Piter. WojnaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Nie został, żeby wyjaśnić, co się stało. Po prostu zwiał. Przed oczami do tej pory majaczyła mu mina zaskoczenia grubasa.

Gdyby nie handlarze niewolników, którzy złapali go śpiącego, w tunelu Sienna–Dostojewska, Maks byłby już w domu. Głupio wyszło! Bardzo głupio!

Ale dziś, daj podziemny boże-idioto, wszystko się zmieni.

– Maksym, przepraszam, nie pomógłbyś mi? – Z zamyślenia wyrwał go głos profesora. – Jeszcze raz przepraszam, że odciągam…

Maks odwrócił głowę. Profesor Lebiediew – z dziada pradziada inteligent, o niebotycznym IQ. Jakimś cudem udało mu się przeżyć w metrze, i to nawet nie na Technolożce, gdzie jest miejsce naukowców, a na Dostojewskiej, dziś już opuszczonej. I jak to się stało, że nikt go dotąd nie kropnął?

Albo nie sprzedał w niewolę?

Zresztą teraz profesor jest tu. A to znaczy, że jego szczęście (podobnie jak szczęście Maksa) już się skończyło.

– Oczywiście, profesorze. Czego pan chce?

Lebiediew położył na legowisku okulary, plastikowe oprawki owinięte niebieską, poczerniałą ze starości taśmą izolacyjną. Jedno ze szkieł pękło.

– Przytrzymaj, proszę, Saszika. Wyrywa się i nijak nie mogę mu zapiąć paska.

Maks kiwnął głową. Płowowłosy Saszik w rzeczywistości miał już dwadzieścia parę lat, ale po elektrowstrząsie i wodnych procedurach – tak leczyli go z „nieposłuszeństwa” – cofnął się umysłowo i utknął gdzieś na poziomie pięciolatka. Profesor opiekował się nim.

Możliwe, że to pozwalało staruszkowi zachować werwę i nie wpaść w depresję.

– Saszik, stój spokojnie – polecił surowo Lebiediew. – Bo inaczej zabierze cię wujek. Widzisz tego wujka? Jest straszny.

Saszik zachichotał. Maks w charakterze „strasznego wujka” nie zrobił na nim wrażenia. Ten westchnął ciężko.

– Uber! – zawołał. – Uber!

Skinhead odwrócił głowę i z wysiłkiem rozciągnął usta w uśmiechu.

Widząc ten uśmiech, Maks zrozumiał, że najgorsze jeszcze przed nimi. Ale na Saszika podziałało to hipnotyzująco – chłopak zamarł. A profesorowi w końcu udało się zapiąć na nim kombinezon.

– Gotowe – powiedział Lebiediew. – Dziękuję ci… ee… młody człowieku.

Z jakiegoś powodu unikał zwracania się do Ubera po imieniu.

– Nie ma… problemu… – skinhead zaczerpnął powietrza – …psorze. Do usług.

Maks nadstawił uszu.

Woooou. To jęczały tunele na odcinku Zwiozdna–Moskowska. Charakterystyczny niski łoskot. Nawet przytłumiony, ten dźwięk działał na nerwy.

Maks wzruszył ramionami. Ludzi się nie bał, ani trochę. Każdego człowieka można otworzyć jak puszkę konserwy – i dosłownie, fizycznie, i na poziomie psychologii. Maks dawno się przekonał, że jego wola jest bardziej wyostrzona i uderza celniej niż wola przeciętnego człowieka. Maks, człowiek-otwieracz. A może wszystko jest sprawą wrodzonej agresji…

Kiedyś istniała niedorzeczna teoria, że charakter człowieka, jego siła psychiczna, zależy od grupy krwi. I tak grupa pierwsza to drapieżcy. Agresywni, najlepiej przyswajają mięso. Ludzie z pierwszą grupą krwi pojawili się na ziemi wcześniej niż pozostali. Są bardziej pierwotni. Takich nawet wirus ani brudna woda nie powalą.

Druga grupa może już być zbieraczami. Korzonki, grzyby, trawka. I tak dalej. Najbardziej bezbronna jest grupa czwarta. Mieszkańcy miast. Za to każdy jeden geniusz i inteligent. Ale osobniki z pierwszą grupą krwi łatwo mogą nimi kierować – z powodu agresywności i wiary w siebie.

Zwłaszcza w okolicznościach, kiedy trzeba przeżyć, żywiąc się pastewnym zielskiem…

Maks pokręcił głową.

Potem przypomniał sobie twarz przygłupa, który go szturchnął w wychodku. I zaraz poczuł w dłoniach znajome swędzenie. Serce zabiło mu żwawiej, oddech przyśpieszył. Buch, buch, buch. Od adrenaliny zapłonęły policzki.

Pewnie ja też mam pierwszą grupę krwi, stwierdził Maks.

„A jeszcze mógłbym powalić Juntę. We dwóch z Uberem spokojnie dalibyśmy radę”.

– No, kurna – rozbrzmiał czyjś głos.

Maks zamrugał. I znów znalazł się w dusznym betonowym zamknięciu. Piętrowe żelazne łóżka. Sprawiający trudności wychowawcze, przepychając się i pocąc, słali legowiska, gładzili idealnie koce (nie daj Boże, żeby Junta znalazł jakąś fałdkę) i doprowadzali się do porządku. A właśnie…

Maks obejrzał się. Gdzie jest Uber?

Skinhead siedział na podłodze obok legowiska i trzymał się za głowę, a twarz miał białą jak chusta. Od czasu do czasu zgrzytał zębami i kołysał się. Maks przypomniał sobie pokaleczony, pokryty szramami kark przyjaciela i wzdrygnął się.

Jak on w ogóle przeżył? Z takimi obrażeniami?

Uber poczuł na sobie jego wzrok i podniósł głowę. Białka oczu zaczerwienione, straszne.

– Żyjesz, brachu? – zapytał Maks.

– Aha. Nie… zwracaj uwagi… Ze mną w porządku.

– Śmiem wątpić.

Uber objął dłońmi żelazne słupki łóżka, ścisnął, aż palce mu pobielały, i zaczął się podnosić. Wstał. Spojrzał na Lebiediewa.

– Profesorze – powiedział z trudem – jest pan wykształconym człowiekiem… Jak się nazywa wysiłek, od którego boli mózg?

Lebiediew oderwał wzrok od Saszika, uniósł siwe brwi.

– Masz na myśli uderzenie w szczękę, młody człowieku?

Uber, mimo udręczonej cierpieniem miny, uśmiechnął się.

– No, żarty się pana trzymają, profesorze!

– Jak to… – odpowiedział zmieszany profesor. – Ja… wcale nie miałem zamiaru żartować. Przepraszam.

Uber nic na to nie rzekł, twarz mu się wyciągnęła – tym razem nie z bólu.

– Jest pan niezwykłym człowiekiem, profesorze. Mówię poważnie. Szaleję za panem.

***

Wkrótce zabrały ich „niańki” i poprowadziły na zbiórkę. To nazywano apelem.

Grupę skierowano do przebijania łącznika między tunelami. Tradycja. Wychowawcy nosili tu szpanerskie białe kitle, a „niańki” to, w czym im było wygodniej. Junta górował nad niskimi wychowawcami niczym ciemna, błyszcząca od tłuszczu skała.

– Sprawiający trudności wychowawcze Uber! – zaczął wyczytywać wychowawca.

– Jest! – odszczeknął skinhead.

Maks wyczuł nutkę kpiny w tonie jego odpowiedzi.

– Sprawiający trudności wychowawcze Lebiediew!

– Jest!

– Sprawiający trudności wychowawcze Kuzniecow!

– Jest!

– Sprawiający trudności wychowawcze Lemieszew!

– Jest! – odkrzyknął Maks.

– Sprawiający trudności wychowawcze…

– Kto ma zażalenia, wystąp! – rozkazał Junta.

Nikt nie wyszedł z szeregu. Nie ma głupich.

Młodszy wychowawca Skobielew (zwany Skobla), wymuskany, zadowolony z siebie, w szarym flanelowym garniturze pod białym kitlem, zwrócił się do kierownictwa:

– Towarzyszu Dyrektorze, apel zakończony. Stan: dwudziestu sześciu sprawiających trudności wychowawcze. Chorych brak, nieobecnych brak. Raport zdał młodszy wychowawca Skobielew. Pozwolicie przystąpić do pracoterapii?

Dyrektor łaskawie skinął głową. Niby że oczywiście, oczywiście. Wymięta twarz, rzadkie włosy. Maks po raz pierwszy widział go z tak bliska.

– Pracujcie, czarnuchy. Masa to pochwala – powiedział Uber, prawie nie poruszając ustami.

Maks stłumił śmiech. W szeregu ktoś zachichotał.

Skobla odwrócił się do nich, skinął na „niańkę”. Junta krzyknął:

– Na miejsca!

Krzepkie „niańki” poprowadziły kolumnę na miejsce pracy. Sprawiający trudności wychowawcze brali taczki i ustawiali się w kolejce do hałdy ziemi. Dalej w tunelu znajdowała się ogromna sprężarka, pochodząca jeszcze z czasów metrobudowy, od niej ciągnęły się węże do młotów udarowych. Tymi ostatnimi kruszono warstwy kwarcu, po czym taczkami wywożono urobek.

Czasami maszyna pracowała, ale częściej – nie. Na razie biedzili się przy niej mechanicy w niebieskich kombinezonach, „mazuty” wynajęte z Technolożki. Przerzucali się leniwie przekleństwami, bez bluzgania jak bez smaru – naprawa nie szła. Dopóki trwała, trzeba było drążyć skałę ręcznie, kilofami. Wesołe życie.

Nadeszła jego kolej. Maks wziął taczki, ale flanelowy wychowawca pokręcił głową: nie trzeba. Wezwał do siebie – niedbale, niemal kiwnął paluszkiem. Maks zacisnął zęby. Nie szkodzi, jeszcze się z tobą policzymy…

– Sprawiający trudności wychowawcze Lemieszew, Dyrektor chce cię widzieć – oświadczył Skobla oficjalnym tonem.

Maks się uśmiechnął.

***

Gabinet Dyrektora mieścił się pod peronem stacji, w niegdyś wystawnym, na miarę metra, służbowym pomieszczeniu.

Teraz z dawnej świetności pozostały już tylko ślady: na ścianie plakat „Przestrzegaj zasad bezpieczeństwa!” – niebieski maszynista spogląda surowo; kilka poobijanych metalowych szaf; stół kancelaryjny. W kącie zamarł fotel, sfatygowany pośrodku. Brązowy skaj przetarł się, ukazując dno ze sklejki, spod obicia wyłaziły kawałki pianki, jak mięso w miejscu ukąszenia.

Mięso, z którego wyciekła cała krew. Maks przypomniał sobie niedorzeczną teorię grup krwi i uśmiechnął się.

Pomieszał herbatę łyżeczką, ale nie odważył się napić. Odwykł od gorącego, a metalowy koszyczek szklanki mocno się nagrzał. Z brązowej powierzchni unosiła się para…

– Niech się pan częstuje – zachęcił Dyrektor.

– Częstuję się – odparł Maks. Ciekawe, co się dzieje. I czemu? Dobrze, sformułujemy to inaczej. Maks zmrużył oczy. Dlaczego akurat dziś?

Dyrektor podszedł bliżej. Średniego wzrostu, z wyglądu niezbyt silny, a jednak zaryzykował i został sam na sam ze sprawiającym trudności wychowawcze. Chojrak. Maks był znany jako człowiek sprawiający kłopoty. Kilka bójek, konflikty z innymi wychowankami, bezczelność i upór…

Tydzień w karcerze nie zdołał naprawić jego charakteru.

 

Za to włosy mu trochę odrosły.

– Wydaje mi się, że jest pan zaniepokojony – powiedział Dyrektor.

Jaki miły człowiek, pomyślał Maks z ironią. Zaraz mnie zagadnie, czy mi herbata smakuje.

– Herbata nie za gorąca? – zapytał Dyrektor.

Mógłbym go powalić, myślał Maks. Wziąć jako zakładnika i wyrwać się stąd.

– Co? – Ocknął się z zamyślenia.

– Jak smakuje herbata? Nie za gorąca?

Maks dopiero teraz się napił. Nie herbaty, rzecz jasna – chociaż i tak nie za bardzo pamiętał smak tej prawdziwej. Pamiętał tylko jedno – herbata powinna być słodka. Ta była.

Oszałamiająco słodka.

– Bardzo smaczna – odpowiedział Maks. – Po to mnie pan wezwał, Dyrektorze? Żeby poznać moje zdanie o pańskim naparze?

Dyrektor się uśmiechnął. Zęby drobne i równe, między niektórymi przerwy. Dziwna maniera mówienia – jakby perswadująca, z intonacją wzbudzającą zaufanie (a niby co innego?). Zamieniwszy z nim kilka zdań, Maks bezwiednie zaczął się zastanawiać – skąd my się znamy?

Podstęp. Kolejny tani psychologiczny podstęp.

– To także – rzekł Dyrektor. – Zresztą… Nic pana nie dziwi? Może ma pan jakieś pytania?

Maks uśmiechnął się.

– Śmiało! – zachęcił Dyrektor.

– Myślałem, że tu są sami komuniści.

– Zgadza się – przytaknął Dyrektor po chwili. – Kiedyś tak było. Nie wypieramy się swoich korzeni. Ale jako współcześni piterscy komuniści nie możemy stać w miejscu. Musimy się rozwijać. Zastój w rozwoju to śmierć, nie możemy sobie na coś takiego pozwolić.

– Ale po co wam tunel do Moskwy? To przecież absurd, słowo daję. Wygląda pan na mądrego człowieka…

Dyrektor uśmiechnął się.

– Właśnie.

– Tak. – Maks patrzył na byłego komunistę na nowo z zaciekawieniem. – Nie liczy pan na to, że dotrze do Moskwy?

– Wie pan, Maksymie Aleksandrowiczu, powiem panu coś w sekrecie. Jeżeli jutro jakimś cudem dokopiemy się do Moskwy, to od razu zaczniemy nowy tunel…

Maks zmrużył oczy. Interesujące postawienie sprawy. Perspektywiczne.

– A dokąd tym razem?

– Dokądkolwiek. Do Nowego Jorku. Na Księżyc, czemu nie?

– Ale… po co?

– Wielki cel nie może być osiągalny. Rozumie pan, Maksymie? Bo wtedy nie będzie już wielkim celem, tylko… tfu. Chwilowym sukcesem.

– Wobec tego po co wam ten cel? My chcielibyśmy po prostu przeżyć.

Dyrektor pokręcił głową.

– Przeżycie to nieproduktywny cel, Maksymie. Jak by to panu objaśnić… Może słyszał pan, że dawniej, na długo przed Katastrofą, ludzie wyruszali na wyprawy odkrywcze. Biegun północny, południowy. Jeśli coś się zdarzyło, a zawsze coś się musi zdarzyć, to prawo Murphy’ego, wracali. A żywności już mało. Noc polarna, mróz, żeby się ogrzać, trzeba dobrze jeść. I wtedy zaczynało się najprostsze i najoczywistsze. Rozumie pan, Maksymie? – Dyrektor zrobił dramatyczną przerwę. – Kiedy jedynym celem jest przeżycie, najważniejsze staje się pytanie: kogo zjemy następnego.

– I co robić? – Maks z zainteresowaniem spojrzał na Dyrektora. – Ludzi nie zmienimy…

Dyrektor nic na to nie odrzekł. Wziął ze stołu błyszczący stetoskop, obracał go chwilę w palcach, odłożył. Podniósł wzrok na Maksa.

– Tak pan myśli? Możliwe, że ludzie nie są winni. Możliwe, że po prostu są chorzy.

***

– Albo źle wychowani. Czasami myślę, że cały świat to jeden wielki dom wariatów, Maksymie Aleksandrowiczu.

Maks zmrużył oczy.

– I postanowił pan wziąć się za jego wychowanie?

– Na mnie trafiło – powiedział skromnie Dyrektor.

– To też jest wielki cel?

– Tak. – Znów się uśmiechnął. – Ale w tym wypadku: w pełni osiągalny. I, jak by to objaśnić… cel nie zasadniczy. Rozumie pan, gdybyśmy wyjawili, że naszym zadaniem jest „uzdrowienie ludzkości”, wszyscy by się dawno rozbiegli, nie zważając na brutalność „nianiek”. Dlatego że wszyscy wiedzą: leczyć się można w nieskończoność.

– A tunel?

– Każdy tunel prędzej czy później się kończy. I wyprowadza na światło, jak powiedział pewien klasyk. – Dyrektor uniósł palec. – Rzecz jasna, w teoretycznej świetlanej przyszłości.

Ktoś zapukał.

– Tak? – odezwał się Dyrektor.

Skrzypnęły drzwi, w szparę wsunęła się mordka sekretarza. Szpiczasta jak u szczura.

– Wybaczcie, towarzyszu Dyrektorze, ale prosił pan, żeby powiadomić… Mortusy przyjechały. Każecie im wydać ciała? Czy zaczekać?

– Czy i o tym nie możecie zadecydować beze mnie?!

W odpowiedzi na gniew zwierzchnika mordka wyostrzyła się jeszcze bardziej, zmarszczyła i znikła.

– Widzi pan, Maksymie. – Dyrektor odwrócił się. – Jak bywa… Nawet o podstawowych rzeczach człowiek musi decydować sam. Herbaty nie ma kiedy wypić! O czym to rozmawialiśmy?

Maks westchnął.

– O świetlanej przyszłości. I o tym, jakie miejsce w owej przyszłości powinienem zająć ja…

***

Dyrektor uważnie popatrzył na Maksa i skinął głową.

– Doskonale! Jest nam pan potrzebny, Maksymie. Ma pan wyraźne zadatki na przywódcę.

Maks początkowo nie wiedział, co odpowiedzieć.

– To się zapewne daje poznać po tym, jak pcham taczki? – rzucił w końcu sarkastycznie. – Rozumiem, że urodzeni przywódcy biegają w szczególny sposób.

Dyrektor pokiwał głową.

– Kpi pan sobie, pana prawo. Ale niech pan o tym pomyśli, Maksymie: skąd, pana zdaniem, biorą się wychowawcy?

Maks duszkiem dopił resztę herbaty, nie czując smaku. Odstawił szklankę na stół. „Chcesz być jednym z nas?” Podtekst zupełnie przejrzysty.

– Niech się pan nie martwi – powiedział Dyrektor. – Ma pan czas do namysłu. Może jeszcze jakieś pytania?

Maks oblizał sobie spierzchnięte wargi. Pytania? Są pytania. Jak stąd nawiać?

– Kto mnie… hmm – zawahał się. – Kto mnie polecił?

– Konstantin Bołotko.

– Kto to jest?

Dyrektor uśmiechnął się.

– Myślę, że lepiej panu znany jako… Junta.

***

Maks wyszedł z gabinetu zamyślony. Nie, żeby go nagle zaczęły cieszyć miejscowe porządki… Ale po rozmowie z Dyrektorem wiele rzeczy wskoczyło na swoje miejsce. Dziwne na pierwszy rzut oka zasady ułożyły się w jeden system, który nieźle byłoby dokładnie poznać. Zamyślonego Maksa złapał „niańka” i wręczył mu taczki – najwyraźniej, żeby ten nie marnował energii na myślenie. Maks ocknął się, dopiero kiedy pchał taczkę z powrotem, ciężką od skalnego urobku. Dłonie mu pulsowały.

– Co z tobą, brachu? – spytał Uber.

Maks pokrótce opowiedział swoją rozmowę z Dyrektorem, opuszczając niektóre szczegóły.

Skinhead chrząknął.

– Dyrektor domu wariatów – powiedział z niejakim zdziwieniem. – Noo, nie chciałbym spoczywać pod taką tabliczką.

– A pod jaką byś chciał?

Uberführer podrapał się po czole.

– Nawet nie wiem. Może: „Tutaj spoczywa wolny człowiek”? Albo: „Obalił dyktatora i łajdaka”! Jak ci się widzi?

– Koniec rozmów! – wrzasnęła jedna z „nianiek”. Ruszyła w ich stronę, ściskając w garści pałkę…

Uber mrugnął do Maksa i potoczył swoje taczki dalej.

***

Najbardziej przypominało to chiński makaron, mocno rozgotowany, zalany czerwonawym sosem z posmakiem rybnych konserw. Lecz sprawiającym trudności wychowawcze było wszystko jedno, byle było gorące. Pobrzękiwanie łyżek, zacięte, pośpieszne, słychać było zapewne aż na Moskowskiej.

Nie zważając na wątpliwy smak wywaru, Maks zjadł wszystko, ale nie poczuł się syty. Ani nawet bliski sytości. Wylizać miskę czy co? Zamyślił się. Jakoś tak nie uchodzi.

Inni jednak nie mieli takich skrupułów – wylizywali miski do czysta. Maks obejrzał się.

Facet o zapadniętej twarzy, jak gdyby wysuszonej promieniowaniem radioaktywnym, rozdrażniony odsunął pustą miskę. Rzucił łyżkę. Brzęk!

– Porcje coraz mniejsze – rzekł. – Nie, no… – Zamyślił się, nie wiedząc, jak wyrazić swoje oburzenie.

– No, nie dają gwiazdki z nieba na tej Zwiozdnej – podpowiedział Uber.

Tamten z niedowierzaniem wlepił wzrok w skinheada – jaja sobie robi? Potem stwierdził, że sformułowanie jest trafne.

– To raczej czarna dziura niż gwiazdka z nieba! Oszczędzają, bydlaki – powiedział zdecydowanym tonem. – Na nas oszczędzają! W Moskwie na pewno tak nie jest.

Skinhead uśmiechnął się olśniewająco.

– Racja – zgodził się. – I nawet tunele są u nas ciaśniejsze niż moskiewskie! Opowiadał mi jeden z metrobudowy, że w Moskwie tunele mają sześć metrów średnicy, a nasze pięć i pół. Znowu przyoszczędzili, swołocz – skarżył się Uberführer nie wiadomo komu. – Wyobrażasz sobie, brachu?

Przy stole już otwarcie rżeli ze śmiechu.

– Popatrz – rzekł ze smutkiem tamten wychudzony mężczyzna. – I dokąd tu iść człowiekowi? Gdzie znaleźć dobre miejsce?

Skinhead uśmiechnął się. Brakowało mu dwóch przednich zębów, co nadawało jego bandyckiej fizjonomii szczególny urok.

– Na Zurbagan – podsunął.

– Przecież to bajka… – mruknął wychudzony z rozczarowaniem.

– I co z tego? Lepsza badziewna bajka niż daremne siedzenie tu. Tak w ogóle to lubię bajki. Gdyby w tym świecie nie było bajek, już dawno nie zostałoby w nim nic przyzwoitego. Ot, Kipling, był przecież żołnierzem i dżentelmenem, a sam pisał bajki. Świetne. Komunizm to też bajka. No i co z tego? Tak czy inaczej, kiedyś nastąpi.

– Już kiedyś nastąpił – rzucił sarkastycznie ktoś z tłumu. – Dookoła sami komuniści, tylko jakoś nie tryskają szczęściem.

– Zgadza się. – Uber kiwnął głową. – Tego nie wzięli pod uwagę. A gdzie lepiej?

Wokół niego podniósł się szum, ludzie się ożywili. Temat „gdzie w metrze dobrze się żyje” nigdy się nie nudził. Tu każdy mógł dołożyć swoje.

– Może by na Placu Powstania… tam, mówią, nieźle się żyje.

– Na Powstania już była wojna, tylko ciebie im tam brakuje, przygłupie.

– Stul pysk!

– Odwal się.

– A Kirowski? – zapytał ktoś. – Jak tam jest?

– Kirowski Zawod, co? Znam. – Uberführer machnął ręką. – Bywałem tam. Raz ledwie uszedłem z życiem. Nie mamy tam czego szukać, kamraci, zapomnij. Zebrała się sama hołota. Ani prawa, ani porządku. Trudno uwierzyć, że się jeszcze sami nie pozabijali. Największe problemy w mieście były w tym rejonie, jeszcze zanim się cokolwiek zaczęło…

Maks w wyobraźni ujrzał ludzi klęczących w szeregu. Strzał, strzał, strzał. Bach, bach, bach! Kirowscy padają jeden po drugim. Następny osiłek leci twarzą naprzód (choć twarzy już nie ma), na potężnym karczychu tatuaż – niebieski nietoperz. Maks widzi: rękaw brązowej skórzanej kurtki, w ręce pistolet. Bang!

Rozbłysk.

Koziołkując w powietrzu, wolno opada łuska. Uderza w granitową podłogę, odbija się z brzękiem… toczy…

– Oni, kumasz, wcale nie uważali nas za ludzi – ciągnął Uber. – My, krzyczą, za przyjaźń narodów! I dawaj nas rozwalać. Rządzi u nich jakiś grypsujący, honorny złodziej. Ale myślę, że to wszystko bujda z tym grypsowaniem i honorem. Na pewno zwykły zbir i już. Tak w ogóle kirowska brać, mówią, całkiem nie zna już strachu…

– W jakim sensie? – Maks podniósł głowę.

– Na Narwską lezą na całego. Jak karaluchy. Ale tam też jest zajebisty twardziel, nazywają go Lotnikiem. Słyszałem, że porządny człowiek… Choć oczywiście zbir.

***

– Tej nocy?

Uberführer prawie nie rozwierał ust. Zatrzymał się, udając, że koło taczek utknęło w dziurze.

Maks kiwnął głową.

– Może byśmy się wstrzymali – zaproponował Uber, manewrując uchwytami, żeby koło wyjechało z dziury. – Założyłbym tu związek zawodowy. Albo bojową komórkę.

– Skleć lepiej trumnę – poradził Maks. Wskazał ruchem głowy. – O, dla tego przygłupa.

Stał tam flanelowy typ, ten, który kierował ich „wychowaniem”. Skobla.

Uber uśmiechnął się. Szedł już do nich „niańka” Junta – wszystko wskazywało na to, że miał w zanadrzu jakieś pieszczoty. Skinhead pchnął taczkę, miną pokazał rozzłoszczonemu kafarowi: już, już, odjeżdżam. Pracuję w pocie czoła. Tyłek sobie, za przeproszeniem, urabiam.

Maks zacisnął i rozwarł dłonie, pobudzając krążenie krwi. Wygodnie złapał uchwyty taczek i popchnął…

Dzisiaj…

***

Uberführer idąc, zaśpiewał – niezbyt głośno, wysokim, ale miłym dla ucha głosem:

Z prochu człowieka ulepił Bóg,

W ciele są kości, mięśnie i mózg.

Kości i mięśnie, plecy na schwał,

Ale mózg tępy we łbie mi dał.

Dotoczył taczkę do rzędu wózków, starannie ustawił i biegiem wrócił do szeregu. Wprost idealny więzień. Wychowawca łaskawie skinął głową.

 

Skinhead wyprostował się.

– Przybył sprawiający trudności wychowawcze Uber! – zameldował.

Junta popatrzył na niego nabiegłymi krwią oczami. Nie dowierzał Uberowi, szczególnym zmysłem nadzorcy postrzegał go jako potencjalnego buntownika. Ale skinhead od rana zachowywał się wzorowo, dlatego „niańka” nie miał się do niego za co przyczepić. Chytrus.

– Przerwa na dymka, dziesięć minut! – ogłosił wychowawca.

Sprawiający trudności wychowawcze rozsiedli się wokół żelaznej beczki z piaskiem. Nikt nie miał prawdziwego tytoniu, nawet „niańki” kupowały jakieś zielsko, uprawiane w odległych tunelach, i odsprzedawały je wychowankom.

Uberführer był tu w swoim żywiole. To znaczy nadawał.

– Dawniej to była Ulica Dybienko – wyjaśniał Uber płowowłosemu chłopaczkowi. Blondyn słuchał ze znudzoną miną. – Rozumiesz, mój sprawiający trudności wychowawcze brachu?

– A teraz?

– Teraz „Wesoła Osada”.

– Jak, jak? – posypały się pytania z tłumu palących. Nad ich głowami unosił się niebieskawy, drażniący dym.

– Wesoła Osada, brachu. – Uber odwrócił się i westchnął: – Tam to dopiero było życie! Śpiewy, tańce, fajerwerki, radość była najważniejsza. Dlatego tak nazwali osadę. Nie było w Piterze lepszego miejsca. To jak Disneyland… tfu, ty przecież o nim nic nie wiesz… jak jarmark na Siennej! Tylko sto razy lepszy.

– Hm – skwitował starszy katorżnik. Podał Uberowi dymiącego skręta.

Skinhead podziękował skinieniem i zaciągnął się. Powoli, z przyjemnością wypuścił dym. Przekazał peta dalej.

– No, teraz to palnąłeś – odezwał się z niedowierzaniem jeden z młodych.

Siedzieli przy paleniu w kucki jeden za drugim. Kiedy człowiek zaciągał się skrętem, jego twarz w półmroku rozświetlała się na czerwono. Trochę straszny widok.

Jakby młodzieńcy wykrzywiali gęby, założywszy się, która okropniejsza.

– Mówię ci! – zacietrzewił się Uberführer. – Co, nie wierzysz?

– Wierzy, wierzy – włączył się zamiast dzieciaka Maks. Tylko tego brakowało, żeby porywczy skinhead zechciał coś udowodnić i przycisnął chłopaka do ściany.

– Tam było tak pięknie… można było oszaleć, tak pięknie!

– A teraz co tam jest? – spytał młodzieniec.

Uberführer podrapał się po potylicy.

– Najróżniejsze badziewie. Osiedlili się tam grzybiarze, ćpuny. Hodują te swoje grzybki i sprzedają. Co, nie wiesz?

– A! Prochy.

– Nie prochy, tylko grzyby, chłopcze. Duża różnica. Halucynogenne. Tylko że te są jakieś sprytne, układ nerwowy po nich siada w jednej chwili. No i chodzą tam ichni robole. Popracował, dostał grzybka, odleciał i znów do roboty. A sami sprzedają i żyją. Nie, brachu, dla mnie już lepsi Weganie.

Maksowi przypomniał się przenikliwy ziąb, jaki odczuwał w obecności „zielonych”. Jeszcze czego. Znalazł sobie Uber porównanie…

– Co ty wiesz o Weganach? – zakpił Maks ze skinheada.

– Aha – Ubera nie dało się zbić z tropu. – Wiem o nich wiele. Kumasz, brachu, nawet w armii służyłem.

– Niby gdzie?

– U nich. U Wegańców-pogańców.

Maks nie wiedział, co odpowiedzieć. Uber, klejnot podziemi, ukazał mu jedno ze swoich ukrytych obliczy.

– I jak było? – ożywił się młodzieniec, oczy mu rozbłysły.

Maks zauważył, że paplanina Ubera zaskakująco korzystnie działa na ludzi.

– Zwyczajnie. Nawet mi się spodobało. Potem, co prawda, uciekłem.

– A czemu uciekłeś, skoro się spodobało?

– Zachciało mi się mięsa. Nawet mi się ono śniło, wyobrażasz sobie? U Wegan jest dobrze. Przed bitwą nażresz się zieleniny do woli, potem dają ci papierosa. Zapaliłem, dostałem takiego kopa, że całe metro jak na dłoni, do ostatniego zakamarka. Bez żadnego noktowizora, kumasz? Oczy jak spodki i świecą się. Wszystko widzę. I nie boję się, ani trochę. Jedyny problem: ja, jak zakurzę, to mi się chce żreć. Po prostu nie mam sił. I tylko mięsa, nic innego organizm nie przyjmie. Idę do ataku, a myślę o żarciu. Trzymam automat, a sam szukam, czego by tu nie zwędzić. I wszędzie majaczą mi w wyobraźni kawałki smażonego mięsa. I zapach… rozumiesz? Wszędzie zapach, mało od tego nie oszalałem. Nawet teraz… wyobrażasz sobie? Czuję zapach szczurzego szaszłyka. Na żeberkach…

Maks nagle uświadomił sobie, że też dosłownie to czuje. Zdawało się, że z powiewem powietrza płynie zapach przypiekanego na ogniu mięsa.

Z aromatem pieczeni mieszała się wyraźna woń płonącej instalacji.

Tu do Maksa dotarło, że szaszłyki są dziś odwołane. Bo to jest…

– Pożar! – połapał się jeden z palących. – Ratuj się, kto może! POŻAR!

***

– POŻAR! – rozległy się krzyki z przodu.

Zrobiło się poruszenie. Sprawiający trudności wychowawcze podskakiwali, zadzierali głowy, starając się zobaczyć, co się dzieje w tunelu. Maks też próbował. Ale z jego wzrostem okazało się to niełatwe. Zawsze znajdzie się ktoś wyższy od ciebie, nawet wśród…

Oto ono, właściwe słowo. Tu, na Zwiozdnej, nazywali ich sprawiającymi trudności wychowawcze, ale gdzie indziej w metrze mówiło się o nich prościej. Maks uśmiechnął się. Co tu ukrywać? Niewolnicy.

Jasne, do Wegan miejscowym daleko, ale wszystko jedno. Istoty rzeczy to nie zmienia.

Weganie stosują chłostę i okaleczenia, tu – wstrząsy elektryczne i tortury wodne, kajdany i pozbawienie światła. Odsiedziawszy w karcerze tydzień, Maks nie pałał do miejscowych szczególną miłością.

– POŻAR! – krzyczano już gdzieś blisko.

Sprawiający trudności wychowawcze zaszemrali. Od pożaru w metrze straszniejsze jest tylko wdarcie się wód gruntowych, które mogą zatopić całą stację. Albo taki Rozłam – monstrualna rozpadlina dzieląca czerwoną linię na dwie części.

Maks spojrzał na Ubera, ten mrugnął. Myślimy o tym samym, prawda?

– Wszyscy mają tu zostać! – przykazał Junta.

Gdy się przybliżył, szereg wyraźnie się cofnął. „Niańka” zawiesił wzrok na niewinnie uśmiechniętym Uberze, chciał coś powiedzieć, gdy wtem z przodu tunelu huknęło. BUM. Wybuch! Nawet tu, do sprawiających trudności wychowawcze, dotarła fala gorącego powietrza.

– Wszyscy stać! – rozkazał Junta, odwrócił się i pobiegł. W stronę Moskowskiej, tam, skąd ciągnęło dymem i przypiekanym mięsem.

– Świetnie – stwierdził Uber. – Świeeetnie.

– Umrzemy wszyscy. Co robić?! Co robić?! – Zawsze się znajdzie panikarz.

Maks westchnął. Znów coś nieprzewidzianego. Przypadkowy pożar – nie pasował do planu ucieczki, zresztą podobnie jak rozmowa z Dyrektorem. Słabo. Ale to nic, trudno.

Ludzie się niepokoili. Sprawiający trudności wychowawcze tłumnie otoczyli Maksa i skinheada, podnieśli zgiełk.

– Bez paniki – polecił Uber. – Niech oni się denerwują. – Skinął głową w stronę wychowawców, którzy rzeczywiście zaczęli się krzątać, biegać.

Z tunelu dobiegały krzyki oraz daleki, ledwie słyszalny szum płomieni. Na twarzach zebranych katorżników pląsały czerwone rozbłyski.

– Kto to podpalił? – zapytał ten sam młodzieniec.

Uberführer uśmiechnął się. Jakby był zadowolony z pożaru.

– A nie wszystko jedno?

Na środek tunelu wybiegł wychowawca z metalową tubą.

– WSZYSCY ZOSTAJĄ NA MIEJSCU! – przykazał donośnie.

Uber chrząknął. Maks spojrzał na niego znacząco, skinhead kiwnął głową. Dziś. Właśnie teraz! Zaczęli się przedzierać przez tłum. Będzie zabawa. Maks szedł, czując, jak mu płoną policzki i coraz głośniej bije serce. Dłonie swędziały jak przed dobrą bitką…

Adrenalina.

Adrenalinka.

***

We wzburzonym tłumie, przypominającym morze podczas sztormu, Uberführer i Maks zeszli się w jednym punkcie. Punktem przyłożenia siły okazał się wychowawca Skobla.

– Szanowny panie – zaczął Uber – czy tańczył pan kiedyś z diabłem w świetle bladego księżyca?

Oczy wychowawcy rozszerzyły się, otworzył usta… Maks krótkim ruchem, bez zamachu, uderzył. Ha! Skobla stracił oddech. Knykciami w splot słoneczny – nie pokrzyczysz sobie specjalnie.

Maks walnął jeszcze raz, kantem dłoni w tętnicę szyjną. Gotowe. Uber przytrzymał zwiotczałe ciało wychowawcy, miękko opuścił je na ziemię. Wokół hałasował tłum. Uberführer, zasłaniany przez Maksa, pochylił się, czymś zaszeleścił…

– Bierz. – Podał Maksowi biały kitel.

Logiczne. Przecież nie skinhead powinien odgrywać rolę oświeconej, intelektualnej osobistości. Chociaż… czemu nie? Z Ubera byłby przynajmniej zabawny wychowawca.

Maks włożył kitel. Uberführer wyprostował się i wręczył mu aparat oddechowy. Obejrzał przebranego przyjaciela.

– Ujdzie w tłumie – stwierdził. Po czym podał Maksowi długą czarną latarkę, tę, którą miał Skobla. – Trzymaj, żeby dopełnić obrazu. Dobra, sprowadź tu profesora i chłopaka. – Uber uśmiechnął się. – A ja się tymczasem zabawię.

Inne książki tego autora