Perversion. Perwersja. Perversion Trilogy. Tom 1

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 2
Emma Jean

Wiek: dwanaście lat

Tristan.

Przefantastyczne imię.

Miał tatuaże. I to dużo.

No i był wysoki. I tajemniczy.

Palił papierosy. Wiem, że palenie szkodzi, ale i tak do niego pasowało.

Ta cipa w garsonce myliła się co do niego. Nie był ani niemy, ani głupi. Widziałam w jego złotych oczach błysk inteligencji.

Jest idealny.

Nigdy wcześniej nie pomyślałam o nikim, że jest idealny. Nigdy nawet nie podobał mi się żaden chłopak.

Aż do teraz.

Kiedy go dotknęłam, poczułam między nami przepływ energii, iskrzenie. Wiem, że on też to poczuł, bo wyglądał na poruszonego.

Zaiskrzyło. Na pewno czytałam o tym w jakiejś bajce. I to nie było takie zwykłe kopnięcie prądem, bo nigdzie w pobliżu nie było dywanu ani nie byłam boso.

Spojrzałam na podarty parciany portfel w dłoni i naszła mnie dziwna chęć, by go zwrócić.

Hmm… To jakaś nowość.

Nigdy wcześniej nie odczuwałam poczucia winy. I nie miałam zamiaru tego zmieniać. Odepchnęłam od siebie obce myśli, za bardzo pragnęłam zajrzeć do portfela. Dowiedzieć się więcej o tym Tristanie, tak innym od wszystkich ludzi, których kiedykolwiek poznałam.

Wydobyłam z portfela prawo jazdy. Tristan Paine. Nie miał drugiego imienia.

Ja też nie miałam. Miałam dwa pierwsze imiona. Moi rodzice umarli niedługo po tym, gdy się urodziłam, więc wymyśliłam sobie własną historię moich dwóch imion.

Mama chciała mnie nazwać Emma, a tata Jean. Zawarli więc kompromis i tak zostałam Emmą Jean. Oczywiście stali wtedy nad moim łóżeczkiem, trzymając się za ręce i przypatrując mi się z miłością w oczach. Śpiewali mi też kołysanki, a ich głosy były idealnie zgrane.

Zmyślałam niemal przez cały czas. To był mój sposób na ucieczkę.

Teraz na przykład zmyśliłam cichego, niegrzecznego księcia.

Tristan.

Kilkukrotnie wypowiedziałam w myślach jego imię.

Ciotka Ruby weszła do salonu z rozczochranymi włosami i petem zwisającym jej z ust. Na podbródku miała rozmazaną szminkę.

Szybko schowałam portfel za firanką.

– Co tam masz? – zapytała, sięgnęła za moje plecy i wyciągnęła go.

Spanikowana próbowałam jej go wyrwać.

– Nie! To moje!

– Cicho, dziecko. Obie dobrze wiemy, że to nieprawda.

Miałam DWA imiona. Ciotka Ruby nigdy nie używała żadnego z nich. „Dziecko” było najmilszym z jej określeń wobec mnie.

Nie zadała sobie trudu, żeby rzucić okiem na dowód osobisty ani prawko. Interesowała ją wyłącznie gotówka. Wyjęła z portfela złożony kawałek papieru i obrzuciła go wzrokiem, po czym upuściła na podłogę. Następnie policzyła banknoty. Trzydzieści cztery dolary. Rzuciła mi portfel pod nogi, a pieniądze wsadziła sobie za stanik.

– Twoje małe hobby wreszcie się na coś przydało – wymamrotała, nadal z petem w pomarszczonych ustach. Wzięła kluczyki do samochodu ze stolika w holu zawalonego szpargałami. Nie powiedziała, dokąd się wybiera. Nie musiała.

Kasyno w Lacking, dwa miasteczka od naszego. Nigdzie indziej nie bywała.

Zgasiła peta i zapaliła kolejnego papierosa. Podniosła z podłogi torebkę, otworzyła drzwi wejściowe i wzdrygnęła się, gdy słońce zaświeciło jej w oczy. Osłoniła je dłonią. Nie raczyła się nawet pożegnać, po prostu wyszła, nadal mając na twarzy resztki wczorajszego makijażu.

Usiadłam na podłodze i podniosłam kawałek papieru, który upuściła.

Ramiona opadły mi w wyrazie bezradności. Naprawdę musiałam mu oddać portfel.

Może…

Spojrzałam na świstek. Okazało się, że to zdjęcie. Był na nim mały Tristan i kobieta o takich samych oczach jak jego. Obejmował ją ramieniem, oboje się uśmiechali.

Serce zabiło mi żywiej.

– Emma Jean! – wykrzyknęła Gabby, wpadając przez otwarte drzwi wejściowe.

Jej starsza siostra, Mona, deptała jej po piętach. Mona zignorowała mnie i popędziła po schodach na piętro. Gabby wyglądała na spanikowaną. Długie ciemne włosy posklejały jej się na czole od potu. W oczach miała łzy.

– Co? – zapytałam. Wstałam i schowałam zdjęcie do kieszeni.

– Wyjeżdżam – wyszeptała. – Marco, mój brat, bierze mnie i Monę do siebie.

– Kiedy? – zapytałam przerażona.

Gabby była całym moim światem.

– W przyszłym miesiącu – odparła i popłakała się.

Tej nocy, gdy leżałam w łóżku z moją przybraną siostrą i najlepszą przyjaciółką śpiącą obok mnie, ciotka Ruby wtoczyła się do kuchni z jakimś facetem. Oboje byli roześmiani. Próbowałam odciąć się od ich głosów, zaciskając powieki. Nie mogłam przestać myśleć o tym, że Gabby wkrótce wyjedzie. Wyjęłam spod poduszki zdjęcie, które przycisnęłam do piersi.

Chciałam zasnąć. Wyobrażałam sobie, że jestem księżniczką zamkniętą w wieży, czekającą, aż Tristan przybędzie, by mnie uratować. On także był jednak uwięziony i tylko ja mogłam mu pomóc. Widziałam, jak wyciąga ku mnie dłoń, ale choć próbowałam z całych sił, nie mogłam go dosięgnąć.

Ostatnie, co zobaczyłam przed zapadnięciem w sen, to złote oczy pierwszego chłopaka, którego pocałowałam.

Mojej pierwszej miłości.

Mojej zguby.

Tristanie,

wybacz, że ukradłam twój portfel. Oto trzydzieści cztery dolary, które w nim były, plus pięć dolarów odsetek. Moja ciotka ukradła te pieniądze i wydała je na hazard, więc zarobiłam je, sprzedając lemoniadę z wódką za szkołą. Nadal mam Twoje zdjęcie. Czy mogłabym je jeszcze trochę potrzymać? Jesteś na nim taki radosny. Uśmiecham się na jego widok, nawet gdy jest mi bardzo smutno.

Jeszcze raz przepraszam. Chyba po raz pierwszy w życiu szczerze. Chciałam Ci oddać portfel, ale w domu opieki powiedziano mi, że się wyprowadziłeś. Mam nadzieję, że podoba Ci się w nowym domu.

Muszę już lecieć. W telewizji puszczają nowy show z udziałem magików, uwielbiam go.

Emma Jean Parish

PS Mam nadzieję, że nie przeszkadza Ci, że do Ciebie piszę. W bidulu nie chcieli mi podać Twojego adresu, ale obiecali, że wyślą Ci ten list.

Wszelkie błędy są wybaczalne,

jeśli tylko ma się odwagę do nich przyznać.

– Bruce Lee

Rozdział 3
Tristan

Wiek: szesnaście lat

Kiedy żyje się w systemie opieki tyle lat co ja, w końcu uczy się rozpoznawać pewne sygnały ostrzegawcze, widoczne jak na dłoni po przybyciu do nowego domu. Dragi, ukryte motywy i tak dalej. Byłem niemal pewien, że taką sytuację zastanę w miasteczku, do którego właśnie wjeżdżaliśmy. Wyglądało jak strefa wojny. Nazywało się Lacking. Słyszałem o nim już wcześniej, moja mama pracowała tu w kasynie.

Dom, pod który podjechaliśmy, kompletnie nie pasował do tego miejsca. Był to duży dwupiętrowy budynek z ciemnobrązowym sidingiem i nienagannie przystrzyżonym trawnikiem. Posiadłość otoczona ruinami.

Marci także nie budziła mojego niepokoju. Nie wyglądała, jakby była naćpana czy przygnębiona. Wręcz przeciwnie. Oczy miała ciemnoniebieskie i całkowicie przytomne. Kruczoczarne, długie do ramion włosy były pofalowane i błyszczące, grzywkę zdobiło jasnoblond pasemko. Paznokcie miała pomalowane na czerwono, w kolorze pasującym do jej szminki. Miała na sobie podziurawione czarne dżinsy i wysokie czarne buty na obcasie oraz koszulkę Led Zeppelin rozdartą przy kołnierzyku i obnażającą jedno ramię oraz czerwony pasek od stanika. Makijaż wokół oczu był mocny i ciemny, ale pasował jej, tak samo jak ciuchy. I dom.

Wnętrze zdobiły plakaty różnych zespołów z autografami, a także dziesiątki czarno-białych zdjęć grup ludzi na motocyklach oraz kolorowe fotografie rozsiane po każdym parapecie, stoliku i płaskiej powierzchni.

– No dobra, pozbyliśmy się gajera, możemy pogadać – rzuciła z westchnieniem Marci, opadając naprzeciw mnie na sfatygowany skórzany fotel stojący w salonie.

Usiadłem na sofie znajdującej się na wprost fotela, worek z rzeczami położyłem sobie koło nóg. Merci otworzyła ozdobne pudełko stojące na stoliku obok i wydobyła z niego jointa. Zapaliła i zaciągnęła się od serca, po czym zsunęła buty i skrzyżowała nogi.

Podała mi skręta. Zawahałem się, podejrzewając, że to może być jakiś test. Marci przewróciła oczami i wcisnęła mi skręta w dłoń.

– Ja nie jestem z opieki. W tym domu nic ci się nie stanie, jak sobie buchniesz.

Zaciągnąłem się głęboko, wypełniając płuca dymem. Paliło, niemal się rozkaszlałem.

NIGDY wcześniej nie kaszlałem po blancie.

Moja nowa opiekunka nie tylko miała zioło, ale w dodatku towar był naprawdę ZAJEBISTY.

– No więc… – Marci pochyliła się do przodu i splotła dłonie między kolanami. – Pewnie zastanawiasz się, o co w tym wszystkim biega.

Skinąłem głową, przyglądając się jej przez chmurę dymu wiszącą między nami.

– No cóż, to… skomplikowane. Obiecuję ci jednak, że wszystko ci wyjaśnię, gdy tylko reszta twojej nowej rodziny zjawi się w domu.

Tym razem nie wytrzymałem i zakaszlałem. I to nie od zielska.

– Masz trzech braci – kontynuowała. – Sandy’ego, Diggera i Haze’a. – Akurat załatwiają sprawy rodzinne, ale wrócą do domu na kolację. Mój stary, Brzucho, też niedługo wróci. Nie może się doczekać, żeby cię poznać. – Nagle podniosła się z fotela. – Lubisz pieczeń?

Oddała mi jointa i przeszła do otwartej kuchni. Skinęła dłonią, żebym poszedł za nią. Oparłem się o granitowy kontuar, a Marci uniosła pokrywkę znad dymiącego garnka stojącego nad gazie i zamieszała w nim długą drewnianą łyżką.

Wzruszyłem ramionami. Nie pamiętałem, bym kiedykolwiek jadł pieczeń, więc skąd miałem wiedzieć, czy ją lubię? Pachniała jednak lepiej niż wszystko, co jadłem w życiu, więc byłem gotów dać jej szansę. Ślina napłynęła mi do ust, a w brzuchu głośno mi zaburczało. Uświadomiłem sobie, że od dawna nic nie jadłem.

 

– Głodny? – zapytała Marci, celując łyżką w mój brzuch. Potaknąłem głową. – Hmm… – kontynuowała, wpatrując się w zawartość garnka – ja wiem, że potrafisz mówić, ale nie mam zamiaru cię do tego przymuszać. Chcę, żebyś zrozumiał, że to bezpieczne miejsce. Nikt nie będzie osądzał niczego, co powiesz lub czego nie powiesz.

Nagle poczułem, że jestem jej winien jakąś odpowiedź za jej gościnność i poczęstunek ziołem. Poza tym nie tak dawno rozmawiałem z dziewczyną, której zupełnie nie znałem, więc mogłem się wysilić też dla tej kobiety, która mnie przygarnęła.

– Tak, proszę pani.

Uśmiechnęła się.

– Wiedz jednak, że mamy też w tym domu pewne zasady.

Okej, a więc był haczyk.

Marci przykryła garnek i oparła się łokciami o kontuar.

– Wiem, że powiedziałam, że nie będę cię osądzać – pokiwała palcem, bym się nachylił – ale jeśli jeszcze raz powiesz do mnie „pani”, twoje jaja trafią do gara. – Roześmiała się i wyprostowała.

Sam nie mogłem powstrzymać uśmiechu.

Na razie jednak nadal nie miałem pojęcia, co tu robię ani jak długo tu zostanę.

Marci wyjęła z lodówki tacę z uformowanymi z ciasta kulkami i włożyła ją do piekarnika.

No cóż, przynajmniej nie będę musiał rozkminiać tematu na głodnego.

Drzwi wejściowe otworzyły się z hukiem.

– Ej, bydło, uważać mi na drzwi wejściowe, bo będziecie, kurwa, szpachlować i malować cały dom! – wydarła się Marci.

Do domu wkroczyli trzej chłopcy, mniej więcej w moim wieku, i zaczęli przepraszać jeden przez drugiego.

– Sorki…

– Ups.

– To wina Diggera.

– To są Sandy, Digger i Haze – przedstawiła mi ich Marci. – Chłopcy, to wasz nowy brat, Tristan.

– Stary, to ty! – odezwał się Sandy. Rozpoznałbym jego blond czuprynę i wielki wyszczerz nawet po ciemku. Jakiś czas temu mieszkaliśmy w tym samym bidulu. – Mamuśka, nie mówiłaś mi, że kupujesz znajomego.

– Adopcja to nie handel ludźmi – poprawiła go Marci.

– Jakby była, to Sandy’ego byś znalazła w koszu z przecenami – zażartował Digger, przeglądając się w lustrze wiszącym w holu i poprawiając ciemne włosy.

– Jeb się – odparował Sandy, pokazując mu środkowy palec.

– Digger, nie popisuj się – skarciła chłopaka Marci.

– Przepraszam, mamuś. – Cmoknął ją w policzek.

Kobieta uśmiechnęła się do niego, po czym przyłożyła mu łyżką po łapie – zdążył wsadzić palec do garnka.

– Cieszę się, że tu jesteś, brachu – rzucił Sandy. Wstałem, a on przybił mi żółwika bez dotykania mojej dłoni. – Myślałem, że już nigdy cię nie zobaczę, gdy bidul się spalił.

– Może nie powinieneś był się bawić zapałkami, debilu – skomentował masywny typek z ogoloną na łyso głową, który wyglądał, jakby wyciskał na klatę TIR-y.

To musiał być Haze.

– Ej, spalenie tej zasranej dziury było najlepszą rzeczą w moim życiu, patrz, gdzie dzięki temu jestem – zawołał Sandy znad kuchennego zlewu, gdzie mył ręce. Wytarł je w ręcznik, który podała mu Marci. Chłopak rozejrzał się dookoła i dokończył: – W raju! A poza tym ten bidul i tak by się prędzej czy później zjarał, aż się o to prosił.

Digger parsknął.

– Nietrudno o pożar, gdy się bawi benzyną i starymi szmatami.

– Pomidor! Po-mi-dor! – zanucił Sandy i podniósł z kontuaru stos talerzy. – Mamo, powiedziałaś mu już, co i jak?

– Nie, jeszcze nie. Czekamy na Brzucha. Ale po drodze do domu już zdążył dać się obrobić małej dziewczynce.

Sandy zarżał i podał mi połowę talerzy. Podążyłem za nim w kierunku długiego stołu jadalnego i pomogłem nakryć dla sześciu osób.

– Małe dziewczynki są najgorsze, nikt ich nigdy nie podejrzewa. Co ci zwinęła? Znaczy oczywiście oprócz godności – zapytał Digger, rozkładając serwetki i widelce. – Portfel?

Pokiwałem głową. I jedyne zdjęcie mojej mamy, jakie miałem.

Zacisnąłem pięści.

– Ale nie zostawiła go z pustymi rękami – wtrąciła się Marci, podnosząc z podłogi Pana Pusia, który właśnie bawił się sznurowadłem skórzanego buciora. – Będzie go trzeba zabrać do weta na przegląd. Po kolacji skoczę do zoologicznego po jakieś jedzenie i obróżkę na pchły.

Spojrzałem na nią.

– Tak, zatrzymamy go. – Podrapała kota za uchem. – Jakże mogłabym cię wyrzucić? – odezwała się dziecięcym głosem do kociaka.

– Ziom, kot? Upiekło ci się. Staremu Duncanowi raz jedna mała wcisnęła miniaturowego osła – rzucił Haze, wyciągając z lodówki sześciopak piwa i stawiając po jednym przy każdym nakryciu.

– Wystaw też wodę – nakazała Marci, odkładając Pana Pusia na podłogę.

– Po co? – spytał Haze. – I tak nikt jej nie pije.

– Woda – powtórzyła Marci, mrużąc oczy.

Haze westchnął i udał się do kuchni po szklanki i dzbanek wody.

– Kotek jest śliczny. – Marci znów mówiła do Pana Pusia. – A osiołek starego Duncana jest przesłodki. Szkoda tylko, że zabrakło mu fantazji i nazwał go Osioł.

– Stary Duncan jest trochę nie teges – skomentował Sandy, machając wymownie dłonią w okolicy skroni.

– On tylko tak udaje – huknął głos od wejścia.

W drzwiach stanął ogorzały mężczyzna ubrany w dżinsową koszulę z obciętymi rękawami i skórzaną motocyklową kamizelkę. Wielki bebzon wylewał mu się znad pasa. Był niemal całkowicie łysy, oprócz paska srebrnych włosów nad uszami. Stał w progu, głaszcząc się po długiej siwej brodzie. Nagle zauważył pełen dezaprobaty wzrok Marci skierowany na swoje buciory. Przewrócił oczami i oparł się o framugę, by je zdjąć.

– Duncan jest przebiegły, zaradny, cwany i ogarnięty. Może i nie jest już najmłodszy – spojrzał na Pana Pusia, po czym przeniósł wzrok na mnie – ale wszyscy powinniśmy brać z niego przykład.

– Amen – rzuciła Marci, stawiając na środku stołu koszyk z bułeczkami.

Brzucho zajął miejsce u szczytu stołu.

– Mówią mi Brzucho – rzekł, wskazując mi miejsce obok siebie. – Jestem twoim nowym tatkiem. Możesz mi mówić „Brzucho” albo „tatku”, co ci lepiej leży. Zacznijmy na razie od „Brzucho” i zobaczmy, jak rozwinie się sytuacja.

Cmoknął Marci w policzek.

Kobieta poklepała go po brzuchu i uśmiechnęła się.

– Chyba nie muszę ci tłumaczyć, skąd to przezwisko.

– Ejże – odparł Brzucho, ujmując ją za dłonie i kładąc je sobie na ramionach. – Tęskniłem za tobą.

– Ja za tobą też – zaćwierkała Marci, po czym potarli się nosami, stykając czoła.

– Może idźcie do sypialni – rzucił Sandy, niby pokasłując.

– A ja myślałem, że to mój dom – odciął się Brzucho.

Sandy, Digger i Haze zajęli swoje miejsca. Sandy siedział obok mnie, a Digger i Haze naprzeciw nas. Marci postawiła garnek na środku stołu i nałożyła najpierw Brzuchowi, a następnie każdemu z nas. Moje nozdrza wypełnił najapetyczniejszy zapach, jaki kiedykolwiek poczułem.

Kiedy już wszyscy mieli jedzenie na talerzach, Marci zajęła miejsce na drugim końcu stołu. Brzucho chwycił w dłoń widelec i zakomenderował:

– Chłopaki, można szamać. A ciebie jak mam nazywać? – dodał z ustami pełnymi jedzenia.

Pieczeń była tak pyszna, że niemal nie usłyszałem jego pytania.

Brzucho wpatrywał się we mnie z oczekiwaniem. Pociągnąłem solidny łyk piwa, żeby nie zakrztusić się potężną ilością jedzenia, jaką miałem w ustach.

– Tristan – odpowiedziała za mnie Marci.

Brzucho zmarszczył czoło.

– Podoba ci się to imię? Niezbyt ci pasuje.

To już druga osoba tego dnia, która mi to powiedziała.

Pokręciłem głową.

– To jak mamy ci mówić? – wtrąciła Marci.

Tym razem to Sandy odpowiedział za mnie.

– Ja tam zawsze mówiłem mu Ponury. Bo ciągle nosi kaptur i wygląda jak Ponury Żniwiarz*, taki milczący i w ogóle. – Wytarł usta serwetką i dopił piwo, po czym beknął donośnie. Spojrzał przepraszająco na Marci, szczerząc proste białe zębiska. – Sorki.

Brzucho przekrzywił głowę w zamyśleniu.

– Ponury… Tak, widzę to. Pasuje mu. Znałem jednego Ponurego w czasach, gdy mieliśmy jeszcze własny oddział MC**. Równy gość. Dobry żołnierz. Lubił strugać koniki z drewna. Macher miał taki ostry, że mógł jednym machnięciem golić rzęsy.

Brzucho był członkiem MC, a jego kumpel… strugał koniki z drewna?

Westchnął głęboko, zatopiony we wspomnieniach.

– Zabił tą kosą ładnych paru typów. Skurwiel był niesamowicie szybki. – Zaśmiał się, wziął od Diggera koszyk z bułeczkami i nałożył sobie trzy na talerz, po czym przekazał koszyk mnie.

Wziąłem dwie ciepłe bułeczki i posmarowałem grubo masłem. Uniosłem wzrok i zauważyłem, że Brzucho przygląda mi się uważnie. Pozostali również patrzyli na mnie z zaciekawieniem.

Próbując odwrócić od siebie ich uwagę, wskazałem widelcem na jedzenie i wydusiłem z siebie:

– Dziękuję… Przepyszne, proszę…

Marci się uśmiechnęła zadowolona z komplementu. Uniosła przy tym brew, wyczuwając, że miałem ochotę powiedzieć „proszę pani”. Nie będzie łatwo pozbyć się tego nawyku. Może i byłem nieletnim przestępcą, ale dobrze wychowanym.

Marci machnęła lekceważąco dłonią.

– To nic, poczekaj, aż spróbujesz moich klopsików.

Spojrzała na Brzucha, który uśmiechał się szeroko. Wyczuwałem, że z zupełnie innego powodu niż ona. Nadal wpatrywał się we mnie z uwagą.

Zamarłem z ustami pełnymi jedzenia, czekając, aż powie, o czym myśli. Brzucho wybuchnął rubasznym śmiechem.

– Kurwa, chłopcze, dobrze wiedzieć, że nie jesteś przewrażliwiony. Większość ludzi trochę by się wystraszyła rozmów o zabójstwach przy stole.

No cóż, nie byłem większością ludzi. Wzruszyłem ramionami i wróciłem do jedzenia. Kiedy opróżniłem talerz, Marci nałożyła mi kolejną porcję i podała następne piwo. Usługiwała nam z miłością i radością. Zrozumiałem, że władzę w tym domu sprawuje się nie poprzez przemoc, lecz troskę.

– Wczoraj dostaliśmy nowe playstation, Ponury. Chcesz razem pozabijać kurwiliony zombie? – zapytał Sandy.

Nigdy w życiu nie grałem w gry wideo. Konsole kosztowały setki dolarów, nie dysponowałem taką kasą ani nie znałem nikogo, kto by ją miał.

Skinąłem głową, przyglądając się Sandy’emu. I to tak konkretnie. Miał na sobie firmową koszulkę z twarzą jakiegoś typa. Nie znałem się na modzie, ale rozpoznałem logo i wiedziałem, że ciuch musiał kosztować konkretny hajs. W uszach miał diamentowe kolczyki, i to niemałe. Zauważyłem też na jego palcu motocyklowy sygnet z czarną różą i solidnym czarnym kamieniem.

Pozostali też mieli takie sygnety, nawet Marci, choć jej był nieco bardziej kobiecy i subtelny.

– Patrzcie, zaczyna kminić – skomentował Sandy, celując we mnie widelcem i uśmiechając się z zadowoleniem.

– No, zdecydowanie zaczyna kminić – wtrącił Haze, również rozbawiony.

Pociągnąłem kolejny duży łyk piwa.

– Co kminić? – odezwał się Digger po raz pierwszy, od kiedy usiedliśmy do stołu, i uniósł głowę znad telefonu.

Brzucho uśmiechnął się szeroko.

– Wszystko.


Po kolacji wszyscy pomogliśmy w zmywaniu naczyń. Następnie Brzucho i Marci posadzili mnie na kanapie w salonie i wręczyli mi szklankę whiskey. I to dobrej whiskey. Zaczęli mi wyjaśniać, że teraz jestem członkiem rodziny. Marci uśmiechnęła się słodko i już miała położyć mi dłoń na kolanie, lecz odsunąłem się od niej instynktownie. Nie wyglądała na urażoną, cofnęła rękę i ujęła swoją szklankę w obie dłonie.

– Widzisz, kiedy MC Brzucha zostało wchłonięte przez inną grupę, postanowił, że czas odejść – zaczęła.

– Chciałem założyć własną grupę, opartą na lojalności i szacunku. Czyli tym, czego nie było w moim MC, bo przywódcom brakowało jaj. Sprzedali nas innemu klubowi, kurwy jedne. Jak można sprzedać własną rodzinę? – wtrącił Brzucho, po czym pociągnął solidny łyk whiskey.

Za plecami słyszałem Sandy’ego i Diggera kłócących się, w co mają zagrać. Haze siedział w kącie w bujanym fotelu, paląc blanta i w milczeniu przysłuchując się naszej rozmowie.

– No i jak widzisz, teraz mam taki klub, o jakim marzyłem. – Brzucho zatoczył krąg ręką. – Prawdziwą rodzinę. Tu żyjemy, tu pracujemy. Kierujemy się wrodzonymi instynktami, wcielamy w życie nasze zdolności. Chronimy swoich. To wszystko, o co prosimy.

 

– Co mam robić? – zapytałem.

– To samo, co przedtem. – Brzucho wyciągnął zza pleców teczkę i otworzył ją.

Domyśliłem się, że to moje akta z opieki społecznej.

– Tristan Paine. Problemy z agresją i kontrolą emocji. Sprzeciw wobec autorytetów. Podpalenia. Zakłócanie porządku publicznego. Chorobliwa dociekliwość. Brak sympatii i empatii wobec innych. Wybuchy. Brak trzeźwej oceny sytuacji. Manipulowanie innymi…

Zamknął teczkę i rzucił ją na stolik do kawy.

Nie mogłem dłużej usiedzieć w miejscu. Byłem wściekły. To, co o mnie napisano, może i było prawdą, ale napisali to ludzie, którzy mnie kompletnie nie znali, którzy odsyłali mnie od jednego gównianego domu opieki do drugiego, wciąż dopisując do mojej teczki kolejne diagnozy. Jakby to miało jakkolwiek pomóc.

– Posadź, kurwa, dupę na miejscu – nakazał Brzucho, patrząc mi spokojnie w oczy. – Siadaj, mówię.

Marci chwyciła mnie za dłoń i pociągnęła z powrotem na kanapę, jakby chciała mnie powstrzymać od ucieczki. Emma Jean chyba naprawdę coś we mnie zepsuła, bo nie zabrałem ręki.

Brzucho pochylił się ku mnie.

– Przejrzeliśmy już twoją teczkę. To gówno, które tam nawypisywano, to powód, dla którego tu jesteś. To dlatego chcemy cię tu mieć. Dla świata zewnętrznego to lista problemów, ale dla nas – zaśmiał się i wskazał na teczkę – dla nas to najpiękniejsze CV na świecie.

Byłem totalnie skołowany. Jednym haustem opróżniłem szklankę do końca.

– Nic się nie bój, jesteś wśród swoich. – Marci ścisnęła moją dłoń.

Brzucho wstał i wyciągnął do mnie rękę. Uścisnąłem ją, a on przytrzymał mnie w uścisku, jakby chciał mi w ten sposób przekazać, że jestem mile widziany.

W drzwiach salonu stanął Sandy. Oparł się o framugę i skrzyżował ramiona na piersi. Uśmiechnął się szatańsko.

– Witaj w rodzinie, Ponury – rzucił.

Brzucho puścił moją dłoń i rozłożył ramiona jak kapłan.

– Witaj w Bedlam, synu.

– Witaj w domu – dodała Marci.

Emmo Jean Sztuczko,

możesz zatrzymać sobie to zdjęcie, jak długo zechcesz, tylko proszę, pilnuj go i oddaj mi je kiedyś. Mój nowy dom jest zupełnie inny niż poprzednie, myślę, że mi się tu spodoba.

Magia? W sensie karciane sztuczki? To do Ciebie pasuje, biorąc pod uwagę, jaka z Ciebie kuglarka – w końcu nie dość, że wcisnęłaś mi kota, to jeszcze gwizdnęłaś mi portfel.

Od teraz będę do ciebie mówił Sztuczka!

Co cię tak smuci, że potrzebujesz mojego zdjęcia na rozweselenie?

T.

Tristanie,

dziękuję, że mi odpisałeś! Dobrze wiesz, że życie dzieciaka w systemie opieki społecznej nie jest za wesołe. Zawrzyjmy układ. Nie będę pisać o gównianych rzeczach, jeśli ty także nie będziesz o nich pisał. Pisanie do Ciebie to jedna z dobrych rzeczy.

Sztuczka? Nigdy nie przepadałam za ksywkami. Pewnie dlatego, że zawsze odnoszą się do moich włosów. Loczek, Sierotka Marysia, Kołtun… Zero oryginalności. Poza tym lubię swoje włosy. Co drugi dzień... 😊

Owszem, kocham magię. Zawsze kochałam. Oszukiwanie innych jest trochę jak magia, tyle że dostarcza więcej emocji.

Znam wszystkie karciane triki. Potrafię rozwiązać większość węzłów. A, no i uwielbiam cytaty. Przyklejam wycinki ze złotymi myślami taśmą do ścian pokoju.

Nigdy wcześniej nikomu tego nie mówiłam, ale uwielbiam też pisać opowiadania. Głównie bajki.

Zdradź mi jakiś swój sekret. Coś, czego nikomu wcześniej nie mówiłeś.

Sztuczka

PS Uwielbiam tę ksywę!

Wszyscy mamy w sobie magię.

– J.K. Rowling

Sztuczko,

uważam, że powinnaś kochać swoje włosy każdego dnia. Są jedyne w swoim rodzaju, zupełnie jak Ty. Musisz mi kiedyś pokazać kilka karcianych sztuczek. Ja potrafię tylko przetasować talię, ale jeden z moich nowych braci uwielbia gry karciane i komputerowe, i… wszelkie inne.

Nie musisz mi opowiadać o smutnych rzeczach. Ja nie będę opowiadał o swoich. Zresztą, szczerze mówiąc, raczej nie bywam smutny. Mam to nawet w aktach.

Dziś pierwszy raz w życiu zrobiłem coś… Nie, nie mogę Ci o tym napisać. Ale poczułem się dobrze. Jakbym znalazł swoje miejsce na ziemi. Chciałbym, żebyś mogła poznać moją nową rodzinę. Są podobni do Ciebie, niezłe z nich sztuczki.

Mój sekret? W ten dzień, kiedy Cię poznałem, dotknęłaś mnie i byłaś pierwszą osobą od bardzo długiego czasu, która to zrobiła. Czułem się, jakbym żył w szklanej bańce, a Tobie udało się ją rozbić. Od tego dnia codziennie czuję się coraz lepiej. Można powiedzieć, że zadziałała na mnie Twoja magia.

T.

PS Obejrzałem dzisiaj show magiczny. Jeśli potrafisz sprawić, że zniknie Wieża Eiffla, obiecuję się tam pojawić!

Tristanie,

Twój sekret… ŁAŁ. Ja też coś poczułam tego dnia. Winę. Po raz pierwszy w życiu czułam się winna, że kogoś okradłam.

Cieszę się, że Ci w czymś pomogłam. Ale nie sądzę, żebym miała jakieś supermoce. Chociaż byłoby świetnie. Po Twoim ostatnim liście przez dwie godziny próbowałam przesunąć książkę po stole za pomocą siły umysłu.

Niestety nic z tego.

Bardzo się cieszę, że znalazłeś swoje miejsce na ziemi. Naprawdę. Mam nadzieję, że mi też kiedyś się to uda.

Wiem, że miałam nie pisać o smutnych rzeczach, ale moja najlepsza przyjaciółka, Gabby, wyprowadza się jutro do swojego brata. Jest dla mnie najważniejszą osobą na świecie, wszystkim, co mam. Nie wiem, co ja bez niej zrobię. Cioci Ruby ciągle nie ma w domu, a kiedy już jest, tylko na mnie krzyczy i mnie wyzywa albo sprowadza obcych facetów, którzy też mną pomiatają.

Napisz mi, proszę, że jesteś szczęśliwy. To mi bardzo pomoże. Może ja też kiedyś trafię w jakieś miejsce, gdzie zaznam szczęścia.

A może mógłbyś mnie kiedyś odwiedzić? Albo ja Ciebie? Mam pieniądze na bilet autobusowy, jakby co.

To znaczy nie mam, ale da się załatwić. Tylko napisz mi, gdzie mieszkasz.

Emma Jean

Ci, którzy wiedzą, gdzie ich miejsce,

mają odwagę być niedoskonałymi.

– Brené Brown

* W krajach anglojęzycznych Ponury Żniwiarz (Grim Reaper) jest personifikacją śmierci (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).

** MC (Motorcycle Club) – skrót używany również w Polsce jako określenie klubów motocyklowych.