła w to, że nietylko nie postąpiła źle, lecz postąpiła dobrze.

Tego dnia została u Murka na noc, w związku z czem pani Relska nazajutrz wymówiła mu mieszkanie. Gdy martwił się tem, Arletka powiedziała:

— Przecież i tak wyprowadziłbyś się stąd niedługo. Od jutra zacznę poszukiwania.

Zabrała się do tego energicznie i po tygodniu byli już na własnych śmieciach. Dwa pokoje z kuchnią i ładnem wejściem przy ulicy Jasnej na pierwszem piętrze były zupełnie odpowiednie na locum dla jasnowidza, wróżbity i chiromanty, wyglądały wcale efektownie. Murek bał się wprawdzie kosztów, lecz Arletka była dobrej myśli:

— Zobaczysz — mówiła — będziemy robić kokosy.

Ku zdziwieniu Murka sprzeciwiała się jego zamiarom reklamowym. Twierdziła, że kto się ogłasza, ten na żadną porządniejszą publiczność liczyć nie może.

— A w jakiż sposób zyskać, ściągnąć tutaj porządniejszą publiczność, jeżeli się człowiek nie reklamuje? — nie bez ironji zapytał Murek.

— Właśnie w tem jest cały sęk — zaśmiała się. — Umyśliłam, że niema sensu tyrać cały dzień po złociszu od sztuki. Lepiej mieć paru klientów, a takich, co solidnie zapłacą. A wiesz kto solidnie zapłaci?

— Kto?

— Taki, któremu będzie na czemś bardzo zależało.

— Skądże ich wyłowić?

— To nie jest takie trudne. Pracując po nocnych lokalach poznałam wielu takich facetów, którzy pocichu przed żonami przychodzili ze swemi kochankami lub utrzymankami. Gdy przychodzili sami, po pijanemu zwierzali się nam, dziewczętom, ze swoich zdrad małżeńskich i romansów...

— I po kiegoż licha mieliby oni przychodzić do wróżbity? — przerwał Murek.

— Nie oni, mój złoty, lecz ich żony. Pomyśl tylko, jaki skutek! Każdej takiej klempie zwalisz odrazu kupę informacyj o niewierności jej męża. A przysięgam Ci, że dla każdej kobiety to wprost nie ma ceny. Można taką oskubać do nitki. Żeby zaś wiedzieć, co się dzieje, kto z kim i kiedy, wystarczy pogadać z fortancerkami, z kelnerami z droższych lokalów i z fryzjerami.

Murek zdziwił się:

— Dlaczego z fryzjerami?

— Ach — machnęła ręką. — Nie masz pojęcia, czego taka paniusia fryzjerowi nie powie. Wszystko wygada. Gęba się jej nie zamyka. Lepiej niż na spowiedzi. Pan Janusz, u którego ja się czeszę, za każdym razem ma cały worek najlepszych wiadomości, bo przytem jedna drugą obmawia. Mówi, że po pracy, kiedy zaczną jego koledzy nabijać się z klientek i z tego, co od nich słyszeli w ciągu dnia, to boki zrywają. A także fryzjer dla każdej baby świętość. Niech tylko jej poradzi, by poszła do ciebie na wróżbę, niech powie, że wychwalała cię pani ministrowa, czy inna hrabina, to przyleci w te pędy. Wogóle już ty się tem nie zajmuj. Wróż, a ja zajmę się ściąganiem klienteli.

Zamyśliła się i dodała:

— Mam zresztą i inne pomysły. W każdym razie nikomu nie będziesz wróżył na ślepo. A za to muszą płacić.

W ten sposób zaczęli. W pierwszych tygodniach nader rzadko odzywał się dzwonek w mieszkaniu jasnowidzącego Mahatmy, lecz już po dwóch miesiącach interes dawał dobre zyski. Arletka prawie całe dnie spędzała poza domem zajęta wywiadem. Odnowiła przyjacielskie stosunki z dawnemi koleżankami z dancingów, zawarła ryczałtowe umowy z paru kelnerami w większych lokalach, skaptowała sobie na dobrą prowizję paru wziętych fryzjerów i kilka manicurzystek. Pozatem przesiadywała w modnych kawiarniach, gdzie spotykała wielu znajomych panów, od których zawsze można było sporo rzeczy się dowiedzieć.

Z tem wszystkiem miała moc zajęcia, bieganiny i kłopotów, lecz traktowała to po sportowemu. Chciała udowodnić Murkowi, że potrafi dostarczyć tyle klientek i klientów, że oboje w krótkim czasie zbiją forsę. Jakoż dochody z tygodnia na tydzień rosły. W wypadku szczególniejszej oporności tego lub innego klienta lub klientki, należało chwytać się radykalniejszych sposobów. Robiło się to bardzo prosto, przy pomocy anonimów lub intryg telefonicznych. Murek z wrodzoną sobie sumiennością, sporządził ścisłą kartotekę, przepełnioną najbardziej drobiazgowemi informacjami. Uzupełnił też swoją bibljoteczkę wiedzy tajemnej. Mieszkanie też zmieniło swój wygląd. Było tu coraz zasobniej i Murek czuł się zadowolony z dochodów.

Arletka natomiast oburzała się, ilekroć o tem wspomniał:

— Chyba oszalałeś! Musimy być bogaci.

Jej myśl ustawicznie napięta była w tym kierunku. Oczywiście na wzbogacenie się przy obecnych wpływach nie było co liczyć.

— Poczekamy na okazję — mówił Murek.

— Dość tego czekania — odpowiedziała — skoro niema okazji, trzeba ją stworzyć.

Minęło jednak znowu dwa miesiące i przyszło lato a wraz z niem wyjazdy wakacyjne. Frekwencja gwałtownie zmalała. Z planów Arletki, by choć na kilka tygodni wyjechać do Krynicy musieli zrezygnować. Nawet z codziennemi wydatkami było kuso. Wówczas to któregoś dnia powiedział Murek:

— Mam przecież te obligacje i papiery procentowe Czabana. Całą walizkę.

— Człowieku! Zapomniałam na śmierć! I ty teraz dopiero o tem mówisz.

— Mówię i to niepotrzebnie.

— Dlaczego?

— Bo i tak ich sprzedać nie można. Numery zastrzeżone. Dość przyjść do banku, by zaraz cię aresztowali.

Arletka zamyśliła się:

— Jest przecie w Warszawie wielu takich żydów, którzy handlują walutami prywatnie...

— Czarna giełda — wtrącił.

— Dowiadywałeś się? — zapytała.

— Owszem — machnął ręką — dadzą najwyżej dziesięć procent, a i to trzeba im zawierzyć, tak że mogą całkiem wykiwać, albo w dodatku szantażować.

— A kto mógłby to bezpiecznie sprzedać?

— Tylko sam Czaban. Myślałem już o tem, by zaproponować mu wykupienie tej walizki. Tylko za wielkie ryzyko i jak to zrobić?

Arletka przecząco potrząsnęła głową.

— To na nic. Ja go znam. Taki cwaniak. Nic nie da i jeszcze do kryminału wsadzi. Trzeba coś innego wykombinować.

I na to mieli jednak czas, gdyż jak to bez trudu stwierdzili przez telefon, Czaban bawił zagranicą. Pomimo to Arletka postanowiła rozpocząć wstępne działanie, rozpoczęła zaś je od odwiedzin u węgierki Bibi. Bibi nie tańczyła już oddawna. Dziewczyna miała szczęście, bo wyszła zamąż za niejakiego Zielińskiego, urzędnika na przyzwoitym stanowisku. Z Zielińskim Czaban miewał często interesy i wyswatał go ze swoją przyjaciółką. Nie było jednak tajemnicą, że sam z nią dawnych stosunków nie zerwał. Świadczyły o tem i futra i inne luksusy pani Bibi, nie mieszczące się w dochodach jej męża.

Bibi niegdyś przyjaźniła się z Arletką, to też szczerze ucieszyła się, gdy ją ujrzała. Nie zmieniła się w niczem. Była szczebiotliwa, wesoła i lekkomyślna jak zawsze, pełna projektów zabaw, eskapad, zaabsorbowana setkami spotkań, telefonów, przygodnych flirtów, przymiarek i t. p. Arletce bez trudu udało się wtrącić w rozmowie kilka entuzjastycznych wzmianek o przepowiedniach wielkiego jasnowidza Mahatmy Bahila. Wystarczyło to w zupełności, by zainteresować Bibi. A ponieważ w ciągu godziny Węgierka zdążyła opowiedzieć przyjaciółce moc szczegółów o sobie, nazajutrz, gdy zjawiła się u Mahatmy, była wręcz olśniona jego nadprzyrodzonym darem.

Gdy zasypywała go wykrzyknikami największego uznania, Murek powiedział:

— Ach, proszę pani, życie żadnej jednostki nie przedstawia dla mnie tajemnic. Najskrytsze jej myśli i uczucia, jej przeszłość i przyszłość, widzę w tej szklanej kuli z całą doskonałością. Ale umiem dokonać rzeczy znacznie trudniejszych. Naprzykład, przewidzieć kursy giełdowe, odnajdywać rzeczy zagubione, lub ukryte skarby.

Bibi zawołała z zachwytem:

— Ależ pan, mistrzu, mógłbyś się stać w ten sposób miljonerem!

Murek uśmiechnął się pobłażliwie:

— Mógłbym. Tylko widzi pani, ja pracuję dla wiedzy i dla dobra ludzkości. Pieniądze byłyby mi tylko zawadą. Ale bliźnim z chęcią zawsze służę. Nie może sobie pani wyobrazić, ilu wielkich finansistów przychodzi tu do mnie. Dyrektorzy banków, kierownicy wielkich firm handlowych, przemysłowcy... Przyjeżdżają z Łodzi, z Katowic, nawet z zagranicy...

— Ja rozumiem, że pan, jako uczony i jasnowidz nie bardzo dba o pieniądze. Ale jabym pękła z zazdrości, gdyby na moich wskazówkach ktoś dochodził do majątku, a ja żebym z tego nic nie miała.

— No, pani może z tego coś mieć — powiedział znacząco.

— Jakto?

— O, to bardzo proste. Ja takiego udziału w zyskach nie potrzebuję. Ale mógłbym zastrzedz ten udział dla pani.

Okrągłe oczy Bibi otworzyły się szeroko:

— Dla mnie?

— Dlaczego nie.

— Bo z jakiego tytułu?

Murek zrobił nieokreślony ruch ręką:

— Chociażby przez sympatję dla pani.

— O, pan jest bardzo uprzejmy, ale sympatja to jeszcze nie tytuł — zrobiła zalotną minkę.

— No więc, powiedzmy: prowizja. Gdy ktoś z pani znajomych, dzięki mojej wiedzy zrobi jakiś świetny interes, będzie musiał zrewanżować się pani częścią dochodu, już za samo to, że to pani skierowała go do mnie. I jak pani woli: Może pani osobiście zawrzeć z nim taką umowę, lub też ja podam mu ten warunek.

— To pyszne! — Bibi klasnęła w ręce. — Pyszne! Znam kogoś takiego... Bardzo panu dziękuję.

Od tego dnia Murek czekał na zjawienie się Czabana. Mijały jednak tygodnie, a ten nie wracał do Warszawy.

Tymczasem dochody wciąż malały. Murek z nudów studjował swoje podręczniki okultystyczne, wprawiał się w chiromancji i odczytywał swoją kartotekę. Właśnie przy tej czynności przyszło mu na myśl, że taki kapitał, jak poufne wiadomości o różnych grzeszkach różnych ludzi, można wyzyskać nietylko w procederze wróżbiarskim. Przecie zagrożenie, naprzykład takiej pani prezesowej Holbeinowej ujawnieniem jej stosunku z porucznikiem Żuczkiem (a wystarczyłby tu anonim do jej męża), przyniosłoby lekko licząc, pięćset złociszów. Świństwo, bo świństwo, ale kogo tu byłoby żałować!...

Ucieszył się tym pomysłem bardzo. W kartotece znalazł jeszcze kilkanaście nazwisk osób, z których możnaby pociągnąć. Wynotował wszystko i czekał na Arletkę, gdyż sam ani rusz nie mógł wykombinować techniki i organizacji pomysłu. Oczywiście byłyby nierozsądnem ryzykiem osobiste pertraktacje z tą czy inną ofiarą.

Pakowanie w to Arletki również groziło poważnemi następstwami jemu samemu. Napróżno głowił się nad tem do wieczora. Gdy jednak przyszła Arletka, jeszcze raz miał możność sprawdzić, jaki ta dziewczyna ma spryt. Przedewszystkiem sam pomysł uznała za świetny, powtóre znalazła odrazu sposób rozbudowania go i doprowadzenia do stanu bezwzględnej skuteczności.

 

— Nie myśl, — powiedziała, — by każdy na gębę zechciał dać okup za milczenie. Musimy mieć w ręku jakieś dowody kompromitujące. Jest na to rada. Znam niejakiego Walaska, który był kiedyś łapaczem, a później miał biuro prywatnych detektywów, póki nie odebrali mu koncesji. Szuja jakich mało, ale wszędzie wleźć potrafi, byle mu dać nitkę w rękę i parę złotych na wódkę. Wystarczy zaś mieć w ręku jakiś list, czy fotografję (Walaskowi trzeba kupić aparat fotograficzny), a już forsa pewna.

Murek zamyślił się.

— No dobrze, ale jak prowadzić pertraktacje?

— Człowieku! Przez telefon, a po forsę można pchnąć byle kogo. Najlepiej zwykłego posłańca. Już o to się nie bój.

Arletka była o tyle przezorna, że nie chciała Walaska sprowadzać na Jasną. Spotkała się z nim w małej restauracyjce na Starem Mieście i tam wyznaczyli sobie stały punkt spotkań. Natychmiast też puścili w ruch sprawę prezesowej Holbeinowej, dlatego, że była to sprawa łatwiejsza od innych. Holbeinowa była osobą systematyczną i odwiedzała swego amanta dwa razy tygodniowo, zawsze o godzinie szóstej. Jej mąż bowiem poświęcał te właśnie wieczory swojej stałej partji bridża. Adres amanta, porucznika Żuczka, figurował w kartotece Murka, pozostawało zatem tylko znaleźć w jego mieszkaniu jakiś list Holbeinowej lub jej fotografję z dedykacją. To zadanie nie przerastało zdolności Walaska. W ciągu tygodnia nawiązał on przyjacielskie stosunki z ordynansem porucznika, czego owocem była spora paczka bilecików pani prezesowej.

Nie bez tremy Murek odczytywał jej nazajutrz przez telefon niedwuznaczne teksty z tych pachnących kartek. Baba była przerażona i oświadczyła gotowość spotkania się na mieście i wykupienia tych rzeczy. Zgodziła się jednak załatwić to przez posłańca.

— Jeżeli jednak — zagroził na zakończenie Murek — szanowna pani prezesowa nie przyniesie mi w kopercie owych pięciuset złotych, proszę się strzec. Oddaję pani uczciwie wszystko, co posiadam, ale nie radzę żadnych wybiegów.

— Jest pan łotrem i szantażystą — odpowiedziała Holbeinowa — i choćby dlatego, żeby nie mieć przykrości powtórnej rozmowy z panem, zapłacę całe pięćset.

— Za owego „łotra” zapłaci pani o sto złotych więcej. Takie okrągłe słówko warte tyle? Chyba, że szanowna pani prezesowa zgodzi się na rewanż z mojej strony.

— Jakto rewanż?

— Zwyczajny. Łotr powie pani, że szanowna pani prezesowa jest...

Tu z naciskiem i rozdzielając sylaby, zakończył mocnem, obelżywem słowem.

Rzuciła słuchawkę, lecz w pół godziny później, Arletka czekająca przy rogu ulicy na powrót posłańca, otrzymała odeń kopertę z pieniędzmi.

Dla uczczenia tak poważnego wpływu, Murek z Arletką spędzili ten wieczór w dobrej restauracji. Pozwolili sobie na taką ekstrawagancję wyjątkowo, gdyż naogół nie pokazywali się nigdy razem, w swoim własnym, dobrze zrozumianym, interesie.

Po Holbeinowej zabrali się do młodego lekarza, doktora Sańskiego, który, za pieniądze swej starszawej i bogatej żony, utrzymywał pewną ekspedjentkę, wraz z całą jej rodziną. Sański przysięgał, że nie ma pieniędzy, że popełni samobójstwo, groził, że doniesie policji, zapewniał, że jego żona i tak wie o wszystkiem, gdy jednak przyszło co do czego, zapłacił trzysta złotych.

Jednocześnie, coraz bardziej wchodząc we wprawę, rozpoczęli kilka dalszych wymuszeń. Nie zawsze wszystko się udawało. Czasem trafiało się na ludzi, którzy istotnie nie mieli pieniędzy, lub przeciw którym nie udało się zebrać namacalnych dowodów. Tym Murek dawał spokój, natomiast w stosunku do opornych, do ludzi którzy utrzymywali, że wolą się narazić na największe przykrości, lecz nie dadzą się szantażować, nie miał cienia litości. Następstwem takiego oporu był głośny na całe miasto skandal rodzinny w domu pewnego adwokata, jeszcze gorzej skończyło się z właścicielem wielkiej firmy jubilerskiej Pażyńskich. Pażyński po otrzymaniu fotografji swej żony z dedykacją dla kochanka, zaczaił się przed drzwiami jego mieszkania i zastrzelił żonę.

Po tem zdarzeniu Murek przez kilka dni chodził nieswój, lecz w końcu wyperswadował sobie wszystko, tembardziej, że Arletka stukała się tylko w czoło, gdy jej wspomniał o objekcjach.

Oczywiście zajęcie się temi sprawami nie przeszkadzało Murkowi w kontynuowaniu stałego procederu wróżbiarskiego. Lato dobiegało końca, ludzie wracali do miasta, klientela rosła.

Pewnego popołudnia przyszedł Czaban. Murek nie widział go nigdy przedtem, lecz poznał natychmiast po wielkim brylancie w pierścionku, hałaśliwem zachowaniu się i owej rubasznej nonszalancji, utrzymanej w stylu przedwojennego rosyjskiego „dielca”, o szerokiej duszy i głębokiej kieszeni. Arletka dużo o nim opowiadała i umiała trafnie go określić.

Murek zbyt dobrze umiał panować nad sobą, by okazać niepokój lub radość ze zjawienia się tego gościa. Wskazał mu krzesło przed biurkiem i sam usiadł.

Czaban założył wysoko nogę na nogę, obejrzał się kilka razy po pokoju i powiedział:

— Nu, panie mistrzu, ja słyszałem, że pan podobno fenomen, a? Może pan i mnie co ciekawego powie? Ja bardzo lubię te wszystkie wasze z duchami, i wogóle.

Murek poważnym, prawie surowem spojrzeniem zmierzył gościa:

— A co pana interesuje?

— Mnie? Wszystko. Wal pan, panie mistrzu, po porządku, jak idzie.

I wcale niespeszony przenikliwem spojrzeniem z za ciemnych okularów wziął z biurka trupią czaszkę, przyjrzał się jej zbliska, puknął parę razy po ciemieniu, powąchał i odstawił spowrotem. Skolei sięgnął po nóż do przecinania kartek, przy pomocy którego oczyścił sobie paznokieć, spojrzał pod światło na brylant i chrząknął niecierpliwie.

Murek tymczasem przysunął do siebie szklaną kulę, otarł ją kawałkiem zamszu i powiedział:

— Pan jest wyjątkowo łatwym typem dla mnie jako dla jasnowidza.

— Nu, nie gadaj pan! Jak będzie jaka zła wróżba, to podziękuję żeby nie skutkowała, jak dobra, to i pan nie pożałujesz, byle się sprawdziła.

Murek się uśmiechnął:

— Co ja przepowiem, musi się sprawdzić. Może mi pan tymczasem pokażę rękę?

— Prawą, lewą? — obie wyciągnął Czaban.

— U pana prawa będzie miarodajniejsza.

— Dlaczego u mnie prawa?

— Bo... bo pan jest człowiekiem interesu. Pan prowadzi nader czynny tryb życia..

— Nu — zachęcił go Czaban.

— Pan jednak ma też do czynienia z rolnictwem, chociaż osobiście pan się tem nie zajmuje... Tak... Jest pan szczery, otwarty, co w myśli, to na języku. Lubi pan pieniądze, ale i pana pieniądze lubią. Ma pan szczęście i spokój w domu. Jest pan żonaty, ale dzieci pan nie posiada... Nie, nie! Owszem, ma pan jedno, ale już dorosłe. Poproszę o lewą rękę... No, naturalnie, córka. Jej imię zaczyna się na literę T., zdaje się że T., bo i druga litera jest co w pańskiem życiu odgrywa jakby ważną rolę, aby to nie litera B?

Murek spojrzał na Czabana, z którego twarzy znikła dotychczasowa beztroska i który zaczął się widocznie przejmować tem, co słyszał.

— Nu, co dalej?...

— Pan niedawno odbył dłuższą podróż. Bardzo niedawno. A i przedtem często pan podróżował. W życiu bywał pan na wozie i pod wozem, ale teraz pan jest już bezpieczny, bogaty i zadowolony. Mniejwięcej przed rokiem... nie... nawet nie przed rokiem, lecz bliżej poniósł pan wielką stratę, ale nie w interesach, lecz jakby przez zgubę, czy przez kradzież. Duża strata...

Murek puścił rękę Czabana, osłonił oczy dłonią i wpatrzył się w kulę:

— Widzę, widzę — mówił — źli ludzie... Dom w ogrodzie... Jakiś człowiek umiera. Krew. Zabija go ktoś, mężczyzna, ale to nie pan. I zabity też nie ma z panem bliższego związku... Może służący... Robi się ciemno! Co to jest?... Bo z jednej strony ciemno i myśli pana w tej ciemności, ale osoba pańska jakby gdzieś indziej, muzyka... śpiewanie... Nie mogę rozróżnić, bo tam jakieś krzyki... Ktoś ucieka... Mokro jest. Krew, nie krew... Deszcz pada... Liście leżą na ziemi... Jesień, to się dzieje jesienią... Bandyci zabierają... złoto, drogie kamienie i pieniądze. Bardzo dużo pieniędzy... Ale to nie są pieniądze, nie banknoty, jakieś papiery bardzo cenne...

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?