Ostatni świadkowieTekst

Z serii: Reportaż
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Ostatni świadkowie
Ostatni świadkowie
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,80  47,84 
Ostatni świadkowie
Ostatni świadkowie
Audiobook
29,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż jednorazowe pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.


Tytuł oryginału rosyjskiego Последние свидетели. Книга недетских рассказов


Projekt okładki AGNIESZKA PASIERSKA / PRACOWNIA PAPIERÓWKA


Fotografia na okładce © by MICHAEL TRAKHMAN / HULTON ARCHIVE / GETTY IMAGES


Copyright © 2006 by SVETLANA ALEXIEVICH

Copyright © for the Polish edition by WYDAWNICTWO CZARNE, 2013

Copyright © for the Polish translation by JERZY CZECH, 2013


Redakcja MAGDALENA KĘDZIERSKA-ZAPOROWSKA

Korekty AGATA CZERWIŃSKA i SANDRA TRELA / D2D.PL

Redakcja techniczna ROBERT OLEŚ / D2D.PL


Skład wersji elektronicznej MICHAŁ NAKONECZNY / VIRTUALO SP. Z O.O.


ISBN 978-83-7536-599-3

Posłowie w roli przedmowy

…pewien cytat

W czasie Wielkiej Wojny Narodowej (1941–1945) zginęły miliony radzieckich dzieci… Rosyjskich, białoruskich, ukraińskich, żydowskich, tatarskich, łotewskich, cygańskich, kozackich, uzbeckich, ormiańskich, tadżyckich…

miesięcznik „Drużba narodow”, nr 5, 1985

…i jeszcze pytanie rosyjskiego klasyka

Wielki Dostojewski pytał kiedyś: czy świat, nasze szczęście, a nawet wieczna harmonia warte są tego, by dla ich powstania zgodzić się na jedną bodaj łzę niewinnego dziecka? I sam na to odpowiedział – nie, żaden postęp, żadna rewolucja, żadna wojna nie są tego warte. Łza dziecka przechyli zawsze szalę.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym
This ebook was bought on LitRes

Bał się za siebie obejrzeć…

Żenia Bielkiewicz – 6 lat

Obecnie – robotnica

Zapamiętałam… Byłam zupełnie mała, ale zapamiętałam wszystko.

Czerwiec czterdziestego pierwszego roku…

Ostatnie, co zapamiętałam z czasów pokoju, to bajka, którą mama czytała mi przed snem. Moją ulubioną, o złotej rybce. Zawsze o coś prosiłam złotą rybkę: „Złota rybko… Kochana złota rybko…”. Moja siostrzyczka też prosiła. Ale prosiła inaczej: „Na szczupaka rozkazanie, na moje zawołanie…”. Chciałyśmy pojechać na lato do babci, i żeby tato z nami pojechał. Był taki wesoły…

Rano obudziłam się przerażona… Zbudziły mnie jakieś nieznane odgłosy…

Mama i tato myśleli, że śpimy, a ja leżałam obok siostry i tylko udawałam, że śpię. Widziałam, że tato długo mamę całował, całował jej twarz, dłonie, a ja się zdziwiłam, bo jeszcze nigdy tak jej nie całował. Wyszli na podwórze, trzymając się za ręce. Podbiegłam do okna i zobaczyłam, że mama zawisła tacie na szyi i nie chce go puścić. Oderwał ją od siebie i pobiegł, ale ona go dogoniła i znowu nie chciała puścić; coś do niego wołała. Ja też zaczęłam krzyczeć: „Tato! Tato!”. Siostrzyczka i braciszek Wasia się obudzili, a kiedy siostra zobaczyła, że płaczę, to i ona zaczęła wołać: „Tato!”. Wszyscy wybiegliśmy na ganek. „Tato!” Ojciec nas zobaczył. Pamiętam, że zasłonił głowę rękami i odszedł, nawet pobiegł. Bał się obejrzeć za siebie…

Słońce świeciło mi prosto w twarz. Było tak ciepło… Nawet teraz nie mogę uwierzyć, że tamtego ranka ojciec poszedł na wojnę. Byłam zupełnie mała, ale już wtedy wiedziałam, że widzę go ostatni raz. Że już się z nim nie zobaczę. Byłam całkiem… całkiem mała.

Tak to mi się połączyło w pamięci, że wojna jest wtedy, kiedy nie ma taty…

A potem zapamiętałam czarne niebo i czarny samolot. Przy szosie leży nasza mama z rozpostartymi rękami. Prosimy, żeby wstała, a ona nie wstaje. Nie rusza się. Żołnierze zawinęli mamę w pałatkę i zakopali w piachu, tam gdzie leżała. Krzyczeliśmy i prosili: „Nie zakopujcie naszej mamusi. Ona się obudzi i pójdziemy dalej”. Po piachu łaziły jakieś żuki… Nie mogłam sobie wyobrazić, jak mama tam będzie mieszkała z nimi pod ziemią… Jak ją potem odnajdziemy? Kto napisze o tym do tatusia?

Któryś z żołnierzy pytał mnie: „Dziewczynko, jak masz na imię?”. A ja zapomniałam… „Dziewczynko, jak się nazywasz?”. Nie pamiętałam… Siedzieliśmy koło mogiłki mamy do wieczora, dopóki nas nie zabrali i nie posadzili na wóz. Wóz pełen dzieci. Wiózł nas jakiś dziadek, który wszystkich zbierał po drodze. Przyjechaliśmy do obcej wsi, obcy ludzie wzięli nas do swoich domów.

Długo nic nie mówiłam. Tylko patrzyłam.

Potem pamiętam lato. Jasne lato. Obca kobieta głaszcze mnie po głowie. Zaczynam płakać. Zaczynam mówić… Opowiadać o mamie i tacie. Jak tato uciekał przed nami i nawet się nie obejrzał… Jak mama leżała… Jak żuki łaziły po piachu…

Kobieta głaszcze mnie po głowie. Wtedy właśnie zrozumiałam, że jest podobna do mojej mamy…

Mój pierwszy i ostatni papieros…

Giena Juszkiewicz – 12 lat

Obecnie – dziennikarz

Słońce… I niezwykła cisza. Niepojęte milczenie. Ranek pierwszego dnia wojny.

Nasza sąsiadka, żona wojskowego, wyszła na dwór cała zapłakana. Szepnęła coś do mamy i dała jej znak, że trzeba być cicho. Każdy bał się mówić na głos o tym, co się stało, nawet wtedy, kiedy już usłyszał nowinę, no bo ten i ów już się dowiedział. Ale nie chciał, żeby go nazwali prowokatorem. Panikarzem. Tego się bali bardziej niż wojny. Ludzie się bali… To teraz tak myślę… I oczywiście nikt nie wierzył. Gdzież tam! Nasze wojsko czuwa na granicy, nasi przywódcy – na Kremlu! Kraj jest znakomicie broniony, niedostępny dla wrogów! To wtedy tak myślałem… Byłem pionierem.

Kręciliśmy gałką radia. Czekaliśmy na to, co powie Stalin. Jego głos był potrzebny. Ale Stalin nic nie powiedział. W końcu przemówił Mołotow… Wszyscy słuchali. Mołotow ogłosił, że wybuchła wojna. A jednak nikt jeszcze w to nie wierzył. Gdzie jest Stalin?

Nad miasto nadleciały samoloty… Dziesiątki nieznanych nam samolotów. Z krzyżami. Przesłoniły niebo, nawet słońce. Okropne! Poleciały bomby… Nieustannie słychać było wybuchy. Łoskot. Wszystko działo się jak we śnie… Nie na jawie… Nie byłem już malutki, pamiętam swoje ówczesne uczucia. Swój strach, który rozpełzał się po całym ciele. Po wszystkich słowach, myślach. Wybiegliśmy z domu, pędzili ulicami nie wiadomo dokąd… Wydawało mi się, że miasta już nie ma, zostały tylko ruiny. Dym. Ogień. Ktoś powiedział, że trzeba biec na cmentarz, bo cmentarza nie będą bombardować. Po co zrzucać bomby na nieżywych? W naszej dzielnicy był wielki cmentarz żydowski, rosły na nim stare drzewa. No więc wszyscy się tam rzucili, tysiące ludzi zebrały się na cmentarzu. Przyciskali się do kamiennych płyt, chowali za nimi.

Przesiedzieliśmy tam z mamą do wieczora. Nikt dookoła nie wypowiedział słowa „wojna”, słyszałem inne słowo: „prowokacja”. Wszyscy je powtarzali. Mówili, że lada chwila nasze wojska przejdą do kontrataku. Stalin dał rozkaz. Wierzyliśmy w to.

Ale syreny fabryczne na peryferiach Mińska huczały przez całą noc…

Pierwsi zabici…

Najpierw zobaczyłem zabitego konia… Zaraz potem – zabitą kobietę… To mnie zdziwiło. Myślałem, że na wojnie zabija się tylko mężczyzn.

Obudziłem się rano. Chciałem się zerwać z łóżka, ale przypomniałem sobie, że jest wojna, i zasłoniłem oczy. Trudno było w to wierzyć.

Na ulicach już nie strzelano. Było cicho. Przez kilka dni. Potem nagle zaczął się ruch… Można było na przykład zobaczyć człowieka dosłownie białego, od stóp do głów. Całego w mące. Idzie taki i dźwiga na plecach biały worek. Ktoś inny ucieka… Z kieszeni wypadają mu konserwy, w rękach też ma konserwy. Cukierki… Paczki tytoniu… Kolejny trzyma w dłoniach czapkę napełnioną cukrem… Garnek z cukrem… Tego się nie da opisać! Jeden dźwiga zwój jakiegoś materiału, drugi owinął się cały niebieskim kretonem. Inny – czerwonym… To było śmieszne, ale nikt się nie śmiał. Zbombardowano magazyny żywności. Wielki sklep koło nas… A ludzie rzucili się i grabili wszystko, co zostało. W cukrowni kilka osób utonęło w kadziach z melasą. Okropność! Całe miasto gryzło pestki słonecznikowe, bo znaleźli gdzieś magazyn z pestkami. Na moich oczach przybiegła do sklepu kobieta… Nie miała nic, ani worka, ani siatki, więc zdjęła halkę, rajtuzy. Nasypała w to kaszy gryczanej. I wyniosła… Nie wiadomo, dlaczego to wszystko ludzie robili w milczeniu. W ogóle wtedy nie rozmawiali…

Kiedy zawołałem mamę, została tylko musztarda, żółte słoiki z musztardą. „Nie bierz nic” – prosiła mama. Później przyznała mi się, że było jej wstyd, bo całe życie uczyła mnie czegoś innego. Nawet kiedyśmy głodowali i wspominali tamte dni, to i tak nie żałowaliśmy, żeśmy nic nie wzięli. Taka była moja mama!

Po mieście… Po naszych ulicach spokojnie chodzili niemieccy żołnierze. Wszystko filmowali. Śmiali się. Przed wojną w szkole bardzo lubiliśmy rysować Niemców. Rysowaliśmy ich z wielkimi zębami. Kłami. A tutaj nagle chodzą sobie… Młodzi, piękni… Z ładnymi granatami, wsuniętymi za cholewy solidnych butów. Grają na harmonijkach. Nawet flirtują z naszymi ślicznotkami…

Starszy Niemiec dźwiga jakąś skrzynię. Skrzynia jest ciężka. Przywołał mnie i pokazuje: „Pomóż!”. Skrzynia miała dwa uchwyty, złapaliśmy za nie we dwóch. Kiedy dotarliśmy na miejsce, Niemiec poklepał mnie po ramieniu i wyjął z kieszeni paczkę papierosów.

– Masz, to zapłata.

Wróciłem do domu. Nie mogłem się doczekać, usiadłem w kuchni i zapaliłem papierosa. Nie słyszałem, jak stuknęły drzwi. Wchodzi mama.

 

– Palisz?

– Mmm…

– A papierosy skąd?

– Niemieckie.

– Palisz, a w dodatku papierosy wroga. To jest zdrada ojczyzny.

To był mój pierwszy i ostatni papieros.

Kiedyś wieczorem mama usiadła koło mnie.

– Nie mogę znieść tego, że oni są tutaj. Rozumiesz to?

Chciała walczyć. Od pierwszych dni. Postanowiliśmy dotrzeć do ludzi z konspiracji, wiedzieliśmy, że tacy muszą być. Ani przez chwilę w to nie zwątpiliśmy.

– Kocham cię najbardziej na świecie – powiedziała mama. – Ale czy mnie rozumiesz? Czy wybaczysz mi, jeśli nam się coś stanie?

Dosłownie zakochałem się wtedy w mojej mamie, odtąd słuchałem jej bez sprzeciwu. I tak potem było przez całe życie…

Babcia się modliła… Prosiła, żeby moja dusza wróciła…

Natasza Golik – 5 lat

Obecnie – korektorka

Nauczyłam się modlić… Często wspominam, jak podczas wojny nauczyłam się modlić…

Dowiedzieliśmy się, że wybuchła wojna. Miałam wtedy pięć lat, więc nic oczywiście nie mogłam sobie w związku z tym wyobrazić. Żadnego strachu nie czułam. Ale ze strachu usnęłam, właśnie ze strachu. Spałam tak dwa dni. Dwa dni leżałam, jak kukła. Wszyscy myśleli, że umarłam. Mama płakała, a babcia się modliła. Modliła się dwa dni i dwie noce.

Otworzyłam oczy i pierwsze, co pamiętam, to światło. Bardzo mocne, jaskrawe, niezwykle jaskrawe. Bardzo mnie raziło. Usłyszałam, jak ktoś coś mówi, i rozpoznałam głos babci. Babcia stała przed ikoną i się modliła. Odezwałam się:

– Babciu… Babciu…

Ale babcia się nie odwróciła. Nie uwierzyła, że to ja ją wzywam. A ja już się obudziłam… Otworzyłam oczy…

– Babciu – pytałam potem – jak się modliłaś, kiedy umierałam?

– Prosiłam, żeby twoja dusza wróciła.

Babcia umarła rok później. Modliłam się wtedy, prosząc o powrót jej duszy.

Ale dusza już nie wróciła…

Leżały na węglach, różowe…

Katia Korotajewa – 13 lat

Obecnie – inżynier hydrotechnik

Opowiem o zapachu… O tym, jak pachnie wojna…

Przed wojną skończyłam sześć klas. Wówczas w szkole było tak przyjęte, że począwszy od czwartej klasy, zdawało się egzaminy. No więc zdaliśmy ostatni egzamin. To był czerwiec, a maj i czerwiec w czterdziestym pierwszym były zimne. Na ogół bez kwitnie u nas w maju, ale tamtego roku kwitł w połowie czerwca. Wybuch wojny zawsze kojarzyć mi się będzie z zapachem bzu. Z zapachem czeremchy… Dla mnie te drzewa pachną wojną…

Mieszkaliśmy w Mińsku, tutaj się urodziłam. Ojciec był kapelmistrzem w wojsku. Chodziłam z nim na defilady. Poza mną w rodzinie byli dwaj starsi bracia. Mnie, jako najmłodszą, w dodatku dziewczynkę, wszyscy oczywiście kochali i rozpieszczali.

Nadchodziło lato, czekały nas wakacje. Bardzo mnie to cieszyło. Uprawiałam sport, chodziłam do Domu Armii Czerwonej na basen. Bardzo mi w klasie zazdrościli, nawet chłopcy. A ja udawałam przed nimi, że umiem świetnie pływać. W niedzielę dwudziestego drugiego czerwca mieliśmy uroczyście otworzyć sztuczne jezioro o nazwie „Komsomolskie”. Długo je kopano, nasza szkoła brała nawet udział w czynach społecznych. Miałam zamiar pójść się kąpać jako jedna z pierwszych. No a jak!

Rano zawsze chodziliśmy po świeże bułki. To był mój obowiązek. Po drodze spotkałam przyjaciółkę, która mi powiedziała, że zaczęła się wojna. Przy naszej ulicy było wiele ogrodów, domy tonęły w kwiatach. Pomyślałam: „Jaka wojna? Co ona wymyśliła?”.

W domu ojciec nastawił samowar… Nie zdążyłam nic powiedzieć, gdy zaczęli się zlatywać sąsiedzi i wszyscy na ustach mieli jedno słowo: „Wojna! Wojna!”. A następnego dnia o siódmej najstarszy z braci dostał wezwanie do komendy uzupełnień. Potem pobiegł do pracy, gdzie dali mu wypłatę. Z tymi pieniędzmi wrócił do domu i powiedział mamie:

– Idę na wojnę, nic nie potrzebuję. Weź te pieniądze i kup Kati nowe palto.

A ja dopiero zdałam do siódmej klasy, to już była wyższa klasa, i marzyłam, że mi uszyją granatowe bostonowe palto z szarym kołnierzem, karakułowym. Brat o tym wiedział.

Do dzisiaj pamiętam, że kiedy wyruszał na wojnę, dał mi pieniądze na palto. A żyliśmy skromnie, w rodzinnym budżecie było sporo dziur. Mama by mi jednak to palto kupiła, skoro brat prosił. Tyle że nie zdążyła…

Zaczęły się bombardowania Mińska. Przenieśliśmy się z mamą do murowanej piwnicy sąsiadów. Miałam ulubionego kota, bardzo dzikiego, który nie wychodził dalej niż na podwórze, ale kiedy zaczynało się bombardowanie i uciekałam z podwórka do sąsiadów, kot biegł w ślad za mną. Też bał się zostać sam. Niemieckie bomby latały z jakimś dźwiękiem, z wyciem. Byłam muzykalna, więc na mnie to mocno działało. Te dźwięki… To było takie straszne, że aż pociły mi się dłonie. W piwnicy siedział z nami czteroletni chłopiec od sąsiadów. Nie płakał, tylko rozglądał się takimi szeroko otwartymi oczami.

Najpierw paliły się pojedyncze domy, potem zaczęło płonąć miasto. Lubimy patrzeć na ogień, na ognisko, ale już kiedy pali się dom, wtedy robi się strasznie, a tutaj ogień buchał ze wszystkich stron, dym przesłaniał niebo, wypełniał ulice. I miejscami to silne oświetlenie… Od ognia… Zapamiętałam drewniany dom z trzema otwartymi oknami, na parapetach rosły tam wspaniałe kaktusy, epifilum. Ludzi tam już nie było, tylko kaktusy kwitły… Miałam takie uczucie, że to nie czerwone kwiaty, tylko płomień. Że te kwiaty płoną.

Uciekaliśmy…

Po drodze we wsiach dawano nam chleb i mleko, nic więcej ludzie nie mieli. A myśmy nie mieli pieniędzy. Wyszłam z domu w chustce, a mama nie wiedzieć czemu w zimowym płaszczu i pantoflach na wysokim obcasie. Dawano nam jeść za darmo, nikt o pieniądzach nie wspominał. Płynęła masa uciekinierów.

Potem ktoś pierwszy powiedział, że drogę z przodu odcięli niemieccy motocykliści. Uciekaliśmy więc z powrotem, przez te same wsie, mijając te same kobiety z garnkami mleka. Przybiegliśmy na naszą ulicę… Jeszcze kilka dni temu była tu zieleń, kwitły kwiaty, a teraz wszystko się spaliło. Nawet ze stuletnich lip nic nie zostało. Wszystko było wypalone aż do żółtego piasku. Gdzieś zniknął czarnoziem, na którym wszystko rosło, został tylko piasek… żółciusieńki piasek… Zupełnie jakbyśmy stali przy świeżo wykopanym grobie…

Pozostały też piece fabryczne, białe, bo hartowały się w ogniu. Więcej nic znajomego nie było… Spaliła się cała ulica. Spalili się dziadkowie, babcie i wiele małych dzieci. Staruszkowie nie uciekli razem ze wszystkimi, bo myśleli, że ich zostawią w spokoju. Ogień nikogo nie oszczędził. Gdy się widziało czarnego trupa, to znaczyło, że spłonął starszy człowiek. A jak się zobaczyło coś małego, różowego, to był to trup dziecka. Leżały na węglach, różowe…

Mama zdjęła chustkę i zawiązała mi oczy… Tak doszliśmy do naszego domu, a raczej do miejsca, w którym kilka dni temu stał nasz dom. Domu nie było. Powitał nas cudem ocalały nasz kot. Otarł się o moje nogi, i tyle. Nikt z nas nie był w stanie nic powiedzieć… Nawet kot nie miauczał, milczał przez kilka dni. Wszyscyśmy milczeli.

Zobaczyłam pierwszych hitlerowców, nawet nie zobaczyłam, ale usłyszałam, bo mieli podkute buty, które głośno stukały. Stukały o bruk. A mnie się wydawało, że nawet ziemię boli, kiedy oni po niej chodzą.

A bez tak rozkwitł tamtego roku… I czeremcha tak rozkwitła…

A mimo to chciałabym mieć mamę…

Zina Kosiak – 8 lat

Obecnie – fryzjerka

W czterdziestym pierwszym…

Skończyłam pierwszą klasę, na lato rodzice zawieźli mnie do obozu pionierów Horodyszcze pod Mińskiem. Przyjechałam, zdążyłam się raz wykąpać, a po dwóch dniach wybuchła wojna. Zaczęli nas wywozić z obozu. Wsadzili do pociągu i powieźli. Nad nami latały niemieckie samoloty, a my krzyczeliśmy: „Hurra!”. Nie rozumieliśmy, że to mogą być nieprzyjacielskie maszyny, dopóki nie zaczęły zrzucać bomb… Wtedy zniknęły wszystkie barwy… Wszystkie kolory… Usłyszałam po raz pierwszy słowo „śmierć”, wszyscy zaczęli wymawiać to niepojęte słowo. A mamy i taty przy mnie nie było…

Kiedy wyjeżdżaliśmy z obozu, każdemu do powłoczki coś nasypano: jednemu kaszę, drugiemu cukier. Nie pominięto nawet najmłodszych dzieci – każde coś dostało. Chcieliśmy zabrać na drogę jak najwięcej jedzenia i bardzo go pilnowaliśmy. W pociągu jechali jednak ranni żołnierze, więc kiedy zobaczyliśmy, jak jęczą, jak ich boli, to od razu chcieliśmy wszystko im oddać. Mówiliśmy wtedy, że trzeba „nakarmić tatusiów”, bo wszystkich wojskowych nazywaliśmy tatusiami. Powiedziano nam, że Mińsk się pali, że całe miasto spalone, że tam już są Niemcy, a my jedziemy na tyły. Pojedziemy tam, gdzie nie ma wojny.

Wieźli nas ponad miesiąc. Co skierowali nas do jakiegoś miasta, to po przyjeździe okazywało się, że nie mogą nas tam zostawić, bo Niemcy są już blisko. I tak dojechaliśmy do Mordowii.

Miejscowość była bardzo ładna, dookoła stały cerkwie. Domy były niskie, a cerkwie – wysokie. Nie mieliśmy na czym spać, więc spaliśmy na słomie. Kiedy przyszła zima, mieliśmy jedną parę butów na czworo. A potem zaczął się głód. Głodował nie tylko dom dziecka, głodowali także ludzie wokół nas, bo wszystko oddali dla walczących na froncie. W domu dziecka mieszkało dwieście pięćdziesięcioro dzieci. Kiedyś wołają nas na obiad, a tu do jedzenia nie ma już nic. Siedzą w stołówce wychowawczynie i dyrektor, patrzą na nas i oczy mają pełne łez. A mieliśmy tam też kobyłę Majkę, która woziła wodę. Była już stara i bardzo łagodna. No i następnego dnia ta Majka poszła pod nóż. Dali wtedy dzieciom wodę i po takim małym kawałku z tej Majki. Długo to przed nami ukrywali, bobyśmy jej nie przełknęli… Za nic w świecie! To był jedyny koń w naszym domu. A poza tym – dwa głodne koty. Szkielety! Potem myśleliśmy, że to dobrze, że takie chude, bo przynajmniej nie musimy ich zjadać.

Chodziliśmy z rozdętymi brzuchami… Mogłam zjeść wiadro zupy, bo w tej zupie nic nie było. Ile by mi jej nalali, tyle bym zjadła. Wybawieniem była dla nas przyroda, staliśmy się podobni do zwierząt, do przeżuwaczy. Wiosną w odległości kilku kilometrów wokół domu dziecka żadne drzewo nie wypuściło liści, bo zjadaliśmy wszystkie pączki, zdzieraliśmy nawet młodą korę. Jedliśmy trawę, zjadaliśmy wszystko, co wyrosło. Kiedy dali nam kurtki, to my w tych kurtkach zrobiliśmy kieszenie i upychali do nich trawę; potem tak z nią chodziliśmy i przeżuwali. Lato nas ratowało, ale zimą było bardzo ciężko. Nas, małych dzieci, było czterdzieścioro, ulokowali nas osobno. Szlochaliśmy po nocach. Wołaliśmy mamę i tatę. Wychowawcy, nauczyciele starali się przy nas nie wymawiać słowa „mama”. Opowiadali nam bajki i dobierali takie książki, żeby tego słowa tam nie było. Bo gdy tylko ktoś je wymówił, wówczas od razu podnosił się bek. I nie dało się dzieci utulić.

Poszłam znowu do pierwszej klasy. A dlaczego? Pierwszą klasę skończyłam z listem pochwalnym, ale kiedy przyjechaliśmy do domu dziecka i zapytano nas, kto miał poprawkę, to się zgłosiłam, bo myślałam, że ten list pochwalny to jest właśnie poprawka. W trzeciej klasie uciekłam z domu dziecka. Poszłam szukać mamy. Głodną i osłabioną znalazł mnie w lesie dziadek, który nazywał się Bolszakow. Dowiedział się, że jestem z domu dziecka, i zabrał mnie do siebie. Mieszkali we dwoje z babcią. Kiedy nabrałam sił, zaczęłam pomagać im w gospodarstwie: zrywałam trawę, pełłam kartofle – robiłam wszystko. Jedliśmy chleb, ale taki, że samego chleba było w nim mało. Gorzki w smaku. Do mąki dodawano wszystko, co się dawało zemleć: lebiodę, kwiaty leszczyny, kartofle. Do tej pory nie umiem ze spokojem patrzeć na tłustą trawę i jem dużo chleba… Nie mogę się nigdy najeść… Za dziesiątki lat…

Ileż jeszcze pamiętam mimo wszystko… Dużo pamiętam…

Pamiętam małą dziewczynkę, której się rozum pomieszał. Dziewczynka wchodziła do czyjegoś ogródka, szukała norki i potem czatowała na myszkę. Też chciała jeść… Pamiętam jej twarz, nawet bezrękawnik, w którym chodziła. Kiedyś podeszłam do niej, a ona mi opowiedziała o myszce… Kucałyśmy we dwójkę i czyhały na tę myszkę…

Cały czas czekałam na koniec wojny, na to, że zaprzęgniemy wtedy z dziadkiem konia i pojedziemy szukać mamy. Do domu przychodzili ewakuowani, a ja wszystkich pytałam: „Czy nie widzieliście mojej mamy?”. Ewakuowanych było wielu, tak wielu, że w każdym domu stał sagan z wywarem z pokrzyw. Żeby ludzie mieli coś ciepłego do zjedzenia, kiedy wejdą do chaty. Bo więcej nic nie było… Ale sagan z pokrzywami stał w każdym domu… Dobrze to pamiętam. Sama zrywałam te pokrzywy.

Wojna się skończyła… Czekałam dzień, dwa, ale nikt po mnie nie przyjechał. Mama nie przyjeżdża, a tato jest w wojsku, to wiedziałam. Czekałam tak dwa tygodnie, dłużej już nie miałam siły. Wlazłam do jakiegoś pociągu, pod ławkę i pojechałam… Dokąd? Nie wiedziałam. Myślałam (przecież byłam jeszcze dzieckiem), że wszystkie pociągi jadą do Mińska. A w Mińsku czeka na mnie mama! Potem przyjedzie nasz tato… Bohater! Z orderem, z medalami.

 

Rodzice gdzieś zginęli podczas bombardowania… Sąsiedzi mi potem opowiadali, że pojechali we dwójkę, by mnie szukać. Pobiegli na stację…

Mam już pięćdziesiąt jeden lat, sama jestem matką. A mimo to chciałabym mieć mamę…