Gniew matki

Tekst
Z serii: Faith McMann #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Gniew matki
Gniew matki
Audiobook
Czyta Ilona Chojnowska
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

5

Miranda trzymała wilgotny ręcznik przy ramieniu dziesięcioletniej, czyli pięć lat od niej młodszej, Jean. Dziewczynka właśnie została naznaczona i był to pierwszy raz, gdy Miranda zobaczyła u niej łzy.

Tatuażysta, którego nazywano Fin, znęcał się nad małą. Mówił, że tatuowanie musiało trwać dłużej niż zwykle i tusz znalazł się głębiej, ponieważ jest tak młoda. W ten sposób za kilka lat nie będzie musiał poprawiać rysunku. Po przywiezieniu do domu wszystkie dziewczyny w którejś chwili naznaczano na ramionach pełnym zawijasów monogramem „H”. Pośród ozdobników trudno było nawet wypatrzeć literę. Miranda nie wierzyła w historyjkę Fina uzasadniającą tak podłe postępowanie wobec Jean. Nie podobał jej się też sposób, w jaki patrzył na dziewczynkę, gdy pracował. Była pewna, że gdyby nie stała nad nim przez cały ten czas, coś zrobiłby małej.

Miranda przebywała tu najdłużej i była najstarsza, ponieważ kilkoro dziewcząt przeniesiono do innych domów lub na ulicę i wiedziała o tym miejscu parę rzeczy – przez co nie mogła w nocy spać. Rzeczy, o których nie chciała rozmawiać.

Młodsze dziewczynki musiały znajdować się pod całodobową opieką. Miranda odpowiadała za pilnowanie Jean. Te poniżej dwunastego roku życia, których nikt jeszcze nie tknął, traktowano jak złoto. Jasne, dostawały w twarz i były ciągnięte za włosy jak każde inne, ale pierwsze jadły i wolno im było spać, gdy reszta musiała wykonywać obowiązki. No i nie chodziły w weekendy na górę, by ćwiczyć. Były niewinne. Na świecie istniało pełno zboczonych klientów, gotowych słono zapłacić za tę niewinność.

Miranda była dziewicą, gdy ją tu przywieziono, ale nienawidziła Matki i powiedziała, że pieprzyła się z każdym facetem, którego jej prawdziwa mama sprowadziła do domu. Tylko Jasper znał prawdę, bo to on odebrał jej niewinność. Przeraził się, gdy zobaczył krew, spoliczkował ją, gdy się uśmiechała, bo dobrze wiedziała, co zrobiła.

– Jeśli Matka się dowie – powiedział – obojgu nam się dostanie… lub nas zabiją.

Nocą, gdy Miranda zamykała oczy, z coraz większym trudem przypominała sobie twarz mamy. Jeśli skupiła się wystarczająco mocno, widziała dołeczek w jej policzku i czuła słodkie perfumy, którymi się pryskała, gdy Miranda była mała. Martwiła się, że jeśli upłynie zbyt wiele czasu, nie zdoła jej poznać, nawet jeśli miną się na ulicy.

Uwagę dziewczyny przyciągnął chrzęst żwiru pod oponami, przez co zapomniała o swoim poprzednim życiu. Oddała wilgotny ręcznik Jean, aby ta chwilę sama przykładała go do ręki, stanęła na krześle i wyjrzała przez okno. Przez zmatowiałe szkło dostrzegła kształt samochodu i wysiadającego z niego mężczyznę. Zastanawiała się kto to. Przeważnie dziewczyny zabierano do klientów, wieziono do jakiegoś obskurnego pokoju hotelowego czy mieszkania, jak to, które zajmowała z matką, nim eksmitowano je na ulicę. Co jakiś czas jednak na farmie zjawiali się bogaci mężczyźni czy kobiety, aby samodzielnie wybrać dziewczynę.

Wspomniała swojego pierwszego klienta, jak nazywała ich Matka. Nigdy wcześniej tak się nie bała. Pokój hotelowy nie był taki zły. Nie śmierdział. Nawet dywan był ładny. Klient okazał się zwykłym facetem, biznesmenem lub pracownikiem banku. Wydawał się tak normalny, wręcz przyjacielski, że poprosiła go o pomoc w ucieczce. Wyznała, że jest przetrzymywana wbrew własnej woli. Stwierdził, że jeśli zrobi wszystko, co jej każe, to jej pomoże. Ale słowa nie dotrzymał. Podsłuchała, że przekazał Matce wszystko, co mu powiedziała. Martwił się, że będzie sprawiała kłopoty. Był porządnym, pracującym obywatelem i nie potrzebował problemów. Miranda została zabrana do stodoły, gdzie Phoenix za pomocą skarpety wypełnionej kamieniami nauczył ją trzymać gębę na kłódkę.

– Ktoś tu jest? – zapytała drżącym, cichym głosikiem Jean.

– Tak – odparła Miranda. Spojrzała przez okno i znów na Jean, ciesząc się, że małej nikt jeszcze nie tknął. Była młodsza niż większość, najwyraźniej szef Matki trzymał ją na specjalną okazję. Miranda postanowiła, że jeśli ucieknie, zabierze ją ze sobą.

Odezwały się dzwonki przy wejściu.

Miranda zeskoczyła z krzesła, otarła łzy z oczu Jean i wzięła ją za rączkę.

– Chodź – powiedziała, ciągnąc. – Matka na nas czeka.

Jean była grzeczna. Zawsze posłuszna, wykonywała wszystkie polecenia. Ledwie się odzywała. Jednak wiele dziewcząt na początku milczało. Prędzej czy później Jean zacznie mówić o swoim poprzednim życiu. A kiedy to zrobi, zapłaci. Matka ustaliła zasady, za których nieprzestrzeganie karała na różne sposoby. Każda pokuta była bolesna i wywoływała strach.

– Chodźcie, dziewczęta – powiedziała Matka, klaszcząc. – Zbierzcie się wszystkie. Szybko, zajmujcie miejsca.

W domu przebywało piętnaścioro dziewcząt, które siedziały teraz blisko siebie. W głównym salonie pod trzema ścianami znajdowały się niedopasowane kanapy, które wykorzystywano przy tego typu okazjach. Matka nalegała, aby jej córki, jak je nazywała, przy każdym spotkaniu siedziały obok siebie, prostując plecy, łącząc kolana. Nigdzie nie było jednak Adele, co zmartwiło Mirandę.

Gdy tylko zajęły miejsca, do pokoju wszedł mężczyzna. Czubki błyszczących butów wystawały spod nogawek spodni. Miał wielki nos i rumiane policzki. Przyjrzał się uważnie młodszym dziewczynom, poprosił, aby wstały i się odwróciły, a w końcu wybrał Trudi – czternastolatkę o jasnej cerze i niebieskich oczach. Matka mówiła często o niej jak o dojnej krowie. Trudi się tym nie przejmowała. Lubiła, gdy wybierali ją bogacze. Zawsze wracała na farmę kilka dni później z opowieściami o tym, jak jadła tłuste, soczyste steki, popijała szampana i spała w jedwabnej pościeli. Miranda wiedziała, że ściemniała, ale bardzo chciała być wybrana. Tylko raz. Nie, żeby jeść steki czy spać w jedwabiu, ale ponieważ miała świadomość, że bycie wybraną może oznaczać szansę na ucieczkę.

6

Faith odebrała po drugim dzwonku telefonu.

– Halo?

– Czy dodzwoniłam się do Faith McMann?

– Tak.

– Nazywam się Corrie Perelman.

Nazwisko brzmiało znajomo, ale Faith nie mogła go z niczym skojarzyć. Milczała, czekając, aż kobieta powie coś więcej.

– Moja córka Samantha Perelman zaginęła równo rok temu.

Faith przypomniała sobie historię z wiadomości. Samantha Perelman została uprowadzona, gdy matka poprosiła ją, żeby poszła do alejki z nabiałem po mleko. Nagrania ze sklepowego monitoringu pokazały, że nastolatkę z budynku wyprowadził mężczyzna z twarzą zakrytą daszkiem czapki. Zewnętrzna kamera została zniszczona, więc śledczy nie mieli dalszych tropów. Porywacza nie zidentyfikowano. Przez wiele miesięcy ludzie z całego stanu czujnie się rozglądali, pilnowali własnych dzieci, przestraszeni i spanikowani krzywo patrzyli na sąsiadów i przyjaciół. Ale, jak to na ogół bywa, z upływem czasu nawet najgroźniejsze historie stają się zapomnianymi snami.

– Wciąż tam pani jest? – zapytała Corrie.

– Tak – odparła Faith, odczuwając nadzieję i zastanawiając się, czy kobieta ma jakieś informacje, które mogłyby jej pomóc. – Jestem.

– Nie chcę przeszkadzać. Zostawiłam wiadomość detektywowi Yuhaszowi, że chcę pomóc, jak tylko zdołam, i zapewnić pani pełne wsparcie.

Przygnębiona Faith wydusiła:

– Dziękuję.

– Gdybym mogła coś zrobić, cokolwiek, proszę dać mi znać.

Spięła się. Jeśli ktokolwiek wiedział, jak się czuła, to właśnie ta kobieta, a odbieranie telefonów, które nic nie wnosiły do sprawy, było ponad jej siły.

– Miło z pani strony – powiedziała Faith – ale jeśli nie ma pani informacji mogących doprowadzić do miejsca pobytu moich dzieci, nie sądzę, by mogła mi pani pomóc.

Natychmiast pożałowała wrogiego tonu, ale kobieta albo go nie wychwyciła, albo się nim nie przejęła.

– Miałam nadzieję, że nie pogniewa się pani – ciągnęła Corrie. – Oczywiście, jeśli ma pani czas.

Żebyśmy mogły wymienić się historiami i wspólnie smucić?

– Jak zapewne się pani domyśla – odparła, usilnie starając się zapanować nad głosem – jestem ostatnio dość zajęta, pani Perelman. Przykro mi. Powtarzam, jeśli nie ma pani pojęcia, gdzie mogą przebywać moje dzieci, nie mogę się z panią spotkać.

– Rozumiem. Jeśli zmieni pani zdanie i zechce porozmawiać lub pójść ze mną na spotkanie grupy wsparcia, proszę dać mi znać bez względu na porę. – Podała Faith numer.

Zapadła niezręczna cisza.

– Będziemy z mężem myśleć o pani, modlić się za bezpieczny powrót pani dzieci.

Rozłączyła się, wywoławszy u Faith obawy, że pewnego dnia sama będzie prowadziła grupę wsparcia i wydzwaniała całymi dniami do pogrążonych w smutku rodziców uprowadzonych dzieci.

* * *

Zdeterminowana, aby detektywi nie zapomnieli o Larze i Hudsonie, Faith znów poszła na posterunek policji. Ponownie przeszła za mamą przez dwuskrzydłowe drzwi i przemierzyła krótkie schody. Policjanci przy biurku machnęli im, nie wpisując do księgi.

Plamy świetlne w głowie Faith stały się jaśniejsze, ostrzejsze. Niekiedy zastanawiała się, czy nie traci zmysłów. Ledwie spała. Zamiast tego rozmyślała o chwilach spędzonych z Craigiem i dziećmi. Ostatniej nocy nie mogła przestać myśleć o wycieczce do parku wodnego.

Słońce grzało w plecy, gdy obserwowała, jak Craig i Hudson wychodzą po spłynięciu największą zjeżdżalnią. Uśmiech syna był bardzo szeroki, ale zaraz mały zmarszczył brwi i zapytał:

– Gdzie jest Lara?

Faith się odwróciła.

Lary nie było – zniknęła w okamgnieniu.

Craig bez słowa ruszył na poszukiwania córki, podczas gdy Faith została z Hudsonem. Czas stanął w miejscu, a ona zapomniała, jak się oddycha. Minuty ciągnęły się jak godziny, póki nie zobaczyła w oddali męża z córką na rękach.

 

– Patrz, kogo znalazłem. – Craig dmuchnął w szyję dziecka.

Lara zachichotała.

Nigdy więcej nie wspominali o tym incydencie, ale Faith pamiętała tamte emocje, jakby odczuwała je zaledwie wczoraj. Głównie dlatego, że każda sekunda każdego dnia, odkąd uprowadzono jej dzieci, była dokładnie taka, jakby odtwarzała w kółko tamte przerażające chwile.

Faith i jej matka przeszły obok pustego biurka O’Sullivana. Kilka dni temu Yuhasza nie było na posterunku, więc rozmawiała z jego partnerem. Zostawiła kopie zdjęć tego, co namalowała na ścianie w salonie, mając nadzieję, że zdołają dopasować do nich jakichś ludzi ze swoich baz danych.

Yuhasz zaprosił je gestem.

Faith jeszcze nie zajęła miejsca, a już bombardowała go pytaniami.

– Co pan myśli o zdjęciach, które zostawiłam detektywowi O’Sullivanowi? I ten tatuaż… Ma pan jakiś pomysł, co może oznaczać?

Zacisnął usta, jakby miał zagwizdać, ale zamiast tego wypuścił powietrze.

– O jakich zdjęciach pani mówi?

– Tych, które zrobiłam malunkom przedstawiającym porywaczy. Tych, które zostawiłam O’Sullivanowi. Tych, które pojawiły się we wszystkich wiadomościach.

– Miałem wolne. Przyniosę teczkę.

– Pracował pan nad moją sprawą czy nie?

– Pracuję nad kilkoma sprawami. Pani jest priorytetowa.

Wyszedł, zaraz wrócił z dokumentami.

– Nie rozmawiał pan z O’Sullivanem?

– Mieliśmy się spotkać dziś po południu. – Otworzył teczkę i spojrzał na zdjęcia oraz jej zapiski, ale czuła, że policjant ją tylko uspokaja. – Dopilnuję, aby ktoś to zeskanował i dołączył do dokumentacji.

Ledwie mogła uwierzyć, jak beznadziejni wydawali się w pracy nad jej sprawą. Próbowała zdusić frustrację.

– Dowiedział się pan czegoś o trzech mężczyznach, którzy napadli na moją rodzinę?

– Według pani sąsiadki było tylko dwóch.

Napiął się każdy mięsień w jej ciele.

– Jaja pan sobie, kurwa, robi?

Matka zesztywniała.

– Powiedziałam panu, że było ich trzech – ciągnęła. – Widziałam ich na własne oczy, gdy podrzynali gardło mojemu mężowi.

– Proszę się uspokoić.

– Co?

– Faith – odezwała się mama, ale Faith ją zignorowała.

Ktoś zawołał detektywa, który spojrzał na jej mamę skruszony, nim wyszedł. Mężczyzna lubił jej matkę. Nic dziwnego, że informował ją na bieżąco o wszystkim, gdy Faith leżała w szpitalu.

– On mi się nie podoba – wyznała Faith.

– To dobry człowiek. Zrobi wszystko, co w jego mocy, by odnaleźć Larę i Hudsona.

– Co na przykład? Powiedz, że zrobił do tej pory coś, co przyniosło rezultaty. Wymień choć jedną przeklętą rzecz.

– Pracują z FBI i Narodową Agencją Informacyjną do spraw Przestępczości – odparła mama. – W całym hrabstwie wyznaczono dodatkowe patrole.

Mówiła jak inni, mechanicznie i jakby wyprano jej mózg.

– Nie rozmawiali ze współpracownikami Craiga – wytknęła. – Wczoraj zadzwoniłam do Joego, który stwierdził, że policja z nim się nie kontaktowała. Nie sądzisz, że to dziwne?

– Jeśli to prawda – odparła mama – jestem pewna, że to jakieś szalone przeoczenie. Detektyw Yuhasz służy w policji od trzydziestu lat. Wie, co robi.

Ogarnęła ją złość.

– Wpadł ci w oko ten facet, prawda? Właśnie dlatego wciąż tu ze mną przyjeżdżasz, co?

Matka wstała tak szybko, że krzesło się zachwiało. Wskazała na córkę drżącym palcem.

– Posłuchaj, nie podobają mi się twoje insynuacje. Radzimy sobie z twoimi wahaniami nastroju, bo nawet nie potrafimy sobie wyobrazić, przez co przechodzisz, ale teraz posunęłaś się za daleko.

– Mój mąż został zamordowany, a moje dzieci porwane!

– Wydaje ci się, że o tym nie wiem? – Mama wzięła torebkę. – Nie daj im wygrać, Faith.

– Komu?

– Mężczyznom, których namalowałaś na ścianie, na litość boską!

– Jeśli sądzisz, że zamierzam siedzieć w domu z założonymi rękami, kiedy te zbiry mają moje dzieci, to chyba zwariowałaś.

– Nikt nie twierdzi, że masz nic nie robić. To moje wnuki. Wydaje ci się, że nie obchodzi mnie ich los? Boże, Faith. Spójrz tylko na siebie. Kiedy ostatnio spałaś? Nie wyglądasz za dobrze. Potrzebujesz pomocy.

7

Po twarzy Hudsona spływały łzy, krew i smarki.

Było mu gorąco i duszno. Ledwie mógł oddychać. Wraz z dziesięcioma innymi chłopcami leżał na dnie metalowego kontenera bez drzwi, okien, świeżego powietrza.

Hudson nigdy tak się nie bał. Wciąż miał nadzieję, że pojawią się rodzice i zabiorą go do domu, choć żywił też wątpliwości, bo widział ich związanych na podłodze, gdy mężczyźni zabrali jego i siostrę z domu. Nie potrafił myśleć o rodzicach i nie płakać.

Początkowo starał się liczyć, ile dni upłynęło od uprowadzenia, ale szybko stracił rachubę.

U góry kontenera pojawił się promień światła, dzięki któremu chłopiec wiedział, że jest dzień.

Wciąż wracały do niego wspomnienia tamtych okropnych chwil, a kiedy tak się działo, zamykał oczy i próbował je odpędzić. Na dłuższy czas został wrzucony wraz z Larą na tylne siedzenie auta taty, nim przeniesiono ich do innego samochodu. Ten taty został zepchnięty z urwiska do jeziora. Było ciemno, gdy zabrano Larę. Krzyczała i kopała, ale była mała, a oni wielcy. Kiedy Hudson próbował jej pomóc, jeden z mężczyzn uderzył go, aż z nosa popłynęła mu krew.

Później jechali w nieskończoność, nim Hudsona w końcu wypuszczono z auta. Wręczono mu papierową torebkę i wrzucono go do metalowego kontenera. Upadł, a zgromadzone w środku dzieciaki podbiegły i zabrały mu jedzenie i wodę. Nie minęło wiele czasu, nim musiał walczyć o przetrwanie.

Każde dziecko w kontenerze było mocno pobite. Jeden z chłopców był tak poraniony, że Hudson nie wiedział, czy przeżyje, gdy przyszło po niego kilku mężczyzn.

Niektórzy opowiadali o tym, że uciekli, ale zostali złapani. Mówili, że kontenery to tylko kryjówki, w których ich trzymają do czasu, aż postanowią, co z nimi zrobić. Jednego z chłopców pobili tak, że jego ręka nie wyglądała za dobrze – była wykrzywiona. Kiedy młodsi płakali, starsi łatwo się wkurzali i ich kopali lub grozili, że uciszą ich na dobre. Starsi wydawali się czasami równie źli jak mężczyźni, którzy ich porwali.

Kiedy nadeszła noc i niewielki promień światła zniknął, Hudson zamknął oczy i śnił o biwaku z tatą, wujkiem Coltonem i dziadkiem. Świetnie się wtedy bawił. Siedzieli przy ognisku, dziadek opowiadał o wojnie. Najbardziej uwielbiał tę historię, w której dziadek i siedmiu jego ludzi uciekli z obozu wroga. Kiedy strażnicy jedli, drużyna dziadka złapała ich karabiny i uciekła. Mieli jedynie swoje ubranie, a dziadek prowadził ich przez niebezpieczny teren – po stromych klifach i zdradliwym wąwozem. Jeden z jego oddziału był ranny w nogę, więc na zmianę nieśli go przez strumienie i lasy. Było gorąco, pomazali twarze i ciała błotem, aby słońce ich nie spiekło. Przez wiele dni jedli owady, jagody, węże, jaszczurki i wiewiórki. Dziadek lubił opowiadać, jak dłońmi czerpali wodę z rzeki i jak dobrze smakowała.

Tkwiąc zbyt długo w metalowym kontenerze, Hudson fantazjował o piciu zimnej wody z rzeki. Niemal mógł jej posmakować w wyschniętych ustach.

– Są tutaj! – załkał ktoś.

Wszyscy chłopcy poderwali się na nogi.

Ktoś otworzył górę kontenera, a kiedy Hudson zadarł głowę, musiał zmrużyć oczy.

Wyciągnięto ich pojedynczo, zasłonięto im oczy i rozdzielono na grupki. Ręce zlepiono im taśmą za plecami, nim wepchnięto ich do autobusu czy vana – nie był pewien. Silnik zaryczał, pojazd przyspieszył, podskakując na nierównym terenie, przez co chłopcy wpadali na siebie na każdym zakręcie.

Mama powtarzała, że jeśli ktokolwiek chciałby wciągnąć go do auta, ma uciekać. Biec tak szybko, jak zdoła.

Kiedy następnym razem otworzą się drzwi, to właśnie zamierzał zrobić.

8

Faith skończyła układać serwetki i sztućce, następnie odsunęła się, by obejrzeć stół. Święto Dziękczynienia zazwyczaj spędzali w domu jej rodziców, ale tego roku teściowie postanowili przylecieć z New Jersey i spędzić święta z nimi.

Faith nie była najlepszą kucharką, ale obudziła się o czwartej rano, aby przygotować farsz i wstawić indyka do piekarnika. Domowe ciastka nie wyszły tak puszyste jak te jej siostry, ale musiały wystarczyć. Craig, który wyglądał fantastycznie w eleganckich spodniach i ładnym swetrze, przyszedł i pocałował ją w policzek.

– Stół wygląda znakomicie, kochanie.

Przytuliła się do niego.

– Przesoliłam farsz, ciastka są za twarde.

– Za bardzo się przejmujesz. Będzie świetnie. Kiedy rodzice skosztują twoich ziemniaków i sosu, będą przylatywać na każde święta i, cóż… – Powąchał. – Co to za zapach?

Faith również go poczuła. Natychmiast rzuciła się do kuchni, gdzie zobaczyła buchające z piekarnika kłęby ciemnego dymu.

Craig wbiegł do kuchni, włożył rękawice i próbował uratować indyka, gdy Faith otworzyła przesuwane drzwi, żeby przewietrzyć dom.

Dzwonek do drzwi rozległ się w tej samej chwili co alarm przeciwpożarowy, wypełniając dom ogłuszającym piskiem. Faith się zgarbiła, gdy dostrzegła teściów, którzy zjawili się wcześniej.

Hudson pobiegł do drzwi, by ich wpuścić. Jego twarzyczka rozpromieniła się na widok babci trzymającej dwa ciasta.

– To nic, mamo. Znowu możemy być wdzięczni, bo babcia przywiozła ciasta na obiad!

Rozległo się pukanie do drzwi. Faith westchnęła i wstała. Jana i jej mąż nalegali, że zabiorą ją na Święto Dziękczynienia do rodziców. Na progu stał Steve. Zanim zrozumiała, co zamierza, wszedł, objął ją i mocno przytulił. Czuła na policzku bicie jego serca. Był najlepszym przyjacielem ze studiów Craiga, traktował go jak brata. Myśl o tym, że jej własny mąż nigdy już jej nie przytuli, sprawiła, że się odsunęła, z trudem przełykając ślinę.

Steve również się odsunął.

– Miło cię widzieć na nogach.

– Dzięki – odparła. Wyszli. Zamknęła drzwi, poszła za nim do auta, gdzie czekała Jana. Faith usiadła z tyłu forda escape. Prowadził Steve. Zanim skręcił w lewo w Auburn-Folsom, kierując się w stronę Loomis, Faith powiedziała: – Nie musieliście po mnie przyjeżdżać.

Jana prychnęła.

– Gdybyśmy tego nie zrobili, tobyś się nie pojawiła.

Nie mogła się z tym spierać.

– Jak tata?

– Lekarze mówią, że z powodu wysokiego ciśnienia doznał niewielkiego udaru. Tata jednak nie pozwala robić z tego afery. Ma zawroty głowy, ale nie zamierza korzystać z chodzika.

Myśl o stracie ojca była za trudna. Kilka dni po tym, gdy wróciła do domu, tatę zaczęła boleć noga i miał problemy z wysławianiem się. Podczas następnych kilku godzin przestał ruszać rękami. Mama zawiozła go na pogotowie. Zatrzymano go na noc, ale następnego dnia wypisano do domu.

Z głośników płynęło Tears in Heaven Erica Claptona. Jana sięgnęła do gałki, by zmienić stację.

– Czy policja poczyniła jakieś postępy?

– Do tej pory żadnych… przynajmniej z tego, co mi wiadomo.

– Przykro mi – powiedziała siostra.

– Na naszym spotkaniu zjawiła się agentka Burnett. Zapytała o motyw i zaczęłam się zastanawiać… czy Craig znał tych mężczyzn. Czy znaleźli się w naszym domu z powodu jakiejś kiepskiej umowy?

– I? – dociekała Jana.

– I… nie wiem. Przez wiele godzin przeszukiwałam rzeczy Craiga, czytałam e-maile i wiadomości na telefonie, przekopałam się przez dokumenty. To zadanie bez końca. – Westchnęła. – Rozmawiałam również z kimś z organizacji zajmującej się sprawami zaginionych dzieci. Mówili, że Lara i Hudson traktowani są priorytetowo ze względu na okoliczności związane z ich porwaniem. Zapewnili mnie, że ściśle współpracują z organami ścigania.

– Tak – odparła Jana. – Włączyli się do grupy poszukiwawczo-ratowniczej, gdy leżałaś w szpitalu.

– Oferują też grupowe wsparcie – dodała Faith – ale nie jestem na nie gotowa. – Zamilkła na chwilę. – Mają się skontaktować, jeśli otrzymają jakieś informacje w mojej sprawie.

– A co z wiadomościami spływającymi na policję po tym, gdy wystąpiłaś w wiadomościach? Dowiedziałaś się czegoś?

Faith pokręciła głową.

– Detektyw Yuhasz stwierdził, że telefony rozdzwoniły się jak szalone, ale jeśli dowiedzieli się czegoś istotnego, nie ujawniają tego. Agentka Burnett wspomniała o zasadach i chronieniu praw ludzi, którym nie postawiono zarzutów.

 

Nie minęło dużo czasu, gdy przemierzyli podjazd w kształcie litery „S”, omijając wierzby płaczące i omszałe głazy. Przejechali obok stawu w połowie zarośniętego roślinami wodnymi, w tym pałkami szerokolistnymi, nim zatrzymali się za trzema innymi samochodami.

– Wygląda na to, że wszyscy już są.

Faith pokiwała głową. Jej serce przyspieszyło. Nie powinna przyjeżdżać. Nie miała siły na spotkanie z całą rodziną. Oddychaj, nakazała sobie. Po prostu oddychaj. Od napadu nie przebywała w towarzystwie całej rodziny.

Jana wyjęła z bagażnika garnek z pokrywką i kazała Steve’owi iść przodem, następnie zatrzymała się przy uchylonej szybie i powiedziała:

– Wejdź, gdy będziesz gotowa. Nie musisz się spieszyć.

– Dzięki.

Kiedy siostra weszła do starego domu z lukarnami i okolonego werandą, Faith wysiadła z samochodu i poszła nad staw. Usiadła przy popękanym stole piknikowym, który stał tu, odkąd sięgała pamięcią.

Zza gęstej roślinności zarechotała żaba. Po drugiej stronie stawu dwie kaczki wyszły na trawiasty brzeg. Zaczął siąpić deszcz i usłyszała hałas. Spojrzała przez ramię.

Tata.

Podpierając się laską, przemierzył podjazd dzielący staw od domu. Był silny. Od zawsze. Miał turkusowe oczy i gęste siwe włosy. Z powodu jego wzrostu droczyła się z nim, pytając, jak to jest chodzić po ziemi z głową w chmurach, gdy latają tam ptaki i samoloty.

Wstała i spotkała się z nim w połowie drogi, następnie podeszła z nim do ławki, na której usiedli.

– Stanowisz ukojenie dla zmęczonych oczu starca.

– Jak się czujesz, tato?

– Jak dwudziestolatek uwięziony w siedemdziesięcioletnim ciele.

Uśmiech nie przychodził jej już z łatwością, ale jakoś się do niego zmusiła.

– Przykro mi, że nie mogłam odwiedzić cię w szpitalu.

Poklepał ją po dłoni.

– Nie byłaś w tak dobrej formie, by się o mnie martwić. Poza tym sama wiesz, oni wszyscy lubią robić z igły widły.

Wiedziała, że bagatelizował udar, ale podziwiała jego upór i dumę.

– Najgorsze jest to, że nie wolno mi jeść słonych potraw i pić alkoholu.

– I tak nigdy go nie lubiłeś.

– Ale pragnie się rzeczy zakazanych – odparł zaczepnie.

Tata zawsze potrafił ją rozweselić. Choć był introwertykiem, stanowił połączenie żartownisia i mędrca. Po trzydziestu latach w wojsku sierżant Russell Gray prezentował sobą definicję spokoju w każdych warunkach. Wprawdzie doskonale dowodził swoimi ludźmi na wojnie, w domu to mama utrzymywała dyscyplinę, wychowując Faith, Janę i Coltona. Tata nigdy tego nie robił.

– Pocztą pantoflową doszły mnie słuchy, że jesteś bardzo podobna do swojego staruszka – powiedział tata, przerywając milczenie – i tracisz cierpliwość. – Poczekał, aż żaba przestanie rechotać, nim dodał: – Wszyscy ci współczujemy, Faith, ale żadne z nas nie może postawić się na twoim miejscu. Bóg wie, że nie jest ci łatwo. Craig był wspaniałym człowiekiem. Czuję się, jakbym stracił syna.

Oczy taty napełniły się łzami.

Przysunęła się, oparła głowę o jego ramię. Objął ją i przez dłuższą chwilę siedzieli w milczeniu, wpatrując się w wodę.

Faith przełknęła ślinę.

– Tato – wychrypiała. – Nie wiem, co robić. Dałam władzom czas. Jestem świadoma, że nie mają tylko mojej sprawy do rozwikłania, ale wiesz równie dobrze jak ja, że każdy mijający dzień to zbyt wiele.

– Cóż, wiesz, co powiedział generał Patton?

Pokręciła głową.

– „Prowadź mnie, idź za mną lub spieprzaj mi z drogi”.

– Co chcesz powiedzieć, tato? Powinnam rozpocząć własne dochodzenie? – Westchnęła. To było to. Musiała przestać polegać na policji i sama odnaleźć dzieci. – Chyba masz rację. Przeszukałam rzeczy Craiga, mając nadzieję, że znajdę jakąś wskazówkę, cokolwiek, co podpowie mi, kim są ci mężczyźni, ale głównie zawierzyłam policji.

Podparł się na lasce, by wstać.

– Nie zadręczaj się, Faith. Leżałaś na oddziale intensywnej terapii, twoje życie wisiało na włosku. Teraz, gdy czujesz się lepiej i wracają wspomnienia, mówię jedynie, że może czas, aby policja zajęła się swoimi sprawami, a ty swoimi.

Faith odetchnęła.

– Jeśli zamierzasz zadawać pytania – powiedział tata – musisz umieć się bronić. Jutro rano zabiorę cię na strzelnicę. – Ruchem głowy wskazał dom. – Ale najpierw priorytety. Wejdźmy i nabierzmy trochę sadełka.

Idąc obok siebie, weszli do domu, gdzie czekało na nich kilkunastu członków rodziny. Kiedy przekroczyli próg, głosy umilkły.

– Ciocia Faith?

Spojrzała na najstarszą córkę jej brata, Kimberly. Dzieliło je z Larą jedynie kilka miesięcy.

– Cześć, Kimberly.

Dziewczynka objęła ją w pasie i ścisnęła.

– Wszystkie moje koleżanki zastanawiają się, kiedy wrócisz do szkoły.

Pytanie ją zaskoczyło. Przez ostatnią dekadę pracowała w szkole podstawowej Ridgeview, gdzie uczyła czwarte klasy. Szkoła oraz uczniowie stanowili ważny element jej życia. Żartowali z Craigiem, że nie troszczyła się jedynie o dwoje dzieci. Mimo to nie potrafiła sobie przypomnieć, kiedy po raz ostatni pomyślała o pracy czy swoich podopiecznych. Kucnęła, objęła bratanicę i przytuliła. Dziewczynka była mała, krucha, młoda.

Faith poczuła dłoń na ramieniu. Jej brat Colton. Kierował się do jadalni, gdzie zebrała się rodzina. Faith spojrzała na Kimberly i powiedziała:

– Powiedz koleżankom, że za nimi tęsknię, ale nie wiem, kiedy wrócę. – Wstała, pogłaskała dziecko po głowie i podeszła do stołu.

– Myślę, że Kimberly zadała ważne pytanie – odezwała się szwagierka Bri. – Myślałaś o powrocie do pracy? Wydaje mi się, że mogłoby ci to wyjść na dobre.

– Dzięki. Zastanowię się. – Wszyscy mieli dobre intencje, ale nigdy wcześniej nie czuła się tak samotna. Poszła do kuchni. Mama mieszała sos, stojąc przy kuchence. – Przepraszam za tamto. Nie chciałam… – Mama przerwała jej znaczącym uściskiem, nim podała jej miskę z farszem. Faith zaniosła ją do jadalni i postawiła na stole, następnie usiadła między tatą a Coltonem. Było zbyt wcześnie, aby zastanawiać się nad powrotem do szkoły. Właściwie było zbyt wcześnie, aby siedzieć przy stole bez Craiga i dzieciaków. Pomyślała, czyby nie poprosić taty, aby pożyczył jej pikapa, żeby mogła pojechać do domu, ale zamiast tego siedziała cicho i próbowała się nie rozpłakać.

Naprzeciwko niej miejsca zajęli Bri, jej córka oraz Jana i Steve. Ledwie znosiła posyłane jej pełne litości spojrzenia.

Kiedy wszyscy usiedli, tata rozejrzał się po zebranych.

– Faith postanowiła nie urządzać pogrzebu Craiga, dopóki Lara i Hudson nie wrócą do domu. Zgadzam się z tym, ale chciałbym wyrazić wdzięczność za to, że stanowił część naszej rodziny. Poznałem go podczas obiadu w Święto Dziękczynienia. Uwielbiał mięso, walczył o najlepsze kawałki. Był mądrym facetem. Zawsze biegł bawić się z dziećmi, gdy reszta musiała zmywać naczynia. Craig McMann był dobrym mężem i kochającym ojcem. Odszedł, pozostawiając po sobie smutek, ale w imię jego pamięci musimy odnaleźć sposób, aby wykorzystać nasz żal do wzmocnienia tej rodziny i by wspierać Faith, która, gdy znajdzie w sobie odpowiednią siłę, odszuka dzieci.

Wszyscy powiedzieli „amen”. Jana wstała od stołu, aby wydmuchać nos. Mama na chwilę zniknęła w kuchni. Tata pokroił indyka, podczas gdy reszta podawała sobie maślane bułeczki, farsz, groszek i sos żurawinowy. Do kieliszków nalano wino i cydr, a nad zebranymi unosiła się cisza niczym ciemna chmura burzowa.

Podczas ostatniego Święta Dziękczynienia córki Coltona oraz Lara i Hudson siedzieli razem przy małym stoliku w salonie. Faith spojrzała przez ramię. Blat i podłogę zaściełały kredki i kolorowanki. Z krzesła zwisała lalka. Powróciły obrazy tamtego strasznego dnia. Pierwszą rzeczą, jaką zobaczyła po wejściu do kuchni, był chaos. Przez cały ostatni tydzień miała przed oczami wyraźną twarz mordercy, a jednak zapomniała o bałaganie – przewróconych meblach, otwartych szufladach, porozrzucanych papierach. Ci mężczyźni czegoś szukali – ale czego? Serce mocniej jej zabiło. Odetchnęła, spojrzała na swój talerz i zamknęła oczy.

– Faith? – zagadnęła z troską Jana, wracając na miejsce. – Co się stało?

Mężczyzna miał na twarzy mrożący krew w żyłach uśmieszek.

– Gdzie to jest? – zapytał.

Kiedy otworzyła oczy i uniosła głowę, dostrzegła, że Colton jej się przygląda. Wszyscy na nią patrzyli.