Piter. WojnaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Achmet pokręcił głową.

– Milcz, kiedy ja mówię. Pamiętacie, jak w dzieciństwie bawiliśmy się w mity starożytnej Grecji? Znacie historię jednego z zadań Heraklesa? Achmet, mój imiennik, przyjaciel wielkiego herosa, był władcą żyznej, bogatej krainy. Ale bogowie przepowiedzieli mu, że umrze młodo, jeżeli nie znajdzie ochotnika, który uda się do podziemnego świata zamiast niego. Taką szansę dali mu bogowie. I co? Achmet chodził i pytał: dzieci, starców, dorosłych, mężczyzn, kobiety. Na próżno. Wszyscy mu odmawiali. Nikt nie chciał umierać za władcę. Nawet śmiertelnie chorzy czepiali się ostatnich chwil życia, jakie im pozostały…

Achmet zamilkł, zaglądając w twarze giermków. W twarze przyjaciół z dzieciństwa. Słuchali go. Jednak taki niedostatek opowieści w metrze! Prawdziwy głód.

– Przychodzi dzień śmierci i oto przybywa do nich statkiem w odwiedziny Herakles, syn Zeusa, wielki heros. Achmet z żoną witają starego druha. Ucztują, a potem… Młoda, piękna żona postanowiła zastąpić Achmeta w podziemnej krainie. Poświęcić się dla ukochanego męża… Wielka ofiara. Lada chwila miał po nią przylecieć anioł śmierci. Jedna ze służek opowiada Heraklesowi, co się wydarzyło… a on postanawia działać. Heros siedzi w zasadzce koło martwej żony Achmeta i czeka. Kiedy przyleciał posłaniec podziemnego świata, żeby zabrać duszę dziewczyny, Herakles wdał się z nim w walkę. I zwyciężył, przecież to Herakles. Dusza żony Achmeta uratowana. Koniec historii. Wszyscy szczęśliwi. Ale… gdyby nie było żony Achmeta, zwyczajnie by umarł, i tyle. Wielki czyn nie jest możliwy bez ofiary. Dlatego zapytam jeszcze raz: kto gotów jest umrzeć za swojego pana? Co? Milczycie?! Jeśli Primorcy znajdą zabitego posła, zechcą się mścić. Jeżeli Wegańcy zajmą stację, też będę im potrzebny. To znaczy, że i jedni, i drudzy powinni mnie znaleźć. Powiedzmy, tu, martwego. Razem z posłem. Rozumiecie? – Achmet przyjrzał się ochroniarzom. – Anioł śmierci nie odleci z pustymi rękami. Dlatego potrzebuję ofiary. Który z was jest gotów? No, dalej! – Achmet popatrzył na giermków. Pobladłe, martwe twarze. Jura wyszczerzył zęby. – Nie ruszać się. Stać, jak kazałem! Teraz zrobimy sobie wyliczankę… żeby nikt nie czuł się pokrzywdzony.

Właściwie od samego początku nie było wyboru.

Achmet nagle sobie przypomniał. Kiedy byli mali, pewnego razu, bawiąc się w opuszczonym tunelu, natknęli się na gnilaków. Trzynastoletni Rustem bił się z sześcioma dorosłymi, już wtedy był duży, a mały Jura wyciągnął do przyszłego cara rękę. Uśmiechnął się, pokazując wybity podczas bójki ząb. „Wstawaj, brachu. My z tobą razem. Zawsze na zawsze”. Achmet zacisnął zęby. Głupie, niepotrzebne wspomnienia. Kogo one interesują? Komu potrzebne? Trzeba żyć przyszłością. Jeden z nich musi zginąć, niczego tu nie zmienisz…

Dlatego że teraz wzrost i budowa ciała są ważniejsze niż siła i wspomnienia. Ważniejsze od pochodzenia. Ważniejsze od wszystkiego, nawet od starej przyjaźni.

Achmet zważył pistolet w dłoni. Stary ojcowski makarow nagle wydał mu się ogromny i ciężki jak…

„Błogosławiony ten, kto ma w ręku władzę”.

…jak cała stacja.

– Pozostało wyjaśnić, kto umrze zamiast mnie. Kto dobrowolnie uda się do podziemnego świata. – Achmet objął wzrokiem poddanych, pokręcił głową, uśmiechnął się krzywo. – Jak rozumiem, nikt? Nie ma chętnych?

Poddani milczeli. Rustem stał z taką miną, jakby się zaraz miał rozpłakać. Jura wyglądał na złego i chyba niebezpiecznego.

– Dobrze – rzekł car. Pstryknął bezpiecznik broni. – W takim razie w imię starej przyjaźni wybiorę sam.

„Kto jest gotowy na wszystko?!”

Mustafa nieśpiesznie i ostrożnie, by chronić dokuczające stawy (artretyzm!), wysunął się za drzwi. Nie zaliczał się do carskich wybrańców, dlatego nawet nie pytał o pozwolenie na wyjście.

Starość ma swoje przywileje.

Na przykład niewidzialność. Nikt nie zwraca na ciebie uwagi. Starzec to starzec, co mu można zabrać.

Mustafa czekał, nasłuchując. Cisza. Znowu poczłapał spuchniętymi, strudzonymi nogami w miękkich kapciach, przysiadł pod ścianą. Nogi prawie nie wytrzymywały, przeklęta starość. Wystrzału wciąż nie było. Czyżby Achmet okazał słabość? Mustafa pokręcił głową. Źle, bardzo źle. Jego ojciec by tego nie pochwalił. Nie wolno być słabym. Nie wolno okazywać słabości.

Nie wolno nawet dopuszczać do siebie myśli o słabości.

Albo – Mustafa zmarszczył brwi – o miłosierdziu. Dlatego że ludzie często mylą miłosierdzie z miękkością. A od miękkości do bezwoli już tylko jeden krok…

Czy nie tego uczył swojego następcę stary Achmet?

– „Wyszedł księżyc zza obłoku – usłyszał głos młodego pana zza drzwi. Dziecięca wyliczanka. – Wyjął nożyk gdzieś spod boku. Będę rżnąć, będę dźgać…”

Wystrzał. Odgłos padającego ciała.

– „Tobie nic nie zostawiać”.

Dobry chłopak, pomyślał Mustafa. Wyczerpany, przymknął powieki. Serce stukało nierówno, często, jakby się naderwało. Jak chce się spać. „Achmet, stary druhu, wychowaliśmy dobrego chłopaka. Teraz i umierać nie żal”.

„Szkoda tylko, że to nie twój syn”.

ROZDZIAŁ 4

Wiedźma i żongler

Stacja Sienna, 31 października 2033 roku

Okrutnie chciało się jeść. Żołądek, zaschnięty w maleńki, nieforemny kamyczek, zastygł pośrodku brzucha, zawieszony w ogłuszającej pustce. Artem zapomniał już, kiedy ostatni raz jadł. Może dwa dni temu. Może trzy…

A może wieki temu.

„Ciekawe, co teraz robi Lali”. Artem podniósł się z trudem, usiadł na posłaniu. „Na pewno gotuje rybną polewkę”. Na tę myśl kiszki zasupłały się w ciasny węzeł.

Boże. Boże, jak boli.

Zamknął oczy i jak na jawie ujrzał ręce siostry – piękne, smukłe – nad kociołkiem. I zapach gotowania…

Elektryczne węgorze w Nowej Wenecji służyły nie tylko jako baterie. Nadawały się do jedzenia. W każdej postaci – smażone, gotowane, wędzone, na surowo. Lali miesza łyżką mętny, gęsty wywar, wypływa kawałek ryby, przewraca się na mięsisty bok… Artem przełknął i obudził się.

Przekleństwo.

Można w ten sposób zupełnie zatracić świadomość. Znów poczuł w ustach gorzki posmak, z nutkami mdłości. Jak chce się spać. Zasnąć, żeby choć we śnie nie czuć głodu… Nie, nie uda się. Już nie pomaga. Teraz chciało mu się jeść także we śnie. Położył się, zamknął oczy i zobaczył polewkę, rozgotowany kawałek węgorza, ręce siostry kruszące do wody suche wodorosty. Te brązowoczerwone miały wyrazisty, ostro-kwaśny, piekący smak. W Wenecji używano ich jako przyprawy. Czerwono-czarne ziarenka, lecące do bulgocącego wywaru…

Trzeba wstawać. Dajesz!

Artem po omacku wydostał się z namiotu, wypełzł na czworakach. Nie wytrzymał, padł piersią na peron. Ból. Zdawało się, że żebra przejechały po kamieniu. Od betonowej posadzki ciągnęło przenikliwym tunelowym zimnem.

– Wstałeś? – Zdechlak, miejscowy znajomek, sąsiad Artema z hotelowego namiotu, siedział na szpuli od kabla. Wysoki i chuderlawy, wyglądał, jakby przymierał głodem, był jednak zupełnie zdrowy i o ile Artemowi było wiadomo, całkiem syty.

Artem przezwyciężył słabość, podciągnął pod siebie nogi, siadł. Machnął ręką – cześć!

– Ej, Ptasiek! Na przedstawienie pójdziesz? – Zdechlak poskrobał się po podbródku. – Choć gdzie tam tobie. Tam liczy się kasa. A ty nie masz już nic na wymianę.

Ptasiek. Artem już wiele razy żałował, że na stacji nazwał siebie Orłem. Orzeł – po gruzińsku Arc’iwi. Ładnie. Tylko że miejscowi przechrzcili go na Ptaśka. Zaraz. Co Zdechlak powiedział?

Artem odwrócił głowę. „Najważniejsze”, nierówno biło mu serce.

– Przedstawienie? Jakie? Gdzie?

– No tu, niedaleko. Ty co, z księżyca spadłeś? Cyrk przecież przyjechał!

Artem zachwiał się.

– Cooo? Gdzie?!

– Uspokójże się, ty, szurnięty. To tylko cyrk. Rozumiesz? Tam, na służbówce.

Służbówką miejscowi nazywali peron techniczny, który znajdował się w głębi tunelu, od strony Puszkińskiej.

Zdechlak podrapał się po karku, po czym się zdecydował. Pogrzebał w torbie, niechętnie wyciągnął rękę.

– Masz, trzymaj, pókim dobry. Patrzeć na ciebie nie można. Szkielet, kurna.

Artem początkowo odwrócił wzrok. Lecz oczy znów jak przyciągane magnesem wracały do dłoni Zdechlaka. Do leżącego na tej dłoni suszonego grzyba. Apetycznego, porowatego, pysznego kawałka grzyba. Ślina napłynęła do ust. Żołądek skurczył się tak, że – zdawało się – gwałtownie imploduje jak Wszechświat z opowiadań nauczyciela.

W głowie się zakręciło.

Nie. Nie wolno. Nie. Artem zacisnął zęby i pokręcił głową. Wyprostował się, w brzuchu odpowiedziało bólem. Potem, by przerwać męczącą chwilę, rzekł:

– N-nie, dziękuję.

Zdechlak zdziwił się.

– Nie?

– Dziękuję, ja… – Artem przełknął ślinę. – Nie chcę. Naprawdę.

– Nie łżesz?

Artem pokręcił głową. Nie łżę. Chciałoby się zerwać na nogi, wziąć Zdechlaka za frak i wykrzyczeć mu prosto w wydłużoną, pożółkłą od palenia trawki twarz:

„Kurna, jestem najedzony! Najedzony, kurna! Zabieraj sobie to cholerstwo w diabły!”

Najwyraźniej Artem zmienił się na twarzy. Zdechlak nagle się odsunął, jakby zobaczył Czarnego Sanitariusza. Ale przynajmniej zabrał przeklętą rękę. I za to dzięki.

– Dumny jest, tak. No, to idź i się wal, dumny. Dumny jakiś. – Zdechlak najwyraźniej na serio się obraził. – Ja mu… kurna… a on… drań jeden…

Artem zmusił się, żeby usiąść prosto.

– Przepraszam, chłopie. A co ty tam… mówiłeś o cyrku?

Zdechlak odwrócił się, zadarł nos.

„W głębinie syberyjskich rud wytrwajcie dumni, niezawiśli”*, przypomniał sobie Artem. Chyba Puszkin. Albo Lermontow.

 

Z wysiłkiem rozkleił wargi.

– Powiedziałem przecież: przepraszam. Przepraszam, chłopie. Ja bardzo… właściwie. Po prostu… nie mogę. Nie wolno mi.

Zdechlak natychmiast znów się odwrócił.

– Nie wolno?

– Taka obietnica.

– Obiad? – powiedział Zdechlak marzycielsko. – Obiad… to dobrze.

– No nie, nie zrozumiałeś. Obietnica. Przysięga.

Twarz Zdechlaka rozjaśniła się zrozumieniem. Potem sąsiad niespodziewanie się uśmiechnął. Oczy zrobiły mu się niedobre, mętne. Artem najeżył się. Do tej pory nie przywykł do gwałtownych przemian, jakim ulegali ludzie na wspomnienie słów: „przysięga”, „obietnica”. Podobnie jak słów: „cześć”, „sumienie”, „obowiązek”. Najwyraźniej były to złe, nieprzyjemne słowa.

– Ja bym na twoim miejscu zamienił tę obietnicę na objadanie – dogadywał Zdechlak z jakąś zimną, okrutną mściwością. Jakby to, że Artem ma jakieś wyższe pragnienia niż się najeść, osobiście Zdechlaka dotknęło. Jakby to „coś” go upokarzało, poniżało.

– Przysięga, mówisz? I co to niby za przysięga? Kojfnąć z dumy?!

Artem westchnął. „Jak z wami trudno, dziwni ludzie”.

– Nie rozumiesz. To… coś innego.

Zdechlak odwrócił się, jakby Artema już tu nie było. Artem westchnął. Daremny trud. A przecież Zdechlak jeszcze zalicza się do lepszych. Proszę, grzybami chciał się podzielić. Przypomniał sobie, że dziś wiele nie zdziałał. Zanim pójdzie oglądać cyrk, powinien jeszcze coś załatwić.

Trening. Obligatoryjny, jak ruch ciał niebieskich. Przez wszystkie głodne dni i tygodnie od chwili, gdy zostawił za sobą rodzinną Wenecję, Artem ani razu nie opuścił treningu.

Kiwnął głową Zdechlakowi i ruszył do swego namiotu. Najważniejsze, żeby piłeczki były na miejscu, kiedy pójdzie do cyrku. Stare, wyszmelcowane, z napisem „tennis”. Dwie żółte i jedna zielona.

Czasami trzeba wymyślać powód swojej dumy. On byłby dumny… gdyby mógł się w końcu uporać z myślami i przestać myśleć tylko o jedzeniu.

„Byłbyś ze mnie dumny, tato?”, pytał w tunelową pustkę.

Odpowiedzi nie było.

Jak zawsze.

Artem z powrotem wlazł do namiotu. Położył się na cienkim materacu przesiąkniętym zapachem niemytego ciała i starego moczu. Chłód betonu, wsączający się przez cienką warstwę poliestru, przenikał ciało.

Artem namacał palcami rozdarcie w materacu, wsunął rękę do środka. Gdzie to jest?

W pierwszej chwili zmroziło go na myśl, że skrytkę ze skarbem mogli mu splądrować. Na przykład Zdechlak. Tak jak ukradli mu wszystkie rzeczy już pierwszego dnia na obcej stacji. To było raptem półtora miesiąca temu, a wydawało się, jakby upłynęły wieki… Strach okazał się tak silny i nagły, że serce mu stanęło. Na mgnienie oka. A potem zastukało ostro i szybko, coraz mocniej.

„Wszystko przepadło”, pomyślał. „Tyle czekania, szukania… żeby tak bezradnie, w ostatnim momencie…”

W następnej chwili jego palce natknęły się na zimny walec naboju. Artem odetchnął z ulgą. Jest! Jeden jedyny. Dziewięć milimetrów, do makarowa. Artem ścisnął go w palcach – do bólu. Szczęście było tak silne, że poczuł się zupełnie wyczerpany.

Jeden nabój. Ile to jedzenia?

O wiele więcej, niż miał w ostatnim tygodniu. Teraz zamienił się w cień dawnego Artema.

„Czy to jest tego warte?”, spytał sam siebie. I odpowiedział: „Tak, bez wątpienia”.

Jak ona na niego popatrzy? Co zobaczy? Czy znów zawstydzonego, zaczerwienionego, rozczochranego, śmiesznego chłopczyka? Tak jak wtedy w namiocie.

Chłód naboju w dłoni.

…Wtedy poprosił, żeby mu powróżyła, przepowiedziała przyszłość. Kolorowy namiot, ozdobiony krzykliwymi magicznymi symbolami. Artem odsunął zasłonę i pochyliwszy się, wkroczył w półmrok. Wróżka siedziała w głębi, na barwnym dywaniku. Obok niej w żelaznej misie wątłym płomykiem palił się zanurzony w oleju knot.

Oczy kobiety połyskiwały w półmroku.

– Podejdź – rzekła. – Śmiało.

Artem zbliżył się niezgrabnie, czując, że nogi odmawiają mu posłuszeństwa. Usiadł przed nią. Wróżka patrzyła, nie mrugając. Ciemne oczy, smagła cera. Połowa jej twarzy niknęła w ciemności. Artem nagle przypomniał sobie i pośpiesznie wyjął tłustego węgorza, zawiniętego w kawałek plastikowej folii. Zapłata za przepowiednię. Zapłata za przyszłość. Niezdarnie upuścił rybę na ogromny, zmatowiały pod wpływem czasu srebrny półmisek.

Szczodra zapłata.

Chwila milczenia.

– Mam na imię Lachezis – powiedziała wróżka.

Podniosła wzrok. Twarz wiedźmy ukazała się w świetle. Twarz w połowie zniekształcona…

I w tej oto chwili Artem, syn Gieorgija, pojął, że przepadł. Ostatecznie i bezpowrotnie.

Runął w bezdenne oczy okaleczonej wróżki – i od tej pory spada, spada, spada…

– Śpisz? – Ktoś go szturchnął w ramię.

Artem drgnął.

– A? Co?!

Zdechlak niezgrabnie poruszył głową, jakby go coś gryzło w ramiona. Podczas gdy Artem błądził myślami gdzieś daleko, wśliznął się za nim do namiotu i teraz siedział na swoim posłaniu – ciemna, przygarbiona sylwetka z ostro rysującymi się kolanami.

– No, idziesz czy nie? – spytał Zdechlak celowo gburowato. – Do tego swojego cyrku?

Artem przypomniał sobie. Natychmiast się ocknął.

– Idę.

Peron ugiął się pod nogami, jakby był z miękkiej gumy. Artemowi zdawało się, że nogi ma jak z kamienia. Lekko kręciło mu się w głowie. Żeby nie upaść, musiał się oprzeć ręką o ścianę. Od rwania w brzuchu aż go zgięło. Nie wyprostował się. Przystawił głowę do zimnego kamienia, przeczekał atak. Zrobiło mu się trochę lepiej.

Zdechlak patrzył na niego z politowaniem.

– Ech, ty, Mimino – rzekł.

Świetnie, pomyślał Artem z lekką goryczą. Teraz już jestem Mimino – po gruzińsku sokół, najmarniejszy i najżałośniejszy z ptaków drapieżnych.

No ale przynajmniej jest postęp po Ptaśku. Tylko że nie do przodu, raczej gdzieś… w bok.

Wysiłkiem woli wyprostował się, oderwał od ściany.

– Dobra, chodźmy – mruknął. – Bo się spóźnimy.

Prawie zdążyli.

Służbowy peron był oświetlony reflektorami rozstawionymi wokół ogromnego dywanu. Artem przypomniał sobie, mówiono mu o tym. Taki dywan to najcenniejszy skarb cyrku, rzecz święta, bez której cyrk nie może istnieć. Dywan był brudnozielonego koloru, miejscami połatany. Nad peronem cyrkowcy rozciągnęli linę. Jeszcze kilka lamp było umocowanych pod sklepieniem stacji na sznurkach, tak że mętne światło padało na dywan, pozostawiając widownię w ciemności. Widzowie siedzieli na posadzce.

Przedstawienie już się zaczęło, ominęła ich otwierająca spektakl parada. Szkoda. Artem i Zdechlak uiścili opłatę łysiejącemu mężczyźnie o twarzy klauna i przecisnęli się w pobliże dywanu. Posypały się na nich syknięcia i docinki. Zdechlak po drodze odgryzał się błyskawicznie i celnie. Artem usiadł i wyprostował plecy. Pamiętaj. Jesteś dumny, silny, ostry. W połowie Gruzin, w połowie Rosjanin.

Uhm. Chudy, z wystającymi kośćmi policzkowymi, z mrocznymi, płonącymi, głodnymi oczami. Markotny i zły. Cały w siniakach i zadrapaniach, w łachmanach. Na dłoniach krwawe ślady od nieustannego zaciskania pięści.

„Jestem…” – przypomniał sam sobie.

(księciem w tygrysiej skórze, rycerzem w skórze lamparta)

„…żonglerem”.

Zabrzmiała muzyka. Zaczęło się przedstawienie.

Siedział wśród widzów i czekał na nią. Było mu wszystko jedno, kto i jak występuje, jakie numery czy sztuczki pokazują. On czekał na nią. Wróżkę, okaleczoną wieszczkę. Wiedźmę. Na mgnienie zaparło mu dech w piersi. Kochałby ją, gdyby wciąż była pięknością… lecz tak naprawdę kocha ją taką, jaka jest teraz – okaleczona, w połowie nieludzka. Ciemna i groźna, porywcza i swarliwa…

Przepiękna.

Widzowie zaklaskali, pohukiwali: „Brawo! Brawo!”.

Artem podniósł głowę i w końcu zobaczył, co się dzieje na arenie.

Lewe przedramię siłacza było owinięte bandażami prawie do łokcia. Artem też czasem tak robił, żeby nie przeforsować nadgarstka, kiedy wyciągał z wody ciężkie klatki z wijącymi się węgorzami. Nagle wyraźnie poczuł trupią woń ryb, zimną i wilgotną, zmieszaną z przykrym dla nosa zapaszkiem ozonu i spalonej izolacji.

Nowa Wenecja, dom. Elektryczne węgorze. Niebieskie rozbłyski. Iskry przebiegające między palcami. Zimny poranek Nowej Wenecji. Nad wodą ściele się mgła – urządzenia wentylacyjne znów napędziły ciepłego powietrza z powierzchni, nie widać dalej niż na dwa metry. Światło ogni we mgle jest jakby rozmyte. Dziób łódki bezgłośnie przecina wodę. Z oparów wolno, jak we śnie, wyłaniają się pomosty zrobione z plastikowych butelek i desek. Na pomostach cisną się małe domki sklecone z rupieci i kawałków folii – wyglądają jak zabawkowe. Artem tak wyraźnie to sobie wyobraził, że prawie usłyszał nieustanny, cichy plusk wody pod deskami i lekkie skrzypienie drewna.

Pokręcił głową. Wrócił zgiełk cyrku, oddechy i odgłosy siedzących dokoła ludzi. Wróciła ciężka, pełna napięcia atmosfera zachwytu i zaciekawienia.

Oklaski. Gromkie brawa…

Artem popatrzył na arenę i zagwizdał. Nawet pogrążony w gorączkowym oczekiwaniu, nie mógł nie docenić siłacza, który podniósł na ramionach prawdziwe starodawne drewniane pianino! Atleta stąpał miarowo ze skupioną miną, a na pianinie leżała, wyginając się kusząco, półnaga młoda blondynka. Jej jasne włosy (umyte! Artem nawet ze swojego miejsca czuł, jak pachną suchą czystością i kwiatowym mydłem) spływały miękko na skrzynię instrumentu.

W tłumie rozległy się pełne zachwytu gwizdy, ale – jak się okazało – z zupełnie innego powodu.

– Patrzcie, karły!

Dopiero wtedy Artem oderwał wzrok od wygibasów dziewczyny i zauważył, że na pianinie jest ktoś jeszcze. Na pokrywie instrumentu, na przeciwległych końcach przycupnęli liliput i liliputka. Karzeł miał na sobie śmieszny biały frak z muszką. Artem widział kiedyś taki strój na okładce starego żurnala, tylko tam zamiast liliputa był surowy jasnowłosy mężczyzna z pobrużdżoną twarzą i niebieskimi oczami zabójcy. W ręce trzymał nieznany Artemowi automat z optycznym celownikiem. Napis pod zdjęciem głosił: „Bond. James Bond”. Okrągłą, dziecinną buzię liliputa zdobiły zmarszczki, przez co ten mini-Bond wyglądał jak podstarzały chłopczyk, ale z takimi samymi oczami zabójcy jak na tamtym zdjęciu.

Artem zamrugał. No nie, bzdura jakaś. Zaraz potem karzeł uśmiechnął się i wrażenie minęło. Był czarujący. Chociaż wyraźnie szpetny… Artem zmarszczył brwi. W Nowej Wenecji mutanty nie były zbyt mile widziane. Zaglądał kiedyś do nich na stację olbrzym z zieloną skórą… Ile było szumu! O mało nie zaczęli strzelać.

Siedząca naprzeciwko liliputka nie wyglądała na dziecko, lecz na surową dorosłą kobietę – tylko małą. Miała na sobie dziewczęcą różową sukienkę z cekinami i wyzywająco paliła grubego skręta. Kłęby dymu unosiły się nad jej głową i nad pianinem.

Wyglądało na to, że ten numer to jeden z gwoździ programu. Widzowie krzyczeli i bili brawo.

Siłacz doszedł do środka dywanu i wyprostował się. Pianino wciąż trzymał na ramionach. Zabrzmiała muzyka.

– Op! – powiedziała blondynka. Wdzięcznym ruchem podniosła się na nogi i wygięła tak, że biała sukienka opięła jej gibką figurę.

Widownia szalała. Artemowi zdawało się, że zaraz ogłuchnie.

Ktoś rzucił na arenę naboje, mignęły w snopach światła i z brzękiem rozsypały się u stóp siłacza. Ten skłonił się dwornie razem z pianinem. W ślad za tym poleciały kolejne naboje, ręczna latarka, a nawet baterie. Blondynka dziękowała, posyłając ofiarodawcom w powietrzu całusy. Widzowie krzyczeli i odchodzili wręcz od zmysłów.

„Podoba się wam?”, pomyślał Artem. „A co powiecie, kiedy wyjdzie Ona?”

Duszno. Zimny pot wystąpił mu na czoło, Artem wytarł go drżącą ręką. Mdłości znów podeszły do gardła, gorycz piekła w język. Jakby od głośnej muzyki, światła, śmiechu, jasnych strojów, radosnych okrzyków i całej cyrkowej atmosfery Artemowi robiło się gorzej. Głupia słabość, nie w porę…

Trzymać się.

Już niedługo. Ona zaraz wyjdzie.

Nie pojawiła się. Na numerze z pianinem skończył się pierwszy akt. Powoli, jak węgorz wyciągany za ogon z wody, ciągnęła się przerwa… Zaczął się drugi akt. Artem obojętnie, jak w sennej malignie przegapił i zwierzęta, i zaklinacza z żółtym leniwym wężem. Wąż nazywał się pyton. Pyton, leżący na ramionach zaklinacza, wyginał się powoli, zwijał w pierścienie i unosił żółty łeb z nieruchomymi, zimnymi oczami. W pewnym momencie Zdechlak, podskakując z nadmiaru wrażeń, trącił Artema łokciem w żebra – ten drgnął, na chwilę wyrwał się z udręczonej, gorączkowej drzemki… i zobaczył, że pyton tak naprawdę ma dwie głowy…

 

Artem wzdrygnął się.

A jej wciąż nie było.

Oto finał. Zabrzmiały ostatnie ochrypłe akordy cyrkowego marsza. Po przedstawieniu Artem siedział jeszcze przez jakiś czas, nie mogąc uwierzyć. Katastrofa. Widzowie rozchodzili się, hałaśliwie omawiając, co obejrzeli, twarze mieli ożywione i rozognione, lecz Artem niczego nie zauważał. Trącali go i popychali, a on siedział obojętnie.

Nie było jej.

Co się dzieje?

Ktoś szturchnął go w ramię. Potem mocno potrząsnął. Artem podniósł wzrok… Zdechlak! Wrócił.

– Nie idziesz? – zapytał Zdechlak.

Artem pokręcił głową.

– Mam tu sprawę.

– Jeszcze jeden ślub? No, jesteś krejzol – stwierdził Zdechlak. – Po co ci cyrk? Cyrkowcy, wiesz, jacy są porywczy? Jeden tu z tej stacji próbował podwalać się do ich blondynki… Co prawda, gburowato. A potem znaleźli go w dalekim zaułku…

– Martwego? – zapytał Artem machinalnie. Właściwie wcale go to nie interesowało.

– Gorzej! Żywego. Tylko ręce z nogami ktoś mu pozamieniał.

– Uhm.

Artem nic na to nie powiedział. Wyciągnął rękę.

– Dziękuję. Za wszystko.

Zdechlak z niepokojem pokręcił głową.

– No, krejzol jesteś. Słowo honoru, takiego krejzola jak ty jeszcze nie widziałem… No nic, bywaj… Orzeł.

Zdechlak uścisnął Artemowi dłoń i poszedł, cały czas kręcąc głową, jakby nie mógł zrozumieć, skąd biorą się takie świry. Wszyscy już poszli. Artem zawahał się, miękko zerwał na nogi. Mimo zimnego potu i dreszczy jak w gorączce wciąż mógł się jeszcze poruszać i działać szybko. Błyskawicznie, tak by go nie zauważono, przebiegł przez nieoświetloną przestrzeń na drugą stronę dywanu. Tu, niedaleko od areny, stało kilka namiotów. To w nich mieszkali cyrkowcy. Jeżeli Lachezis żyje, należy jej szukać właśnie tu.

Artem przeszedł między namiotami. Kręciło mu się w głowie i serce boleśnie uderzało w klatce piersiowej… Przeklęta słabość, zadyszka.

Od jak dawna nie jadł? Długo.

Teraz przydałby się grzyb od Zdechlaka… Artem wypuścił powietrze. Jeszcze trochę, a zemdleje z głodu. Wysiłkiem woli zmusił się do wyprostowania. W samą porę. Między namiotami pojawił się siwy, wymięty pracownik cyrku, ubrany w coś na kształt czerwonego munduru. Przyniósł miotłę i zaczął zamiatać śmieci, stękając i przeklinając czyjąś (może cyrkową) matkę.

Artem, niezauważony, patrzył, jak witki miotły przesuwają się po marmurowej posadzce, wyginają. Zamiatacz pracował. Sumiennie, ale jakoś nieskładnie. Potem najwyraźniej się zmęczył. Usiadł na stercie tobołów i wyjął zza pazuchy szklaną buteleczkę. Artem zaczekał, aż tamten wypije. Z doświadczenia wiedział, że po alkoholu niektórzy ludzie stają się lepsi. Inni – wręcz przeciwnie, ale tego już nie odgadniesz…

Gdy buteleczka znikła za pazuchą, Artem wyszedł z cienia.

– Dzień dobry – przywitał się.

– Czego chcesz, chłopcze? – Posługacz cyrkowy nie zdziwił się. Artem podejrzewał, że tamten wypił już nie pierwszy raz i teraz jest całkiem, całkiem dobry.

– Gdzie ona jest? Wróżka?

– Po co ci ona? – Posługacz oparł się na miotle i nachmurzył się.

Artem westchnął. Potem wyjaśnił, że przyszedł sam z daleka specjalnie na przedstawienie – dla jej numeru. Numeru, który kiedyś, dawno temu, widział i który tak go zauroczył… Artem opowiadał i właściwie niczego nie zmyślał. Do tej pory był pod wrażeniem. Chociaż ten numer tak naprawdę nie miał tu nic do rzeczy.

Przyczyna tkwiła w niej. I tylko w niej.

– Nie łżesz, chłopcze?

– Nie.

– A! – rzekł posługacz. I Artem pojął, że tamten mu uwierzył. – Jest tutaj twoja wróżka. Zachorowała, chłopcze.

– C-co? – Oblał się zimnym potem. – Naprawdę? Co z nią?!

Zapewne zmienił się na twarzy. Posługacz zamachał ręką.

– Nie, nie! Wszystko będzie w porządku, tak powiedział Ezra. Tylko nikomu ani pary, jasne? Kramarze chorych nie lubią, zaraz zabiorą. Kwarantanna i takie tam… Wróżka leży sobie w namiocie. Lerka jest nasza, cyrkowa. A my swoich nie wydajemy… – Posługacz połapał się, że właśnie to zrobił. – Ee… nic ci nie powiedziałem! Rozumiesz, chłopie?

– Gdzie ona jest?

Posługacz podrapał się po potylicy. Pomyślał i rzekł:

– O namiocie z wężami też ci nie mówiłem, nie? No więc jakby kto pytał, Lerki tam nie ma i nigdy nie było. Rozumiesz, chłopcze?

Artem kiwnął głową. Zrozumiał.

– To mogę… do niej?

– Tylko… – Posługacz nagle otrzeźwiał, ostro popatrzył Artemowi w oczy. – Rozglądaj się uważnie, nie daj się złapać pytonowi. Bo dostanie się nam obu… po uszach. Jeżeli wpadniesz, ty mnie nie widziałeś i ja ciebie nie widziałem. Verstehen?

Pytonowi? Artem pokręcił głową, nie kojarząc. A! To ten leniwy żółty wąż! Z dwoma głowami – przypomniał sobie. Po plecach przebiegł mu lekki chłód. Nonsens. Wąż powinien być chyba w klatce? Czy w tym… jak mu tam? Akwarium?

Artem wzruszył ramionami i zgodził się.

To był największy namiot, z czarnymi sylwetkami wygiętych węży narysowanymi na materiale – niewprawną ręką, ale z jakąś dziwną mocą. Wewnątrz paliło się słabe światło.

Artem zawahał się przez chwilę. Zacisnął pięści.

Potem zapukał i wszedł do środka.

– Kto tam? – zapytał kobiecy głos. Jej głos.

Artem przyglądał się jej zachłannie. Półleżała na poduszkach, w cieniu. Przeraźliwie chuda. Piękna, ale straszną, skazaną na śmierć urodą. W ręce miała zapalonego papierosa w długiej lufce.

– To… to ja – odparł Artem.

– Jaki „ja”?

Serce biło mu tak głośno, aż się bał, że ona usłyszy. W głowie się zakręciło.

– To… – Rozkaszlał się. – My z panią… Pamięta pani? Wenecja, osiem miesięcy temu… Wróżyła mi jeszcze pani… Pamięta pani?

– Przyszedłeś tu dla mnie? – Wcale się nie zdziwiła.

Spojrzał na nią wyzywająco. „Tak, dla ciebie”.

– Niech mnie pani zabierze z sobą – rzekł twardo.

Lachezis wypuściła dym i wolno podniosła głowę. Uśmiechnęła się – z wielkim zmęczeniem. Okaleczona twarz wydawała się starsza, wycieńczona.

– Czemu?

– Przecież widzi pani przyszłość? – Zawahał się. – W takim razie… dlaczego pani pyta?

Twarz jej się zmieniła. Drgnęła.

Szelest materiału za plecami. Ciche:

– Ta-ak.

Artem obejrzał się. Za nim w wejściu namiotu stał siłacz – ten sam, od pianina. Z bliska okazał się nie taki znowu wysoki. Nieco tylko wyższy od Artema – ale mocarny, napakowany siłą i dlatego wydawał się prawdziwym wielkoludem. Jak poprzednio miał na sobie ciemnoniebieski strój z występu, zarzucił tylko na szyję ręcznik. Artemowi nie wiedzieć czemu przemknął przez myśl dwugłowy wąż i jego zimny dotyk…

Siłacz przeniósł wzrok na wróżkę, uniósł brwi. Co się niby dzieje?

No i to tyle, pomyślał Artem. Teraz ona powie: „Nie wiem, kto to jest” i wyrzucą mnie stąd.

– Weźmiemy chłopca z sobą – odezwała się Lachezis.

„Chłopca?” Krew uderzyła Artemowi do głowy. Wciąż jest dla niej tylko chłopczykiem?! Sam nie zauważył, jak się zerwał na nogi.

Zapragnął za wszelką cenę stąd wybiec. I uciec jak najdalej, na drugi koniec metra. Wyjść na powierzchnię, na martwe, opustoszałe miasto i zachłysnąć się tam radioaktywnym powietrzem. Zaciągnąć się do diggerów i wybrać się na z góry straconą wyprawę do Moskwy. Żeby oni wszyscy… Żeby ona… Wtedy Lachezis pożałuje!

„Chłopiec?!” Artem spróbował wziąć się w garść. Rzeczywiście jesteś jak chłopczyk. Ale uraza została…

Siłacz podniósł wzrok. Oczy miał małe, głęboko osadzone w mocarnej czaszce. Jasne i zamglone, jak u stróżującego psa. Artem się skulił.

Mocarz poskrobał się po obandażowanym przedramieniu.

– A czemu? – Po minie wielkoluda można było poznać, że intruz śmiertelnie mu zalazł za skórę.

– Igor, a co to za pytanie? Kaprys mam taki. Mogę sobie troszkę pokaprysić, nie?

Siłacz westchnął ciężko.

– A co on umie?

Artem uświadomił sobie, że olbrzym, nazwany Igorem, bynajmniej nie zmiękł. Po prostu postarał się trochę zmięknąć – ze względu na nią.

Lachezis uśmiechnęła się, bordowe wargi wygięły się w górę. Przerażający półuśmiech.

– Sam go zapytaj.

Igor odwrócił głowę, zarysowały się węzły mięśni.

– No? – odezwał się w końcu,

Inne książki tego autora