Układ Trójmiejski

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Sylwester Latkowski

Układ Trójmiejski


ISBN 978-83-8116-275-3


Copyright © by Sylwester Latkowski 2017

All rights reserved Redaktor Paulina Jeske-Choińska Projekt okładki www.designpartners.pl Skład i łamanie Teodor Jeske-Choiński Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 faks 61 852 63 26 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Tajne śledztwo w sprawie Tygrysa

Afera przeciekowa

Ryszard Krauze, cesarz z Kamiennej Góry

Policja zbudowana na hakach

Trójmiejski patent porwaniowy

Prokurator nadzorujący sprawę Amber Gold i BMW

Trójmiejski układ zamknięty

Taśmy Amber Gold

Nowe tropy w sprawie Iwony Wieczorek

Krystek i Zatoka Sztuki

Postscriptum

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Część pierwsza
Tajne śledztwo w sprawie Tygrysa
Trzeba byłoby te F-16 wypróbować, spalić to, zaorać i jeszcze raz podpalić, Gdańsk 2015

Czerwiec 2015 roku. To była moja kolejna wizyta w Trójmieście. Nie najważniejsza. Zawsze jednak krótsze i dłuższe pobyty w tym miejscu kończą się podobnymi refleksjami. Właściwie bez niespodzianek. Na początku poznawałem Trójmiasto jako dziecko przyjeżdżające z oddalonego o sześćdziesiąt kilometrów rodzinnego Elbląga z matką na zakupy lub na wizyty u specjalistów lekarzy. Potem już bez niej, z kumplami. W Gdańsku-Wrzeszczu ukończyłem zaoczne studium pedagogiczne dla nauczycieli. Jako dwudziestokilkulatek przyjeżdżałem tutaj zawodowo. W roku 2000 trafiłem na dłużej. Blisko rok spędziłem w zakładzie karnym Gdańsk-Przeróbka. Na przepustkach z więzienia zacząłem kręcić swój pierwszy film dokumentalny „To my, rugbiści”, o drużynie rugby Arka Gdynia. Kilku zawodników miało nieciekawą przeszłość, kilku poruszało się w szarej strefie. Krótko mówiąc, była to opowieść o chuliganach, z pozytywnym przesłaniem. Potem wpadałem do Trójmiasta, robiąc kolejne filmy, o tutejszych artystach, pianiście i kompozytorze Leszku Możdżerze — „Pub 700” (2002) i malarzu, profesorze gdańskiej Akademii Sztuk Pięknych Macieju Świeszewskim — „Ostatnia Wieczerza” (2011). Trójmiasto pojawiało się także w moich innych filmach, jak „Klatka” (2003) czy „Zabić Papałę” (2008). Trochę uwagi poświęciłem mu także w książkach, najwięcej w wydanej w 2011 roku „Polskiej mafii”. No i w serii artykułów prasowych. Poznawałem to miejsce przez wiele lat z różnych stron, miałem kontakt z ludźmi z wielu kręgów.

Zazwyczaj moi rozmówcy zaczynają spotkanie od żartu: „Jeszcze cię nie zabili?”. Mają na myśli trójmiejską mafię. Swoimi artykułami, książkami, filmami dokumentalnymi i programami telewizyjnymi, według nich, napsułem jej ludziom sporo krwi. Dla mnie to jednak ciągła walka z wiatrakami. Tak, to ja powinienem się bać, a nie oni. To ich teren. Jestem intruzem. Nazywam to miejsce małą Italią, bo trójmiejski świat przestępczy krzyżuje się tak jak tam z polityką, władzą samorządową, policją, służbami specjalnymi, prokuratorami i sędziami, wielkim i małym biznesem. Są dobrze zorganizowani. Można powiedzieć, że nawet zdyscyplinowani. Od lat pilnują, by nie wkradł się tutaj chaos z lat dziewięćdziesiątych. Wszystko dzieje się po cichu. Porwania. Oficjalnie to margines. Tymczasem non stop tutaj ktoś jest porywany. Nie chodzi się z tym na policję. A ci, którzy się na to decydują, nie wychodzą na tym najlepiej, o czym świadczy historia porwania żony gdańskiego biznesmena Andrzeja, o której opowiem w dalszej części książki.

Dlaczego przestępcy z Trójmiasta czują się pewnie: nie są ścigani, spokojnie robią swoje? Jeden z byłych szefów Centralnego Biura Śledczego powiedział: — Jest tak bardzo źle z przestępczością, że Trójmiasto to wielka pucha Pandory. Trzeba byłoby te F-16 wypróbować, spalić to, zaorać i jeszcze raz podpalić. Potem każdemu wychodzącemu dawać przepustkę po sprawdzeniu, że nie jest pozapinany z dziwnymi ludźmi. Tu jest jedna wielka sitwa.

Umówiłem się ze swoim rozmówcą — nazwijmy go Robertem — w centrum Gdańska, tuż przy Motławie. Jest wysokim oficerem jednej ze służb, zmilczę, czy policyjnej lub specjalnej. Pogoda zachęcała do spotkania na zewnątrz.

— Usiądziemy gdzieś na piwo — mówił, gdy wyznaczał miejsce spotkania. Uważał, że nie ma co się ukrywać. O każdym moim pobycie wie policja i służby. Monitorują mnie. „Muszą wiedzieć, po co właściwie pan przyjechał i o czym potem przeczytają, czyli czym trzeba się jakoś tam zająć, kogo ostrzec” — usłyszałem kiedyś w szefostwie jednej z trójmiejskich służb.

Mój rozmówca nie obawiał się, że zostanie uznany za mojego informatora. Dlaczego? Ponieważ spotykam się z dużą liczbą osób, a więc nie wiadomo, kto i co mógł mi powiedzieć.

To właśnie rozmowa z Robertem dała mi impuls do napisania tej książki. Opowieści o kryminalnym Trójmieście. Pomysł, by w niej umieścić historie, które opisywałem samodzielnie lub z innymi dziennikarzami, Michałem Majewskim czy Piotrem Pytlakowskim. By pokazać, że są to pozornie odległe, niełączące się sprawy. Co mają ze sobą wspólnego? Łączą je bohaterowie, którzy przypadkowo zawsze przewijają się w tych opowieściach. I zawsze mają szczęście. Spadają na cztery łapy.

Afera Amber Gold i król Stogów

Rozejrzałem się wokoło. Żadna z siedzących wokół nas osób, tak mi się przynajmniej wydawało, nie była nami zainteresowana. Ot, ktoś chwilami zerknął, ale do tych spojrzeń już dawno się przyzwyczaiłem. Ktoś poznał mnie lub zastanawiał się, skąd zna tego gościa. Przechodnie sunęli pewnym krokiem, co oznaczało, że wśród nich mało jeszcze było turystów. Za dwa miesiące zaleją to miasto i przy takiej pogodzie to miejsce będzie nie do zniesienia. Chyba że ktoś uwielbia spacery w tłumie.

Być może wybrał to miejsce specjalnie, wystawił nas na widok, by pokazać, że ma kontakt ze mną? — pomyślałem. Po spotkaniu i tak poinformuje kogo trzeba. Opowie o naszym spotkaniu, co uzna za stosowne. Czy obawiałem się, że mnie nagrywa? W tym wypadku wątpiłem. Na co mu takie nagranie, w którym to on głównie mówi, a ja słucham?

Zaczynamy rozmawiać o sprawie Amber Gold. To jedna z tych spraw, której nie odpuszczam w czasie spotkań w Trójmieście.

— Być może to, co pan wiele lat temu twierdził, wreszcie będzie udowodnione — rzucił z uśmiechem Robert.

Odpowiedziałem skrzywieniem ust, które trudno było uznać za uśmiech, raczej za grymas zirytowania. Nie wierzyłem, że jest to możliwe. Wiedział o przegranym procesie z jednym z bohaterów artykułów poświęconych sprawie Amber Gold. Wraz z dziennikarzem Michałem Majewskim opublikowaliśmy w tygodniku „Wprost” serię tekstów poświęconych tej sprawie. Majewski kilka lat później rzucił fach dziennikarski. Miał dość procesów, które coraz częściej kończyły się dla niego skazującymi wyrokami. Dość wydawców, którzy nie rozumieli, czym jest dziennikarstwo śledcze. Rodzina, niespłacony kredyt za mieszkanie. Nie wytrzymał i tyle. Przyznam, że sam jestem bliski temu, by zrobić to samo co on.

Przypomnę, afera wybuchła w 2012 roku. Wstrząsnęła całą Polską. Oficjalnie założycielem piramidy finansowej Amber Gold był gdańszczanin Marcin P., wówczas dwudziestopięciolatek, który po prostu wybrał szybszą formę zdobycia fortuny i poszedł na skróty. Wcześniej był kilkakrotnie karany za oszustwa. W 2009 roku zarejestrował firmę, będąc na przepustce z więzienia. Niektórzy robią wtedy filmy, a niektórzy popełniają przestępstwa.

Amber Gold to była firma proponująca klientom inwestowanie w złoto. Oferowała wysokie oprocentowanie. Pomysł okazał się nadspodziewanie dobry i powstało coś większego niż planowano. Interes tak dobrze się rozkręcił, że postanowiono zainwestować pieniądze w stworzenie nowej firmy lotniczej, OLT Express.

 

Podczas uroczystej inauguracji jeden z samolotów linii OLT przeciągali prezydent Paweł Adamowicz i inni samorządowcy. Zdjęciem z tego wydarzenia wymachiwał potem Antoni Macierewicz z PiS. W jego ocenie fotografia potwierdzała, że Platforma Obywatelska stworzyła „mafijny układ”, który chronił właściciela Amber Gold i OLT. Według niektórych moich rozmówców to właśnie wejście w rynek lotniczy przyczyniło się do tego, że służby wreszcie zainteresowały się spółką małżeństwa P.

13 sierpnia 2012 roku przedsiębiorstwo ogłosiło upadłość, nie wypłacając ani ulokowanych środków, ani odsetek tysią­com klientów firmy. Trzy dni później Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego wkroczyła do firmy i mieszkania Marcina P. i jego żony.

Tajny plan śledztwa ABW

16 lipca 2012 roku delegatura ABW w Gdańsku sporządziła plan śledztwa o numerze RSD 10/12. Co ciekawe, śledztwo nie dotyczyło całej działalności państwa P., a jedynie przestępstw, które miały być popełnione do 15 maja 2012 roku. Chodziło o kwotę 25 mln zł. Amber Gold miało wprowadzić w błąd swoich klientów. Wpłacali oni pieniądze na zakup złota, a w rzeczywistości spółka przeznaczała pozyskane środki na inne cele. Podstawą wszczęcia śledztwa było zawiadomienie banku BGŻ z 15 maja 2012 roku. Bankowcy podejrzewali, że Amber Gold może prać brudne pieniądze.

Plan śledztwa zawierał bardzo interesujące fakty na temat przeszłości i interesów państwa P., ale był też dowodem, że śledczy dopiero po wybuchu afery zaczęli badać pewne hipotezy.

Jeden z nich bez zwodzenia powiedział:

— Grajmy w otwarte karty. Sprawa toczy się od 2009 roku Jest zabagniona i spierd…! Dopiero od początku lipca ustalamy, o co tu chodzi.

Komisja Nadzoru Finansowego w październiku 2009 roku złożyła doniesienie do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa przez parabank. Bez efektu, sprawa utknęła w gdańskiej prokuraturze rejonowej.

Co wynikało z informacji pozbieranych przez śledczych w 2012 roku? Po pierwsze to, że nie było śladu po dużych ilościach złota. To w ten kruszec chcieli zainwestować klienci Amber Gold. 1 czerwca 2012 roku Marcin P. był przesłuchiwany w prokuraturze jako świadek. Prokuratorzy poprosili go o przedstawienie dowodów zakupu złota. P. zeznał, że posiadane złoto, platyna i srebro pochodzą ze szwajcarskiej mennicy PAMP. Kupuje je on za pośrednictwem spółki Inwestycje Alternatywne Profit z Warszawy. Zapytany o dowód zakupu, okazał fakturę opiewającą na niską kwotę — 145 429,46 zł.

7 sierpnia 2012 roku wraz z Michałem Majewskim spotkaliśmy się z małżeństwem P. Zadaliśmy pytanie, ile mają majątku.

Odpowiedzieli: 17,5 mln zł na koncie, 15 mln zł w pożyczkach, które udzielili, 120 kg złota, nieruchomości na ponad 30 mln zł, samochody i inny majątek firmy.

Skarżyli się, że nie mogą oddać klientom pieniędzy, bo banki wypowiedziały im umowy na prowadzenie kont, a nowych nie pozwalają założyć. Jednak akurat w dniu, w którym rozmawialiśmy, państwu P. udało się w jednym z banków założyć rachunek.

— Przesłaliście już komuś pieniądze?

— Jutro będziemy wysyłać — zapewniali.

Dwa dni później poprosiliśmy Marcina P., żeby podał nam, ilu osobom i jakie kwoty oddał. Odpisał: „Około 250 osobom, w kwocie 2,7 mln zł”.

Poprosiliśmy o udokumentowanie przelewów. P. zapewnił nas, że prześle dokumenty tego samego dnia, po południu. Nigdy ich nie przesłał. Co ze 120 kg złota, o których mówiło małżeństwo P.? Prokuratura w czasie przeszukania w siedzibach firmy i w mieszkaniach małżeństwa P. zabezpieczyła jedynie 57 kg złota, kilogram platyny oraz mniej niż kilogram srebra.

Z planu śledztwa (dane w nim zawarte pochodzą m.in. z urzędów skarbowych) wynikało, że małżeństwo wypłacało sobie gigantyczne pieniądze z Amber Gold. Same umowy o pracę Katarzyny i Marcina P. nie zawierały zawrotnych sum — od 200 do 600 tys. zł rocznie w ostatnich latach. Tyle że oboje P. mieli jeszcze umowy zlecenia podpisane z Amber Gold. Z tytułu tych umów Katarzyna P. otrzymała na konto np. w 2010 roku 3 342 000 zł, W tym samym roku jej mąż dostał 4 253 000 zł, a w roku 2011 ponad 9 mln zł. To imponujący przyrost dochodów. W 2009 roku siedzący w areszcie śledczym w Słupsku P. zadeklarował do rozliczenia podatkowego roczne dochody w wysokości… 572 zł 89 gr.

Jak to jest, że państwo P. mimo kontrowersji wokół siebie i swoich przedsięwzięć mogli działać bezkarnie? Dlaczego pomorski urząd skarbowy wszczął kontrolę w Amber Gold dopiero po wybuchu afery? Od początku zakładano, że małżeństwo P. mogło być słupem dla interesów ludzi schowanych w cieniu. Że właściciele spółki nie działali w osamotnieniu, ktoś musiał ich wspierać. Zakładano, że mogli być chronieni przez ludzi służb, którzy mają wpływy w organach ścigania, wymiaru sprawiedliwości i świecie polityki.

Zoo, Wałęsa i kościół

Plan gdańskiego śledztwa pokazuje, jakie dokładnie kwoty małżeństwo P. wpłacało na rzecz różnych instytucji.

— Oni non stop siedzą w dominikańskim kościele św. Mikołaja — opowiadał funkcjonariusz jednej ze służb. — To ich oaza i azyl.

Państwo P. na tę świątynię przeznaczyli od marca 2010 roku do kwietnia 2012 roku 1 541 993 zł. Czy dominikanie nie odwdzięczali się darczyńcom oraz ich ludziom, wstawiając się za nimi w różnych instytucjach? Do dzisiaj nie ustalono.

Na co jeszcze w Trójmieście płacili właściciele Amber Gold?

Na zoo należące do gdańskiego samorządu wyłożyli 3 120 000 zł. Katarzyna P. w rozmowie powiedziała:

— Dyrektor zoo za zgodą prezydenta miasta Pawła Adamowicza użyczy nam ogrodu. Chcemy tam zorganizować masową imprezę dla mieszkańców Trójmiasta 22 września.

Czy badano powiązania urzędników miejskich z interesami małżeństwa P.? Jeśli tak, to nic nie ustalono.

— Prezydent Adamowicz był jedynym politykiem, który odwiedził nasze biuro. Przywiózł ofertę sponsorowania filmu o Lechu Wałęsie reżyserowanego przez Andrzeja Wajdę — mówił Marcin P.

A Katarzyna P. dodała:

— Adamowicz wszedł do biura w czarnym płaszczu i kopertę ze swoją prośbą zostawił w sekretariacie. Wyszedł bez słowa.

— Przekazaliście pieniądze na film?

— Dwa miliony — odparł Marcin P.

Tak naprawdę przekazali więcej. Do producenta filmu o Wałęsie trafiło 3 mln zł plus VAT.

— Spotkaliście Andrzeja Wajdę?

— Mieliśmy iść na konferencję, ale w końcu wysłaliśmy pracowników — odpowiedział Marcin P.

— Nie chcieliśmy się upubliczniać — wtrąciła, wyjaśniając, Katarzyna P.

— Wajda podobno chciał nas poznać — rzekł z uśmiechem Marcin P.

Prezydent Paweł Adamowicz, kilka miesięcy wcześniej, w maju 2012 roku, w obecności Wajdy, mówił do pracowników Amber Gold na konferencji prasowej: „Czujecie ten moment, czujecie innowacyjność. Wałęsa też był innowacyjny dla swoich czasów”. Adamowicz zaprzeczył, że był w biurze Amber Gold, miał wysłać tylko pismo z prośbą o wsparcie filmu, takie samo jak do wielu innych firm działających na Pomorzu. Zapytany o to, czy wiedział o przeszłości P., o jego wyrokach za oszustwa, stwierdził, że nie posiadał takiej wiedzy.

Przyjaciel Nikosia w tle

Gdańscy śledczy badali, skąd wzięły się pieniądze na start Amber Gold, jak powstała linia lotnicza OLT Express, kto ewentualnie mógłby w firmach małżeństwa P. legalizować środki finansowe pochodzące z przestępstw. W planie śledztwa był ciekawy trop. Pojawiło się nazwisko Mariusa Olecha, biznesmena z bogatą przeszłością. Wielu jego przyjaciół to znani trójmiejscy gangsterzy, jak Tygrys i nieżyjący Nikodem Skotarczak ps. Nikoś. Jak tłumaczył później, to jego podwórkowe znajomości z młodości i nic więcej. Na początku lat 90. posiadał znaną firmę spedycyjną i miał udziały w banku, który splajtował. To właśnie w domu Mariusa Olecha w Gdańsku-Jelitkowie, wedle śledczych, miało dojść do narady na temat planowanych przez małżeństwo P. w 2011 roku interesów lotniczych. Spotkać się mieli wspomniany Olech, właściciel małej linii lotniczej Krzysztof Wicherek oraz Marcin P. Na tym spotkaniu miano ustalić, że właściciel Amber Gold zainwestuje kilkanaście milionów złotych w jedną z istniejących już spółek lotniczych. Marcin P. dostał w użytkowanie jeden samolot. Maszyna miała być wykorzystywana przez Amber Gold do transportowania znacznych kwot pieniędzy z Hamburga. Co interesujące, Hamburg to ważne miasto dla Mariusa Olecha, który już w latach 80. prowadził tam interesy. Zadzwoniłem z Michałem Majewskim do Mariusa Olecha.

— Możemy się z panem spotkać na kwadrans?

— Możecie, pod warunkiem że wpadniecie do południowej Francji!

— Czy u pana w domu była narada na temat biznesu lotniczego? Narada, w której brał udział Marcin P.?

— Nie znam P., spotkałem się jedynie z Krzysztofem Wicherkiem. Oferował zakup swojej linii lotniczej, ale nie byłem zainteresowany. Tyle.

Zapytany o tę rozmowę przed śledczą komisją sejmową ds. Amber Gold, Olech nazwał ją moim bełkotem. Rzeczywiście to był bełkot? Marius Olech uznał mnie i Michała Majewskiego za swoich najgorszych wrogów wśród dziennikarzy, bo skutecznie docieraliśmy do nieznanych dotąd opinii publicznej informacji.

Z firmy wylewały się pieniądze

Rozmawiając z ludźmi związanymi z Amber Gold, miałem poczucie, że byli zaskoczeni sytuacją. Nie rozumieli, dlaczego to się wywróciło. Wietrzyli spisek służb. Do głowy nie dopuszczali myśli, że zawarli pakt z pospolitymi oszustami. Jeden z najważniejszych menedżerów OLT Express, linii lotniczej założonej przez Amber Gold, twierdził w rozmowie, że sam do dziś nie wie, na czym polegała istota interesów państwa P. i czy w firmie nie dochodziło do prania pieniędzy.

— Marcin trzymał rękę na dokumentach księgowych. Główną księgową posłał do zajmowania się liniami OLT. Tak że nawet ona nie znała szczegółów funkcjonowania Ambera — opowiadał.

Menedżer z OLT Express wspomniał o ogromnych pieniądzach, które przechodziły przez Amber Gold w ostatnich latach.

— Dziennie to było 7, czasem 9 mln zł — opisywał.

Z dokumentów księgowych spółki wynikało jasno, że w ciągu ostatnich trzech lat biznes małżeństwa P. rozrósł się do wielkich rozmiarów. W 2009 roku przychód Amber Gold wyniósł tylko 1 463 000 zł. Rok później skoczył do 79 919 000 zł. W 2011 roku przychód (ale tylko do końca listopada) wyniósł 198 665 000 zł, z czego osiągnięto zysk w wysokości ponad 53 mln zł.

Menedżerowie Amber Gold zrobili plan przychodów na 2012 rok. Zakładał grubo ponad pół miliarda złotych!

— Czegoś takiego nigdy nie widziałem. Pieniądze wręcz wylewały się z firmy, faktury płacono przed czasem, nie negocjowano wysokości przedpłat — opowiadał pracownik Amber Gold.

Łagodna pani prokurator

Kolejne wizyty w prokuraturze, moje z Michałem Majewskim, nie wskazywały na to, że śledztwo w sprawie Amber Gold zakończy się sukcesem. Wsadzili za kratki małżeństwo P. i to wystarczy. Kto zaniedbał, zawalił sprawę Amber Gold? Wskazywano na Prokuraturę Rejonową w Gdańsku-Wrzeszczu i panią prokurator Barbarę Kijanko. Jej decyzje są rzeczywiście zastanawiające. Dostaje 15 grudnia 2009 roku zawiadomienie z Komisji Nadzoru Finansowego, która zarzuca Amber Gold prowadzenie działalności bankowej bez zezwolenia. Pani prokurator odmawia wszczęcia śledztwa, potem umarza postępowanie. Postępuje tak, choć sąd wytyka jej m.in. nieustalenie źródeł finansowania Amber Gold i brak weryfikacji zawartości skrytek, w których małżeństwo P. miało trzymać złoto. Nie weryfikuje też ani nie zabezpiecza dokumentów spółki. Po wskazaniu sądu, by prowadzić sprawę dalej, pani prokurator zamawia opinię u biegłego. Robi to w styczniu 2011 roku. Do lipca 2012 roku opinia nie powstaje, a pani prokurator nie naciska biegłego, by się pospieszył. Brak wiedzy, zła wola?