Anioł trzeciego świata

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Rozdział pierwszy

Początek

Była chłodna, szara jesień. Księżyc i gwiazdy oświetlały drogę niczym miliony żarówek LED-owych zawieszonych na nieboskłonie. Dookoła leżało mnóstwo złotych liści, które, układając się w miękki dywan, okalały chodniki Nowego Jorku. Jednym z nich szła para młodych ludzi, nieprzeczuwająca tego, co niebawem stanie się ich udziałem. Posuwając się przed siebie beztroskim, miarowym krokiem, rozmawiali o planach na następny dzień.

– Jutro zaczynam jako kierowca taksówki. W końcu jakaś odmiana. Nie to, że miałem dość pracy w dyspozytorni, ale będę mógł zmienić otoczenie i lepiej poznać miasto.

– To świetna wiadomość! Uważam jednak, że ten awans należał ci się znacznie wcześniej, Drake.

– Też tak sądzę, ale jak by to powiedział mój wujek: „Póki ja tu zawiaduję, musisz się liczyć z moim zdaniem”, więc czekałem. Cierpliwość popłaca. A co u ciebie?

– Bez większych zmian, ale to dobrze. Nie sądzisz, że robi się coraz chłodniej?

Drake zarzucił rękę na ramiona dziewczyny, mimowolnie przyśpieszając kroku. Byli już prawie u celu, jakim był dom ukochanej. Mieszkanie dzieliła wraz z przyjaciółką. Dochodząc do drzwi frontowych, młodzieniec zaproponował:

– Jane, może spotkamy się jutro w Central Parku, gdy skończę pracę, i pójdziemy na kawę?

– Dobrze, w takim razie do jutra.

Żegnając chłopaka pocałunkiem i miłym uśmiechem, Jane powoli otworzyła białe drzwi, by po chwili za nimi zniknąć. Drake, patrząc przez chwilę na księżyc unoszący się nad miastem, ruszył w drogę powrotną.

Drake Bolton był dwudziestoczteroletnim wysokim i wysportowanym młodzieńcem o krótkich, białych jak śnieg włosach i bladoniebieskich jak góry lodowe oczach. Jego ambicja i nieodparta chęć dążenia do osiągnięcia celu bez względu na wszystko stały się powodem, dla którego został wybrany do bardzo niecodziennej misji.

Jane z kolei miała dwadzieścia dwa lata i wyrosła na wysoką, szczupła dziewczynę o niebieskich jak tafla jeziora oczach i długich jasnozłotych blond włosach, które – z racji swego upodobania do indywidualizmu – przyozdobiła w różowe pasemka. Jej otwartość do ludzi oraz uczucie, jakim darzyła swego chłopaka, sprawiły, że stała się idealną kandydatką, by rozpocząć to, co niebawem miało się wydarzyć.

***

Następnego dnia po odebraniu taksówki z podziemnego parkingu wyjechał na miasto. Nie musiał zbyt długo czekać na pierwsze zlecenie tego dnia.

– Wóz 7513, zgłoś się.

– Tu wóz 7513, zgłaszam się.

– Słuchaj, Drake, na Manhattanie, na Times Square, czeka na ciebie pierwszy klient. Do dzieła!

– Zrozumiałem! Już jadę.

Przemierzając ulice w szczycie porannego oblężenia, stosunkowo szybko dotarł na miejsce. Pasażerem, który wsiadł do samochodu, był dystyngowany, starszy mężczyzna ubrany cały na czarno. Spod długiego płaszcza wydobył laskę zakończoną srebrnym uchwytem w kształcie głowy węża. Uchylając kapelusza, ukłonił się, odsłaniając krótkie siwe włosy. Po zajęciu miejsca przez klienta Drake został poproszony, by jechać przed siebie i oczekiwać dalszych instrukcji.

Jadąc w ciszy przez dłuższą chwilę, chłopak postanowił zagadać do starszego mężczyzny:

– Pan długo w Nowym Jorku?

Nie padła jednak żadna odpowiedź, co uświadomiło kierowcy, że pasażer nie ma ochoty na rozmowę. Nie chcąc prowadzić monologu, chłopak postanowił włączyć radio. Przemieszczając się przez zatłoczone ulice miasta, nie musiał długo czekać, by po chwili stanąć w korku. Czekając na udrożnienie przejazdu, zauważył przechodzącą przez ulicę Jane oraz zmierzającego w jej stronę po równoległym pasie bordowego Chevroleta Corvette. Chcąc coś zrobić, zaczął energicznie naciskać klakson. Niestety, kiedy Jane spostrzegła, co się dzieje, było już za późno. Rozpędzone auto, potrącając dziewczynę, odjechało z miejsca zdarzenia. Oszołomiony młodzieniec przez chwilę przyglądał się zaistniałej sytuacji, po czym doszło do niego, że Jane jeszcze żyje. Szybko wybiegł z samochodu i robiąc zaledwie parę kroków, znalazł się tuż przy niej. Niestety, dziewczyna leżała martwa. Roztrzęsiony mężczyzna ujął ją za rękę i kładąc jej twarz na swoim ramieniu, zdławionym głosem zdawał się mówić nieskładne sylaby:

– Dl… dla… go, dla… cze… go. Dlaczego? Dlaczego ona? Zrobiłbym wszystko, dosłownie wszystko, by móc jakoś to zmienić!

Wtem obok młodzieńca pojawił się starszy pan, który był pasażerem jego taksówki. Nachylając się nad klęczącym Drakiem, powiedział:

– Naprawdę zrobisz wszystko, by ją uratować? – Głos starszego dżentelmena był tak subtelny jak szept, a zarazem donośny niczym ryk lwa.

– Owszem! Ale co to ma do rzeczy, przecież nikt na to nic nie poradzi!

– A jeśli tak? Jeśli pozwolę, byś ją uratował, to podejmiesz próbę?

– Zrobiłbym to bez wahania!

– Cieszy mnie twój entuzjazm, ale na tym świecie nie ma nic za darmo.

– Co chcesz w zamian?

– Twoją duszę.

Po tych słowach niebo pociemniało, a twarz mężczyzny skryła się w półmroku, w którym dostrzec można było jedynie żarzące się jak dwa ogniki źrenice.

– A więc zróbmy tak: ty odasz mi swoją duszę, a zarazem wolność, a ja cofnę czas, byś mógł ją ocalić. Zgoda?

– Kim ty w ogóle jesteś, że chcesz mojej duszy?

– Nie domyślasz się?

– Jesteś diabłem?

– Gratulacje, wygrałeś szansę uratowania swojej ukochanej. Więc jak?

Zdejmując srebrną głownię z laski, wydobył z niej zrolowany zwój.

– Wystarczy, że podpiszesz ten kawałek pergaminu, a zmienisz los dziewczyny i swój.

Na górze pożółkniętego pergaminu widniał napis: χψρογραφ [cyrograf]. Chłopak nie był pewien, czy powinien się zgodzić. Po chwili namysłu powiedział:

– Zgoda, ale pod jednym warunkiem. Przeklniesz się na swoją moc, że nic jej nie zrobisz, w przeciwnym razie oddasz mi moją duszę. Umowa stoi?

– Niech ci będzie. Potrafisz się targować.

– Gdzie mam się podpisać?

– Wystarczy, że przyłożysz swój kciuk w tym miejscu.

– Ała, co to jest, do cholery?! To parzy!

Kropla krwi widniejąca na dokumencie niespodziewanie wsiąkła w pergamin, by po chwili powrócić w postaci krwawego podpisu.

– Tyle powinno wystarczyć. Ratuj ją!

– Co???

Nagle wszystko uległo diametralnej zmianie. Drake nie klęczał już na ulicy, obejmując martwe ciało dziewczyny, lecz ponownie siedział w swojej taksówce. Przez moment pomyślał, że to wszystko to jedynie wytwór jego wybujałej wyobraźni. Spoglądając w przednie lusterko w samochodzie, spostrzegł siedzącego na kanapie pasażera. Wtem w jednej chwili zrozumiał, że nie ma zbyt wiele czasu. Wybiegając z samochodu, czuł, jak wszystko dookoła niego nagle zwalnia. W ostatniej chwili odepchnął Jane, ale sam wpadł pod koła bordowego chevroleta.

Rozdział drugi

Piekielna podróż

– Aaa! Co to było? – Drake czuł, jak cały świat wiruje wokół niego, a obrazy docierające do jego oczu spowijał mrok niczym w migawce aparatu analogowego. Chwilę później dostrzegł w końcu, z czym przyszło mu się zmierzyć: miał przed sobą majestatyczną sylwetkę mężczyzny o czarnych, zaczesanych do tyłu włosach i piwno-złotych oczach, ubranego w czarny jak smoła garnitur. Podchodząc do niego, miał zamiar zapytać, z kim ma do czynienia, a przede wszystkim, gdzie obecnie się znajduje. Nagle w oczach pozornie nieznajomego człowieka pojawiły się wcześniej nieobecne iskrzące się ogniki. W jednej chwili Drake zrozumiał, kim jest ów tajemniczy gość. Zadziwiony tak znaczącą przemianą, postanowił zapytać:

– Jak to…?

– Pozwól, że przerwę ci w tym miejscu i odpowiem na wcześniej zadane pytanie. To, co cię trafiło, to bordowy Chevrolet Corvette C3 Convertible z 1968 roku. Idąc tym tropem, to nadal ja. Nie sądziłeś chyba, że cały czas będę udawać jakiegoś starca? Teraz jeśli chcesz, to pytaj lub po prostu słuchaj.

– Co? Gdzie ja jestem? Co to wszystko ma znaczyć?!

– Zadajesz bardzo dużo pytań. Zacznijmy od początku. Po pierwsze, nie żyjesz, a po drugie, jesteś w piekle.

– Co!? Jak to „w piekle”!?

– Oddałeś mi duszę, pamiętasz? – Wyciągając zwinięty cyrograf z wewnętrznej kieszeni garnituru, diabeł pokazał chłopakowi podpis widniejący u dołu dokumentu. – Teraz należysz do mnie.

– Co z Jane?

– Ona żyje.

– Muszę się z nią zobaczyć. Powinna wiedzieć, że nic mi się nie stało.

– Mam już dość twego gadania! Przestań mówić i zacznij wreszcie słuchać!

– Mówiłem ci przecież, że nie żyjesz, wszyscy to rozumieją, tylko nie ty! Nie mogłem przecież pozwolić, by ktokolwiek stanął między nami.

– Ty… Ty skurwielu! Coś ty zrobił? Pożałujesz tego!

– Uspokój się. Dobrowolnie przecież oddałeś mi swoją duszę, a ja po prostu robię wszystko, by ułatwić ci wykonanie zadania. Porozmawiamy jednak o tym trochę później, na razie pozwól, że oprowadzę cię po moich włościach.

– Nie zrobię nic, póki nie odpowiesz mi na jedno zasadnicze pytanie.

– He, he, he… Dobra. Wal!

 

– Dlaczego właśnie ja?

– To proste. Miałeś najlepsze predyspozycje.

– Przestań ściemniać i mów dlaczego?

– Po prostu potrzebowałem kogoś, kto będzie gotów zrobić wszystko dla drugiej osoby.

– Skąd wiedziałeś, że się na to zgodzę?

– Nie wiedziałem, równie dobrze mogłeś uznać, że nic na to już nie poradzisz. Jednak czułem, że nie pozwolisz jej ot tak po prostu odejść.

Na początku swej podróży Drake, próbując poukładać w głowie to, co przed chwilą usłyszał, zaczął rozglądać się dookoła. Podążał przez plac usiany mnóstwem żył płynnej lawy. W niektórych miejscach na ziemi znajdowały się szczeliny, z których buchały kilkumetrowe słupy ognia. Po opuszczeniu placu mężczyzna ujrzał przeogromne miedziane wrota, a na nich wypalone, wciąż żarzące się słowa w tajemniczym dialekcie: Το φεστ δρογα δο υδρ Γκυ κτο ραζ να νια ωκρχζψ φυζ νιγδψ ζνιεφ νιε ποωρΓχι [To jest droga do udręki i bólu: kto raz na nią wkroczy, już nigdy z niej nie powróci].

Za ogromnymi wrotami znajdował się korytarz wiodący do pomieszczenia pełnego pustych klatek. Na każdej z nich widniał napis: χηχιωοσΙ, λικζλοσΙ. Drake, zaciekawiony, zapytał:

– Co te symbole oznaczają?

– W tych klatkach znajdowały się potwory, które teraz są na ziemi, szukając potencjalnych dusz, które mogłyby zagrzać tu miejsce. Chodźmy, to już niedaleko.

Nagle weszli do wielkiej komnaty oświetlanej przez cztery zwisające z sufitu żelazne świeczniki. Pośrodku znajdował się graniowy blat, przy którym po obu stronach stały dwa obite czerwoną tkaniną krzesła z wysokimi oparciami. Podłokietniki z drewna cedrowego z wyglądu przypominały łapy gryfa.

– Siadaj, musimy porozmawiać. – Gdy tylko obaj zasiedli za stołem, zniecierpliwiony młodzieniec bez ogródek zapytał:

– Czego ty ode mnie tak naprawdę chcesz? Przecież nie chodzi tu tylko o moją duszę, prawda?

– Masz rację, chłopcze. Cieszę się, że jesteś taki konkretny. Mówiąc krótko: chcę, żebyś zabił…

– A konkretnie?

– Konkretnie… cztery demony, z którymi mam pewne porachunki. Dawno temu te nędzne istoty ukradły mi po jednej duszy, przez co straciłem nad nimi kontrolę. Cóż, każdy popełnia błędy, a ja chcę, żebyś je teraz naprawił. Jeśli to zrobisz, oddam ci twoje życie.

– Zgoda, zabiję te złodziejskie demony.

– Świetnie! Nie myśl sobie jednak, że puszczę cię bez niczego w taką podroż. Wstań, powinienem ci się przedstawić. Mów mi Mefisto. Witaj.

Po uchwyceniu wyciągniętej ręki szatana Drake poczuł, jak jego lewe ramię płonie żywym ogniem, a przeraźliwy ból pozbawia go gruntu pod stopami, gdy chwilę później wylądował na kolanach.

– Co to ma znaczyć, do cholery? – Próbując wstać z klęczącej pozycji, mężczyzna ściągnął górne odzienie, by zrozumieć, co przed chwilą miało miejsce.

– Ty potworze!!!

Na jego ramieniu widniały tajemnicze, nieznane w żadnym języku zwęglone symbole: ζαρνψ ανιολ [Czarny anioł].

– To jest pieczęć, w której zaklęta jest twoja obecna postać. Ta pieczęć da ci wystarczająco dużo siły, by stawić czoło demonom.

Nagle widniejące na ramieniu chłopaka czarne znaki zaczęły układać się w okrąg, przy czym naprzemiennie rozpalały się i gasły. Drake zdawał się jakby nieobecny. Niespodziewanie monumentalna implozja przypominająca powstanie czarnej dziury wyłoniła ze swych czeluści dziwny kształt, przypominający sylwetkę człowieka.

Zamiast twarzy posiadał srebrną maskę, spod której wystawały tylko śnieżnobiałe włosy, oraz płonące w kolorze krwistej czerwieni oczy. Poza tym dysponował potężnymi, czarnymi jak smoła skrzydłami. Ręce miał skryte w warstwowo ułożonych metalowych rękawicach, które wyglądały, jakby zrobiono je z fragmentów nierdzewnej stali. Nogi do wysokości łydek również pokrywał ten sam rodzaj stali. Dolna część ciała była odziana w czarne spodnie, na bocznej stronie których widniały czerwone symbole σζψβκοσΙ. Nagi tors ukazywał potężnie wyrzeźbione mięśnie niczym u greckich bogów czy herosów. Całe jego ciało przypominało posturą wojownika gotowego w każdej chwili, by stanąć do walki.

– Nareszcie, teraz posłuchaj. Wystarczy, że pomyślisz o tym, by obudzić w sobie tę istotę, a tak się właśnie stanie. Oprócz tego daję ci możliwość widzenia ludzkich dusz, dzięki czemu będziesz mógł łatwiej wytropić moje zguby, gdyż po kradzieży, której się dopuścili, są w stanie bez przeszkód wtopić się w tłum zwykłych śmiertelników. Zatem leć, mój czarny aniele, i przynieś mi te nędzne dusze! – Mefisto, ruszając ręką jak gdyby od niechcenia, otworzył przed chłopakiem piekielną szczelinę. Wyrwa ta z barwy przypominała płynną magmę. Portal łączący świat ludzi i demonów zdawał się unosić w przestrzeni. Protagonista bez dłuższego namysłu wskoczył w otwarte wrota, które prowadziły prosto na ziemię.

Rozdział trzeci

Pierwsze starcie

Na niebie widać było księżyc, którego rozproszony blask niknął w nowojorskim świetle. Nagle srebrzystą tarczę przesłoniła ognista membrana, dająca podobne wrażenie co zaćmienie tego kolosa widziane z ziemi, lecz to zjawisko dawało wielokrotnie silniejsze wrażenie, jak gdyby na powierzchni ziemskiego satelity płonęły hektary lasu… Z czeluści piekielnych wrót wyleciała mroczna postać. Drake pod postacią czarnego anioła zdawał się nie rozpoznawać miejsca, w którym się znalazł. Krążąc pomiędzy drapaczami chmur, w pewnym momencie ujrzał znajomy widok: był to długi na niemal dwa tysiące metrów Brooklyn Bridge. Lecąc pod wiszącym mostem, przeciął nieruchomą taflę niczym bezzałogowy samolot chcący uniknąć wykrycia. Spoglądając w falującą wodę niczym w lustro, młody mężczyzna dopiero teraz mógł ujrzeć swą nową sylwetkę. Wzbijając się ponownie w przestworza, Drake nie mógł się nadziwić, jak szybko potrafi płynąć czas na ziemi, gdy się na niej nie przebywa. Szukając swojego celu, rozwijał zawrotne prędkości, lecąc nad ulicami niemal opustoszałego o tej porze miasta. Młodzieniec pod postacią czarnego anioła zachwycał się nocnym krajobrazem widzianym z lotu ptaka, gdy nagle na terenie cmentarza dostrzegł grupę dziwnych istot. Wyraźnie o czymś rozmawiali, postanowił więc ich podsłuchać.

– Czego jeszcze nie rozumiesz?

– Chciałbym po prostu wiedzieć, po co tak naprawdę zwiedzamy te cmentarze?

– Mówiłem ci już, Magnus, dowiecie się wszystkiego, gdy nadejdzie czas. Przestań mnie ciągle o to wypytywać!

– Hej, towarzysze, mamy chyba komitet powitalny.

– A to ciekawe. Kim jesteś, przybyszu?

– Możesz nazywać mnie czarnym aniołem. Przybyłem, by odebrać wam coś, co niedawno ukradliście z piekła.

– Chciałeś powodu, to go właśnie masz! Dość gadania, wykończ go, Magnus!

– Z największą przyjemnością! Jeszcze jedno: jaką wolicie pieczeń?

– A co to ma do rzeczy?

– Bo ja lubię zwęgloną, i to bardzo! – mówiąc to, Magnus rozpalił dłonie, pocierając je o siebie, by po chwili trzymać w nich dwie ogniste kule.

– Mam dość twoich dennych żartów. Zabij tego natręta!

Magnus był istotą niezwykłą pod względem wyglądu. Patrząc od góry, oblicze tego demona wyglądało jak skrzyżowanie legwana z transylwańskim nietoperzem, a do karku miał przyrośnięte dwa płaty skórne jak u jaszczurki lub kobry. Jego ramiona i ręce przypominały ludzkie, przechodząc następnie w smocze łapy zakończone ostrymi szponami. Tors zakończony był masywnymi nogami przypominającymi końskie kopyta, a z dolnej części kręgosłupa wyrastał długi, gruby ogon. Całe ciało pokrywała skorupa z zastygniętej magmy.

Magnus, rozpoczynając natarcie, rzucił kilka ognistych kul w kierunku przeciwnika, lecz taki atak nie był dla Drake’a żadnym wyzwaniem. Jednym ruchem swych potężnych skrzydeł zmienił trajektorię lotu pocisków, które zawróciwszy, trafiły w Magnusa. Wielka chmura kurzu i dymu zasłoniła czarta, by po chwili wyłonił się z niej bez żadnego uszczerbku. Nagle demon, wbijając ręce w swoje ciało, wyrwał z jego wnętrza dwie garści płynnej magmy, która powoli ściekała po jego dłoniach. Wyrzuciwszy porcję lawy wysoko w górę, patrzył, jak zaczyna opadać pod postacią ognistego deszczu, paląc pióra na skrzydłach diabelskiego sługi. Upadając na ziemię, chłopak zrozumiał, jak bardzo trudne będzie wyzwanie, którego się podjął.

– Wstawaj, żółtodziobie, czyżbyś miał już dość?!

Podnosząc się z ziemi, czarny anioł szybko zgasił wciąż palące się skrzydła, które teraz były całkowicie bezużyteczne. Nie znając możliwości nowego wcielenia, mężczyzna postanowił postawić na widoczne różnice w budowie ciała pomiędzy nim a swoim rywalem. Z racji nieforemnej budowy i znacznych gabarytów, jedynym sensownym rozwiązaniem wydawało się zmęczyć demona, zmuszając go do ciągłego ruchu.

Wprowadzając swój plan w życie, czarny anioł cały czas musiał mieć na względzie, że mierzy się z istotą bardziej doświadczoną, i na dłuższą metę może się on okazać niewystarczający. Początkowo rzeczywiście zwinniejszy wojownik przejął inicjatywę, jednakże jego ciosy zdawały się nie robić wrażenia na bardziej masywnym wrogu. Pochwyciwszy więc Magnusa, postanowił wykorzystać w swych atakach elementy otoczenia rozsiane po okolicy. Przyciskając ręce czarta do jego placów, zaczął prowadzić go niczym niewolnika, by na koniec z impetem wpakować go na posąg przedstawiający archanioła dzierżącego miecz. Uderzenie było tak silne, że rzeźba rozleciała się na drobne kawałki zaledwie po jednym ciosie, a oszołomiony demon upadł na kolana. Widząc cień szansy na zwycięstwo, Upadły sięgnął po marmurowy miecz, aby za jego pomocą rozłupać czaszkę demona. Gdy już szykował się do zadania ostatecznego ciosu, nieoczekiwanie stracił równowagę i upadł na ziemię. Ze zdziwieniem odkrył ogon Magnusa owinięty wokół swoich kostek. Właśnie w tej chwili to demon zaczął rozdawać karty. Chwytając leżącego na ziemi anioła za gardło, zaczął powoli zaciskać swą masywną dłoń wokół jego szyi, podczas gdy pazury drugiej ręki wbijały się prosto w serce piekielnego antagonisty. Zakrwawione smocze szpony wbijały się coraz głębiej, sprawiając niewyobrażalny ból. Zdławiony krzyk z ledwością wydobywał się przez zaciśnięte gardło. Sługa Mefista, aby uniknąć pewnej i bolesnej śmierci, musiał działać szybko i zdecydowanie. Pochwyciwszy miecz, obiema rękami starał się oswobodzić. Uderzając klingą marmurowego ostrza w przedramiona czarta, sprawił, że zastygła lawa imitująca skórę na ciele Magnusa powoli zaczęła pękać, jednakże uderzenia te odcisnęły piętno także na kamiennym mieczu. Wciąż zaciskające się czarcie szpony sprawiały, że każda upływająca chwila mogła okazać się ostatnią, dlatego też uderzenie musiało być precyzyjne i silne. Trzask pękającego marmuru napełnił Drake’a przerażeniem, jednak widok tryskającej lawy przegonił wszelkie lęki i nakłonił go do odwrotu. Czołgając się na plecach, widział, jak magma wypływająca z odciętych kończyn zalewa cmentarne grunty. Oderwawszy szpony od swojego ciała, czarny anioł usiłował wziąć od dawna upragniony wdech. Jednakże każdy głębszy haust powietrza sprawiał mu potworny ból i coraz obfitszy wysięk krwi z otwartej rany. Usiłując się jakoś ratować, młody mężczyzna usłyszał w swej głowie dziwny głos: „Dość zabawy!”. W tej samej chwili zaczął działać nie do końca świadomie. Nabierając na dłoń garść wciąż parującej lawy, anioł czekał, aż szarawy metal jego rękawicy zacznie żarzyć się żółto-czerwonym blaskiem. Wtem po odrzucaniu garści magmy przycisnął wierzchnią stronę dłoni do rany na swej piersi – tym razem krzyk był ledwo słyszalny, jak gdyby wychodził przez zaciśnięte zęby. Wypalone znamię pod postacią ludzkiej dłoni doszczętnie zasklepiło ranę na ciele piekielnego wojownika.

– Czyżbyś stracił swoją uprzednią charyzmę? Duże cielsko i pyskata gęba to za mało, by mnie pokonać! – Stojący dumnie po drugiej stronie utworzonej sadzawki Upadły zdawał się nie być tą samą niepewną siebie istotą, która podjęła walkę z demonami.

Tylko Magnus zdawał się nie zauważać różnicy w zachowaniu swego przeciwnika. Owładnięty wściekłością i chęcią zemsty, był gotów na wszystko, by dopaść swego rywala. Zmierzając w stronę jednego z towarzyszy, powiedział:

– Chwyć mój ogon i rzuć mnie jak najwyżej potrafisz.

Ukryty w cieniu cmentarza demon, nie zastanawiając się zbyt długo, położył dłoń na najbliższym marmurowym postumencie, przejmując jego właściwości. Przybrał jednocześnie postać nad wyraz muskularnie zbudowanego, dwumetrowego, posiadającego cztery ręce czarta, którego cały ciężar spoczywał na dwóch masywnych nogach, przypominających swym wyglądem dwie wielkie kolumny. Głowa tego stwora przypominała ludzką, lecz z powodu posiadania szczęki i uzębienia jak u diabła tasmańskiego, była nieznacznie wydłużona.

 

Ustosunkowując się do polecenia Magnusa, czteroręki potwór chwycił go wszystkimi kończynami za ogon i przyjmując postawę młociarza, rzucił nim w kierunku protagonisty. Głośny chrzęst przypominający kruszenie kamieni uświadomił czartowi, że chyba zapomniał wypuścić ogon swego towarzysza. Roześmianym głosem demon rzekł:

– Ups, to chyba był twój ogon, uha, ha ha, ha.

Okazało się, że w dłoniach kamiennego stwora nie pozostało nic poza kilkoma garściami węglowego miału przesypującego się olbrzymowi przez palce. Pomimo ogarniającej złości z powodu utraty kończyny, ognisty demon był skupiony tylko na jednym celu. Wzbijając się coraz wyżej, czart nie spuszczał oczu z czarnego anioła, by po chwili zacząć zasypywać go gradem lepkich magmowych skaz wylatujących z jego gęby. Żaden nadlatujący pocisk, mający na celu unieruchomienie rywala, zdawał się nie stanowić najmniejszego zagrożenia dla działającego do tej pory jak na autopilocie Upadłego.

Nagle nieustannie śledzący nacierającego przeciwnika anioł stanął w bezruchu wpatrzony w czarne płótno nocnego nieba, jakby ujrzał na nim swoje przeznaczenie.

Dokładnie w tej chwili jeden z pocisków okazał się na tyle skuteczny, aby przytwierdzić nogę piekielnego sługi do cmentarnego gruntu. Wydawało się, jak gdyby ten jeden błąd rozstrzygnął wynik całego starcia. Stojąc w bezruchu z założonymi rękoma, upadły anioł stracił chęć do dalszej walki. Wpatrywał się w nadciągającą kometę, co wyglądało, jakby rozmyślał nad najwłaściwszym życzeniem. Wtedy też jego zachowanie znów uległo zmianie. Nerwowe rozglądanie dokoła siebie sugerowało, że w ogóle nie orientuje się w zastanej rzeczywistości. Usiłując wyszarpnąć nogę z potrzasku, wpatrywał się w ognisty meteoryt mknący wprost na niego.

Z każdą upływającą sekundą sfera stawała się większa, a bijący od niej skwar coraz dokuczliwszy. Rozgarniając rękoma lawę więżącą kończynę, anioł raz za razem rzucał spojrzenie w kierunku nadciągającego demona. Wtedy też dostrzegł niecodzienny widok: wzdłuż spadającej ognistej kuli ukazała się mu dziwna zakapturzona postać. Odziana w czarną poszarpaną pelerynę z kapturem, posturą przypominała stracha na wróble. Wysunąwszy spod rękawa kościstą rękę, położyła ją na grzbiecie demona, aby wręcz z cyrkową zręcznością znaleźć się tuż nad nim.

Wraz z chwilą, gdy upadłemu aniołowi udało się oswobodzić z potrzasku, Magnus rozgorzał jeszcze jaśniejszym płomieniem, co wróżyło wielką katastrofę. Spośród trzaskających płomieni wyłoniło się płonące, pełne licznych bruzd oblicze czarta.

– Teraz zginiesz!

Słowa wypowiedziane przez demona wydawały się prorocze, upadły anioł wiedział, że po uderzeniu w ziemię prawdopodobnie nic po nim nie zostanie, jak i po wszystkim, co stanie na drodze wytworzonej fali uderzeniowej. Jedynym rozsądnym wyjściem była ucieczka. Jednakże brak skrzydeł uniemożliwiał bezpieczne opuszczenie miejsca katastrofy. Wyczekanie momentu, w którym bies nie będzie w stanie skorygować trajektorii swego lotu, było jedyną możliwością, lecz wiązało się z zagrożeniem braku czasu na odwrót. Przeczucie czarnego anioła potwierdziło się: upadek Magnusa wywołał tak potężną falę uderzeniową, że nawet ukrycie się za stojącą nieopodal kamienną figurą nie uchroniło piekielnego wysłannika przed jej skutkami. Ściana ognia o półtorametrowej wysokości rozprzestrzeniła się pod postacią piekielnego kręgu, paląc, niszcząc i rozrzucając po cmentarzu wszystko, co stanęło jej na drodze. Demony przyglądające się całej walce, by uniknąć obrażeń, skryły się pod lodową kopułą stworzoną przez jednego z nich. Fala uderzeniowa była tak ogromna, że po jej ustąpieniu prawie połowa cmentarza zamieniła się w jedno wielkie pogorzelisko.

– Solidna zasłona. – Klepiąc wewnętrzną ścianę kopuły, kamienny stwór spowodował, że ściana odpadła od sklepienia, osuwając się na ziemię z wielkim hukiem. Opuszczając kryjówkę, oczom diabłów ukazał się postapokaliptyczny widok: zrujnowane groby pozbawione były nagrobków ułatwiających ich zidentyfikowanie, zaś inne mogiły odsłaniały trumny ze zmarłymi. Posągi stojące najbliżej miejsca eksplozji praktycznie przestały istnieć, natomiast te w odleglejszych alejkach uległy dekapitacji lub utraciły kończyny, przez co były nierozpoznawalne. Wizerunki aniołów nie przypominały już dumnie strzegących zmarłych postaci. Patrząc w dal, przed siebie, można było zobaczyć dwa różne światy koegzystujące ze sobą: ta cześć cmentarza, której nie zdołał dosięgnąć atak Magnusa, wyglądała tak, jakby czas się zatrzymał – nawet wiatr zdawał się zamilknąć na widok tego, co przed chwilą się zdarzyło. W głębi krateru, pomiędzy dogasającymi szczątkami demona kamikadze, leżało spalone ciało czarnego anioła. Powoli opuszczając swą kryjówkę, diabły zastanawiały się nad dalszym rozwojem wypadków. Wtem jeden z nich powolnym krokiem zbliżył się do krawędzi krateru.

– Co ty kombinujesz?

– Skrócę go o głowę, upewniając się, że nie stanie nam już na drodze.

– Zgłupiałeś?! Musimy się stąd wynosić póki czas!

– Czego niby tak się boisz?

– Niczego się nie boję, ale w przeciwieństwie do ciebie myślę i nie chełpię się jedną wygraną bitwą, wiedząc, że czeka nas wojna, a poza tym my również ponieśliśmy straty, więc jeśli nie chcesz wrócić tam, skąd niedawno uciekliśmy, to rusz swój kościsty tyłek i wynośmy się stąd!

– Okej, okej.

Dwadzieścia minut po zniknięciu demonów z wnętrza krateru zaczęły wydobywać się niesione przez echo dźwięki obijających się o siebie kamieni. Pośród wielkiej ilości spalonej ziemi i dogasających szczątków Magnusa, dosyć nieporadnie zataczał się od jednej ściany krateru do drugiej ocalały z katastrofy czarny anioł, jednak teraz wcale nie przypominał potężnego herosa – bliżej mu było do chodzącej zwęglonej padliny. Jego ciało pokrywała cienka warstwa spalonej skóry na przemian z patynowym osadem z zaschniętej czerwonej krwi, a otwarte rany, w większości zanieczyszczone ziemią i popiołem, dawały mu się mocno we znaki. Idąc z wielkim bólem w głąb krateru, czarny anioł rozgarnął pozostałości swego wroga, znajdując na dnie dziwny, wciąż rozżarzony do czerwoności kamień. Uchwyciwszy go w dłoń, kamień zaczął stygnąć, by po chwili stać się całkiem chłodny. Z chwilą wystygnięcia kamienia dłoń protagonisty stanęła w płomieniach. Ogień okalający rękę zaczął podążać ku górze, pochłaniając coraz większe płaty ciała. Upadłego ogarnął paraliżujący ból, a płomienie dławiły jego krzyki. Nagle zajął się żywym ogniem, który zaczął stopniowo odbudowywać jego zdewastowane ciało. W końcowej fazie pojaśniało ono niczym gwiazda wchodząca w stadium supernovy, aby po ustąpieniu płomieni odrodzić się niczym feniks. Jedyną zmianą, której nie można było dostrzec na pierwszy rzut oka, było uzyskanie przez czarnego anioła mocy żywiołu ognia oraz nowe symbole okalające już istniejącą pieczęć: μαγνυσ. Symbole te powstawały, wypalając swoje piętno na ciele protagonisty. Chwilę później piekielna otchłań znów się otworzyła, umożliwiając Upadłemu powrót do piekieł.

Będąc znowu w piekle, Drake wrócił do swojej ludzkiej postaci. Ponowie znalazł się w wielkiej sali, tak jakby nigdy się stąd nie ruszał. Tym razem Mefisto stał oparty ręką o jeden z foteli, trzymając w drugiej ręce wypełniony w jednej czwartej kryształowy kieliszek do koniaku. – Brawo, chłopcze. Masz ochotę na drinka?

Podnosząc naczynie, diabeł skierował swój wzrok na młodzieńca, lecz ten, nie odzywając się słowem, patrzył w stronę Mefista tak, jakby chciał powiedzieć: „Wsadź sobie gdzieś swoją fałszywą uprzejmość”. Opróżniając kieliszek jednym haustem, szatan zwrócił się do Drake’a:

– Czego chcesz?

– Potrzebuję wyjaśnień.

– Pewnie zachodzisz w głowę, w jaki sposób zyskałeś nową moc.

– Nie, to akurat rozumiem. Pokonując Magnusa, zabrałem jego duszę, zyskując przy tym jego moc. Skłaniam się bardziej do pytania, co się ze mną działo w trakcie pierwszej przemiany.

– Hm, to interesujące, rozwiń tę myśl.

***

Podczas pierwszej transformacji czułem się jak sparaliżowany. Słyszałem i widziałem wszystko, co działo się dookoła, by po chwili zapaść w pewnego rodzaju marazm. Ocknąłem się w bardzo dziwnym miejscu. Całą przestrzeń otaczała lodowa mgła, tak gęsta, jak po wrzuceniu bryły suchego lodu do wody. Z tego powodu nie mogłem określić, w którym miejscu obecnie się znajduję ani gdzie może znajdować się wyjście. Z każdym krokiem zdawało mi się, że idąc, stoję w miejscu. Nagle nie wiem skąd przyszło mi do głowy, aby zamknąć oczy. Przecież i tak ledwo co widziałem. Wtedy też, gdy je otworzyłem, ujrzałem przed sobą dziwny postument, na którym spoczywała srebra maska z wyciętymi otworami na oczy. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że to właśnie po to tu przybyłem. Ostrożnie ściągnąłem ją z piedestału, obejrzałem zewsząd bardzo uważnie, po czym, zakrywszy nią twarz, poczułem, jakby ktoś rozżarzoną igłą wwiercał mi się przez źrenicę prosto w mózg i serce jednocześnie. Resztę już znasz: przemiana się dokonała i powróciłem jako Upadły… Ale to nie koniec, gdyż w trackie walki doznałem czegoś równie dziwnego. Pierwszy raz to poczułem, gdy zostałem śmiertelnie ranny i pomyślałem, że to już koniec. Odniosłem wrażenie, jakby ktoś przejął kontrolę nad moim ciałem, a mnie ponownie odesłał w to dziwne miejsce, gdzie znów nie do końca zdawałem sobie sprawę z tego, co się dzieje. Następny raz był niedługo po tym, jak Magnus dokonał samozniszczenia, i kiedy oszołomiony i poważnie ranny zyskałem jego zdolność kontroli na ogniem. Wtedy pomyślałem, że muszę znaleźć sposób, aby wrócić do formy czarnego anioła, więc kiedy płomienie zaczęły mnie pochłaniać, poczułem dziwny spokój, jakbym podświadomie wiedział, że chcą spełnić moje życzenie.