Perversion. Perwersja. Perversion Trilogy. Tom 1

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Miłość powinna być jak bajka.

Nasza miłość jest jak życzenie śmierci.

Jestem zabójcą Bractwa Bedlam.

Ona jest naciągaczką pracującą na zlecenie

mojego największego wroga.

Ja ją wykorzystuję.

Ona mną manipuluje.

Stoimy po dwóch stronach krwawej wojny.

Serce i głowa podpowiadają mi,

że powinienem się od niej trzymać z daleka.

Żądza podpowiada mi, że chuj z tym.

W miłości i wojnie gangów wszystkie chwyty są dozwolone.

Dla tych, którzy myślą, że są na świecie sami.

Nie jesteście sami.

Jesteście kochani.

Jesteście jedyni w swoim rodzaju.

Jesteście ważni.

Jesteście WSZYSTKIM.

Dla małego chłopca, Jamesa, znanego też jako Uczniak,

który właśnie dostał nowe serduszko.

Cała moja miłość i znacznie więcej.

A także dla L&C.

ZAWSZE.

perwersja

rzeczownik

1. odejście od pierwotnego znaczenia, stanu lub kierunku ku zniekształceniu bądź rozpadowi pierwotnego zamierzenia: Wszelkie zło jest perwersją dobra

2. zachowania lub potrzeby seksualne uważane za anormalne albo nieakceptowalne

LACKING, FLORYDA

Informacje statystyczne:

Liczba mieszkańców: 15 224

Średni wiek mieszkańców: 26,6

Przeciętny dochód w przeliczeniu na gospodarstwo domowe: 13 372 $

Wskaźnik ubóstwa: 74,8

Ocena poziomu bezpieczeństwa w mieście (w skali 1–100): 2

Złu brak własnej postaci, jest wyłącznie defektem, nadmiarem, perwersją i rozkładem tego, co postać ma.

– John Henry Newman

Prolog
PONURY

Od wielu lat ulice Lacking spływają krwią. Przemoc eskaluje z każdym mijającym dniem. Ciała podziurawione kulami gniją na ulicach i chodnikach. Jako ostrzeżenie. Jako oznaka władzy.

Jako przypomnienie o tym, kto tu decyduje o śmierci i życiu. Trzy największe gangi nieustannie konkurują o ten zaszczyt.

Ludzie w tym pokrytym graffiti mieście żyją w lęku przed ciągłym rozlewem krwi, kuląc się na dźwięki nieustających kanonad broni palnej; przed znalezieniem się w złym miejscu w złym czasie, założeniem ubrań niewłaściwego koloru lub powiedzeniem czegoś nie tak. Przed opowiedzeniem się po niewłaściwej stronie w obliczu typa trzymającego pierdoloną spluwę w ich ustach.

Ludzie nie wychodzą z domu po zmroku.

Niektórzy w ogóle nie wychodzą już z domu.

Jedynym prawem jest tu prawo gangów. Sprawiedliwość wymierza się nożem lub spluwą. Coś jak skrzyżowanie miasteczka rodem z westernu ze światem po jebanej apokalipsie.

To także mój dom.

Jestem jednym z powodów, dla których ludzie tak bardzo boją się wychodzić z domów.

W moich żyłach płynie krew moich ofiar.

Nie da się robić czegoś naprawdę dobrze, jeśli nie ma się do tego smykałki. Gdybym był dobry w czym innym, jak sztuka czy biznes, ludzie powiedzieliby, że mam talent. Pasję. Nie jestem jednak żadnym kurewskim księgowym. Ani artystą. Specjalizuję się w zemście. Żyję tym. Odbieram życie osobom, które zagrażają członkom mojego Bractwa. Żeby pokazać innym, na co nas stać. I kto tu rządzi.

A także dla czystej, pierdolonej przyjemności.

Jestem urodzonym zabójcą.

Gdybym żył w średniowieczu, byłbym typem w kapturze ścinającym ludziom głowy na rozkaz króla. Nie mam wyrzutów sumienia. I nigdy się nie waham.

Ba, pragnę tego.

Mówią na mnie Ponury.

Jestem zabójcą w Bractwie Bedlam.

Jeśli kiedyś mnie zobaczysz, zmów paciorek.

Żarcik.

Nie zobaczysz mnie.

Rozejm został zawarty wkrótce po tym, jak gubernator zagroził sprowadzeniem Gwardii Narodowej. Od tamtego czasu panuje spokój.

Aż za bardzo.

Gdy się dobrze wsłuchać, można niemal usłyszeć odgłos przeładowywanych spluw.

Klik, klik, klak.

Klik, klik, klak.

Rozejm miał trwać rok.

Minęło dziesięć miesięcy.

Klik.

Klik.

KLAK.


Rozdział 1
Tristan

Wiek: szesnaście lat

Emma Jean Parish miała dzikie kręcone włosy i pasujący do nich charakter.

Poznaliśmy się, kiedy wmusiła mi swoją pusię. Mówię o kocie. Parszywym małym gnojku z problemami dorównującymi moim.

To był dzień przeprowadzki.

Właśnie pakowałem worek na śmieci zawierający wszystkie moje doczesne dobra do samochodu obcej babki imieniem Marci. Wzięła się znikąd, jak jakiś duch przeszłych pokoleń niechcianych dzieci, i powiedziała mi, że mnie zabiera.

Ot tak.

Z jej opowieści o tej miejscówce wywnioskowałem, że to placówka przejściowa dla takich jak ja. Za starych na adopcję i zbyt problematycznych, żeby ktokolwiek ich chciał. Nie pytałem o nic więcej, nie tylko dlatego, że nie miałem wyboru, ale też dlatego, że po prostu nie mówiłem. Nie żebym był niemy. Po prostu nie mówiłem, i tyle.

Słowa nic nie znaczą. Kiedy już zdamy sobie z tego sprawę, mówienie staje się gównianym ciężarem zamiast narzędziem komunikacji.

Poza tym byłem dzieckiem systemu. Szedłem tam, gdzie mnie zabierali, a po jakimś czasie zabierali mnie gdzie indziej.

Czasem tego nienawidziłem.

Czasem poważnie tego nienawidziłem.

Tym razem było inaczej. W wielu aspektach. Zwykle podrzucała mnie moja opiekunka socjalna, a ludzie, którzy mnie przyjmowali, cieszyli się z tego mniej więcej tak samo jak z ulotek w skrzynce pocztowej.

Nigdy wcześniej nikt nie przyjechał po mnie osobiście.

Zwisało mi to kompletnie, o ile nie planowała zrobić ubrania z mojej skóry. Nie mogłem się doczekać wyjścia z domu opieki dla chłopców. Zwłaszcza że nie byłem już chłopcem. Zresztą nigdy nie czułem się dzieckiem, nawet gdy nim byłem.

Już miałem wrócić do środka, gdzie Marci rozmawiała właśnie z moją opiekunką o przeniesieniu i zapewne o moich problemach z zachowaniem: aktach policyjnych, problemach z uznawaniem autorytetów, napadach wściekłości, braku zdolności komunikacyjnych i tak dalej. I wtedy ją zobaczyłem.

Dziewczyna wyglądała na kilka lat młodszą ode mnie. Stała po drugiej stronie ulicy, kilkukrotnie się rozejrzała w obie strony, powoli i uważnie. Nagle ruszyła pędem przez drogę, jakby to była co najmniej autostrada, a nie wąska, pozbawiona nawierzchni uliczka, którą rzadko ktokolwiek przejeżdżał.

Szalone miodowoblond włosy sterczały jej na wszystkie strony. Wyglądały jak skrzyżowanie mopa z Meduzą. Te włosy pasowały bardziej do lalki niż żywej, oddychającej istoty ludzkiej.

W ramionach trzymała małego pręgowanego kociaka. Po jej spuchniętej, zaczerwienionej buzi spływały łzy. Na dolnej wardze miała ślady zębów – zagryzała ją widocznie, żeby stłumić szloch. Miała na sobie długie, podarte dżinsowe szorty sięgające jej do kolan i za dużą koszulkę z krótkim rękawem zawiązaną na supeł na biodrze. Logo na koszulce było tak sprane, że niemal niewidoczne.

– Proszę pana! – zawołała i zatrzymała się na chodniku przede mną.

Spojrzałem w lewo, prawo i za siebie. Byliśmy sami. Miałem szesnaście lat. Niemożliwe, żeby mówiła do mnie. A jednak stała przede mną, dysząc i sapiąc. Jej wielkie oczy były za duże w stosunku do jej twarzy. Miały niebieskozielony odcień i były zamglone łzami.

Zawiązałem mój worek na śmieci na supeł, patrząc na nią wzrokiem, który mówił: „Czego chcesz?”.

Mała trzymała kota w duszącym uścisku za szyję, nogi dyndały mu w powietrzu, ale jakoś dziwnie go to nie ruszało. Mały gnój przyjrzał mi się uważnie i zasyczał. Dziewczynka głośno zachichotała. Przestąpiłem zakłopotany z nogi na nogę. Nie byłem nawykły do śmiechu.

Przestała się śmiać równie szybko, jak zaczęła. Zrobiła poważną minę, jakby coś jej się przypomniało.

– Moja przybrana mama, ciotka Ruby, powiedziała, że nie mogę zatrzymać Pana Pusia. – Pociągnęła nosem. – Powiedziała… Powiedziała, że mam go oddać… – Wzięła drżący oddech i przycisnęła futrzaka mocniej do siebie. Ramiona zaczęły się jej trząść od płaczu.

Skrzyżowałem ręce na piersi. Pomimo jej chichotów i łez wywołanych sprawą z Panem Pusiem wyczułem w niej podobny smutek do mojego.

Dziewczyna spojrzała na dom za moimi plecami.

– Też jesteś dzieciakiem z przybranej rodziny, nie?

Skinąłem głową.

– Umiesz mówić? – zapytała niewinnie.

Nie mogłem pokręcić ani pokiwać głową. Na to pytanie nie było odpowiedzi „tak” lub „nie”. Owszem, umiałem mówić. Ale nie mówiłem.

Nigdy.

Przyjrzała mi się uważnie, zatrzymując wzrok na kiepskich tatuażach pokrywających moje ramiona. Wszystkie zostały wykonane przez bandziorów i niby-artystów w poprawczakach w całym stanie. Były to zaledwie surowe szkice, zadrapania zrobione spinaczami lub zaostrzonymi ołówkami, w które następnie wcierało się tusz z długopisu. Miałem plan, by kiedyś je zakryć czymś przykuwającym uwagę, imponującym i wymownym.

Gdy tylko coś takiego znajdę.

Dziewczyna spojrzała na kota i znów na mnie. Rzęsy miała mokre od łez. Czego ona ode mnie, kurwa, chciała? Chociaż na dworze było ze trzydzieści stopni, zarzuciłem na głowę kaptur.

 

– Dobrze się pan czuje? – Mała wytarła nos wierzchem dłoni.

Co z nią, kurwa, nie tak? To przecież ona płakała, a pyta mnie, czy dobrze się czuję.

Gówno wiedziałem o dzieciakach, choć formalnie rzecz biorąc, sam jeszcze byłem dzieckiem.

Zatrzasnąłem bagażnik wozu Marci. Tablica rejestracyjna ozdobiona krwawiącą czerwoną różą zadrżała. Odwróciłem się plecami do dziewczynki i ruszyłem podjazdem ku domowi.

– Proszę, zaczekaj! Nie przedstawiliśmy się sobie. – Dziewczynka wyminęła mnie biegiem i rzuciła się przede mnie, zagradzając mi wejście do domu. Umieściła kota w zgięciu jednej ręki, a drugą wyciągnęła do mnie. – Nazywam się Emma Jean Parish. Dopiero co skończyłam dwanaście lat, lubię magię i czytanie. Lubię też bajki, choć ciocia Ruby mówi, że jestem już na nie za stara. Nie lubię za to strasznych filmów i krzyków – nawijała jak najęta. – A ty?

Uśmiechnęła się smutno i pociągnęła nosem. Jej mała rączka wisiała w powietrzu przede mną.

Westchnąłem ciężko. W jej oczach widziałem wyraz determinacji, nie miała zamiaru mi odpuścić, dopóki jej nie odpowiem. Spojrzałem na jej dłoń i uniosłem brew.

– Nie musisz nic mówić, jeśli nie chcesz. Umiesz migać? – zapytała, a ja zdałem sobie sprawę, że patrzy prosto na mnie, abym mógł czytać z ruchu jej warg. – Nauczyłam się alfabetu migowego ze starej encyklopedii. Umiem już literować wyrazy, ale niewiele więcej.

A więc myślała, że jestem głuchy.

Wielu ludzi tak myślało.

Kiedy pierwszy raz trafiłem pod opiekę systemu, zostałem skierowany na zajęcia z języka migowego, gdyż wszyscy myśleli, że nie potrafię się komunikować. Nauczyłem się tam tego i owego. Mała zaczęła migać to samo, co przed chwilą powiedziała. Używała do tego rączki, którą nie dusiła akurat kota. Wysunęła język, zawzięcie się koncentrując na tym, by każdą literę pokazać idealnie. Jak tak dalej pójdzie, nigdy nie zostawi mnie w spokoju.

W przypływie frustracji wyrzuciłem z siebie:

– Mam na imię Tristan. Nie jestem głuchy.

Dźwięk mojego głosu, niesłyszanego od wielu lat, zaskoczył mnie tak samo jak ją.

– Tristan? – Uśmiechnęła się, przekrzywiając głowę na bok. – Nie jesteś głuchy?

Pokręciłem głową.

– Tristan… – powtórzyła. Wyciągnęła rękę i chwyciła delikatnie moją dłoń. Uścisnęła ją mocniej niż niejeden dorosły mężczyzna, nie to jednak zszokowało mnie najbardziej.

Coś przeskoczyło między naszymi dłońmi. Coś pękło na drobne kawałki. Byłem zbyt młody na zawał serca, co, do kurwy nędzy, się działo?

Spojrzałem zdziwiony na nasze złączone dłonie. Nie odezwałem się do nikogo od dawna, nikt także od dawna mnie nie dotknął. To na pewno to. Otrząsnąłem się, by pozbyć się tego wrażenia, napięcie między nami jednak nadal aż buczało.

–To zabawne, nie wyglądasz mi na Tristana.

Fakt. Wyglądałem na kryminalistę. Bandziora. Nie mogłem się z nią nie zgodzić – nigdy nie pasowało mi moje imię. Tristan było imieniem dla kogoś, kto chodzi do wymyślnej prywatnej szkółki i odrabia grzecznie lekcje przed treningiem lacrosse. Nie kogoś, kto spędził więcej życia w celi niż w szkolnej sali, a ołówka używał tylko jako broni.

– Podoba mi się. – Zamyśliła się, głaszcząc kociaka. – To znaczy ładne imię. Ale nie dla ciebie. Powinieneś coś z tym zrobić. – Przycisnęła usta do głowy kota.

Zapaliłem papierosa. Ponad głową Emmy Jean dostrzegłem moją opiekunkę rozmawiającą przy stole z Marci. Uśmiechała się uprzejmie i kiwała głową. Miałem nadzieję, że się pospieszą i będę mógł stąd wreszcie spierdalać.

Oparłem się o czarnego firebirda i głęboko zaciągnąłem, żałując, że dziś rano sprzedałem resztkę mojego zielska panu Arnoldowi, osiemdziesięciolatkowi, który mieszkał w domu obok bidula.

– Nawet nie zapytasz, czemu jestem taka zdenerwowana?

Pokręciłem głową, ale Emma ciągnęła niezrażona:

– Widzisz, to z powodu Pana Pusia. Przy okazji, nie znasz kogoś, kto chciałby kociaka? Bo ciotka Ruby mówi, że albo pozbędę się go dziś sama, albo zabierze go do… do schroniska.

Ścisnęła kota, który zaczął się wyrywać. Mała trzymała mocno, nie zważając na to, że niemal miażdży zwierzaka.

– I… I…

Znów zaczęła łkać. Twarz jej poczerwieniała, otworzyła szeroko usta i zacisnęła powieki, becząc w głos. Podrapałem się w nadgarstek. Kurwa, nigdy nie wiedziałem, co mam zrobić, gdy dzieciaki zaczynały wyć. Jak to się, kurwa, wyłączało? Rozejrzałem się w nadziei, że ktoś zaraz ją zabierze, ale nikogo nie dostrzegłem.

– No więc? Znasz kogoś, kto zaopiekuje się Panem Pusiem? To słodki kociak.

Pan Pusio zaprzeczył prychnięciem.

Ponownie pokręciłem głową.

Oczy Emmy Jean, już i tak wielkie, zrobiły się jeszcze większe z przerażenia. Rozpłakała się jeszcze głośniej. Wolną ręką ponownie złapała mnie za ramię. Znowu poczułem przepływ prądu, tym razem nawet mocniejszy, jakbym wsadził widelec do kontaktu.

Czemu ona mnie musi, kurwa, dotykać?

Miałem ochotę oderwać jej dłoń, ale zaciskała ją jak pitbull szczęki. Musiałbym jej połamać palce.

Zrobienie krzywdy małej dziewczynce spowodowałoby powrót do poprawczaka, a dopiero co stamtąd wyszedłem. Absolutnie nie miałem ochoty tam wracać, zwłaszcza że sędzia zapewnił, iż następnym razem będę sądzony jako dorosły.

Nie chciałem wracać do poprawczaka, a poprawczak to pestka w porównaniu do pierdla. NAPRAWDĘ nie chciałem wylądować w pierdlu.

– Nic nie rozumiesz, Tristanie! Jeśli Pana Pusia nikt nie adoptuje w schronisku, zostanie uśpiony! – Wzięła drżący oddech. – Niby nie brzmi to tak źle, bo wiesz, kto nie lubi sobie pospać… Ciocia Ruby ciągle podsypia, jak tylko nie siedzi w kasynie w Lacking. Ale nauczycielka mojej najlepszej przyjaciółki, Gabby Vegi, jest wolontariuszką w schronisku i powiedziała, że to tylko kłamstwo, które się wciska dzieciakom. – Głośno siąknęła i pochyliła się ku mnie. Z każdym słowem mocniej zaciskała dłoń na moim ramieniu. Zniżyła głos do szeptu. – Uśpienie wcale nie oznacza spania. Oznacza… – Puściła moją rękę, by zakryć obiema dłońmi uszy Pana Pusia. Potarłem ramię dłonią. – Oznacza śmierć zwierzęcia. – Z jej ust wyrwał się stłumiony szloch. Zakryła buzię dłonią i odsunęła się o krok, spoglądając na mnie błagalnie tymi wielkimi szklistymi oczami.

Byłem w stanie myśleć tylko o tym, jak spławić małą, nie zdążyłem jednak nic wymyślić, zanim zaczęła znów beczeć. Jej płacz odbijał się echem między budynkami.

Zwykle nie okazuję emocji, głównie dlatego, że nie mam ich za wiele, ale ta gówniara spowodowała, że zacząłem zaciskać i prostować palce u rąk. Musiałem jakoś sprawić, żeby się zamknęła.

Wszystko będzie dobrze – rzekłem w myślach, wzruszając przy tym nonszalancko ramionami.

– Jak? Jak ma być dobrze, skoro Pan Pusio pójdzie na karmę dla robaków? – zawyła.

Kurwa. Kurwa. Kurwaaaaa.

Ponownie zaciągnąłem się papierosem i zatrzymałem dym w płucach. Może uda mi się udusić i skrócić swoje męczarnie.

Spojrzałem na okno kuchni i napotkałem spojrzenie Marci. Kurwa, nie ma opcji, żebym został w bidulu przez tę jebaną dzieciarę.

– Zamknij się – rozkazałem. Ale mówiłem za cicho, nie usłyszała mnie. Sam siebie ledwo słyszałem.

– Nikt go nie chce! – wyła młoda. Odchyliła głowę ku niebu i rozwarła szeroko usta. Ramiona opadły jej tak nisko, że bałem się, że zaraz dotkną ziemi.

Ponownie spojrzałem w kierunku domu. Moja opiekunka socjalna stała teraz przy oknie, celując palcem w naszym kierunku.

Ja pierdolę.

Skinąłem na małą ręką, dając jej sygnał, by poszła za mną za ścianę domu. Gdy już znaleźliśmy się poza zasięgiem widoku z okna, odebrałem z jej ramion syczącego Pana Pusia.

Mała natychmiast promiennie się uśmiechnęła i entuzjastycznie pokiwała główką. Płacz ustał jak ucięty nożem. W końcu udało mi się ją wyłączyć.

– Weźmiesz Pana Pusia? – zapytała, ukazując w uśmiechu zęby, za duże w stosunku do jej głowy. Nie zaczekała na odpowiedź, której i tak bym nie udzielił. – Tak, tak, tak! Dziękuję ci, dziękuję! – wykrzyknęła, stając na palcach, by móc mnie uścisnąć.

Próbowała mnie pocałować w policzek, a ja w tym samym momencie odwróciłem głowę… Pocałunek wylądował na moich ustach. Zamarłem zszokowany. Mała również się nie odsunęła.

Sekunda. Dwie. Trzy.

Pusio, ściśnięty między nami, głośno zamiauczał. Drzwi bidula otworzyły się i zamknęły. Emma Jean oderwała się ode mnie, marszcząc brwi ze zmieszania.

Dobiegły nas głosy Marci i opiekunki.

– Gdzie on się podział? – zapytała Marci. W jej głosie pobrzmiewało zmartwienie.

– Może uciekł – rzuciła obojętnym tonem opiekunka. – Moglibyśmy go zawołać, ale i tak nie odpowie. Jest pani pewna, że go pani chce? Ci specjalni, no wie pani, „niepełnosprawni umysłowo”, sprawiają najwięcej problemów. A on zdążył już nieźle nabroić. Nie dość, że jest duży i niemy, to jeszcze potrafi być niebezpieczny.

Zaśmiałem się cicho. Ta durna suka nie miała pojęcia, do czego byłem zdolny.

Spuściłem wzrok na Emmę Jean, która przysłuchiwała się ich rozmowie z zainteresowaniem. Jej twarz poczerwieniała, a dłonie zacisnęły się w piąstki.

Marci zaczęła coś mówić, ale Emma Jean jej przerwała, wyskakując zza rogu budynku.

– Jak pani śmie! – wydarła się, celując oskarżającym palcem w opiekunkę. – Tristan nie jest niemy! Pani jest głupia i gówno wie!

Fakt, że dziewczynka, która znała mnie od jakichś dziesięciu minut, staje w mojej obronie, jakbyśmy się znali całe życie, rozbawił mnie i jednocześnie skonsternował.

– A ty kim jesteś? – zapytała opiekunka wystudiowanym, sztucznie zatroskanym głosem. Pochyliła się i oparła dłonie na kolanach, by zrównać się z Emmą Jean. – A tak w ogóle to przykro mi, ale się mylisz. Tristan nie umie mówić, kochanie. Mam go pod opieką od wielu lat. Nie odezwał się nigdy ani słowem – dokończyła i wyprostowała się.

– To tylko dowodzi, jak mało pani wie. – Emma oparła dłonie na kościstych biodrach. – Jak pani myśli, skąd wiem, jak on ma na imię? – Zrobiła efekciarską pauzę. – A tak, bo mi POWIEDZIAŁ.

– On… On mówi? – zapytała opiekunka, spoglądając na mnie ponad głową Emmy Jean.

– O boszsz… – Dziewczynka przewróciła oczami. – Nie pomyślała pani nigdy, że może on po prostu nie chce z panią rozmawiać? Albo że się nie odzywa, bo wszyscy wokół nic tylko kłapią jadaczkami i rzucają puste obietnice, a on nie chce już słyszeć ani jednego słowa więcej z pani durnych, kurewskich usteczek? – Emma mówiła tak, jakby broniła już nie tylko mnie, lecz także siebie. – To nie Tristan jest głupi, tylko PANI! – Mała aż fuknęła ze złości.

O. Ja. Pierdolę.

Marci stojąca za plecami opiekunki aż się trzęsła od ledwo powstrzymywanego śmiechu, zakrywając dłonią usta.

Emma pochyliła się, jakby chciała coś podnieść z ziemi, po czym wyprostowała się i pokazała opiekunce środkowy palec. Ta stała jak wmurowana, niezdolna nic odpowiedzieć. Emma Jean opuściła palec, ale nadal wpatrywała się w kobietę z nienawiścią w wytrzeszczonych wielkich oczach o kolorze klejnotu. To spojrzenie mogło zabić, jak laser. Jej łzy sprzed kilku chwil nabrały nowego znaczenia. Wiedziała, co to ból.

– Cytując nieśmiertelnego Boba Dylana… – Emma niemal wypluła z siebie: – „Nie krytykuj tego, czego nie potrafisz zrozumieć”.

Dziewczynka spojrzała na mnie. Opiekunka zebrała szczękę z ziemi. Mała uśmiechnęła się do mnie słodko. To była zupełnie inna Emma Jean niż ta, która płakała nad losem kota.

– Do zobaczonka, Tristan! – Ruszyła podjazdem ku ulicy, po chwili jednak się odwróciła i rzuciła pod adresem Marci: – A pani niech się nim dobrze zaopiekuje!

– Oczywiście, kochanie – odparła Marci, roześmiana.

Tym razem Emma Jean nie rozejrzała się na prawo i lewo przed przejściem na ulicę, lecz popędziła przed siebie i zniknęła między domami.

Kociak w moich ramionach zasyczał i wbił pazurki w rękaw mojej bluzy, przypominając mi o swoim istnieniu. Poprawiłem chwyt, ale dało mu to jedynie większe pole do popisu. Pazurki przebiły materiał i wbiły mi się w skórę.

Mały gnój.

Opiekunka, mamrocząc pod nosem, wsiadła do swojego buicka.

– Powodzenia – rzuciła i odjechała.

Nie spojrzałem za nią, nadal wpatrywałem się w miejsce, gdzie zniknęła Emma Jean.

Co tu się właśnie, kurwa, wydarzyło?

– Mała dziewczynka właśnie pocisnęła pani Erikson – powiedziała Marci, jakby usłyszała moje myśli. Odwróciłem się i odkryłem, że stoi obok mnie z dłonią opartą o błyszczący czarny pas, który zwisał jej na biodrze. Spojrzała na Pana Pusia. – A tobie wcisnęła kota, i to bez worka. – Uśmiechnęła się, zaciskając usta, jakby powstrzymywała śmiech. Nie rozumiałem, co ją tak cieszy. – Zakładam, że płakała i błagała cię, byś zaopiekował się tym sierściuchem.

 

Pusio znowu zasyczał, odpychając się ode mnie wszystkimi czterema łapami.

– Kurwa – zakląłem na głos, ponownie sam siebie zaskakując.

Marci nie skarciła mnie, tylko szerzej się uśmiechnęła.

– Ta mała dziewczynka – wskazała podbródkiem w kierunku, w którym oddaliła się Emma Jean – właśnie wykręciła ci numer stary jak świat. Znajdowanie domów bezdomnym zwierzętom… Wszystkie chwyty dozwolone. – Przycisnęła pięść do ust, a ramiona zatrzęsły jej się od tłumionego śmiechu.

Spojrzałem ponownie na parszywą kreaturę w swoich ramionach i przewróciłem oczami. Ależ byłem durny. Mała okazała się znacznie sprytniejsza, niż się wydawała.

Spojrzałem na Marci, a potem na domy po drugiej stronie na ulicy.

– Zupełnie jak ja w jej wieku – skomentowała. – Na takie trzeba uważać najbardziej: oszustki z wielkim sercem.

Emma Jean Parish. Odezwałem się do niej. Dotknęła mnie. Broniła mnie. Pocałowała mnie.

NABRAŁA MNIE.

Byłem skołowany i wkurzony.

Byłem także pod niemałym wrażeniem.

– A co to za śliczny kotek? – Marci podrapała kota po głowie. Podły gnojek zamruczał i potarł łebkiem o jej dłoń. Wyjęła mi Pana Pusia z rąk i przytuliła go do piersi. – Ta dziewczyna któregoś dnia albo podbije świat – zsunęła okulary przeciwsłoneczne z czubka głowy na oczy – albo go, kurwa, wysadzi w powietrze.

Nie wątpiłem w to. Ani przez chwilę.

Marci obeszła firebirda i otworzyła drzwi od strony kierowcy.

– Wsiadaj, pora jechać do domu.

Domu?

– A tak przy okazji, sprawdź portfel. – Marci wsiadła do samochodu i położyła sobie Pana Pusia na kolanach. Odpaliła silnik.

Wsadziłem ręce do kieszeni znoszonych dżinsów.

Nic.

Ożeż kurwa mać!

Tak oto zostałem zrobiony w wała przez Emmę Jean Parish.

Po raz pierwszy, ale nie ostatni.