Gniew matki

Tekst
Z serii: Faith McMann #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Gniew matki
Gniew matki
Audiobook
Czyta Ilona Chojnowska
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Handel żywym towarem stanowi formę współczesnego niewolnictwa. Ofiarami padają dorośli i dzieci, mężczyźni oraz kobiety. Wykorzystanie nielegalnych metod do zmuszenia ludzi do pracy jest pogwałceniem praw człowieka. Najbardziej narażone są dzieci pochodzące z pełnych przemocy, dysfunkcyjnych rodzin lub bezdomne, przez co stają się łatwym celem dla gangów i handlarzy żywym towarem. Są zmuszane do prostytucji lub w nią wmanipulowane… Pozbawione dorosłego opiekuna, mentora, który mógłby się nimi zająć, dzieci nie otrzymują wykształcenia – szansy na rozwinięcie cennych umiejętności życiowych. Kiedy kończą osiemnaście lat, wiele z nich zostaje porzuconych na pastwę losu, uwięzionych w niekończącym się kręgu biedy i wyzysku.

Seria, której główną bohaterką jest Faith McMann, dedykowana jest osobom niestrudzenie pracującym nad podnoszeniem świadomości społecznej i zrozumienia problemu, nieustannie walczącym o pomoc dla ofiar handlarzy żywym towarem.

Więcej informacji o tym zjawisku: www.traffickingresourcecenter.org.

1

Dzięki Bogu już piątek. Myśl ta przebiegła przez głowę Faith McMann, gdy koła toyoty camry toczyły się w kierunku jej domu. Praca nauczycielki w czwartej klasie potrafi wyczerpać. Najlepsze w niej były dzieci – spoglądanie w ich oczy, gdy nagle coś pojmowały. Najgorsze stanowiło wszystko pozostałe, wliczając w to przytłaczające stosy papierów leżące na siedzeniu obok: ćwiczenia, testy i zadania domowe do oceny.

Faith trzymała ręce na kierownicy, patrząc na drogę. Szukała wzrokiem ratlerka sąsiadów, bo pies miał zwyczaj wyskakiwania wprost pod koła. Zerknęła w lusterku wstecznym na swoje dzieci. Lara i Hudson, których dzieliło zaledwie piętnaście miesięcy, śpiewali wraz z Brittany Howard z zespołu Alabama Shakes.

– Trzymaj się! – zawodzili na całe gardła, przeciągając ostatnią sylabę, aż skończyło się im powietrze. Nachylali się do siebie, aż stykały się ich głowy. Syn zobaczył, że na niego spogląda, i się zarumienił. Oboje tak szybko rośli.

Ostatnio Hudson lubił się wykłócać czy to o porę pójścia do łóżka, czy ilość warzyw na obiad. Z powodu zmierzwionych brązowych włosów i zielonych oczu większość ludzi wskazywała jego podobieństwo do ojca. To prawda, choć syn miał też taką samą niespożytą energię jak ona w jego wieku. Uwielbiał biegać, grać w piłkę nożną, zawsze był w ruchu.

Lara była cicha… bardziej podobna z charakteru do taty – oboje lubili planować i analizować. Oboje woleliby skoczyć z mostu, niż przebiec podjazd lub spalić nieco energii dla samej przyjemności.

Była trzecia po południu w ciepły listopadowy dzień. Mąż przyjeżdżał w piątki wcześniej z pracy, jego czarne GMC stało przed domem. Jutro Hudson skończy dziewięć lat. Craig nie wiedział, że do tej pory pięćdziesiąt osób odpowiedziało twierdząco na zaproszenie, które wysłała e-mailem. Będą potrzebowali o wiele więcej hot dogów i hamburgerów, co oznaczało wyskoczenie do sklepu. Najpierw jednak musiała odwieźć dzieci do domu. Gdyby wzięła je ze sobą na zakupy, nie udałoby się jej zrobić ich sprawnie.

Faith pomachała Beth Tanner, mieszkającej w drugim domu po lewej. Sąsiadka była tajemnicza. Nikt nic o niej nie wiedział, choć mieszkała tu dłużej od Faith, która dwanaście lat temu wprowadziła się z rodziną do domu obok. Kiedy Beth podlewała hortensje, patrzyła pod nogi, udając, że nie dostrzega przejeżdżającej kobiety.

Faith skręciła w swój podjazd i zauważyła, że Craig nie skosił trawnika przed jutrzejszym przyjęciem. Nacisnęła guzik znajdujący się obok osłony przeciwsłonecznej. Zaczęła unosić się brama garażowa. Zaparkowała przed nią i poleciła:

– Powiedzcie tacie, że jadę do sklepu, ale zaraz wrócę.

Dzieci odpięły pasy, wysiadły i pobiegły przez garaż do domu, nim skończyła się piosenka w radiu. Faith zaśpiewała ostatni wers, następnie siedziała przez chwilę, rozkoszując się ciszą i spokojem. Praca na pełen etat i wychowywanie dwójki maluchów sprawiały, że takie momenty należały do rzadkości.

Zawibrowała jej komórka. Dzwoniła siostra.

– Cześć. Co słychać? – zapytała Faith.

– Powiem ci co – odparła Jana. – Steve doprowadza mnie do szału! Nie piję, nie jem słodyczy i ciast, a teraz chce, żebym nie podnosiła niczego cięższego niż karton mleka. Jeśli nie wyluzuje, to dziecko urodzi się wkurzone.

Faith się uśmiechnęła. Siostra jak zwykle przesadzała.

– O której jutro przyjedziecie?

– O Boże, zapomniałam o imprezie!

– Chyba żartujesz – rzuciła Faith. – Miałaś upiec siedemdziesiąt babeczek. Wiesz w ogóle, ile muszę jeszcze zrobić…

Śmiech siostry przerwał jej w pół zdania.

Faith westchnęła, kiedy zdała sobie sprawę, że Jana żartowała.

– To nie jest śmieszne.

– Ciołek z ciebie. Jak mogłabym zapomnieć o upieczeniu siedemdziesięciu babeczek, gdy przez ostatnie dwa tygodnie codziennie mi o tym przypominałaś?

– Nie wiem, ale muszę jechać.

– Czekaj! Przekazałaś Craigowi wieści?

– Nie.

– Dlaczego?

– Bo miał wiele pracy i, no wiesz, musiał zapłacić rachunki, kupić nowe opony, wymienić zepsutą termę. Nie znalazłam właściwej chwili, żeby powiedzieć mu o trzecim dziecku.

– Ucieszy się. Nie czekaj za długo, okej?

– Nie martw się, nie będę. – Faith się rozłączyła i wtedy przypomniała sobie, że lista zakupów nadal wisi przypięta do lodówki. Zostawiła torebkę w aucie i wysiadła. Mijając slalomem zabawki i rowery, przeszła przez garaż, aby wejść do kuchni, która wyglądała jak po przejściu tornada. Szuflady były wyciągnięte, papiery i rozbite naczynia walały się na podłodze.

Serce przyspieszyło biegu. Co tu się dzieje?

Kiedy miała zawołać męża, weszła do salonu i zobaczyła Craiga na podłodze – związanego i zakneblowanego.

Stał nad nim mężczyzna, którego nie rozpoznawała.

Scena przed jej oczami zupełnie nie miała sensu.

Serce waliło jej w piersi, przez co miała trudności z oddychaniem, gdy rozglądała się po pomieszczeniu.

Zobaczyła dzieci.

Lara i Hudson siedzieli na kanapie. Ręce mieli sklejone za plecami taśmą, która zakrywała również ich usta. Pilnował ich kolejny, stojący blisko mężczyzna.

Czas się zatrzymał, gdy próbowała wymyślić, co zrobić. Craig od zawsze nalegał, aby kupili broń, ale Faith nie chciała jej w domu. Szeroko otwartymi oczami spojrzała na kuchenną szufladę. Złapać nóż? A może wybiec i zawiadomić sąsiadów?

Mężczyźni wymienili spojrzenia. Ich oczy mówiły wszystko.

Odwróciła się i rzuciła do ucieczki.

Gdyby zdołała dobiec do samochodu i zablokować drzwi, mogłaby trąbić lub wjechać przez ścianę do domu. Być może zwróciłoby to uwagę któregoś z sąsiadów.

Wypadła przez tylne drzwi prowadzące do garażu, krzycząc ile sił w płucach, ale ktoś złapał ją od tyłu, odwrócił i przyciągnął jej twarz do swojej.

– Gdzie to jest?

– Nie wiem, o co chodzi – odparła, walcząc, by się uwolnić.

Prychnął. Miał przekrwione oczy i zdesperowane spojrzenie. Śmierdział zwietrzałym tytoniem. Mocno ją trzymał. Przyszły jej na myśl wszystkie seriale, w których bohaterki wyrywały się napastnikom, ale walka okazała się bezcelowa.

– Puśćcie nas! – łkała.

Potrząsnął nią, aż zadzwoniły jej zęby.

– Masz pięć sekund, by powiedzieć mi, gdzie to jest!

Tym razem, gdy krzyknęła, wbiła też piętę w jego stopę i próbowała wyrwać się z jego uchwytu.

Pchnął ją na podłogę. Uderzyła głową o betonową posadzkę i straciła przytomność.

* * *

Kiedy Faith otworzyła oczy, potrzebowała chwili, aby zdać sobie sprawę, że zaciągnięto ją do domu. Leżała na boku, twarzą do męża. Została skrępowana i taśmą zaklejono jej usta. Miała związane nogi w kostkach i ręce za plecami. Próbowała spojrzeć przez ramię na dzieci. Nic to jednak nie dało.

Craig wpatrywał się w nią ze skupieniem na twarzy. Wyglądał, jakby odczuł ulgę, gdy odzyskała przytomność.

Proszę, nie pozwól skrzywdzić moich dzieci. O Boże, nie.

Poczuła wibrację podłogi pod ciężarem szybkich kroków. Próbowała unieść głowę, gdy z korytarza do salonu wszedł trzeci mężczyzna.

– Nic tu nie ma – oznajmił. – Zabijcie ich. Byle szybko.

– A co z dziećmi? – zapytał ktoś.

– Zabierzcie je.

Faith wiła się, próbując krzyczeć i się uwolnić. Moje dzieci. Nie ważcie się dotknąć moich dzieci!

Mężczyzna ogolony na łyso, który stał nad Craigiem, pochylił się. Dostrzegła tatuaż na jego szyi. Chyba jakiś symbol.

Głowa ją bolała, umysł zasnuwała mgła. I wtedy zobaczyła w dłoni mężczyzny nóż. Myśliwski – ostry, ząbkowany, zabójczy.

Craig nadal patrzył w jej oczy, wzrokiem przekazując, że ją kocha. Znała to spojrzenie. Widywała je setki razy wcześniej.

Nie, nie, nie. Nie możesz umrzeć. Będziemy mieć kolejne dziecko. To się nie dzieje. Wszystko będzie dobrze. Wiem o tym. To się nie dzieje.

Dostrzegła błysk stali, gdy mężczyzna płynnym ruchem przeciągnął ostrzem po szyi jej męża. To wystarczyło.

Gggrrrggg…

Dźwięk wydobywający się z gardła Craiga był nie do zniesienia.

– Pospiesz się!

Z rany jej męża popłynęła ciemna, gęsta krew. Jego oczy otworzyły się szeroko, gdy przyglądał się, jak to samo ostrze śmignęło po jej szyi. Poczuła jego chłód, gdy tylko dotknęło jej skóry. Nie było to czyste cięcie. Mężczyzna się spieszył. Próbowała oddychać przez nos, ale powietrze nie chciało trafiać do płuc. Dusiła się własną krwią.

 

Lara. Hudson.

2

Jasne światło nie pozwalało Faith otworzyć oczu. Ilekroć próbowała zaczerpnąć tchu, panikowała i się krztusiła. Jej drogi oddechowe były obkurczone.

Wokół pikały urządzenia.

Próbowała coś powiedzieć, ale z jej ust nie wyszły żadne słowa. Miała wyschnięte, obolałe gardło. W głowie jej huczało. Rozpoznała głos Jany, która czesała jej włosy.

Ktoś płakał.

Dziecko, które nosiła… Czy coś się stało z jej dzieckiem?

Tracąc przytomność, to znów ją odzyskując, dostrzegała cienie i ludzkie sylwetki. Mama jej czytała, a wesoły ton kontrastował z potwornym bólem.

Pomieszczenie pachniało środkami dezynfekcyjnymi i smutkiem.

Pikanie ustało. W końcu. Po raz pierwszy od nie wiadomo kiedy w sali panowała błoga cisza. Nadchodziła śmierć. Jej czułe ramiona obejmowały ją, napełniając ciepłem i spokojem.

Mama przestała czytać.

Zbliżył się tata. Gładka twarz dotknęła jej policzka, gdy szepnął córce do ucha:

– Nie poddawaj się. Od urodzenia byłaś wojowniczką.

Krew jakby wolniej w niej płynęła.

Dlaczego tu była? Miała tylko jakieś niejasne odczucie, bo nie pamiętała. Zdawała sobie sprawę, że umiera, i cieszyła się z tego – to było najdziwniejsze.

– Nie możesz nas zostawić, Faith – powiedział tata. – Musisz myśleć o Larze i Hudsonie. Gdzieś tam są i cię potrzebują.

* * *

Faith poderwała się z łóżka i wciągnęła głęboki, drżący oddech.

Miała sen – koszmar.

Potrzebowała chwili, by uzmysłowić sobie, że nie przebywała już w szpitalu. Znajdowała się w domu.

Ile czasu minęło? Spojrzała na stojący obok łóżka kalendarz. Dziś był szesnasty listopada – od ataku minęło dziesięć dni, trzy, odkąd wróciła do domu. A może cztery? Jasne cyfry zegara wskazywały, że było wpół do szóstej rano.

Dni zlewały się ze sobą. Położyła dłoń na piersi, czekając, aż uspokoi się jej serce i miną zawroty głowy.

Od powrotu ze szpitala nękały ją ataki paniki. Budziły ją gwałtownie i utrudniały oddychanie.

Uniosła palce i wyczuła grubą bliznę biegnącą przez dolną część twarzy na szyję. Jak jej powiedziano, ostrze przecięło tętnicę szyjną i zatrzymało się tuż przed żyłą szyjną. Według lekarzy i pielęgniarek, przeżyła pomimo wszelkich prognoz. Nie przetrwałaby, gdyby nie pospieszne działanie sąsiadki – Beth Tanner.

Po niemal tygodniu spędzonym na oddziale intensywnej terapii, a następnie trzech dniach w sali ogólnej bez specjalistycznego sprzętu wróciła do domu, który nie tętnił już życiem. Mury były zimne i puste, zdjęcia na kominku smętne. Wzdrygała się przy każdym zgrzycie. Rodzice i rodzeństwo na zmianę obserwowali, jak rozpada się i niknie na ich oczach. Przez dom przewijało się mnóstwo ludzi. Nawet nie wiedziała, kim byli. Miała to gdzieś. Jej dawną żywiołową postawę zastąpiła cienka skorupa żalu i smutku.

Ledwie mogła jeść czy pić.

W szpitalu po wybudzeniu ze śpiączki farmakologicznej dopadł ją paraliżujący serce ból – ogromna pustka otoczona fizycznym cierpieniem. Faith nie potrafiła poradzić sobie ze świadomością, że Craig zmarł, a dzieci zaginęły. Rozpacz dotykała każdej komórki jej ciała – była oślepiająca, ogłuszająca, osłabiająca. Najłatwiej było zawinąć się w koc żalu i nie wstawać z łóżka.

Psychoterapeuta, z którym rozmawiała ostatniego dnia w szpitalu, stwierdził, że wspomnienia tego okropnego dnia wrócą, ale nie naraz, tylko stopniowo. Przepisał jej leki, ale ich nie brała. Chciała zobaczyć obrazy, kiedy do niej powrócą. Musiała pamiętać każdy krwawy szczegół.

Jak przez mgłę przypominała sobie policjantów, którzy przyszli do niej pierwszego dnia, gdy wróciła do domu – zbyt wcześnie. Starała się odpowiadać na pytania, ale w głowie miała tylko wielką pustkę. Im bardziej próbowała przypomnieć sobie sekwencję wydarzeń i wygląd napastników, tym bardziej zniekształcone stawały się obrazy i wszystko zlewało się w krwawą miazgę. Choć nie pamiętała, żeby policjanci się żegnali, wiedziała, że nazajutrz pojawili się agenci FBI. Chciała pomóc. Musiała odnaleźć dzieci. Jednak znów im bardziej próbowała skupić się na ich pytaniach, tym trudniej jej się oddychało, aż zaczęła dyszeć i mama wyprowadziła gości z jej pokoju.

Przyjaciele i koleżanki z pracy przestali przychodzić, zobaczywszy, w jakim była stanie. Nie musieli przynosić zapiekanek i pieczeni, bo zamrażarka była pełna jedzenia, a Faith nie miała apetytu. Telefon również przestał dzwonić, na szczęście, ponieważ nikomu nie miała nic do powiedzenia.

Usiadła na łóżku.

W nocy stało się coś dziwnego.

Obrazy z tamtego dnia zaczęły gwałtownie powracać.

Ale to nie wszystko.

Doświadczyła dziwnego odczucia. Przez większość nocy jej umysł migotał, jakby w głowie fruwały świetliki starające się odnaleźć wyjście.

W tej chwili pozostała tylko jedna mała iskierka.

Jej siostra od razu doszłaby do wniosku, że światło ma coś wspólnego z nadzieją i optymizmem, ale Faith wiedziała, że nie wróży nic dobrego. Ani trochę.

To małe światełko było krwiożercze.

I prawdziwe. Tak realne, że czuła metaliczny, słodko-gorzki posmak w ustach. Było również ciemne i zimne, i nie chciało rozewrzeć kłów. Odsunęła kołdrę. Kiedy postawiła stopy na drewnianej podłodze, odniosła dziwne wrażenie, jakby ciało i umysł przestały do niej należeć.

Weszła do łazienki i spojrzała w lustro. Po raz pierwszy od powrotu do domu powoli omiotła wzrokiem swoją postrzępioną, czerwoną bliznę, która zaczynała się przy jej lewym uchu i ciągnęła slalomem do podbródka, skąd biegła przez szyję w kierunku prawego ucha.

Beth Tanner usłyszała jej krzyki i zadzwoniła na policję. Jest emerytowaną pielęgniarką, więc wiedziała, co robić. Według mamy, sąsiadka przycisnęła dwoma palcami tętnicę i jakimś cudem zatamowała krwotok.

Faith nadal przyglądała się uważnie swojemu odbiciu.

Zamrugała.

Wpatrywały się w nią ciemne, puste oczy. Nie odwracaj wzroku, zdawały się mówić. Patrz na mnie. Przyjrzyj się uważnie.

Oczy nie były już smutne czy pełne żalu jak wczoraj czy przedwczoraj. Teraz widać w nich było ślady szaleństwa. Pochyliła się, aż porcelanowa umywalka wbiła się w jej brzuch. W tej chwili Faith wiedziała, co oznacza migoczące światło.

Drgnął każdy mięsień w jej ciele. Przeszył ją prąd.

W głowie zrodził się surowy, ostry gniew, a jego sękate palce włączały i wyłączały w niej guzik.

Czuła to. Do diabła, mogła to zobaczyć.

Pragnął jej uwagi. Grzechotał jej kośćmi, uderzał w pierś, mówił, że czas się obudzić i odnaleźć dzieci. Nogi się pod nią ugięły, tak że musiała przytrzymać się marmurkowego blatu.

Dość płaczu.

Łzy nie pomogą odnaleźć jej dzieci.

Nie przywrócą życia jej mężowi.

Koniec z leżeniem w łóżku jak bezwartościowy trup.

Dzieci cię potrzebują!

Nagle wiedziała, co trzeba zrobić. Za każdym razem gdy powracały do niej okruchy tamtego dnia, musiała je połapać i umieścić na papierze.

Szybko.

Rozebrała się, z wieszaka wzięła czysty ręcznik i poszła pod prysznic. Ignorując ucisk w piersi i zawroty głowy, jakie odczuwała przy każdym kroku, odkręciła kran i weszła do kabiny.

Woda była lodowata. Faith natychmiast dostała gęsiej skórki.

Jana usiłowała umyć siostrze włosy, gdy ta już w domu leżała zwinięta w kłębek na łóżku, ale w tej chwili po raz pierwszy brała prysznic. Pasma włosów oblepiały czaszkę. Wzięła szampon, wreszcie z trudem go otworzyła, następnie wylała odrobinę na czubek głowy. Uszkodzenie nerwu po lewej stronie utrudniało sięgnięcie po mydło, więc szamponem namydliła resztę ciała.

W ciągu paru minut woda z lodowatej stała się parząca, toteż kiedy ją wyłączyła, miała zaróżowioną skórę.

Dżinsy okazały się luźne na biodrach. Koszulka opadła na piersi, które skurczyły się o połowę poprzedniego rozmiaru. Uniosła prawą rękę i przeczesała palcami włosy, następnie skierowała się do kuchni – pomieszczenia, gdzie panował niegdyś wesoły chaos, z którego nic nie zostało.

Zignorowała wymienioną część podłogi w salonie. Z krwią czy bez, dokładnie widziała miejsce, w którym umierał jej mąż.

Jej rodzina nie chciała, aby wróciła do domu po tym koszmarze, ale Faith nie słuchała. Kiedy dzieci odnajdą drogę powrotną, zamierzała tu na nie czekać.

Otworzyła szufladę, znalazła notatnik i pisak. Podeszła do laptopa i go włączyła. Usiadła na stołku i sporządziła krótką listę potencjalnych podejrzanych – zapisała każdego, kto przyszedł jej do głowy. Następnie poszukała pedofilów i przestępców z tej okolicy. W końcu spróbowała przywołać widziane nocą obrazy, przebłyski z dnia, który zniszczył całe jej życie, i zaczęła rysować. Przez dłuższą chwilę bez większego wysiłku przelewała myśli na papier, ale kończyło się jej miejsce. Potrzebowała czegoś większego.

Spojrzała znad notatnika na ścianę w salonie, po czym pospieszyła do garażu, w którym zerwała wieka ustawionych w stosy pojemników. Przeszukała je, aż znalazła to, czego szukała.

Przez kilka sekund stała w bezruchu, wpatrując się w przybory do malowania, bo ściskało się jej serce. Wizje rozjaśniały jej umysł jak błyskawice. Były tak wyraźne, że mogła zobaczyć dzieci, gdy śmiały się oblepione klejem i brokatem.

Pomyśl o czymś innym, Faith. O czymkolwiek. Skoncentrowała się na krwi płynącej w jej żyłach, transportującej tlen do komórek. Teraz nie był dobry moment na myślenie o czasie, gdy używała farbek i brokatu.

Odsuń od siebie to wspomnienie! Zachowaj na inny dzień.

Kiedy się pozbierała i znów mogła oddychać, wzięła przybory do salonu i zaczęła malować.

* * *

Czas zatrzymał się na kilka godzin, dopóki nie otworzyły się drzwi frontowe.

Jana wpadła do pokoju niczym wiatr, następnie stanęła nieruchomo, wytrzeszczając oczy, a jej pierś unosiła się z każdym rwanym oddechem.

– Faith. O Boże, nic ci nie jest.

Siostra nadal malowała. Wizje z wczoraj wciąż tkwiły w jej głowie, choć szybko nikły, niczym wnikający w ścianę mglisty duch. Skupiała się na każdym pociągnięciu pędzla.

– Dzwoniliśmy do ciebie przez cały ranek. Dlaczego nie odbierasz? – Jana spojrzała na ścianę. Zdumiona otworzyła usta. Przestąpiła z nogi na nogę. – Co robisz?

Faith malowała szybciej, próbując wyciszyć głos siostry. Potrzebowała jeszcze dwóch minut. Nie przestałaby, nawet gdyby chciała, ale Jana położyła dłoń na jej ramieniu. Faith się odwróciła. Farba wylądowała na przodzie zielonego swetra siostry, która uniosła wzrok i spojrzała jej w oczy. Próbowała zdusić sapnięcie, zakrywając usta dłonią, ale opuściła ją i powiedziała:

– Musisz jeść. Mizerniejesz.

Faith wróciła do malowania.

– To nie jest kartka – powiedziała Jana. – W razie gdybyś nie zauważyła, to ściana w salonie.

Faith zawsze miała talent plastyczny, na studiach rysowała węglem i malowała farbami olejnymi, następnie akwarelami, ale to, czego doświadczała w tej chwili, można by nazwać doświadczeniem pozacielesnym. Zajmowała się tym ponad trzy godziny i zaczynały boleć ją ręce.

– Czy to na szyi tego mężczyzny to tatuaż?

Starając się z całych sił zignorować siostrę, Faith niespiesznie rysowała symbol ze snu. Obrazy odeszły. Jana sprawiła, że resztki wizji zniknęły i pozostawiły za sobą jedynie smugi dymu, jak to, co wydobywa się z rury wydechowej starego samochodu.

Położyła wypełnioną farbą paletę na podłodze i odsunęła się, by przyjrzeć się ścianie. Z lewej namalowała dwóch mężczyzn, których zobaczyła, gdy weszła do domu. Nie dodała tego trzeciego, bo nie przyjrzała się jego twarzy. Wszyscy mieli na sobie ciemne ubrania. Z prawej strony znajdowało się mnóstwo notatek sporządzonych wcześniej na kartkach wyrwanych z zeszytu, które tu przykleiła.

Podeszła do fotela – ulubionego mebla Craiga, o który biły się dzieci, gdy nie było taty – i usiadła zmordowana. Siostra rozmawiała przez telefon z mamą lub tatą, dając znać, że wszystko w porządku. Kiedy się rozłączyła, poszła do kuchni, wróciła ze szklanką zimnej wody i jej podała.

Faith posłusznie upiła kilka łyków. Miała spierzchnięte wargi. Język wchłaniał wilgoć jak wyschnięta gąbka. Wcześniej nie myślała o jedzeniu czy piciu.

 

Siostra usiadła na kanapie obok.

– Możesz mi powiedzieć, co się tu dzieje?

Faith otarła usta grzbietem dłoni.

– Miałam wizje – odparła. – Muszę zapamiętać wszystko z tamtego dnia. Przelać to na papier czy ścianę.

– Chyba nie powinnaś się tak zadręczać.

Faith upiła kolejny łyk, pozwalając, by woda spłynęła jej do gardła, nim spojrzała na Janę.

– Zamierzam odnaleźć dzieci.

Zapadła dłuższa chwila ciszy.

– Musisz porozmawiać z policją. Nad twoją sprawą pracuje detektyw Dillon Yuhasz. Przyjechał do szpitala, by z tobą porozmawiać, ale byłaś nieprzytomna. A kiedy się tu pojawił, odpowiadałaś nieskładnie. Mówił, żebyśmy do niego zadzwonili, gdy lepiej się poczujesz. Jesteś ich głównym świadkiem, Faith. Musisz z nimi porozmawiać, gdy zaczną już wracać do ciebie szczegóły z tamtego dnia.

– A może teraz? – zapytała.

Jana spojrzała na nią, po czym pokręciła głową.

– Zadzwonię do niego i zaproponuję spotkanie jutro rano.

Faith pokiwała głową i sięgnęła po papier i długopis, pozostawione na ławie. Na górze strony zapisała nazwisko detektywa, dodając kolejnego podejrzanego do swojej listy.

– Co robisz?

Wręczyła siostrze notatnik.

– Na liście podejrzanych zapisałaś sąsiada, pana Hawkinsa – zwróciła uwagę Jana. – Poważnie?

– Proponował dzieciom ciastka.

– Ponieważ jest cukiernikiem.

Faith zmrużyła oczy.

– Jest za miły.

– Zawsze go lubiłaś.

– Ale nigdy nie mówiłam, że mu ufam.

– Steve Murray? Co, u licha, robi na tej liście mój mąż?

– Wykreśliłam go.

– Jezu, Faith. To szaleństwo. Chyba powinniśmy zabrać cię do lekarza. Mówił, że wspomnienia mogą wracać i wywoływać u ciebie przerażenie, ale nie sądzę, by miał na myśli coś takiego. – Jana wskazała na pomieszczenie. – Martwię się o twoje zdrowie psychiczne.

– Zaginęły moje dzieci. Wszyscy są podejrzani, wliczając w to Steve’a. Pogódź się z tym. – Dostała mdłości. Oparła głowę o fotel.

– Zbladłaś – oznajmiła Jana. – Przyniosę ci coś do jedzenia.

Faith zbyła ją machnięciem ręki.

– Jak zamierzasz odnaleźć dzieci osłabiona z głodu?

Jana miała rację. Musiała jeść, zadbać o siebie, żeby mogła dopaść tych ludzi i odzyskać dzieci.

– Okej – odparła.

– Może zupę?

Faith pokiwała głową, a Jana rzuciła notatnik na stolik i poszła do kuchni, gdzie zaczęła przetrząsać szafki w poszukiwaniu garnka.

– Zauważyłam, że zapisałaś na liście „pedofil” – wspomniała Jana, idąc do spiżarni. – Dlaczego?

– Istnieje strona w sieci z wykazem nazwisk i adresów pedofilów mieszkających w tym kraju. Wszyscy znajdujący się w promieniu piętnastu kilometrów od mojego domu znajdą się na liście wraz z każdym, kto kiedykolwiek krzywo na mnie spojrzał.

– Nie planujesz odwiedzać ich w domach, co?

– Oczywiście, że planuję.

Jana machnęła na nią otwieraczem do puszek.

– Policja przesłuchała już sąsiadów i potencjalnych świadków. Wstrzymaj się z tym, przynajmniej dopóki nie porozmawiasz z detektywem o śledztwie.

Nie minęło wiele czasu, nim Jana przyniosła jej miseczkę zupy pomidorowej, łyżkę i serwetkę.

– Proszę. Smacznego.

Faith spojrzała na brzuch siostry. Sięgnęła do własnego. Straciła dziecko. Ciąża trwała osiem tygodni, lekarz stwierdził, że to za mało, by poznać płeć płodu.

– Przykro mi – powiedziała Jana.

Faith niemal mechanicznie uniosła łyżkę do ust. Żal groził rzuceniem jej na kolana. Musiała z nim walczyć, musiała być silniejsza. Nie czuła smaku zupy, ale zjadła całą.

Jana usiadła naprzeciwko niej, rękawem otarła oczy.

– Chcesz więcej?

Faith pokiwała głową i z niepokojem rozejrzała się po salonie.

– Co się stało? – zapytała Jana.

– Craig – palnęła. Chciał być skremowany po śmierci. – Masz jego prochy?

– Tak. Nie chciałam nic mówić, póki nie staniesz na nogi. Chcesz zorganizować pochówek?

– Nie. Jeszcze nie.

– A kiedy?

– Zrobię to, gdy dzieci wrócą do domu. Będą tego potrzebowały. Muszą być na pogrzebie.