Wojna nie ma w sobie nic z kobietyTekst

Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wojna nie ma w sobie nic z kobiety
Wojna nie ma w sobie nic z kobiety
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 56,80  45,44 
Wojna nie ma w sobie nic z kobiety
Wojna nie ma w sobie nic z kobiety
Wojna nie ma w sobie nic z kobiety
Audiobook
26,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

W serii ukazały się ostatnio:

Witold Szabłowski Zabójca z miasta moreli. Reportaże z Turcji (wyd. 2 rozszerzone)

Peter Harris Słuszny opór. Konstruktorzy bomb, rebelianci i legendarny proces o zdradę stanu

Liao Yiwu Bóg jest czerwony. Opowieść o tym, jak chrześcijaństwo przetrwało i rozkwitło w komunistycznych Chinach

Dariusz Rosiak Wielka odmowa. Agent, filozof, antykomunista

Anthony Shadid Nadciąga noc. Irakijczycy w cieniu amerykańskiej wojny

Ilona Wiśniewska Białe. Zimna wyspa Spitsbergen

Iza Klementowska Samotność Portugalczyka

V. S. Naipaul Poza wiarą. Islamskie peregrynacje do nawróconych narodów

Swietłana Aleksijewicz Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka

Drauzio Varella Ostatni krąg. Najniebezpieczniejsze więzienie Brazylii

Ewa Winnicka Angole

Michał Olszewski Najlepsze buty na świecie

Norman Lewis Głosy starego morza. W poszukiwaniu utraconej Hiszpanii

Grzegorz Szymanik Motory rewolucji

V. S. Naipaul Maska Afryki. Odsłony afrykańskiej religijności

Karolina Domagalska Nie przeproszę, że urodziłam. Historie rodzin z in vitro

Pin Ho, Wenguang Huang Uderzenie w czerń. Morderstwo, pieniądze i walka o władzę w Chinach

Liao Yiwu Pociski i opium. Historie życia i śmierci z czasów masakry na placu Tiananmen

Marcin Wójcik W rodzinie ojca mego

Frances Harrison Do dziś liczymy zabitych. Nieznana wojna w Sri Lance

Zbigniew Parafianowicz, Michał Potocki Wilki żyją poza prawem. Jak Janukowycz przegrał Ukrainę

Peter Hessler Dziwne kamienie. Opowieści ze Wschodu i z Zachodu

Jenny Nordberg Chłopczyce z Kabulu. Za kulisami buntu obyczajowego w Afganistanie

Magdalena Kicińska Pani Stefa

Andrzej Muszyński Cyklon

Filip Springer Miedzianka. Historia znikania (wyd. 3 rozszerzone)

Aleksandra Łojek Belfast. 99 ścian pokoju

Paweł Smoleński Izrael już nie frunie (wyd. 4)

Peter Pomerantsev Jądro dziwności. Nowa Rosja

Swietłana Aleksijewicz Cynkowi chłopcy (wyd. 2)

Katarzyna Surmiak-Domańska Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość

Mur. 12 kawałków o Berlinie, pod redakcją Agnieszki Wójcińskiej

Jean Hatzfeld Englebert z rwandyjskich wzgórz

Marcin Kącki Białystok. Biała siła, czarna pamięć

Bartek Sabela Wszystkie ziarna piasku

Anna Bikont My z Jedwabnego (wyd. 3)

Johan Persson, Martin Schibbye 438 dni. Nafta z Ogadenu

i wojna przeciw dziennikarzom

W serii ukaże się m.in.:

Dariusz Rosiak Ziarno i krew. Podróż śladami bliskowschodnich chrześcijan



Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Tytuł oryginału rosyjskiego У войны не женское лицо

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce: kapral Jelizawieta Fiedorowna Mironowa,

snajperka 255. Brygady Piechoty Morskiej Floty Czarnomorskiej

Copyright © by Svetlana Alexievich, 2007

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2010

Copyright © for the Polish translation by Jerzy Czech, 2010

Redakcja Magdalena Kędzierska-Zaporowska / d2d.pl

Korekta Sandra Trela / d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Sandra Trela / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej Janusz Oleś / d2d.pl

ISBN 978-83-8049-214-1

Spis treści

Seria

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Człowiek jest większy niż wojna (z dziennika książki)

„Nie chcę wspominać…”

„Podrośnijcie, dziewczęta… Jesteście jeszcze zielone…”

„Ja jedna wróciłam do mamy…”

„W naszym domu mieszkają dwie wojny…”

„Słuchawka telefoniczna nie strzela…”

„Dawano nam nieduże medale…”

„To nie byłam ja…”

„Nawet teraz pamiętam te oczy…”

„My nie strzelałyśmy…”

„Potrzebny był żołnierz… A my jeszcze chciałyśmy być piękne…”

„Panienki! Czy wiecie, że dowódca plutonu saperów żyje tylko dwa miesiące…”

„Tylko jeden raz popatrzeć…”

„O drobniutkich kartoflach…”

„Mamo, co to znaczy – tata?”

„I przykłada rękę tam, gdzie jest serce…”

„I nagle strasznie zachciało się żyć…”

Przypisy

Kolofon

– Kiedy po raz pierwszy kobiety pojawiły się w wojsku?

– Kobiety walczyły już w czwartym wieku przed naszą erą, w wojskach ateńskim i spartańskim. Później uczestniczyły w wyprawach Aleksandra Macedońskiego.

Rosyjski historyk Nikołaj Karamzin pisał o naszych przodkach: „Niekiedy Słowianki chodziły na wojnę, towarzysząc swoim mężom i ojcom; nie bały się śmierci: podczas oblężenia Konstantynopola w 626 roku Grecy znaleźli sporo kobiet wśród zabitych Słowian. Matka wychowywała na wojowników wszystkie swoje dzieci”.

– A w czasach nowożytnych?

– Po raz pierwszy w Anglii; w latach 1560–1650 zaczęto tworzyć szpitale, obsługiwane przez żołnierki.

– Jak to wyglądało w wieku dwudziestym?

– Początek stulecia… Podczas pierwszej wojny światowej w Anglii powoływano kobiety do sił powietrznych, sformowano także kobiecy korpus pomocniczy oraz legion transportu samochodowego, w sumie 100 tysięcy osób.

Także w Rosji, w Niemczech i we Francji wiele kobiet zaczęło obsługiwać szpitale wojskowe i pociągi sanitarne.

A już udział kobiet w drugiej wojnie światowej był fenome­nem. Wiele armii powołało je do wszystkich rodzajów wojsk: w brytyjskiej służyło ich 225 tysięcy, w amerykańskiej 450–500 tysięcy, w niemieckiej – 500 tysięcy…

W Armii Radzieckiej walczyło około miliona kobiet. Opanowały wszystkie specjalności wojskowe, również te najbardziej „męskie”. Powstał nawet problem językowy: słowa „czołgista”, „piechur”, „fizylier” w rodzaju żeńskim do tej pory nie istniały, ponieważ kobiety jeszcze nigdy nie robiły takich rzeczy. Kobiece słowa rodziły się tam, na wojnie…

Fragment rozmowy z historykiem

Człowiek jest większy niż wojna (z dziennika książki)

Milionami zgładzeni za bezcen

Torowali korytarz w pomroce…[1]

Osip Mandelsztam

1978–1985

Piszę książkę o wojnie…

Piszę ją właśnie ja, która nie lubiłam czytać książek o wojnie, chociaż w czasach dzieciństwa i wczesnej młodości takie książki były ulubioną lekturą moich rówieśników. Czy to dziwne? Byliśmy przecież dziećmi Zwycięstwa. Dziećmi zwycięzców. Co przede wszystkim zapamiętałam ze spraw dotyczących wojny? Swój dziecięcy smutek wśród niezrozumiałych, groźnych słów. O wojnie mówiono wszędzie: w szkole, w domu, na weselach i chrzcinach, w święta i na stypach. Rozmawiały o niej nawet dzieci w gronie rówieśników. Chłopiec z sąsiedztwa spytał mnie kiedyś: „A co ci ludzie robią pod ziemią? Po wojnie jest ich tam więcej niż na ziemi”. My też chcieliśmy poznać sekret wojny.

 

Wtedy właśnie zaczęłam myśleć o śmierci… I nigdy już myśleć o niej nie przestałam; stała się największą tajemnicą mojego życia.

Wszystko dla nas miało początek w tamtym strasznym, tajemniczym świecie. Z naszej rodziny dziadek Ukrainiec, ojciec mamy, zginął na wojnie i pochowany jest gdzieś na Węgrzech; babcia Białorusinka, mama ojca, zmarła na tyfus, walcząc w partyzantce, a dwóch jej synów przepadło bez wieści w pierwszych miesiącach wojny. Z trzech wrócił z wojska jeden – mój ojciec. Tak było u wszystkich. W każdym domu. Musiało się myśleć o śmierci. Wszędzie chodziły cienie… Wiejscy chłopcy długo jeszcze bawili się w „Niemców” i „Rosjan”. Krzyczeli po niemiec­ku: „Hende hoch”, „Curik”, „Hitler kaput!”.

Nie znaliśmy świata bez wojny, świat wojny był jedynym znanym nam światem, a ludzie wojny – jedynymi znanymi nam ludźmi. Nawet teraz nie znam innego świata i innych ludzi. A czy kiedykolwiek byli tacy?

* * *

Wieś mojego dzieciństwa była po wojnie wsią kobiecą. Babską. Męskich głosów nie pamiętam. I tak już zostało: o wojnie opowiadają u mnie baby. Płaczą. I śpiewają tak, jakby płakały.

W bibliotece szkolnej połowa książek dotyczyła wojny. To samo w wiejskiej i w centrum rejonowym, dokąd ojciec często jeździł pożyczać książki. Teraz chyba wiem, dlaczego tak było. To przecież nieprzypadkowe – ciągle tylko walczyliśmy albo szykowali się do wojny. No i wspominaliśmy swoje walki. Nigdy pewnie nie żyliśmy i nie umiemy żyć inaczej. Nawet sobie nie wyobrażamy, że można żyć inaczej; będziemy się musieli tego kiedyś długo uczyć.

W szkole uczono nas kochać śmierć. Pisaliśmy wypracowania o tym, jak chcielibyśmy umrzeć za… Marzyliśmy…

Ale głosy na ulicy wołały o czymś innym, były bardziej kuszące.

Długo byłam człowiekiem książkowym – rzeczywistość przerażała mnie i zarazem pociągała. Nieznajomość życia sprawiła, że nie odczuwałam strachu. Teraz myślę: gdybym patrzyła na życie z większym realizmem, czyż ośmieliłabym się skoczyć w taką otchłań? Co było tego powodem – niewiedza? Czy też poczucie, że to właściwa droga? Przecież takie poczucie to…

Szukałam długo… Jakimi słowami można przekazać to, co słyszę? Szukałam gatunku, który by odpowiadał temu, jak widzę świat; temu, jak zbudowane jest moje oko, moje ucho.

Kiedyś wpadła mi w rękę książka Ja ze spalonej wsi Alesia Adamowicza, Janki Bryla i Władimira Kolesnika. Takiego wstrząsu doznałam tylko raz, czytając Dostojewskiego. A tutaj – niezwyk­ła forma: powieść pozbierana z głosów samego życia. Z tego, co usłyszałam w dzieciństwie, z tego, co dzisiaj rozlega się na ulicy, w domu, w kawiarni, w trolejbusie. Tak! Krąg się zamknął. Znalazłam to, czego szukałam. Przeczułam.

Aleś Adamowicz został moim nauczycielem.

* * *

Przez dwa lata nie tyle spotykałam się i nagrywałam, ile rozmyślałam. Czytałam… O czym będzie moja książka? No, o wojnie, jeszcze jedna… Po co? Było już wiele wojen – małe i duże, znane i nieznane. A jeszcze więcej o nich napisano. Tyle że… Pisali mężczyźni i o mężczyznach – to było od razu jasne. Wszystko, co wiemy o wojnie, powiedział nam „męski głos”. Wszyscy tkwimy w niewoli „męskich” wyobrażeń i „męskich” doznań wojennych. „Męskich” słów. Kobiety milczą. Przecież nikt poza mną nie wypytywał mojej babci. Ani mamy. Milczą nawet te, które były na wojnie. Jeśli nagle zaczynają mówić, to opowiadają nie o swojej wojnie, ale o cudzej. Innej. Dostosowują się do męskiego szablonu. Co najwyżej w domu albo kiedy rozpłaczą się w gronie frontowych przyjaciółek, wspominają taką wojnę, jakiej w ogóle nie znam (podczas dziennikarskich wypraw nieraz byłam tego świadkiem). I tak jak w dzieciństwie, jestem wstrząśnięta. Z tych opowieści wyziera upiorny uśmiech tajemnicy… Kiedy mówią kobiety, nie ma albo prawie nie ma tego, o czym zwykle czytamy i słuchamy: jak jedni ludzie po bohatersku zabijali innych i zwyciężyli. Albo przegrali. Jaki mieli sprzęt, jakich generałów. Kobiety opowiadają inaczej i o czym innym. „Kobieca” wojna ma swoje własne barwy, zapachy, własne oświetlenie i przestrzeń uczuć. Własne słowa. Nie ma tam bohaterów i niesamowitych wyczynów, są po prostu ludzie, zajęci swoimi ludzkimi-nieludzkimi sprawami. I cierpią tam nie tylko ludzie, ale także ziemia, ptaki, drzewa. Wszyscy, którzy żyją razem z nami na tym świecie. Cierpią bez słów, a to jest jeszcze straszniejsze…

Wielokrotnie zadawałam sobie pytanie: „Dlaczego tak jest?”. Dlaczego kobiety wywalczyły i obroniły swoje własne miejsce w świecie, dawniej wyłącznie męskim, a nie potrafiły obronić własnej historii? Swoich własnych słów i uczuć? Nie uwierzyły samym sobie. Przed nami ukryty jest cały świat. Ich wojna pozostała nieznana…

Chciałabym napisać historię tej wojny. Historię kobiecą.

* * *

Od pierwszych notatek…

Zdziwienie: w wojsku te kobiety były sanitariuszkami, strzelcami wyborowymi, saperami, kaemistkami, dowodziły obsługą dział przeciwlotniczych, a teraz to księgowe, przewodniczki wycieczek, nauczycielki… Niezgodność ról – tam i tutaj. Opowiadają jakby nie o sobie, ale o jakichś obcych dziewczynach. Dzisiaj samym sobie się dziwią. I na moich oczach historia się „uczłowiecza”, zaczyna przypominać zwyczajne życie. Pojawia się inne oświetlenie.

Niektóre potrafią niesamowicie opowiadać, w ich życiu są takie rzeczy, które mogłyby rywalizować z najlepszymi stronicami klasyki. Oby człowiek umiał tak wyraźnie zobaczyć siebie z góry i z dołu – z nieba i z ziemi. Przebył drogę w górę i potem w dół – od anioła do bestii. Wspomnienia nie są namiętnym, czy też beznamiętnym przekazem rzeczywistości, która zniknęła, ale powtórnymi narodzinami przeszłości; czas zaczyna wówczas biec z powrotem. Są przede wszystkim twórczością. Opowiadając, ludzie tworzą, piszą swoje życie. Czasem piszą „na nowo” albo coś „dopisują”. Tutaj trzeba uważać. Mieć się na baczności. Ale też każdy fałsz stopniowo sam się unicestwia, nie wytrzymuje sąsiedztwa obnażonej prawdy. W takim środowisku ten wirus nie przeżyje. Za wysoka temperatura! Zdążyłam już zauważyć, że szczersze są zazwyczaj kobiety proste – pielęgniarki, kucharki, praczki… One, jakby to powiedzieć, wyciągają słowa z siebie, a nie z przeczytanych gazet i książek. Nie z cudzych spraw; wyłącznie ze swoich własnych cierpień i przeżyć. Dziwna rzecz – język i uczucia ludzi wykształconych często w większym stopniu ulegają obróbce czasu. Zapisane są jego szyfrem. Zarażone cudzą wiedzą. Ogólnym duchem. Często trzeba długo krążyć, chodzić ogródkami, żeby usłyszeć o „kobiecej”, a nie o „męskiej” wojnie: jak się cofali, jak atakowali, na jakim odcinku… Tu nie wystarczy jedno spotkanie, potrzeba wielu seansów. Tak jak sumiennemu portreciście.

Długo siedzę w nieznajomym domu albo mieszkaniu, niekiedy cały dzień. Pijemy herbatę, przymierzamy niedawno kupione bluzki, rozmawiamy o fryzurach i przepisach kulinarnych. Oglądamy razem zdjęcia wnuków. No i wtedy… W końcu, nigdy nie wiadomo kiedy i dlaczego, nadchodzi długo oczekiwana chwila, gdy człowiek oddala się od kanonu – gipsowego czy żelbetowego, jak nasze pomniki – i wraca do siebie. Wchodzi w siebie. Zaczyna wspominać nie wojnę, ale swoją młodość. Kawałek własnego życia… Trzeba uchwycić tę chwilę. Nie wolno jej przegapić! Tyle że często po długim dniu, wypełnionym słowami i faktami, pozostaje w pamięci tylko jedno zdanie (za to jakie!): „Poszłam na wojnę taka mała, że przez ten czas trochę urosłam”. To właśnie wpisuję do notatnika, chociaż mam nagrane dziesiątki metrów taśmy. Cztery czy pięć kaset…

Co mi pomaga? Pomaga to, że przyzwyczajeni jesteśmy do życia we wspólnocie. Gromadzcy z nas ludzie, wszystko przeżywamy wspólnie – i szczęście, i łzy. Umiemy cierpieć i opowiadać o cierpieniu. Cierpienie usprawiedliwia nasze trudne i nieudane życie. Ból jest dla nas sztuką. Muszę przyznać, że kobiety śmiało wyruszają w tę drogę…

* * *

Jak mnie przyjmują?

Nazywają mnie „dziewczynką”, „dziecinką”, „córeczką”. Pewnie gdybym była z ich pokolenia, traktowałyby mnie inaczej – spokojnie i na równi ze sobą. Bez radości i zdziwienia, które daje spotkanie starości i młodości. To bardzo ważny szczegół, że wtedy były młode, a wspominają, kiedy są stare. Wspominają po życiu, po czterdziestu latach. Ostrożnie odsłaniają mi swój świat, oszczędnie: „Żałuję, że tam byłam… Że to widziałam… Po wojnie wyszłam za mąż. Ukryłam się za mężem. Sama się za nim schowałam. Mama też prosiła: »Nic nie mów! Nie przyznawaj się«. Spełniłam obowiązek wobec Ojczyzny, ale jest mi smutno. Smutno, że tam byłam. Że o tym wiem… A ty jesteś jeszcze dziewczynką. Ciebie mi żal…”. Często widzę, jak siedzą i wsłuchują się w siebie. W dźwięki swojej duszy. Porównują je ze słowami. Po wielu latach człowiek rozumie, że życie minęło, a teraz trzeba się z tym pogodzić i przygotować do odejścia. To jest przykre, nikt nie ma ochoty zniknąć tak zwyczajnie. Byle jak. W biegu. I kiedy człowiek ogląda się do tyłu, nabiera chęci, żeby nie tylko opowiedzieć o swoim życiu, ale także rozwikłać jego tajemnicę. Samemu sobie wyjaśnić, jaki był sens tego, co mu się zdarzyło. Obrzuca wszystko trochę pożegnalnym i smutnym spojrzeniem… Prawie z tamtego świata… Nie ma już co oszukiwać siebie ani innych. Już rozumie, że niczego w sobie nie może zrozumieć bez myśli o śmierci. Jej tajemnica góruje nad wszystkim.

Wojna jest przeżyciem zbyt intymnym. I tak samo nieskończonym, jak ludzkie życie.

Pewna kobieta (lotniczka) nie chciała się ze mną spotkać. Wyjaśniła przez telefon: „Nie mogę… Nie chcę wspominać. Byłam na wojnie trzy lata. Trzy lata nie czułam się kobietą. Moje ciało zamarło. Nie miałam menstruacji, prawie żadnych kobiecych pragnień. A byłam ładna… Kiedy mój przyszły mąż mi się oświadczył, to było już w Berlinie, przed Reichstagiem, powiedział: » Wojna się skończyła. My żyjemy. Mieliśmy szczęście. Wyjdź za mnie«. Chciało mi się wtedy płakać. Krzyczeć. Uderzyć go! Jak to – wyjść za niego? Teraz? Wśród tego wszystkiego – za mąż? W otoczeniu czarnej sadzy i czarnych cegieł… Popatrz lepiej na mnie… Popatrz, jaka jestem! Najpierw zrób ze mnie kobietę: przynieś kwiaty, zalecaj się do mnie, mów piękne słowa. Ja tak tego pragnę! Tak na to czekam! Omal go nie uderzyłam… Chciałam uderzyć… Miał opalony, czerwony policzek. No i widzę wtedy, że wszystko zrozumiał; łzy mu spływają po tym policzku. Po jeszcze świeżych bliznach… A ja sama nie wierzę temu, co mówię: »Dobrze, wyjdę za ciebie«.

Ale opowiadać nie potrafię. Nie mam siły… Trzeba by to wszystko jeszcze raz przeżywać…”.

Zrozumiałam ją. Ale to też jest strona, a raczej pół strony z książki, którą piszę.

Teksty, teksty. Wszędzie teksty. W mieszkaniach i wiejskich domach, na ulicy, w pociągu… Słucham. Powoli zamieniam się w jedno wielkie ucho, cały czas zwrócone ku drugiemu człowiekowi. „Czytam” głos…

* * *

Człowiek jest większy niż wojna…

Zapamiętuje się właśnie te chwile, w których jest większy. Kieruje nim wtedy coś, co jest silniejsze niż historia. Muszę podejść do tego szerzej – pisać prawdę o życiu i śmierci w ogóle, a nie tylko prawdę o wojnie. Zadać pytanie Dostojewskiego: „Ile człowieka jest w człowieku i jak obronić w sobie tego człowieka?”. Zło jest bez wątpienia kuszące. Bardziej urozmaicone niż dobro. Bardziej atrakcyjne. Coraz głębiej zanurzam się w nieskończony świat wojny, cała reszta lekko zbladła, stała się zwyklejsza niż zazwyczaj. Ogromny i drapieżny świat. Rozumiem teraz samotność człowieka, który wrócił stamtąd. Jak z innej planety albo z tamtego świata. Ma wiedzę, której nie mają inni, a zdobyć ją można tylko tam, w pobliżu śmierci. Kiedy usiłuje coś przekazać słowami, ma poczucie zupełnej katastrofy. Traci mowę. Chciałby opowiedzieć, pozostali chcieliby go zrozumieć, ale i on, i oni są bezsilni.

Moje rozmówczynie zawsze są w innej przestrzeni niż ja, z którą się dzielą. Otacza je niewidzialny świat. Przynajmniej trzy osoby uczestniczą w rozmowie: ten, który teraz opowiada, ten, który był tamtym człowiekiem wówczas, w chwili zdarzenia, oraz ja. Mnie zależy przede wszystkim na wydobyciu prawdy tamtych lat. Tamtych dni. Prawdy, niezafałszowanej przez uczucia. Na pewno od razu po wojnie człowiek opowiedziałby jedną wojnę, po dziesięcioleciach inną, bo do swoich wspomnień dokłada już całe swoje życie. Całego siebie. To, jak żył przez te lata, to, co czytał, co widział, tych, których spotkał. Wreszcie to, czy jest szczęśliwy, czy nie. Czy rozmawiamy sami, czy też jest z nami ktoś jeszcze. Ważne kto. Rodzina, przyjaciele… ale jacy? Ci z wojny to jedno, wszyscy pozostali to co innego. Dokumenty to żywe istoty, zmieniają się i wahają razem z nami, bez końca można w nich coś wyszukiwać. Ciągle coś nowego i niezbędnego właśnie teraz. W tej chwili. Szukamy w książkach (w nich najczęściej) tego, co znajome – małe i ludzkie; to w rzeczywistości jest dla nas najbliższe i najciekawsze. No bo czego najbardziej chciałabym się dowiedzieć na przykład z życia starożytnych Greków… Z historii Sparty… Chciałabym przeczytać, jak i o czym rozmawiano wówczas w domu. Jak ludzie szli na wojnę. Jakie słowa mówili ostatniego dnia i ostatniej nocy przed rozstaniem do tych, których kochali. Jak odprowadzano wojowników. Jak czekano na ich powrót z wojny… Nie bohaterów i wodzów, ale zwykłych młodzieńców…

 

Historia – poprzez opowieść jej nieznaczącego świadka i uczestnika. Niewidocznego. Tak, to mnie interesuje, to chciałabym uczynić literaturą. Ale opowiadający są nie tylko świadkami, tymi akurat najmniej; przede wszystkim są aktorami i twórcami. Nie można całkiem zbliżyć się do rzeczywistości, stanąć z nią twarzą w twarz. Oddzielają nas od niej nasze uczucia. Rozumiem, że mam do czynienia z wersjami. Każdy ma swoją wersję, a z nich, z ich mnogości i styczności, rodzi się obraz czasu i ludzi, którzy w nim żyli. Nie chciałabym jednak, żeby o mojej książce powiedziano: jej bohaterowie są ­realni, i tylko tyle. Że to historia. Wyłącznie historia.

Piszę nie o wojnie, ale o człowieku na wojnie. Piszę historię nie wojny, ale uczuć. Jestem historykiem duszy. Z jednej strony badam konkretnego człowieka, żyjącego w konkretnym czasie i uczestniczącego w konkretnych wydarzeniach, a z drugiej strony muszę dostrzec w nim człowieka wiecznego. Drżenie wieczności. To, co tkwi w człowieku zawsze.

Mówią mi: wspomnienia nie są ani historią, ani literaturą. Że to po prostu życie, brudne i nieoczyszczone ręką artysty. Surowy materiał mówiony. W każdym dniu jest go pełno. Wszędzie poniewierają się te cegły. Same cegły to przecież jeszcze nie świątynia! Ale dla mnie wszystko wygląda inaczej… Właśnie tam, w ciepłym ludzkim głosie, w żywym odbiciu przeszłości kryje się pierwotna radość życia i odsłania jego nieunikniony tragizm. Jego chaos i jego pasja. Jedyność i nieosiągalność. Tam nie są one jeszcze poddane żadnej obróbce. To oryginały.

Buduję świątynie z naszych uczuć… Z naszych pragnień i rozczarowań. Z naszych marzeń.

* * *

Jeszcze raz o tym samym… Mniej ciekawi mnie to, co się dzieje, od tego, co się dzieje z uczuciami. Powiedzmy inaczej – od duszy wydarzenia. Dla mnie uczucia są rzeczywistością.

A historia? Historia jest na ulicy… W tłumie… Wierzę, że w każdym z nas tkwi fragment historii. U jednego pół strony, u innego parę stron. Razem piszemy księgę czasu. Każdy wykrzykuje swoją prawdę. Trzeba tylko to wszystko usłyszeć, trzeba się w tym wszystkim rozpłynąć i tym wszystkim się stać. Pozostając zarazem sobą. Nie zniknąć.

* * *

Od rana dzwoni telefon: „Nie znamy się… Przyjechałam z Krymu, dzwonię z dworca kolejowego. Czy do pani jest daleko? Chcę opowiedzieć pani swoją własną wojnę…”.

Tak?!

A ja z moją dziewczynką chciałam pojechać do parku. Pokręcić się na karuzeli. Jak wyjaśnić sześcioletniemu człowieczkowi, czym się zajmuję? Niedawno mnie spytała: „Co to jest wojna?”. Jak jej odpowiedzieć… Chcę wypuścić ją w świat z życzliwym sercem i uczę, że nie wolno zrywać kwiatka, jeśli nie jest jej potrzebny. Szkoda bożej krówki, nie należy jej zabijać ani odrywać skrzydełek ważce. No i jak tu wytłumaczyć dziecku, co to jest wojna? Jak wyjaśnić śmierć? Odpowiedzieć na pytanie: „Dlaczego tam się zabija?”. Zabito jednego z moich dziadków. I jeszcze jedenaścioro naszych dalszych krewnych, wśród nich dwie małe dziewczynki, nie zachowały się nawet ich zdjęcia. Wszystko spłonęło – domy i ludzie. Pozostały tylko imiona. Po wojnie rodzice jakoś mi to wytłumaczyli, a ja już swojemu dziecku nie potrafię wyjaśnić. Znaleźć słów. W żaden sposób nie chce zrozumieć, gdzie się podziali ci ludzie, szczególnie dziwi ją zniknięcie dwóch małych dziewczynek. Pytanie: „A one – dlaczego? Przecież były małe. Nie strzelały…”.

Napisać taką książkę o wojnie, żeby niedobrze się robiło na myśl o niej, żeby sama ta myśl była wstrętna. Szalona. Żeby nawet generałom zrobiło się niedobrze…

Moi przyjaciele mężczyźni (w odróżnieniu od przyjaciółek) zaskoczeni są taką „kobiecą” logiką. I znowu słyszę „męski” argument: „Nie byłaś na wojnie”. Ale może to właśnie dobrze: nie znam pasji nienawiści, mam normalne spojrzenie. „Niewojenne” spojrzenie.

W optyce jest pojęcie „światłosiły” – zdolności obiektywu do lepszego czy gorszego utrwalania uchwyconego obrazu. Kobieca pamięć o wojnie jest zatem najbardziej „światłosilna”, jeśli chodzi o natężenie uczuć, o ból. Powiedziałabym wręcz, że „kobieca” wojna jest straszliwsza niż „męska”. Mężczyźni chowają się za historią, za faktami, wojna pociąga ich jako działanie i konflikt idei, interesów, a kobiety wychodzą od uczucia. Umieją widzieć to, co dla mężczyzn jest zakryte. To inny świat. Z zapachem, z barwą, ze szczegółowym światem istnienia: „Dali nam plecaki, poszyłyśmy sobie z nich spódnice”; „Na komisji jednymi drzwiami weszłam w sukience, a drugimi wyszłam w spodniach i bluzie”; „Ścięli mi warkocz, tylko na czubku głowy trochę zostawili…”; „Niemcy rozstrzelali wieś i pojechali… Przyszliśmy na to miejsce: udeptany żółty piasek, a na wierzchu – jeden dziecięcy bucik…”. Nieraz mnie ostrzegano (szczególnie pisarze mężczyźni): „Kobiety będą zmyślać, opowiadać niestworzone rzeczy”. Ale czy da się zmyślić coś takiego? Od kogo to można odpisać? Jeśli można, to tylko od życia, tylko ono ma taką wyobraźnię.

O czymkolwiek mówią kobiety, stale obecna jest u nich jedna myśl: wojna to przede wszystkim morderstwo, a poza tym – ciężka praca. No i także zwyczajne życie: śpiewały, zakochiwały się, kręciły papiloty…

A sednem zawsze jest to, że tak ciężko umierać i tak nie chce się umierać. A jeszcze ciężej – zabijać, i tego jeszcze bardziej się nie chce, bo kobieta daje życie. Przynosi w darze. Długo nosi je w sobie, donasza. Zrozumiałam, że kobietom trudniej przychodzi zabijanie…

* * *

Mężczyźni… Niechętnie wpuszczają kobiety do swojego świata, na swoje terytorium…

W mińskiej fabryce traktorów szukałam kobiety, która była strzelcem wyborowym. I to znakomitym. Pisano o niej we frontowych gazetach. Numer telefonu domowego dostałam w Moskwie od jej przyjaciółek, ale stary. Nazwisko też miałam panieńskie. Poszłam do fabryki, gdzie pracowała, do działu kadr, i usłyszałam od mężczyzn (dyrektora i szefa działu kadr): „A mało to jest mężczyzn? Po co słuchać tych babskich historii?… Tych fantazji…”.

Odwiedziłam pewne małżeństwo… Oboje, mąż i żona, brali udział w wojnie. Spotkali się na wojnie i od razu pobrali: „Wesele było w okopie. Tuż przed walką. A białą sukienkę uszyłam sobie z niemieckiego spadochronu”. On był kaemistą, ona łączniczką. Ledwie przyszłam, mężczyzna od razu wysłał żonę do kuchni: „Zrób nam coś do jedzenia”. Już się woda zaczęła gotować, już kanapki gotowe, kobieta siada z nami, a mąż od razu do niej: „A gdzie truskawki? Płody z naszej działki?”. Dopiero na moją wyraźną prośbę ustąpił niechętnie miejsca żonie, przykazując jej: „Mów, jak cię uczyłem. Bez lamentów i tych wszystkich kobiecych głupstw: chciałam ładnie wyglądać, płakałam, kiedy mi ścięli warkocz”. Potem przyznała mi się szeptem: „Całą noc siedział ze mną nad tomem Historii Wielkiej Wojny Narodowej. Bał się o mnie. Teraz też boi się, że niepotrzebnie coś sobie przypomnę. Że opowiem nie tak, jak trzeba”.

Tak było wiele razy, w niejednym domu.

Owszem, dużo płaczą. Nawet krzyczą. Po moim wyjściu biorą tabletki na serce. Wzywają pogotowie. Ale tak czy owak proszą: „Przyjdź do mnie. Koniecznie przyjdź. Myśmy tak długo milczały. Czterdzieści lat…”.

Rozumiem, że nie można opracować płaczu i krzyku, bo wtedy najważniejsze byłyby nie płacz i nie krzyk, tylko opracowanie. Zamiast życia wyjdzie literatura. Taki jest materiał, taka temperatura tego materiału. Nieustannie wykracza poza skalę. Człowiek najbardziej jest widoczny, najbardziej odsłania się na wojnie, i może jeszcze w miłości. Odsłania aż do głębi, do podskórnych warstw. W obliczu śmierci bledną wszystkie idee i ukazuje się nieosiągalna wieczność, na co te kobiety nie są gotowe. Chociaż to im się wydarzyło i one to przeżyły. Kilka razy odsyłały mi po przeczytaniu tekst z uwagą: „Nie pisz o drobiazgach… Pisz o naszym wielkim Zwycięstwie…”. A „drobiazgi” to jest akurat to, co dla mnie jest najważniejsze – ciepło i niepowstrzymany bieg życia: kępka włosów zamiast warkocza, kotły z gorącą kaszą i zupą, których nie ma komu jeść, bo ze stu żołnierzy po walce zostało siedmiu. Albo to, jak po wojnie chodziły na targ i nie mogły patrzeć na czerwone stragany z mięsem… Nawet na czerwony kreton… „Oj, kochana, nie znajdziesz w moim domu nic czerwonego, choć już minęło czterdzieści lat. Od wojny nienawidzę czerwonego koloru!”

* * *

Wsłuchuję się w ból… Ból jako dowód minionego życia. Innych dowodów nie ma, innym nie dowierzam. Słowa niejeden raz odciągały nas od prawdy, tuszowały ją.

Myślę o cierpieniu jako o najwyższej formie informacji, mającej bezpośredni związek z tajemnicą. Tajemnicą życia. Cała literatura rosyjska o tym mówi. O cierpieniu jest w niej więcej niż o miłości.

I one częściej mi o tym opowiadają…

* * *

Jakie są – rosyjskie czy radzieckie? Wszystkie były radzieckie – i Rosjanki, i Białorusinki, i Ukrainki, i Tadżyjki…

Bo jednak istniał człowiek radziecki. Takich ludzi, jak sądzę, już więcej nie będzie; oni sami już to rozumieją. Nawet my, ich dzieci, jesteśmy inni. A co dopiero mówić o wnukach…

Ale kocham ich. Zachwycam się nimi. Mieli Stalina i GUŁAG, ale mieli także Zwycięstwo. I to też wiedzą.

Dostałam niedawno list:

„Moja córka bardzo mnie kocha, jestem dla niej bohaterką; jeśli przeczyta pani książkę, będzie bardzo rozczarowana. Brud, wszy, lejąca się w nieskończoność krew – wszystko to prawda. Nie przeczę. Ale czyż wspomnienia o tym mogą zrodzić jakieś szlachetne uczucia? Wychować do wielkiego czynu…”.