Mroczne pożądanie. Mroczne światło. Tom 1.5Tekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dla Clarissy, Julie i Kimmi

Rozdział 1


Jake

Owen nie miał pojęcia, przed czym ucieka, gdy opuścił Coral Pines. Zapewne myślał, że przed policją i więzieniem za postrzelenie mojej córki. W rzeczywistości uciekał przed nadchodzącą śmiercią.

Krew w żyłach krążyła mi szybciej niż kiedykolwiek, pomimo że byłem na nogach od trzech dni. Czułem, jakbym mógł wycisnąć na klatkę TIR-a i przepłynąć łodzią wiosłową całą rzekę Coral Pines wzdłuż, i jeszcze zostałoby mi trochę sił.

Byłem w ekstazie.

Byłem także zajebiście przerażony.

Przez lata pracy nieodczuwanie lęku służyło mi wiernie; byłem dobry w tym, co robiłem. Jednak kiedy stałem na progu domu Babuni Bee z ręką na klamce, nie mogłem się zmusić, by otworzyć drzwi. Zamarłem z lęku przed tym, co może się wydarzyć za tymi drzwiami.

Co pomyśli o mnie Abby, kiedy zobaczy krew, którą wciąż miałem na rękach? Kiedy zmierzy się z tym, czym się zajmowałem, co zrobiłem i co zrobiłbym ponownie? Co będzie, gdy „Jake jest zabójcą” przestanie być już tylko abstrakcyjną myślą?

Bee wiedziała, że mam zamiar znaleźć Owena i zabić go, zachęcała mnie do tego, pokazując mi zdjęcia – dowód na to, co jej zrobił. Wiedziała, że krew się we mnie zagotuje i że natychmiast zapragnę zemsty. Jednak gdy wkroczę do domu pokryty krwią – namacalnym potwierdzeniem tego, kim jestem – czy nadal będzie akceptować tę część mnie? Czy nadal będzie chciała mnie w swoim życiu? W życiu Georgii?

Abby kochała mnie za to, kim jestem. Doskonale wiedziała, że żyje we mnie bestia. Zdawała sobie sprawę z tego, że przemoc była immanentną częścią mnie.

Łatwo jednak żyć z teorią, czymś niemal nierealnym, gdyż nie trzeba się z tym bezpośrednio mierzyć. Lecz stanąć z tą wiedzą twarzą w twarz to zupełnie co innego.

Kurwa.

Mogłem zmyć z siebie krew i udawać, że nie zamordowałem tego skurwysyna. Owen Fletcher niemal zabił dwie osoby, za które oddałbym życie po tysiąckroć. Tak byłoby łatwiej, ale tylko na krótką metę. Moje plany wobec Bee i Georgii były długoterminowe. Nie chciałem być czysty, gdy Abby mnie ujrzy. Niech się dzieje, co chce – bylebyśmy tylko mogli iść naprzód jako rodzina.

Moja rodzina.

Bee powtarzała mi raz za razem, że mnie kocha, ale musiała to zobaczyć na własne oczy.

Zobaczyć mnie.

Nieważne, kogo zabiłem w przeszłości. Nigdy nie czułem się z tego powodu źle, nigdy nawet nie zastanawiałem się nad tym. Jednak sama myśl o tym, że mógłbym znów stracić Bee, powodowała, że robiło mi się niedobrze.

Nie powinienem był jej nigdy opuszczać.

Ale byłem pieprzonym tchórzem.

Nie powinienem był nigdy do niej wracać.

Ale byłem pieprzonym tchórzem.

Użyłem nędznej plotki jako wymówki, by opuścić Bee, bo byłem słabym, żałosnym człowieczkiem, który sam siebie przekonał, że w tej plotce mogło być ziarno prawdy. Że po naszej cudownej, idealnej nocy razem Abby mogła puścić się natychmiast z Owenem, chłopcem z sąsiedztwa/bogatym dzieciakiem psycholem.

Tak naprawdę jednak po prostu odepchnąłem Bee, zanim za bardzo się do mnie zbliżyła. Zanim zdążyła mnie poznać i zdecydować, że to ona powinna mnie opuścić.

Żałowałem tego w każdej sekundzie każdego kolejnego dnia.

Przez cztery lata żyłem z zamkniętymi oczami, bez Bee, bo po raz pierwszy w życiu spotkałem kogoś, kto mógłby skrzywdzić mnie, a nie na odwrót. Użyłem więc durnej plotki zasłyszanej od kumpla Owena jako pretekstu, by opuścić Coral Pines tak szybko, jak tylko pozwolił mi na to motocykl, zanim Abby miałaby szansę przedrzeć się przez moją obronę.

Problem polegał na tym, że przedostała się już zbyt głęboko: każdy dzień bez niej był torturą. Jednak codziennie wieczorem przekonywałem samego siebie, że tak jest dla niej lepiej, że beze mnie jej życie jest lepsze.

Sądziłem, że raz w życiu zrobiłem coś dobrego.

Po czterech latach nieustannej tęsknoty i chęci ujrzenia jej znów, porozmawiania z nią, dotknięcia jej potrzeba ta nie zmalała ani o jotę. Wręcz przeciwnie, stała się jeszcze bardziej paląca. Tak paląca, że przytłoczyła wszystko inne.

Ostatecznie wróciłem nie dlatego, że myślałem, że mnie potrzebuje. Wróciłem, bo byłem samolubnym chujem i nie potrafiłem trzymać się od niej z daleka.

Kochałem ją. Od pierwszego wejrzenia. Nigdy nie sądziłem, że jestem zdolny tak kochać. Jednak od chwili, gdy zdarłem jej z głowy kaptur na złomowisku i ujrzałem jej piękną twarz i rude włosy, wiedziałem, że moje życie nie będzie już nigdy takie samo.

Nie chciałem już uciekać, nie chciałem żyć bez niej.

Zdecydowałem, że wrócę.

Zdarzało mi się torturować innych, ale żadne męczarnie nie mogły równać się tym, które przeżywałem z dala od Abby. Spakowałem sakwy na wiele dni przed tym, gdy usłyszałem o śmierci ojca, i ruszyłem w drogę.

Z powrotem do Coral Pines, by odzyskać moją dziewczynę.

Pora przestać być pizdą i otworzyć te pieprzone drzwi. Jednak nim zdążyłem to zrobić, drzwi z impetem otworzyły się od wewnątrz. Ledwo udało mi się uniknąć nokautu.

– Oj, przepraszam, usłyszałam, jak podjeżdżasz – rzekła Bee, patrząc na mnie tymi wielkimi oczami, w których mógłbym tonąć każdego dnia od nowa. Miała na sobie rozpięty szlafrok. Z dekoltu jej ulubionego podkoszulka Guns N’ Roses wyglądały szczyty jędrnych piersi. Krótkie szorty, w których zawsze spała, pozostawiały niewiele pola dla wyobraźni.

Spędzałem wiele czasu, wyobrażając ją sobie.

Zostałem na ganku, bo czułem, że tym razem powinienem zaczekać na pozwolenie, aby wejść do jej domu.

– Ty krwawisz – stwierdziła Bee, pospiesznie sprawdzając, czy jestem ranny.

– Bee, kochanie, spójrz na mnie – odparłem, próbując zwrócić jej uwagę, jednak bezskutecznie; nadal szukała źródła krwi. Chwyciłem ją za ramiona i delikatnie przytrzymałem, zmuszając ją, by na mnie spojrzała. – Kochanie, to nie jest moja krew – zapewniłem ją.

W końcu dotarło do niej to, co powiedziałem. Westchnęła z ulgą i przycisnęła dłoń do mojego policzka.

Byłem przekonany, że nadszedł ten moment, kiedy odwróci się na pięcie i zatrzaśnie mi drzwi przed nosem. Gdyby mnie nie zechciała, mógłbym przynajmniej przeżyć resztę swojego żałosnego życia ze świadomością, że Owen już jej nie zagrozi.

Choć tyle mogłem jej dać. Co, jeśli Bee mnie odtrąci?

Jeśli nazwie mnie potworem i powie, że nie chce mnie już nigdy widzieć?

Nie chciałem tego przyznać, nawet przed samym sobą, ale po czterech latach rozłąki w myślach posunąłem się już za daleko, by usłyszeć „nie”. Nie byłem pewien, czy przyjmę taką odpowiedź.

Bee jednak nie dała mi szansy na rozmyślania. Położyła mi dłoń na klatce piersiowej i zapytała szeptem:

– Zrobiłeś to?

– Zrobiłem.

I wtedy to się stało.

Coś, co uspokoiło mnie i pozwoliło wyłączyć mój wewnętrzy dialog.

Bee się uśmiechnęła.

Jej wielki i szczery uśmiech był najlepszą rzeczą, jaką kiedykolwiek widziałem na świecie.

– Opowiedz mi wszystko – powiedziała, a w jej oczach zalśniła ekscytacja.

Wyglądała jak opętana. Jak wygłodniała.

Natychmiast mi stanął.

Uniosłem ją w ramionach i zmiażdżyłem jej usta swoimi ustami. Czekałem na ten pocałunek o wiele za długo. Miękki, ale złakniony. Wściekły i pełen pasji. Trochę nieba i nieco piekła. Włożyłem w ten pocałunek wszystko, co kiedykolwiek chciałem jej przekazać. Każde „kocham cię”, każde „przepraszam”, każde „dziękuję, że mnie kochasz”. Zamknąłem drzwi nogą i zaniosłem Bee do jej sypialni. Zatrzymałem się na chwilę w korytarzu i gestem wskazałem zamknięte drzwi naprzeciw pokoju Abby.

– Georgia? – wyszeptałem.

– Zasnęła ze słuchawkami w uszach, słuchając piosenek z filmów Disneya – odpowiedziała Bee, przygryzając dolną wargę.

Boże, jak bardzo KOCHAŁEM tę małą.

– Piąteczka dla Disneya – wymamrotałem.

To, co działo się potem, najlepiej opisuje słowo „gwałtownie”.

Zdarłem z niej ubranie, jakby zależało od tego nasze życie. Minęło tak wiele czasu, od kiedy widziałem ją nago. Kiedy zdjąłem jej w końcu stanik, odstąpiłem o krok, by podziwiać moją kobietę. Wiem, że jestem chorym pojebem, ale jej blizny podniecały mnie teraz jeszcze bardziej niż za pierwszym razem. Mniej widoczne pod tatuażami, ale były tam. Nie mogłem się powstrzymać przed przeciągnięciem językiem po tych, które przecinały jej obojczyk.

– Moja Bee, taka silna, mądra i seksowna – mamrotałem w jej skórę, jakbym mówił do blizn. Całowałem i lizałem każdą z nich, przesuwając się od ramienia w dół, ku dłoni.

Czułem, że zaraz spuszczę się jak nastolatek.

Pragnąłem jej i miałem zamiar pokazać, jak bardzo. Rzuciłem się na nią, przyciskając usta do jej ust, nasze języki złączyły się namiętnie, jakby to one uprawiały seks. Podniosłem ją i zaniosłem do łóżka. Opadliśmy na materac. Nasze usta były złączone, ciała rozmawiały ze sobą w języku, który mogła zrozumieć jedynie para tak pojebanych ludzi, jak my.

Należałem do Bee, odkąd ją poznałem tamtej nocy. Jednak teraz w małej sypialni w domu jej Babuni, lata po naszym pierwszym spotkaniu, w końcu miała być cała moja. Zamierzałem upewnić się, że każdy centymetr jej ciała wiedział, do kogo należy.

 

DO MNIE.

Nigdy więcej się nie rozstaniemy.

Każdego dnia do końca życia będę się o to starał.

Rozłączyliśmy usta na tyle długo, by Bee zdążyła ściągnąć mi spodnie. Uklękła, by pomóc mi zdjąć je ze stóp.

Krew Owena na jej policzku.

– Co? – zapytała, kiedy zauważyła, że się na nią gapię.

Moja kobieta klęczała przede mną, a na twarzy miała krew – świadectwo życia, które odebrałem. Wyobraziłem sobie jej różowe usta na moim kutasie i prawie się spuściłem.

A więc jednak Owen się na coś przydał.

Prędko zdjęła ze mnie resztę ubrań, aż w końcu już nic nas nie dzieliło. Skóra przy skórze. Twardość i miękkość. Mój kutas pulsował przyciśnięty do jej brzucha i skraplał jej skórę pragnieniem, gdy mocowaliśmy się, próbując być jeszcze bliżej.

Zamknąłem oczy, chwyciłem ją za kark i wplotłem palce w jej włosy, trzymając ją kurczowo – jakby mogła okazać się tylko snem, który śniłem każdej nocy, od kiedy ją opuściłem.

Ale gdy otworzyłem oczy ponownie, ona nadal tam była. Serce dudniło mi w piersi jak dzieciakowi, który pierwszy raz przeżywa zakochanie. Ona tu była. Chciała być ze mną.

Kochała mnie.

Ułożyłem ją na poduszkach i rozwarłem jej kolana, by móc spojrzeć na to, co moje. Cipka Abby błyszczała w oczekiwaniu, aż rozewrę ją i wepchnę w nią kutasa.

Pragnąłem jej smaku.

Zanurkowałem tam błyskawicznym ruchem, lizałem ją od łechtaczki w dół i z powrotem, przyciskając do niej język, by wchłonąć jak najwięcej wilgoci. Bee krzyknęła zaskoczona, ale szybko opadła z powrotem na poduszki i chwyciła pościel w zaciśnięte pięści. Jej jęki wibrowały mi na języku.

Ponieważ wiedziałem, że moje miejsce jest w piekle, wiedziałem też, że to jedyny smak nieba, jaki zaznam w życiu. Miałem więc zamiar się nim rozkoszować.

Raz za razem, tak długo, jak ona mi na to pozwoli.

Miałem nadzieję, że to już na zawsze.

Bee jęknęła ponownie i chwyciła mnie za włosy, ciągnąc za nie, podczas gdy ja wciąż lizałem łechtaczkę; jej uda spazmatycznie kurczyły się i rozwierały. Im bardziej ciągnęła, tym bardziej się podniecałem. Pocierałem kutasem o łóżko, poszukując choć odrobiny ulgi od bólu podniecenia. Wsunąłem jej język do środka. Wygięła ku mnie ciało i przygryzła wargę, powstrzymując krzyk.

W tym momencie postanowiłem, że jeśli kiedyś stanę przed wyrokiem śmierci za wszystkie zabójstwa, które popełniłem, moim ostatnim posiłkiem przed egzekucją będzie cipka Bee.

Sięgnąłem dłonią do jej ust, by ją uciszyć, ale zamiast mi się opierać, wzięła dwa z moich palców w usta i ssała je, a ja jęknąłem w jej łechtaczkę. Odrzuciła głowę i zamknęła oczy. Dwa palce drugiej dłoni wsadziłem jej do środka, jednocześnie zatapiając się w myślach o jej ustach na moim kutasie, a nie palcach. Bee nagle uniosła biodra w powietrze i krzyknęła w najpiękniejszym orgazmie.

– MOJA cipka – warknąłem. – MOJA.

Za pierwszym razem nie zrobiliśmy tego, nie miałem szansy jej posmakować, ale spędziłem dużo czasu, myśląc o tym, podczas naszej rozłąki. Jednak moja wyobraźnia nie miała szans oddać smaku jej orgazmu na moim języku.

Cipka Bee smakowała jak seks zapakowany w blask słońca, owinięty w banknoty tysiącdolarowe i posypany cukrem pudrem.

Kiedy cztery lata temu odebrałem Bee dziewictwo, było to z mojej strony samolubne. To było po prostu niewłaściwe. Miała wtedy jedynie siedemnaście lat i była taka wrażliwa.

Cóż, najchętniej robiłbym to co dzień, do końca pieprzonego życia.

Wtedy myślałem, że mamy już siebie do końca świata. Że będziemy mieli szansę eksplorować się nawzajem, eksperymentować w poszukiwaniu najprzyjemniejszych rzeczy i pieprzyć się ze sobą, aż nie będziemy mieli siły się ruszyć lub aż umrzemy.

Szczerze mówiąc, z radością poszedłbym do piekła, byle z kutasem w cipce Bee.

Bee ledwo zdążyła lekko odzyskać przytomność, gdy znów byłem między jej nogami. Położyłem ręce na jej kolanach i rozwarłem jej uda szeroko, mój kutas był gotów wbić się w najpiękniejszą z cipek, jaką miałem zaszczyt spenetrować.

Już byłem gotów w nią wejść, gdy zadała pytanie:

– Czy tym razem też będzie boleć? – Dyszała, jej sutki sterczały w napięciu.

Zamarłem w pół ruchu.

– Co? – Zbyt wiele krwi odpłynęło mi do fiuta, bym mógł w pełni skupić się na konwersacji.

– Ostatnim razem trochę szczypało. Czy tym razem będzie tak samo?

– Bee? – zapytałem z zaskoczeniem. – Kiedy ostatni raz to robiłaś?

Moje własne pytanie spowodowało, że zrobiło mi się niedobrze. Wiedziałem, co zrobił jej Owen, zapłacił za to najwyższą cenę. Jednak nie myślałem nigdy o tym, co robiła, gdy mnie nie było. Sama myśl, że pieprzyła się z kimkolwiek innym, powodowała, że kutas cofał mi się do wewnątrz, ale nie mógłbym jej za to winić. To byłaby moja wina, to ja zostawiłem ją samą. Mogła w tym czasie z kimś się spotykać, szukać w kimś oparcia.

– Cztery lata temu w twoim mieszkaniu przy warsztacie.

Nie wiedziałem, co mam na to odpowiedzieć, ale kiedy w końcu otworzyłem usta, wydobyłem z siebie jedynie:

– Czemu, kochanie?

– Miałam już ciebie, nie szukałam nikogo innego. Twój dotyk nie powodował pieczenia… – Wyglądała, jakby mówienie o tym sprawiało jej ból. – Jednak myśl o tym, że ktokolwiek inny mógłby mnie dotknąć, nadal powoduje, że czuję, jakbym stawała w płomieniach. – W jej oczach dostrzegłem łzy, serce ścisnęło mi się boleśnie.

Ta dziewczyna…

Kiedyś spowoduje, że umrę z emocji.

– Byłem tylko ja? – Moja męska duma puchła wraz z moim penisem.

– Tylko ty, zawsze tylko ty – odparła, ujmując moją twarz w dłonie.

Przepadłem. Pocałowaliśmy się znów, mocno i namiętnie. Jej wargi były miękkie i idealne, nie mogłem przestać myśleć o tym, jakby to było, gdyby wzięła mi go do ust. Przyjdzie na to jeszcze czas. Teraz chciałem tylko, by znów była moja. Ostatkiem sił upewniłem się, czy ona tego na pewno chce. Przerywając na chwilę pocałunek, wyszeptałem:

– Będę delikatny.

Sam nie byłem pewien, czy dam radę spełnić tę obietnicę.

Nie byłem mistrzem delikatności.

– Nie – odparła Bee.

– Nie? – spytałem.

– Nie, nie bądź delikatny… Po prostu bądź mój.

Nie czekałem na kolejne przyzwolenie w obawie, że zmieni zdanie. Potarłem czubkiem fiuta jej miękkie i mokre wejście, a potem spojrzałem w jej załzawione oczy i wbiłem się w nią jednym, długo wyczekiwanym ruchem.

Ciepło.

Mokro.

Miękko.

Ciasno.

Jak w domu.

Niemal doszedłem w tym momencie. Słuchałem jęków Bee, wiedziałem, że też jest blisko. Usiadłem na łóżku i pociągnąłem ją za sobą. Wbijając się w nią, patrzyłem jej w oczy. Polizałem jej szyję i chwyciłem jedną dłonią za tyłek.

Pocierając jej łechtaczkę kciukiem, sprawiłem, że doszła ponownie. Przytrzymałem jej głowę tak, by musiała patrzeć mi w oczy. Chciałem widzieć jej spojrzenie, gdy dochodziła dla mnie, jej wilgoć ociekała mi na jądra, gdy jej cipka zaciskała się wokół mojej dzidy.

Cudowna.

Ta kobieta z bliznami wewnątrz i na zewnątrz wybrała mnie. Popierdolonego, niegodnego mnie. A najdziwniejsze było to, że wiedziała dokładnie, kim jestem.

Chciała mnie.

KOCHAŁA mnie.

Co z nią, do cholery, było nie tak?

Nie mogłem już czekać ani chwili dłużej. Przycisnąłem Abby z powrotem do materaca, wbijając się w nią jak szalony. Jej usta rozwarły się, a głowę odrzuciła w tył w ekstazie. Byłem zahipnotyzowany wyrazem jej twarzy, orgazm uderzył mnie nagle jak kula do burzenia budynków. Jądra skurczyły mi się niemal boleśnie, a kutas wystrzelił strugi spermy w cipkę, dla której został stworzony.

Ja pierdolę.

Opadłem na poduszki i pociągnąłem Abby za sobą, tak że spoczęła na mojej klatce piersiowej. Kiedy znów byłem w stanie się poruszyć, pogłaskałem ją po włosach. Palcami przeciągnąłem po jej ramieniu, wędrując śladami blizn zdobiących jej plecy i rękę. Te blizny tak długo powstrzymywały ją przed kontaktami z innymi ludźmi.

Dla mnie zburzyła wszystkie ściany, jakie zbudowała.

Wpuściła mnie do swojego życia, serca i ciała.

Moja dziewczyna. Duma rozpierająca moje serce była niemal bolesna. Uściskałem ją i pocałowałem czubek jej głowy.

– Kocham cię, Bee.

– Ja też cię kocham, Jake.

Rozdział 2


– Czy to właściwy moment, by stwierdzić, że powinniśmy byli użyć gumki?

– A co, masz syfa? – zapytałem z bezczelnym uśmiechem.

Chichot Bee rozjaśnił najciemniejsze zakamarki mojej duszy.

– Nie, ale nic nie biorę – odparła.

To dziwne, że tym razem nawet nie pomyślałem, żeby się zabezpieczyć. To była moja kobieta. Nie miałem planów nigdy więcej się zabezpieczać. Chciałem być z nią tak blisko, jak to możliwe, bez barier między nami. Jeśli coś się zdarzy, tym lepiej. Georgia była tego dowodem. Nie miałbym nic przeciwko drugiej takiej istotce, zwłaszcza że tym razem byłbym przy Bee. Widziałbym jej brzuszek i spuchnięte piersi.

Czułem, że znów mi staje.

– Tak sobie właśnie pomyślałem, że zapylę cię najszybciej jak to możliwe.

– Ach tak? Czy to twój aktualny cel w życiu?

– Nie… Jeśli się zdarzy, to świetnie, ale moim celem jest teraz coś innego.

W brzuchu czułem motyle, szykując się do zadania pytania, z którym nosiłem się tak długo.

Boże, ależ ja jestem jebaną pizdą.

– Tak? – zapytała Abby, ziewając i kładąc mi ramię na piersi. – A co?

Nigdy w życiu nie przypuszczałem, że kiedykolwiek poczuję coś takiego. Nigdy nie spodziewałem się pokochać kogoś tak absolutnie. To dzięki niej czułem się, jakby przynajmniej część mnie była zdolna do bycia normalnym. Skoro mogłem czuć taką miłość, może nie byłem do końca potworem?

Może.

Pewnie jednak byłem.

– Wyjdź za mnie – wyszeptałem.

Bee zamarła. Nie byłem pewien, czy zapadła nagle w sen, czy wstrzymywała oddech. Byłem gotów dać jej jeszcze pół sekundy, nim potrząsnąłbym nią i domagał się odpowiedzi. Minęła cała wieczność, gdy uniosła głowę z mojej klatki piersiowej. Jej ogromne, niebieskie, niesamowite oczy spojrzały na mnie, jakbym właśnie stworzył księżyc.

– Okej – odparła tak po prostu. Po policzku pociekła jej łza, na ustach pojawił się wielki uśmiech.

Kochałem tę kobietę do szaleństwa.

Podciągnąłem ją tak, że leżeliśmy teraz twarzą w twarz.

– Okej zatem – odparłem, odgarniając jej włosy za uszy, po czym przycisnąłem usta do jej ust w pocałunku.

Znów poczułem pragnienie bycia w niej, kutas stwardniał mi nawet bardziej niż poprzednio. Bee nie miała nic przeciwko. Przyjęła mnie całego i dała mi całą siebie. I wiele więcej. Jak zawsze.

Planowałem nadrabiać zaległości całą noc.

A potem całą wieczność.

Rozdział 3


Jake

Rok później…

Reggie i ja siedzieliśmy właśnie w warsztacie i pracowaliśmy nad naszym nowym projektem specjalnym – starym mustangiem shelby, którego jakiś dzieciak zamienił w abominację. Do podwozia podłączony był system hydrauliki powodujący, że samochód podskakiwał w górę i w dół na oponach, karoserię pomalowano na czarno pierdolonym sprayem, a kiedy Reggie wjechał przed warsztat i zaparkował, specjalne felgi nadal się kręciły. Dodatkowo podniesiono zawieszenie i samochód był niemal tak wysoki, jak moja ciężarówka.

Kiedy pewnego dnia umrę, piekło będzie wyglądać jak ta pierdolona purpurowa aksamitna tapicerka, którą ktoś zgwałcił wnętrze wozu.

Przewracało mi się w żołądku na myśl o tym, jak wyglądał ten samochód, gdy pierwszy raz go ujrzałem. Reggie czuł podobnie. To on go wyhaczył na parkingu jednego z barów i zaproponował właścicielowi o wiele więcej, niż wóz był wart. Na szczęście gość przyjął ofertę i oddał nam kluczyki, gdy tylko przyjechałem na miejsce z kasą.

Nie byłem zły na Reggiego za to, że nie skonsultował tego ze mną. Zapłaciłbym dwa razy tyle za możliwość przywrócenia tego wozu do formy, jaką nadali mu Bóg i Ford. Niekoniecznie w tej kolejności.

 

Cieszyłem się, że tamtego dnia nie było ze mną Abby i Georgii, gdy szeryf podjechał starym radiowozem pod warsztat, hamując z poślizgiem, jakby występował jako kaskader w filmie. Spod kół buchnęły tumany kurzu, migacze i syrena dopełniały efektu. Za szeryfem podążał jego jedyny funkcjonariusz. Dwa radiowozy na całe Coral Pines.

Szeryf Fletcher i funkcjonariusz Harbord wysiedli z samochodów i wyjęli broń, ukryli się za otwartymi drzwiami radiowozów.

– Łapy, kurwa, w górę! – ryknął szeryf przez niewielki megafon radiowozu.

Reggie uniósł natychmiast ręce w powietrze.

– Rzuć to! – wykrzyknął funkcjonariusz Harbord.

Reggie spojrzał w górę na swoje wyciągnięte ręce i gdy tylko zdał sobie sprawę, że nadal trzyma w dłoni klucz, rzucił go na ziemię. Narzędzie odbiło się od cementu i wpadło do kanału.

Uniosłem głowę spod maski mustanga i wytarłem dłonie w szmatę przewieszoną przez ramię. Zapaliłem papierosa i zastanawiałem się, które z moich przestępstw zasłużyło na taką uwagę.

– Czemu zawdzięczam tę wizytę? – zapytałem sarkastycznym tonem.

Oparłem się o jedną z wysokich półek na narzędzia stojących w rzędzie przy warsztacie i skrzyżowałem nogi w kostkach. Obserwowałem rozgrywającą się przede mną scenę, zaciągnąłem się i wypuściłem dym przez nos.

Szeryf Fletcher był tak skorumpowany, jak to tylko możliwe. Skurwiel miał szczęście, że jeszcze oddychał. Dobrze wiedziałem, że pomógł Owenowi po napaści na Abby. Nie mogłem jednak zabić każdego człowieka, którego chciałbym się pozbyć. W każdym razie tak powtarzała mi Abby.

– Jacob Francis Dunn? – zapytał funkcjonariusz, powoli zbliżając się do mojego stanowiska. Szeryf Fletcher został przy samochodzie; broń trzymał w pogotowiu.

Jebany tchórz.

– Griff, odłóż to, proszę – odezwałem się, wskazując na broń, którą policjant trzymał w rękach. – Znasz mnie, nie udawaj, że nie. – Zgasiłem papierosa obcasem. – Znasz mnie od dziewiątej klasy, kiedy strzeliłem palcówkę twojej dziewczynie w tylnej ławce na lekcji angielskiego, podczas gdy ty przedstawiałeś swoją prezentację na temat Jane Austen. – Griffowi zrzedła mina. – Spokojnie, doszła tylko raz.

– Nie jest to najmądrzejsza rzecz, jaką można powiedzieć człowiekowi, który celuje do ciebie z broni – warknął Griff. – A poza tym to był Szekspir, dupku.

– A więc wiesz, o czym mówię. Człowieku, to było tak dawno temu. A pamiętasz imię tej kurewki, z którą wtedy chodziłeś? – Podpuszczałem go, choć znałem odpowiedź.

– Kristy. Miała na imię Kristy. I jeśli powiesz jeszcze jedno słowo o mojej żonie, pociągnę za spust – ostrzegł. – A teraz łapy w górę, kurwa – rozkazał, unosząc lufę ku mojej głowie.

– Wszystko w porządku? – zawołał szeryf, nadal ukryty za drzwiami swojego wozu.

– Sytuacja pod kontrolą, szefie – odkrzyknął Griff, nie odrywając ode mnie wzroku.

– Czego, do chuja, tu chcecie? – zapytałem zirytowany, że przeszkadzają mi w reanimacji mustanga.

– Mamy nakaz aresztowania cię. Zabieramy cię do aresztu – odparł dumnie Griff.

– Aresztowania mnie? A niby za co? – zapytałem.

Griff sięgnął za plecy wolną ręką i wyciągnął kajdanki z tylnej kieszeni spodni. Wtedy zauważyłem, że szeryf nie stoi już przy swoim wozie. Pchnął mnie na maskę mustanga i zacisnął mi kajdanki na nadgarstkach.

– O co jestem oskarżony? – zapytałem ponownie, podczas gdy obaj policjanci wlekli mnie bezceremonialnie ku radiowozom.

Szeryf Fletcher chwycił za łańcuch łączący obręcze kajdanek.

– O zamordowanie Owena Fletchera – odpowiedział, pochylając się ku mnie, tak by nikt inny nie słyszał. – Zadarłeś z niewłaściwą rodziną, chłopcze – dodał.

Czułem jego gorący oddech na szyi, ledwo powstrzymałem odruch wymiotny. Nie miałem zamiaru pokazać skurwysynowi, że zalazł mi za skórę, włączając w to jego cuchnący zapach.

W tym momencie na parking wjechała Bee. Gdy zobaczyła, co się dzieje, wyskoczyła z samochodu, zostawiając otwarte drzwi i włączony silnik.

– Jake! – wykrzyknęła, ruszając sprintem.

Zaparłem się nogami, by móc się zatrzymać i porozmawiać z żoną, ale szeryf pociągnął za łańcuch kajdanek i musiałem się ruszyć, w przeciwnym razie wylądowałbym twarzą na ziemi.

– Kochanie, dzwoń do prawnika – powiedziałem do niej, gdy znalazła się obok mnie. Skretyniali funkcjonariusze ciągnęli mnie uparcie dalej.

– Jake, nie! – wykrzyknęła Abby.

Policjanci wepchnęli mnie na klejące się tylne siedzenie radiowozu.

– Prawnik ci nic nie da, chłopcze – rzekł szeryf Fletcher, zatrzaskując za mną drzwi. – Sam Jezus Chrystus ci nie pomoże – dodał, pakując dupsko na fotel kierowcy.

– Prawnik – powtórzyłem niemo przez szybę do Abby, która stała obok radiowozu z otwartymi szeroko ustami.

Skinęła potakująco głową, splatając ramiona na piersi w obronnym geście. W ciągu kilku krótkich sekund wyraz jej twarzy zamienił się ze zmartwionego na kompletnie niemożliwy do zinterpretowania.

Oczy zaszły jej mgłą, usta zamieniły się w poziomą kreskę.

Bee wyłączała wszystkie systemy.

Kurwa, nie.

Nie, nie, nie.

Nie boję się złej Abby. Szczerze mówiąc, czasem nawet wkurzam ją celowo. To, jak marszczy brewki, gdy wrzucam do prania moje koszulki śmierdzące rybami po wypadach na wędkowanie, jest po prostu przeurocze. I nieraz skończyło się to rzuceniem jej na pralkę i wzięciem od tyłu.

Smutna Abby nie martwi mnie nadmiernie. Jestem pojebanym gościem i z powodów, których nigdy nie zrozumiem, słony smak jej łez powoduje, że staje mi jak szalony. Poza tym, gdy Bee jest smutna, co nie zdarza się często, zawsze mam w zanadrzu kilka nieprzyzwoitych żartów, które szybko poprawiają jej humor.

Kocham każdy przejaw emocji mojej żony. Ostatnie, czego bym chciał, to żeby wpełzła z powrotem do ciemnej nory w swojej głowie i zagrzebała się pod całym gównem, które tam trzyma.

A w tym momencie widziałem, jak to się dzieje.

Tylko że potrzebowałem, by była silna i obecna.

Dla Georgii. Dla naszej rodziny.

Serce mi pękało, że nie mogłem do niej pobiec, wziąć w ramiona i wyciągnąć z powrotem na powierzchnię. Potrząsnąć nią, gdyby było trzeba. Byle tylko wyrwać ją z mgły, w którą wycofywała się w momentach, gdy nie dawała sobie rady z rzeczywistością.

Tymczasem głupi i głupszy ruszyli z parkingu z piskiem opon i pióropuszami kurzu. Syreny wyły jak szalone, zakłócając ciszę naszej okolicy.

Abby stała na drodze i patrzyła, jak odjeżdżamy. Jej pozbawiona wyrazu twarz malała w tylnym lusterku, aż zupełnie zniknęła.

Czułem, jak serce skręca mi się boleśnie w piersi. Przyrzekłem sobie w tym momencie, że bez względu na to, co wyniknie z zarzutów, zrobię wszystko, co w mojej mocy, by jak najszybciej wrócić do Bee i Georgii.

Ucieczka z więzienia nie mogła być aż tak trudna.

Skręciliśmy ku Matlacha Pass, jedynemu mostowi, jaki łączył Coral Pines z resztą świata. Kiedy przejechaliśmy już most, szeryf spojrzał na mnie we wstecznym lusterku.

– Dlaczego wydajesz się zupełnie niezaskoczony oskarżeniem o zamordowanie mojego siostrzeńca?

Wzruszyłem ramionami.

– Nie przechodziłem ostatnio na czerwonym.

– Celna riposta, panie Dunn. – Szeryf pokręcił głową. – Celna riposta – powtórzył, otwierając nieco okno i odpalając jointa, którego wyciągnął ze schowka w desce rozdzielczej. – Powiem ci jedno, synu: mam nadzieję, że usmażą cię na krześle. I że przedtem jakiś neonazista gustujący w blondynkach zrobi z ciebie swoją sukę. Mój siostrzeniec nie zasłużył sobie na śmierć z ręki takiego śmiecia, jak ty.

Zaciągnął się i przytrzymał dym w płucach, a potem wypuścił go, nie kłopocząc się nawet, by zrobić to przez uchylone okno.

Który z nas był tu tym dobrym, a który złym?

Granice między dobrem a złem, mrokiem i światłością zawsze były zamazane w przypadku mieszkańców Coral Pines.

Człowiek nigdy nie wiedział, kto uratuje mu dupę.

Lub kto go zabije.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?