Czasy secondhandTekst

Z serii: Reportaż
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Czasy secondhand
Czasy secondhand
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 83,80  67,04 
Czasy secondhand
Czasy secondhand
Audiobook
Czyta Krystyna Czubówna
50,90  37,67 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

„Prości ludzie… Nasi tadżyccy znajomi zamykali swoich synów na klucz, nie wypuszczali z domu, żeby ci nie nauczyli się… żeby ich nie zmuszono do zabijania…”

„Wyjeżdżamy… Wsiedliśmy już do pociągu, już bucha para spod kół. Ostatnie minuty. Ktoś puścił w koła serię z automatu. Żołnierze zrobili korytarz, zasłaniali nas. Gdyby nie oni, tobyśmy do wagonów nie dobiegli. Teraz ilekroć widzę w telewizji wojnę, od razu czuję ten zapach… Zapach palonego ludzkiego mięsa, przyprawiający o mdłości, słodkawy…”

Pół roku później mąż miał pierwszy zawał… Po roku – następny… Jego siostra – wylew. Po tym wszystkim traciłam rozum… A wie pani, jak tracą rozum włosy? Robią się szorstkie, jak żyłki. Włosy wariują pierwsze… No bo kto by to wytrzymał? Mała Karina… Za dnia normalne dziecko, a ledwie zacznie się ściemniać, to cała dygoce. Woła: „Mamo, nie odchodź! Jak zasnę, to ciebie i tatę zabiją!”. Biegłam rankami do pracy z nadzieją, że samochód mnie przejedzie. Nigdy nie chodziłam do cerkwi, a teraz klęczałam godzinami i modliłam się: „Święta Bogurodzico! Czy słyszysz mnie?”. Przestałam spać, nie mogłam jeść. Nie jestem politykiem, na polityce się nie znam. Jestem po prostu przerażona. O co jeszcze chce mnie pani pytać? Powiedziałam wszystko… Wszystko!

O samotnym czerwonym marszałku i trzech dniach zapomnianej rewolucji

Siergiej Fiodorowicz Achromiejew (1923–1991)

Marszałek Związku Radzieckiego, Bohater Związku Radzieckiego (1982). Szef Sztabu Sił Zbrojnych ZSRR (1984–1988). Laureat Nagrody Leninowskiej (1980). Od 1990 roku doradca wojskowy Prezydenta ZSRR.

Z wywiadów na placu Czerwonym (grudzień 1991 roku)

Byłam studentką…

Wszystko odbyło się bardzo szybko… Rewolucja skończyła się po trzech dniach. Telewizja w przeglądzie wiadomości podała, że członkowie PKSW zostali aresztowani. Minister spraw wewnętrznych Pugo zastrzelił się, marszałek Achromiejew się powiesił… W naszej rodzinie długo o tym mówiliśmy. Pamiętam, że tato powiedział: „To zbrodniarze wojenni. Powinien ich spotkać los niemieckich generałów Speera i Hessa[57]”. Wszyscy oczekiwali Norymbergi…

Byliśmy młodzi… Rewolucja! Zaczęłam być dumna ze swojego kraju, kiedy ludzie wyszli na ulicę przeciw czołgom. Przedtem jeszcze były wydarzenia w Wilnie, Rydze i Tbilisi. W Wilnie Lit­wini obronili wieżę telewizyjną, wszystko to nam pokazywano na ekranie. A my co – jesteśmy bydłem? Na ulicę wyszli ludzie, którzy przedtem nigdzie nie chodzili, tylko siedzieli w kuchniach i się oburzali. No i nagle wyszli… Wzięłyśmy z koleżanką parasolki – od deszczu i do walki. (Śmieje się). Byłam dumna z Jelcyna, kiedy stał na czołgu. Zrozumiałam wtedy, że to jest mój prezydent! Mój! Prawdziwy! Było tam mnóstwo młodzieży. Studentów. Wszyscy wychowaliśmy się na „Ogonioku” Korotycza, podziwialiśmy szestidiesiatników, ludzi lat sześćdziesiątych. Jak na wojnie… Jakiś męski głos błagalnym tonem wołał przez megafon: „Dziewczyny, odejdźcie stąd. Będzie strzelanina i dużo trupów”. Kiedy obok mnie chłopak odesłał do domu ciężarną żonę, ona płakała. „A ty dlaczego zostajesz?” – pytała. „Bo tak trzeba”.

Pominęłam jedną ważną rzecz… Jak ten dzień się zaczął… Rano się zbudziłam, bo mama głośno płakała. Szlochała. Pytała taty: „Co to jest stan wyjątkowy? Jak myślisz, co zrobili z Gorbaczowem?”. A babcia biegała między telewizorem a radiem, które stało w kuchni. „Nikogo nie aresztowali? Nie rozstrzelali?” Babcia urodziła się w roku 1922, więc jak sięgnęła pamięcią, zawsze do kogoś strzelano i kogoś rozstrzeliwano. Wsadzano do więzienia. Tak upłynęło jej życie… Kiedy zabrakło babci, mama zdradziła nam rodzinną tajemnicę. Podniosła kurtynę… W pięćdziesiątym szóstym roku z obozu w Kazachstanie przywieziono jej ojca. Worek kości. Był taki chory, że ktoś musiał towarzyszyć mu w drodze. A one nikomu się nie przyznały, że to ojciec, że mąż… Bały się… Mówiły, że to jakiś daleki krewny, właściwie nikim dla nich nie jest. Pomieszkał z nimi kilka miesięcy, a potem go zabrali do szpitala. Tam się powiesił. Muszę… Teraz muszę jakoś z tym żyć, z tą wiedzą. Muszę to zrozumieć… (Powtarza). Jakoś z tym żyć… Babcia najbardziej lękała się nowego Stalina i wojny, całe życie spodziewała się aresztowania albo głodu. Hodowała na oknie cebulę w skrzynkach, kwasiła wielkie garnce kapusty. Kupowała na zapas cukier i olej. Antresole były u nas zastawione rozmaitymi kaszami, perłową i innymi. Zawsze mnie uczyła: „Siedź cicho! Nic nie mów!”. Nie mów w szkole ani na uniwersytecie… Tak się chowałam, wśród takich ludzi. Nie mieliśmy za co kochać władzy radzieckiej. Wszyscy byliśmy za Jelcynem! A matka mojej koleżanki nie chciała jej puścić. „Po moim trupie! Czy nie rozumiesz, że wszystko wróciło?!” Studiowałyśmy na Uniwersytecie Przyjaźni Między Narodami imienia Patrice’a Lumumby. Byli tam studenci z całego świata, wielu z nich przyjechało w przeświadczeniu, że ZSRR to kraj bałałajek i bomb atomowych. Było nam przykro. Chcieliśmy żyć w innym kraju…

Pracowałem w fabryce jako ślusarz…

O puczu dowiedziałem się w obwodzie woroneskim… Byłem w gościnie u cioci. Wszystkie te wrzaski o wielkości Rosji to kompletny zajob. Patrioci zakichani! Siedzą przed tym telepudłem. A wyjechaliby pięćdziesiąt kilometrów od Moskwy… Popatrzyliby na domy, na to, jak ludzie żyją. Jakie mają święta pijackie… We wsiach facetów już prawie nie ma. Powymierali. Świadomość na poziomie bydła rogatego – piją na umór. Piją, dopóki nie runą na ziemię. Wszystko, od lotionu ogórkowego po benzynę. Piją, potem się biją. W każdej rodzinie ktoś siedział w kiciu albo siedzi. Milicja nie daje sobie rady. Tylko baby się nie poddają, grzebią na swoich działkach. Jak paru chłopów zostało niepijących, to pojechali zarabiać do Moskwy. A jedynemu gospodarzowi (w tej wsi, do której jeżdżę) trzy razy puścili czerwonego kura, póki się nie zabrał i nie pojechał w cholerę. Co z oczu, to z serca! Nienawidzili w sposób naturalny, fizycznie wręcz…

W Moskwie czołgi, barykady. Na wsi specjalnie się nie przejęli. Nikt nie zawracał sobie tym głowy. Wszystkich najbardziej obchodziły stonka i tantniś, taki szkodnik kapusty. Ta stonka, bestia, jest żywotna… A chłopaki tylko gryźli pestki i mieli w głowach dziewuchy. Gdzie by tu wieczorem obalić flachę? Przeważnie jednak ludzie byli za PKSW. Tak zrozumiałem… Nie wszyscy byli komunistami, ale wszyscy opowiadali się za wielkim krajem. Bali się zmian, bo po wszystkich zmianach chłop zawsze zostawał z niczym. Pamiętam, jak nasz dziadek mówił: „Kiedyś żyło się chujowo, a potem to coraz gorzej”. Przed wojną i po wojnie ludzie nie mieli dowodów. Wieśniakom dowodów nie wydawano, nie puszczano do miasta. Niewolnicy. Więźniowie. Wrócili z wojny z orderami. Pół Europy podbili! Tylko żyli bez dokumentów.

W Moskwie dowiedziałem się, że wszyscy moi koledzy byli na barykadach. Brali udział w zamieszkach. (Śmieje się). I ja mogłem dostać medal…

Jestem inżynierem…

Kim był ten marszałek Achromiejew? Fanatykiem „sowka”. Ja żyłem w „sowku” i wracać do niego nie mam ochoty. A on był fanatykiem, szczerze oddanym ideom komunizmu. To był mój wróg. Kiedy słuchałem jego przemówień, budziła się we mnie nienawiść. Wiedziałem, że ten człowiek będzie się bił do końca. Jego samobójstwo? No wiadomo, taki nietuzinkowy postępek musi budzić respekt. Śmierć należy traktować z powagą. Ale zadaję sobie też pytanie, co by było, gdyby to oni zwyciężyli. Niech pani zajrzy do pierwszego lepszego podręcznika… Żaden przewrót w historii nie obszedł się bez terroru, zawsze wszystko kończyło się rozlewem krwi. Wyrywaniem języków i wykłuwaniem oczu. Średniowieczem. Nie trzeba być historykiem…

Rano usłyszałem w telewizji o „niezdolności Gorbaczowa do kierowania krajem z powodu ciężkiej choroby”… Zobaczyłem czołgi pod oknami… Dzwonię do przyjaciół – wszyscy są za Jelcynem. A przeciwko juncie. Będziemy bronić Jelcyna! Otworzyłem lodówkę, wyjąłem kawałek sera i włożyłem do kieszeni… Na stole leżały obwarzanki, te też zabrałem. A broń? Coś trzeba ze sobą wziąć… Na stole leżał też kuchenny nóż. Potrzymałem go przez chwilę w ręku i odłożyłem na miejsce. (Zamyśla się). Ale gdyby… gdyby tamci zwyciężyli?

Dzisiaj pokazują w telewizji takie obrazki: maestro Rostropowicz przyleciał z Paryża i siedzi z automatem, dziewczyny częstują żołnierzy lodami… Bukiet kwiatów na czołgu… Obrazki w moich wspomnieniach są inne… Moskiewskie babcie rozdają żołnierzom kanapki i prowadzą do siebie do domu, żeby się załatwili. Wprowadzono dywizję pancerną do stolicy i nie dano ludziom ani suchego prowiantu, ani ustępów. Chłopaki wysuwają z włazów cienkie szyjki, a oczy mają wystraszone – o takie! Nic nie rozumieją. Na trzeci dzień siedzą już na pancerzu źli i głodni. Niewyspani. Kobiety otaczają ich kołem. „Synkowie, nie będziecie do nas strzelać?” Żołnierze milczą, a oficer nagle warczy: „Jak dadzą rozkaz, to będziemy”. Żołnierzy jakby wicher zdmuchnął – pochowali się we włazach. Tak było! Moje obrazy z tymi pani obrazami się nie pokrywają… Stoimy, tworząc pierścień, i czekamy na atak. Rozchodzą się słuchy, że zaraz puszczą gaz, strzelcy wyborowi siedzą na dachach… Podchodzi do nas kobieta, ma na bluzie baretki od orderów: „Kogo bronicie? Kapitalistów?”. „Co wy, babciu? My tu o wolność walczymy”. „A ja walczyłam za władzę radziecką – za robotników i chłopów. A nie za kramiki i ajencje. Jakby mi dali dzisiaj automat…”

Wszystko wisiało na włosku. Pachniało krwią. Żadnego święta sobie nie przypominam…

Jestem patriotą…

Niech mi pani pozwoli się wypowiedzieć.

Podchodzi mężczyzna w rozpiętym kożuszku, z solidnym krzyżem na piersi.

Żyjemy w najhaniebniejszym okresie naszej historii. Jesteśmy pokoleniem tchórzy, zdrajców. Taki wyrok wydadzą na nas dzieci. „Nasi rodzice sprzedali wielki kraj za dżinsy, marlboro i gumę do żucia” – tak powiedzą. Nie potrafiliśmy obronić ZSRR – naszej Ojczyzny. To straszna zbrodnia. Sprzedaliśmy wszystko! Nigdy nie przywyknę do trójkolorowej rosyjskiej flagi, przed oczami zawsze będę miał czerwony sztandar. Sztandar wielkiego kraju! Wielkiego zwycięstwa! Co oni zrobili z nami, z ludźmi radziec­kimi, żeśmy zamknęli oczy i pobiegli do tego pierdolonego kapitalistycznego raju? Kupili nas papierkami od cukierków, kioskami z kiełbasą, kolorowymi opakowaniami. Oślepili, zagadali. Wszystko wymieniliśmy na bryki i fatałaszki. I nie ma co opowiadać bajek, że to CIA rozwaliło Związek Radziecki, że intrygi Brzezińskiego… A dlaczego KGB nie rozwaliło Ameryki? To nie tępi bolszewicy przesrali ten kraj, nie zniszczyli go też cholerni inteligenci, żeby tłuc się po zagranicach i czytać Archipelag ­GUŁag… Nie ma co szukać żydomasońskich spisków. Wszystkośmy sami niszczyli. Własnymi rękami. Marzyliśmy, żeby otwarto u nas mcdonaldy z gorącymi hamburgerami i żeby każdy mógł sobie kupić mercedesa i plastikowe wideo. I żeby w kioskach sprzedawali filmy porno…

 

Rosji potrzebna jest silna ręka. Żelazna. Nadzorca z kijem. Stalin był wielki! Hurra! Hurra! Achromiejew mógł zostać naszym Pinochetem, generałem Jaruzelskim… To wielka strata…

Jestem komunistą…

Byłem za PKSW, a ściśle mówiąc, za ZSRR. Byłem gorącym zwolennikiem komitetu, bo podobało mi się to, że mieszkam w imperium. „Nieobjęta dla ludzkiego oka…” W 1989 roku posłali mnie na delegację do Wilna. Przed wyjazdem wezwał mnie do siebie naczelny inżynier fabryki, który już tam był, i uprzedził mnie: „Nie rozmawiaj z nimi po rosyjsku. Jak się odezwiesz w sklepie po rosyjsku, to ci nie sprzedadzą nawet zapałek. Nie zapomniałeś ojczystego ukraińskiego? To mów po ukraińsku”. Nie uwierzyłem. Co za bzdury gada? A on: „Ostrożnie w stołówce, bo mogą cię otruć albo podsypać tłuczonego szkła. Dla nich jesteś okupantem, rozumiesz?”. A ja mam w głowie przyjaźń między narodami, coś w ten deseń. Radzieckie braterstwo. Nie uwierzyłem, dopóki nie przyjechałem na dworzec w Wilnie. Wyszedłem na peron… Ledwie tylko usłyszano, że mówię po rosyjsku, dano mi do zrozumienia, że przyjechałem do obcego kraju. Byłem okupantem. Z brudnej, zacofanej Rosji. Ruski Iwan. Barbarzyńca.

No i nadeszło to „jezioro łabędzie”… Krótko mówiąc, o PKSW usłyszałem rankiem w sklepie. Pobiegłem do domu, włączyłem telewizor. Zabili Jelcyna czy nie? W czyich rękach jest wieża tele­wizyjna? Kto dowodzi armią? Zadzwonił znajomy: „No, teraz znowu te gnoje przykręcą śrubę. Znowu zrobią z nas śrubki i gwoździe”. Mnie wtedy złość porwała: „A ja obiema rękami głosuję za. Jestem za Związkiem Radzieckim!”. A on w jednej chwili obraca się o sto osiemdziesiąt stopni: „Koniec z tym przeklętym Miszką! Na Sybir go!”. Rozumie pani? Trzeba było rozmawiać z ludźmi. Przekonywać. Obrabiać. Najpierw zdobyć Ostankino i przez całą dobę nadawać w telewizji komunikat: „Uratujemy kraj! Radziecka ojczyzna jest w niebezpieczeństwie!”. Szybko się policzyć z sobczakami, afanasjewami[58] i resztą zdrajców. A lud był za tym!

Nie wierzę w samobójstwo Achromiejewa. Oficer liniowy nie powiesiłby się na szpagacie… Na sznurku z pudełka od tortu… Jak kryminalista. Tak się wieszają w celi – na siedząco i podkurczając nogi. W pojedynczej celi. To nie jest tradycja wojskowa. Oficerowie gardzą pętlą. To nie samobójstwo, tylko morderstwo. Zabili go ci, którzy zabili Związek Radziecki. Bali się go, bo Achromiejew miał duży autorytet w wojsku, mógł zorganizować opór. Naród nie był jeszcze zdezorientowany, podzielony jak teraz. Jeszcze wszyscy żyli jednakowo i czytali te same gazety. Nie tak jak teraz: jeden się skarży, bo zupa za cienka, drugi – bo brylant za mały.

A to… sam to widziałem… Młodzi chłopcy przystawili drabiny do gmachu KC KPZR na placu Starym, już nikt go nie ochraniał. Wysokie strażackie drabiny. Wleźli na górę… Młotkami i przecinakami zaczęli zbijać złote litery KC… KPZR. A inni na dole je rozpiłowywali i rozdawali kawałki na pamiątkę. Rozbierali barykady. Drut kolczasty też poszedł na pamiątki.

Tak zapamiętałem upadek komunizmu…

Z akt śledztwa

24 sierpnia 1991 roku o godz. 21 minut 50 w gabinecie służbowym Nr 19а budynku 1 Moskiewskiego Kremla oficer dyżurny ochrony Korotiejew zastał trupa marszałka Związku Radzieckiego Siergieja Fiodorowicza Achromiejewa (r. ur. 1923), piastującego stanowisko doradcy Prezydenta ZSRR.

Trup znajdował się w pozycji siedzącej pod parapetem okna gabinetu. Plecami oparty był o drewnianą kratę osłaniającą kaloryfer centralnego ogrzewania. Trup był ubrany w mundur marszałka Związku Radzieckiego. Mundur nie miał żadnych uszkodzeń. Na szyi trupa znajdowała się sporządzona z synte­tycznego szpagatu, podwójnie złożonego, ślizgająca się pętla, obejmująca cały obwód szyi. Górny jej koniec był przymocowany taśmą klejącą do klamki ramy okiennej. Żadnych obrażeń cielesnych u trupa, oprócz tych związanych z powieszeniem, nie stwierdzono…

Przy oględzinach zawartości biurka u góry, na widocznym miejscu, znaleziono pięć zapisanych kartek. Wszystkie kartki zapisane były ręcznie. Leżały złożone starannie w jednym pliku. Opis wykonano w tej kolejności, w jakiej zostały złożone…

Pierwszy z listów Achromiejew zaczyna od prośby o przekazanie go rodzinie, po czym informuje, że podjął decyzję o samo­bójstwie: „Zawsze najważniejszy dla mnie był obowiązek żołnierski i obywatelski. Wy byliście na drugim miejscu. Dopiero dzisiaj postawiłem na pierwszym obowiązek wobec Was. Proszę, żebyście te dni przeżyli mężnie. Wspierajcie się wzajemnie. Nie dawajcie moim wrogom powodu do złośliwej satysfakcji…”.

Drugi list adresowany jest do marszałka Związku Radzieckiego Siergieja Sokołowa. Achromiejew prosi Sokołowa i generała armii Łobowa, żeby pomogli zorganizować pogrzeb i nie zostawiali rodziny samej w ciężkich dla niej dniach.

Trzeci list zawiera prośbę, żeby kremlowskiej stołówce zwrócić dług w wysokości pięćdziesięciu rubli.

Czwarty list nie ma adresu: „Nie potrafię żyć, kiedy ginie moja Ojczyzna i niszczone jest wszystko, co uważałem za sens życia. Lata, które przeżyłem, dają mi prawo, by sobie to życie odebrać. Walczyłem do końca”.

Ostatni list leżał osobno. „Nie radzę sobie z przygotowaniem narzędzi samobójstwa. Pierwsza próba (9.40) była nieudana, linka się zerwała. Zbieram siły, żeby powtórzyć próbę…”

Ekspertyza grafologiczna wykazała, że wszystkie listy napisane zostały ręką Achromiejewa…

Młodsza córka Natalia, z której rodziną Achromiejew spędził ostatnią noc, opowiadała: „Jeszcze przed sierpniem niejednokrotnie pytaliśmy ojca, czy możliwy jest u nas zamach stanu. Wielu ludziom nie podobało się to, w co zmieniła się pierestrojka Gorbaczowa – jego paplanina, słabość, jednostronne ustępstwa w radziecko-amerykańskich rozmowach rozbrojeniowych, pogarszająca się sytuacja gospodarcza kraju. Ojciec nie lubił tych rozmów, był przekonany: „Żadnego zamachu stanu nie będzie. Gdyby armia zapragnęła dokonać zamachu, wystarczyłyby jej do tego dwie godziny. W Rosji jednak siłą nic się nie osiągnie. Zdjąć nieodpowiedniego szefa – to nie jest trudne. Ale co robić potem?”.

23 sierpnia Achromiejew wrócił z pracy niezbyt późno. Rodzina jadła wspólnie kolację. Kupili dużego arbuza i długo siedzieli przy stole. Ojciec, według słów córki, był szczery. Przyznał, że spodziewa się aresztowania. Nikt na Kremlu do niego nie podchodzi i z nim nie rozmawia. „Rozumiem – mówił – będzie wam ciężko, teraz na naszą rodzinę spadnie tyle błota. Ale nie mogłem postąpić inaczej”. Córka zapytała go: „Nie żałujesz, że przyleciałeś do Moskwy?”. Achromiejew odrzekł: „Gdybym tego nie zrobił, przeklinałbym siebie do końca życia”.

Przed snem Achromiejew obiecał wnuczce, że nazajutrz zaprowadzi ją do parku na huśtawki. Martwił się, kto pojedzie po żonę, która rano powinna przylecieć z Soczi. Prosił, żeby od razu powiadomiono go o jej przylocie. Zamówił dla niej samochód w kremlowskim garażu…

Córka zadzwoniła do ojca rano o 9.35. Głos miał zwyczajny. Znając charakter ojca, córka nie wierzy w samobójstwo…

Z ostatnich wypowiedzi

Przysięgałem Związkowi Socjalistycznych Republik Radzieckich i przez całe życie mu służyłem. Cóż więc teraz powinienem uczynić? Komu mam służyć? A zatem, dopóki żyję, dopóki oddycham, będę walczył za Związek Radziecki…

Program telewizyjny Wzgląd, 1990 rok

Wszystko teraz się oczernia… Odrzuca się wszystko, co działo się w kraju po rewolucji październikowej… Tak, był wtedy Stalin, był stalinizm. Tak, były wówczas represje, gwałt na narodzie, tego nie neguję. Wszystko to prawda. A jednak należy to zbadać obiektywnie i sprawiedliwie ocenić. Mnie na przykład nie ma co tego tłumaczyć, bo jestem właśnie stamtąd, z tamtych lat. Sam widziałem, jak ludzie pracowali, z jaką wiarą… Nie chodzi o to, żeby coś zatrzeć albo schować. Nie warto niczego chować, ukrywać. Wobec wszystkiego, co zaszło w kraju i o czym wszyscy już wiedzą, jakiż sens miałaby taka zabawa w chowanego? Ale wojnę z faszyzmem wygraliśmy, a nie przegrali. To jest nasze Zwycięstwo.

Pamiętam lata trzydzieste… Dorośli wtedy tacy jak ja. Dziesiątki milionów. Świadomie budowaliśmy socjalizm. Gotowi byliśmy do wszelkich ofiar. Nie zgadzam się, że przed wojną mieliśmy tylko stalinizm, jak pisze generał Wołkogonow. Jest antykomunistą. Dzisiaj jednak słowo „antykomunista” nie jest już u nas wyzwiskiem. Ja jestem komunistą, a on – antykomunistą. Ja jestem antykapitalistą, on – nie wiem kim: obrońcą kapitalizmu czy nie? Stwierdzam tu tylko fakty, nic więcej. I pozostaję w ideowym sporze z Wołkogonowem. Mnie się jednak nie tylko krytykuje, ale nawet otwarcie obrzuca wyzwiskami za to, że mówię o nim „dwulicowy”… A przecież do niedawna bronił ustroju radzieckiego i komunistycznych ideałów razem ze mną. A tu taka gwałtowna zmiana. Niech powie, dlaczego zdradził przysięgę wojskową…

Wielu utraciło dzisiaj wiarę. Za pierwszego z nich uważam Borisa Jelcyna. Prezydent Rosji był przecież sekretarzem KC KPZR, kandydatem na członka Biura Politycznego. A teraz otwarcie mówi, że nie wierzy w socjalizm ani w komunizm, uważa za niesłuszne wszystko, co robili komuniści. Został wojującym antykomunistą. Są i inni. Nie jest ich zresztą tak mało. Ale państwo zwracają się do mnie… Nie zgadzam się i to pryncypialnie… Widzę, że istnienie naszego kraju jest zagrożone, zagrożenie jest wyraźne. Teraz jest takie samo jak w roku czterdziestym pierwszym…”

N. Zienkowicz, ХХ wiek. Wysszij gienieralitiet w gody potriasienij,

Moskwa 2005

W latach siedemdziesiątych ZSRR produkował dwadzieścia razy więcej czołgów niż USA.

Pytanie Gieorgija Szachnazarowa, pomocnika sekretarza generalnego KPZR Michaiła Gorbaczowa (lata osiemdziesiąte): „Po co mamy produkować tyle broni?”.

Odpowiedź szefa Sztabu Generalnego Siergieja Achromiejewa: „Dlatego że za cenę olbrzymich ofiar zbudowaliśmy pierwszo­rzędne zakłady, nie gorsze, niż mają Amerykanie. I co, każe im pan zakończyć pracę i przestawić się na produkcję garnków?”.

J. Gajdar, Gibiel impierii, Rossijskaja Politiczeskaja Encikłopiedija,

Moskwa 2007

Dziewiątego dnia obrad Pierwszego Zjazdu Delegatów Ludowych ZSRR na sali pojawiły się ulotki, informujące, że Sacharow w wywiadzie dla jednej z gazet kanadyjskich oświadczył: „W czasie wojny afgańskiej naszych żołnierzy, którzy zostali okrążeni, rozstrzeliwano z radzieckich śmigłowców, żeby nie mogli się poddać”…

Na mównicy pojawia się pierwszy sekretarz komitetu miejskiego Komsomołu w Czerkasach, weteran wojny afgańskiej Siergiej Czerwonopiski; mówca nie ma nóg, inni pomagają mu dotrzeć do trybuny. Czerwonopiski odczytuje oświadczenie weteranów Afganistanu: „Pan Sacharow twierdzi, że są informacje o rozstrzeliwaniu radzieckich żołnierzy z radzieckich samolotów… Jesteśmy poważnie zaniepokojeni bezprecedensową nagonką środków masowego przekazu na Armię Radziec­ką. Jesteśmy dogłębnie oburzeni tą nieodpowiedzialną, prowokacyjną napaścią sławnego uczonego. Uważamy to za dokonany w złych intencjach atak na nasze wojsko, za poniżenie jego honoru i godności i kolejną próbę zerwania jedności wojska, narodu i partii… (Owacje). Na sali jest ponad osiemdziesiąt procent komunistów. Nikt jednak, w tym także towarzysz Gorbaczow w swoim referacie nie użył słowa »komunizm«. Wymienię więc dzisiaj trzy słowa, za które, jak sądzę, wszyscy musimy walczyć. Są nimi: Państwo, Ojczyzna, Komunizm…”.

Oklaski. Wszyscy delegaci wstają – poza demokratami i metropolitą Aleksijem.

Nauczycielka z Uzbekistanu

Towarzyszu akademiku! Jednym swoim czynem przekreśliliście całą swoją działalność. Znieważyliście całą armię, wszystkich naszych poległych. Wyrażam więc pogardę dla was…

 

Marszałek Achromiejew

To, co powiedział akademik Sacharow, jest kłamstwem. Nigdy nic podobnego w Afganistanie się nie wydarzyło. Mówię to z całą odpowiedzialnością. Po pierwsze, przesłużyłem w Afganistanie dwa i pół roku, po drugie, będąc pierwszym zastępcą szefa, a potem szefem Sztabu Generalnego, codziennie zajmowałem się Afganistanem, znam więc każdą dyrektywę, każdy dzień działań bojowych. Nie było takich rzeczy!

W. Kolesow, Pierestrojka, letopis’, 1985–1991

– Towarzyszu marszałku, co pan odczuwa, gdy uświadamia sobie, że tytuł Bohatera Związku Radzieckiego otrzymał za Afganistan? Akademik Sacharow ogłosił, że straty narodu afgańskiego wynoszą milion poległych…

– Sądzi pan, że jestem szczęśliwy, otrzymując Gwiazdę Bohatera? Wykonywałem rozkazy, ale tam była tylko krew… brud… Nie pierwszy raz mówię, że dowództwo armii było przeciwne tej wojnie, przewidując, że zostaniemy zmuszeni do prowadzenia działań bojowych w trudnych, nieznanych warunkach. Przeciwko ZSRR zwrócą się wszyscy wschodni islamiści. Utracimy twarz wobec Zachodu. Ale powiedziano nam szorstko: „Od kiedy w tym kraju generałowie zaczęli się mieszać do polityki?”. Przegraliśmy walkę o lud afgański… Nie ma w tym jednak winy naszego wojska…

Wywiad dla dziennika telewizyjnego, 1990 rok

Melduję o zakresie mojego udziału w przestępczych działaniach tak zwanego Państwowego Komitetu Stanu Wyjątkowego…

6 sierpnia b.r. zgodnie z Waszym poleceniem pojechałem na urlop do sanatorium wojskowego w Soczi, gdzie przebywałem do 19 sierpnia. Przed wyjazdem do sanatorium, a w sanatorium do ranka 19 sierpnia nic mi nie było wiadomo o przygotowywanym spisku. Nikt nawet w sposób aluzyjny nie mówił mi o jego organizacji i organizatorach, to znaczy, że w jego przygotowaniu i urzeczywistnieniu w żaden sposób nie uczestniczyłem. Rankiem 19 sierpnia, usłyszawszy w telewizji treść dokumentów wspomnianego Komitetu, samodzielnie podjąłem decyzję, że lecę do Moskwy. O ósmej wieczór spotkałem się z Giennadijem Janajewem. Powiedziałem mu, że zgadzam się z programem przedstawionym przez Komitet w jego „Odezwie do narodu”, i zaproponowałem mu, że zacznę współpracę z nim jako doradca p.o. prezydenta ZSRR. Giennadij Janajew zgodził się z tym, ale powołując się na fakt, że jest zajęty, ustalił czas następnego spotkania mniej więcej na godzinę dwunastą dnia 20 sierpnia. Powiedział, że Komitet nie jest jeszcze w skoordynowany sposób powiadamiany o sytuacji, dobrze więc byłoby, gdybym się tym zajął…

Rano 20 sierpnia spotkałem się z Olegiem Bakłanowem, który otrzymał takie samo polecenie. Postanowiliśmy pracować nad tym wspólnie… Utworzyliśmy grupę roboczą złożoną z przedstawicieli poszczególnych resortów i zorganizowali zbieranie wiadomości oraz analizę sytuacji. Ta grupa robocza praktycznie przygotowała dwa raporty: przed dziewiątą wieczór 20 sierpnia oraz nad ranem 21 sierpnia; oba zostały rozpatrzone na posiedzeniu Komitetu.

Oprócz tego, 21 sierpnia pracowałem nad przygotowaniem referatu Giennadija Janajewa na Prezydium Rady Najwyższej ZSRR. Wieczorem 20 sierpnia i rankiem 21 sierpnia brałem udział w posiedzeniach Komitetu, ściśle mówiąc, w tej ich części, która była prowadzona w obecności zaproszonych osób. Tak wyglądały prace, w których brałem udział 20 i 21 sierpnia br. Poza tym 20 sierpnia około trzeciej po południu na prośbę Dmitrija Jazowa spotkałem się z nim w Ministerstwie Obrony. Minister powiedział, że sytuacja się komplikuje, i wyraził wątpliwości co do powodzenia całego przedsięwzięcia. Po dyskusji poprosił, żebym razem z nim poszedł do jego zastępcy generała Wasilija Aczałowa, który kierował pracami nad planem przejęcia budynku Rady Najwyższej RFSRR. Minister Jazow jedynie przez trzy minuty słuchał informacji W. Aczałowa o składzie wojsk i terminach działań. Ja nie zadawałem nikomu żadnych pytań…

Dlaczego z własnej inicjatywy przyjechałem do Moskwy – nikt mnie z Soczi nie wezwał – i zacząłem pracować w Komitecie? Przecież byłem pewien, że ta awantura skończy się porażką, a kiedy przyjechałem do Moskwy, jeszcze bardziej się co do tego upewniłem. Począwszy od 1990 roku, byłem bowiem przeświadczony, i zdania w tej sprawie do dzisiaj nie zmieniłem, że nasz kraj zmierza ku zgubie. Wkrótce ulegnie podziałowi. Szukałem sposobu, żeby głośno o tym powiedzieć. Brzmi to z pewnością nieprzekonująco i naiwnie, ale tak właśnie jest. Moja decyzja w najmniejszym stopniu nie wynikała z przyczyn materialnych…

List do Prezydenta ZSRR M. S. Gorbaczowa, 22 sierpnia 1991 roku

Drogi jest mi Gorbaczow, ale droższa – Ojczyzna! Niechaj w historii zostanie bodaj ślad, że przeciwko upadkowi takiego wielkiego państwa protestowano. A historia już oceni, kto miał rację, a kto ponosi winę…

Z notesu, sierpień 1991 roku

Z relacji N. (prosił, by nie ujawniać ani jego nazwiska,

ani stanowiska w aparacie kremlowskim)

To był wyjątkowy świadek. Z najwyższego sanktuarium – z Kremla, głównej cytadeli komunizmu. Świadek tego życia, które było przed nami ukryte. Chronione, jak życie cesarzy chińskich. Ziemskich bogów. Długo namawiałam go na rozmowę.

Z naszych rozmów telefonicznych

Co historia ma z tym wspólnego? Chciałaby pani „przyprawionych” faktów, czegoś ostrego, z zapaszkiem? Do krwi, do mięsa wszyscy się zbiegną. Śmierć to dzisiaj towar. Wszystko na sprzedaż. Mieszczuch będzie zachwycony – wstrzyknie sobie adrenalinki… Nie co dzień przecież upada imperium. Nie co dzień daje taką plamę! Krwawą! I nie co dzień marszałek imperium popełnia samobójstwo… Wiesza się na kremlowskim kaloryferze…

Dlaczego odszedł? Bo odszedł jego kraj, odszedł więc razem z nim, tutaj już nie widział dla siebie miejsca. Bo… tak sądzę… już sobie wyobraził, jak to wszystko będzie wyglądało. Jak rozgromią socjalizm. Gadanina zakończy się krwią. Grabieżą. Jak zaczną zwalać pomniki. Jak radzieccy bogowie pójdą na złom. Do punktu skupu. Komunistom zaczną grozić Norymbergą… A sędziami kto będzie? Jedni komuniści sądziliby innych komunistów – ci, którzy wystąpili z partii w środę, sądziliby tych, którzy wystąpili w czwartek. Jak przemianują Leningrad… kolebkę rewolucji… Jak wejdzie w modę obrzucanie KPZR błotem, i jak wszyscy będą to robić. Jak zaczną chodzić po ulicach z plakatami: „KPZR kaput!”, „Rządź, Borisie!”. Wielotysięczne demonstracje… Jaki zachwyt na twarzach! Kraj ginął, a oni byli szczęśliwi. Burzyć! Rozwalać! Dla nas coś takiego to zawsze święto… Wielkie święto! Niechby tylko dali rozkaz: „Bierz ich!”. Zaczęłyby się pogromy… „Żydów i komisarzy pod ścianę!” Ludzie na to czekali. Cieszyliby się. Urządziliby polowanie na staruszków – emerytów. Sam znajdowałem na ulicy ulotki z adresami pracowników KC na kierowniczych stanowiskach – nazwisko, numer domu i mieszkania – a ich portrety rozklejano wszędzie, gdzie się tylko dało. Żeby w razie czego rozpoznać. Partyjna nomenklatura uciekała ze swoich gabinetów z reklamówkami. Z siatkami. Wielu bało się nocować w domu, ukrywali się u krewnych. Mieliśmy informacje… Wiedzieliśmy, jak to się wszystko odbywało w Rumunii… Rozstrzelano Ceauşescu i jego żonę, wywozili hurtem i stawiali pod ścianą czekistów, elitę partyjną. Zakopywali w rowach… (Długa pauza). A on… był ideowym, romantycznym komunistą. Wierzył w „jaśniejące szczyty komunizmu”. Wierzył całkiem dosłownie. W to, że komunizm nastał na zawsze. Osobliwe to dzisiaj wyznanie… idiotyczne… (Pauza). Nie aprobował tego, co się zaczynało. Widział, jak zaczęły się uwijać młode drapieżniki… pionierzy kapitalizmu… Nie z Marksem czy z Leninem w głowie, tylko z dolarem…

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?