Czasy secondhandTekst

Z serii: Reportaż
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Czasy secondhand
Czasy secondhand
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 83,80  67,04 
Czasy secondhand
Czasy secondhand
Audiobook
Czyta Krystyna Czubówna
50,90  37,67 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

O szepcie i krzyku… i o zachwycie

Margarita Pogriebicka – lekarz, 57 lat

Moje święto… Siódmy listopada… Wielkie, jasne… Największe przeżycie mojego dzieciństwa to defilada wojskowa na placu Czerwonym…

Tato niesie mnie na barana, a do rączki mam przywiązany czerwony balonik. W niebie nad kolumnami unoszą się potężne portrety Lenina i Stalina… Marksa… girlandy i bukiety z czerwonych, niebieskich, żółtych baloników. Kolor czerwony. Ukochany, najukochańszy. Kolor rewolucji, kolor przelanej w jej imię krwi… Wielka Rewolucja Październikowa! To teraz mówią: przewrót wojskowy… spisek bolszewicki… katastrofa Rosji… Lenin to niemiecki agent, a rewolucję zrobili dezerterzy i pijani marynarze. Zatykam uszy, bo nie chcę tego słuchać! To ponad moje siły… Całe życie przeżyłam z wiarą, że jesteśmy najszczęśliwsi, bo urodziliśmy się w przepięknym, zupełnie wyjątkowym kraju. Nie ma takiego drugiego kraju! W stolicy jest plac Czerwony i tam, na Wieży Spasskiej, biją kuranty, według których cały świat reguluje zegarki. Tak mówił mi tato… i mama, i babcia… „Czerwień się na dzisiaj nada, bo jest siódmy listopada…”[37] Przedtem długo nie kładliśmy się spać, całą rodziną wycinaliśmy kwiaty z krepy, wycinaliśmy serca z kartonu. Malowali. Rano mama i babcia zostawały w domu, szykowały obiad świąteczny. Tego dnia zawsze przychodzili goście. Przynosili w siatce pudełko z tortem i wino… Nie było jeszcze celofanowych toreb… Babcia piekła swoje słynne paszteciki z kapustą i grzybami, a mama robiła sałatkę i obowiązkowo zimne nóżki w galarecie. A ja szłam z tatą!

Na ulicy było wielu ludzi, na płaszczach i marynarkach wszyscy mieli czerwone wstążeczki. Lśnią czerwone płachty, gra wojskowa orkiestra dęta. Na trybunie nasi przywódcy… I pieśń: „Stolica globu, kraju tyś stolica! Kremlowskie gwiazdy świecą nam od lat i granitowe piękno twe zachwyca, napawa dumą, Moskwo, cały świat…”[38]. Miałam ochotę cały czas wołać „Hurra!”. Z megafonu dolatuje: „Niech żyją pracownicy Zakładów imienia Lichaczowa, nagrodzonych dwoma Orderami Lenina i Orderem Czerwonego Sztandaru! Niech żyją, towarzysze, hurra!”. „Hurra! Hurra!” „Niech żyje nasz bohaterski Komsomoł… Partia komunistyczna… Nasi dzielni weterani…” „Hurra! Hurra!” To było piękne! Zachwycające! Ludzie płakali, radość nas wypełniała… Orkiestra dęta grała marsze i pieśni rewolucyjne: „Rozkaz wysłał go na zachód, ją – w przeciwną stronę śle. Wyruszali komsomolcy z Białą Gwardią zmagać się…”[39]. Znam na pamięć słowa wszystkich pieśni, żadnej nie zapomniałam, często je śpiewam. Sama dla siebie. (Cicho podśpiewuje). „Nieobjęta dla ludzkiego oka, piękna tak jak żaden w świecie kraj, moja ziemia wolna i szeroka, z tobą żyć, dla ciebie umrzeć daj!”[40]… Niedawno znalazłam w szafie stare płyty, zdjęłam z antresoli patefon i cały wieczór upłynął na wspomnieniach. Pieśni Dunajewskiego i Lebiediewa-Kumacza. Jakże je lubiliśmy! (Milknie). Nagle jestem wysoko. Tato właśnie podniósł mnie w górę… wyżej, jeszcze wyżej… Nadchodzi najważniejsza chwila – zaraz ukażą się i zadudnią na bruku potężne ciągniki, na nich rakiety w pokrowcach, czołgi i działa. Tato stara się przekrzyczeć ich huk: „Zapamiętaj to na całe życie!”. A ja wiedziałam, że zapamiętam! A po drodze do domu wstąpimy do sklepu, gdzie kupi mi moją ulubioną lemoniadę „Buratino”. W takim dniu mogłam dostać wszystko: gwizdki, lizaki – koguciki na patyku…

Kochałam także Moskwę w nocy… te światła… Kiedy już miałam osiemnaście lat – osiemnaście lat! – zakochałam się. Kiedy zrozumiałam, że jestem zakochana, pojechałam… w życiu by się pani nie domyśliła, dokąd! Pojechałam na plac Czerwony, pierwsze, czego zapragnęłam, to być w takiej chwili na placu Czerwonym. Mur kremlowski, czarne choinki w śniegu i park Aleksandrowski, cały w zaspach. Patrzyłam na to wszystko i wiedziałam, że będę szczęśliwa. Na pewno będę!

A niedawno byliśmy z mężem w Moskwie. I po raz pierwszy… Pierwszy raz nie poszliśmy z mężem na plac Czerwony. Nie pokłoniliśmy się. Pierwszy raz… (Ma łzy w oczach). Mój mąż jest Ormianinem, pobraliśmy się na studiach. On miał koc, ja składane łóżko – i z takim majątkiem zamieszkaliśmy razem. Po ukończeniu medycyny w Moskwie dostaliśmy przydział do Mińska. Wszystkie moje koleżanki się rozjechały: jedna do Mołdawii, druga na Ukrainę, trzecia do Irkucka. Te, które jechały do Irkucka, nazywałyśmy „dekabrystkami”. Kraj jest wielki, niech każdy jedzie, dokąd chce! Nie było wtedy żadnych granic, wiz, celników. Mąż chciał wrócić do ojczyzny. Do Armenii. „Pojedziemy nad Sewan, zobaczysz Ararat. Spróbujesz prawdziwego ormiańskiego lawasza[41]” – obiecywał. Ale zaproponowali nam Mińsk. A my: „Dobra, jedziemy na Białoruś! Jedziemy!”. Byliśmy przecież młodzi, człowiek ma wtedy przed sobą sporo czasu i wydaje mu się, że wystarczy go na wszystko. Przyjechaliśmy do Mińska i tu wszystko nam się spodobało. Jedzie się i jedzie – jeziora i lasy, partyzanckie lasy, bagna i puszcze, a wśród tych lasów z rzadka widać pola. Tutaj rosły nasze dzieci, ulubionymi ich daniami były draniki, placki kartoflane, i białoruska maczanka[42]. „Kartofelki gotowane, kartofle smażone…” Na drugim miejscu – ormiański hasz[43]… Ale co roku całą rodziną jeździliśmy do Moskwy. A jak! Bez tego nie potrafiłabym żyć, musiałam pospacerować po Moskwie. Pooddychać jej powietrzem. Czekałam… Zawsze niecierpliwie czekałam na te pierwsze minuty, kiedy pociąg wjeżdżał na dworzec Białoruski, słychać było marsz, a serce się rwało na dźwięk słów: „Towarzysze, nasz pociąg przybył do stolicy naszego państwa, miasta-bohatera – Moskwy!”. „Najmilsze z miast, najdroższe z miast, w kremlowskim wieńcu świecisz z gwiazd. Ojczyzno ma, o Moskwo ma, niezwyciężona siła twa…”[44] Wysiadało się z wagonu przy dźwiękach tej pieśni.

I co… Gdzie my jesteśmy? Powitało nas obce, nieznane miasto… Wiatr roznosił po ulicach brudne papiery, strzępy gazet… Pod nogami walały się puszki po piwie. Na dworcu… i w metrze… Wszędzie szare szeregi ludzi, każdy coś sprzedawał: bieliznę damską i prześcieradła, stare buty i zabawki dziecięce; papierosy można było kupować na sztuki. Jak w filmach o wojnie. Tylko tam widziałam coś takiego. Na jakichś podartych papierach, pudłach tekturowych, wprost na ziemi leżały kiełbasa, mięso, ryby. W jednym miejscu przykryte poszarpanym celofanem, a w innym – nie. A moskwianie to kupowali. Targowali się. Skarpety robione na drutach. Serwetki. Tu gwoździe, a obok jedzenie, odzież. Mowa ukraińska, białoruska, mołdawska… „Przyjechaliśmy z Winnicy…” „A my z Brześcia…” Mnóstwo żebraków… Skąd się ich tylu wzięło? Kalecy… Jak na starym radzieckim filmie… Tylko z tym mi się to kojarzyło. Jakbym była w kinie…

Na Starym Arbacie, moim ulubionym, zobaczyłam kramy – z matrioszkami, z samowarami, ikonami, zdjęciami cara i jego rodziny. Portrety białogwardyjskich generałów – Kołczaka, Denikina, i popiersie Lenina… Najróżniejsze matrioszki – „gorbimatrioszki” i „jelcynomatrioszki”. Nie poznawałam swojej Moskwy. Cóż to za miasto? Na ustawionych na asfalcie cegłach siedział jakiś staruszek i grał na akordeonie. Miał ordery. Śpiewał pieśni z czasów wojny, a przed nim leżała czapka z monetami. Nasze ukochane piosenki… „Huczy piecyk i sypią się skry, kropla smoły opada jak łza… Przed oczami znów zjawiasz się ty, gdy w ziemiance harmonia mi gra”[45]. Zapragnęłam podejść do niego, ale już go otoczyli cudzoziemcy… zaczęli się fotografować. Coś krzyczeli do niego po włosku, po francusku i po niemiecku. Klepali po plecach. „Dawaj, dawaj!” Było im wesoło, byli zadowoleni. No a jakże! Tak się nas bali… a teraz… Proszę – kupa chłamu… Trach i nie ma imperium! Obok matrioszek i samowarów kupa czerwonych flag i proporców, legitymacje partyjne i komsomolskie. I radzieckie ordery bojowe! Ordery Lenina i Czerwonego Sztandaru. Medale! „Za Odwagę” i „Za Zasługi Bojowe”. Dotykam ich… głaszczę… i… Nie wierzę! „Za Obronę Sewastopola” i „Za Obronę Kaukazu”. Wszystko prawdziwe. Drogocenne. Radzieckie mundury i płaszcze wojskowe… Czapki z gwiazdkami… A ceny – w dolarach… „Ile?” – zapytał mąż i pokazał medal „Za Odwagę”. „Po dwadzieścia dolarów. A zresztą… oddam i za patyka – tysiąc rubli”. „A Order Lenina?” „Sto dolców”. „А sumienie?!” Mąż gotów był zrobić awanturę. „Coś ty, nierówno masz pod sufitem? Skąd się urwałeś? To wszystko z epoki totalitaryzmu”. Tak właśnie powiedział… To już, mówi, są tylko blaszki, ale cudzoziemcom się podobają, taka moda na radziecką symbolikę. Chodliwy towar. Zaczęłam krzyczeć… Zawołałam milicjanta… Krzyczałam: „Niech pan patrzy! Niech pan tylko patrzy… Аaa…”. Milicjant potwierdził: „To rzeczywiście przedmioty z epoki totalitaryzmu… Ale ścigamy tylko za narkotyki i pornografię…”. A legitymacja partyjna za dziesięć dolarów to nie pornografia? Order Chwały… Albo czerwona flaga z portretem Lenina – za dolary? Miałam wrażenie, że stoimy wśród jakichś dekoracji. I że nas ktoś nabiera. Że przyjechaliśmy w jakieś niewłaściwe miejsce. Stałam i płakałam. Obok stali Włosi, przymierzali wojskowe szynele i czapki z czerwonymi gwiazdkami. „Karaszo! Karaszo!” À la russe…

Pierwszy raz do mauzoleum poszłam z mamą. Pamiętam, że padał deszcz – zimny, jesienny. Przestałyśmy w kolejce sześć godzin. Stopnie… półmrok… wieńce… Szept: „Przechodzić. Nie zatrzymywać się”. Miałam oczy tak załzawione, że nic nie zobaczyłam. Ale Lenin… miałam wrażenie, że się świeci… Przekonywałam mamę, że nigdy nie umrę. „Dlaczego tak myślisz? – pytała mama. – Wszyscy umierają. Nawet Lenin…” Nawet Lenin… Nie wiem, jak mam o tym wszystkim opowiedzieć… A powinnam… chciałabym. Chciałabym rozmawiać… rozmawiać, ale nie wiem z kim. O czym? O tym, jak niesamowicie byliśmy szczęśliwi! Teraz jestem absolutnie przekonana, że tak było. Rośliśmy biedni i naiwni, ale nie mieliśmy o tym pojęcia, więc nikomu nie zazdrościliśmy. Do szkoły chodziliśmy z tanimi piórnikami i piórami za czterdzieści kopiejek. Latem chodziło się w tenisówkach, czyściło je proszkiem do zębów i wyglądały ładnie! Zimą w gumowych śniegowcach, mróz czuć było w nich przez podeszwy. Byliśmy jednak pełni radości! Wierzyliśmy, że jutro będzie lepiej niż dzisiaj, a pojutrze lepiej niż jutro. Mieliśmy przyszłość. I przeszłość. Wszystko mieliśmy!

 

Kochaliśmy, bezgranicznie kochaliśmy naszą Ojczyznę – naj­ukochańszą! Pierwszy radziecki samochód – hurra! Radziecki robotnik analfabeta zgłębił tajemnicę stali nierdzewnej – zwycięstwo! O tym, że owa tajemnica od dawna była znana całemu światu, dowiedzieliśmy się później. Pierwsi przelecimy przez biegun i nauczymy się kierować zorzą polarną… Odwrócimy bieg gigantycznych rzek… Nawodnimy wieczne pustynie… Wiara! Wiara! Wiara! Coś większego niż rozum. Zamiast budzika budziły mnie dźwięki hymnu: „Niezłomny jest związek republik swobodnych, Ruś wielka na setki złączyła je lat…”. W szkole dużo śpiewaliśmy… Pamiętam nasze pieśni… (Śpiewa). „Ojcowie o wolność uparcie walczyli, ku nowym, szczęśliwym szli dniom, a Lenin i Stalin marzenia spełnili, ojczysty budując nam dom”[46]. W domu wspominaliśmy… Gdy następnego ranka po przyjęciu do pionierów zagrali hymn, zerwałam się i stałam na łóżku, dopóki hymn się nie skończył. Przysięga pionierska: „Ja taka a taka, wstępując w szeregi… w obliczu swoich kolegów… uroczyście ślubuję kochać gorąco swoją ojczyznę…”. W domu było święto, pachniało pasztecikami upieczonymi na moją cześć. Z czerwoną chustą się nie rozstawałam, prałam i prasowałam ją co rano, żeby nie było ani jednej fałdki. I nawet na uczelni wiązałam szalik na pionierski węzeł. Moja legitymacja komsomolska leży u mnie do dziś… Dodałam sobie rok, żeby prędzej wstąpić do Komsomołu. Kochałam ulicę, tam zawsze grało radio… Radio było naszym życiem, było dla nas wszystkim. Otwierało się okno i słuchało muzyki, takiej, że chciało się wstać i maszerować po mieszkaniu. Jak w kolumnie marszowej… Może i to było więzienie, ale ja w tym więzieniu czułam się lepiej. Tak byliśmy przyzwyczajeni… Do tej pory w kolejce stoimy blisko, jeden tuż za drugim, żeby być razem. Zauważyła pani? (I znowu cicho śpiewa). „Stalin – moc naszego to oręża, Stalin to młodości naszej zew! Za nim naród kroczy i zwycięża, jemu niesie swój radosny śpiew…”[47]

Właśnie – tak! Tak! Tak! Największe marzenie to umrzeć! Złożyć życie w ofierze. Przysięga komsomolska: „Gotowa jestem oddać życie, jeśli przyniosę pożytek swemu narodowi”. I nie były to tylko słowa, nas tak naprawdę wychowywano. Jeśli ulicą maszerowała kolumna żołnierzy, to wszyscy się zatrzymywali… Po Zwycięstwie każdy żołnierz traktowany był jak ktoś wyjątkowy… W podaniu o przyjęcie do partii napisałam: „Zapoznałam się z Programem oraz Statutem i uznaję je za swoje. Gotowa jestem oddać wszystkie siły swojej Ojczyźnie, a jeśli będzie trzeba, to nawet życie”. (Patrzy na mnie uważnie). A co pani o mnie myśli? Idiotka, tak? Infantylna… Niektóre moje znajome… otwarcie się wyśmiewają. Mówią: emocjonalny socjalizm, papierowe ideały… Tak wyglądam w ich oczach. Tępota. Debilizm! Pani jest inżynierem ludzkich dusz. Chce mnie pani pocieszyć? U nas pisarz to więcej niż pisarz. To nauczyciel. Spowiednik. Tak było dawniej, teraz jest inaczej. W cerkwi podczas nabożeństwa stoi wielu ludzi. Głęboko wierzących jest niewielu, większość to cierpiący. Jak chociażby ja… dotknęła mnie trauma… Nie wierzę w zgodzie z doktryną, ale w zgodzie z sercem. Nie znam modlitw, ale się modlę… Nasz ksiądz to były oficer, ciągle czyta kazania o wojsku, o bombie atomowej. O wrogach Rosji i masońskich spiskach. A ja bym chciała innych słów, całkiem innych… Nie takich. Niestety wokół siebie słyszę tylko te… Jest mnóstwo nienawiści… Nie ma miejsca, gdzie by dusza mogła się schronić. Włączam telewizję, a tam to samo… Same przekleństwa… Wszyscy odżegnują się od tego, co było. Przeklinają. Mój ukochany reżyser Mark Zacharow, którego mniej już teraz lubię i któremu już nie wierzę tak jak kiedyś, spalił – pokazywali w telewizji – swoją legitymację partyjną… Na oczach ludzi. To przecież nie teatr! To życie! Moje życie. Czy tak z nim można? Z moim życiem… Nie chcę tych shows… (Płacze).

Nie nadążam… Jestem z tych, którzy nie nadążają… Z pociągu, który jechał do socjalizmu, wszyscy szybko przesiadają się do tego, który pędzi w stronę kapitalizmu. Ja się spóźniam… Śmieją się z „sowka”, że bydło, że frajer. Ze mnie się śmieją… „Czerwoni” teraz to już tylko bestie, a „biali” – rycerze. Moje serce i umysł się czemuś takiemu sprzeciwiają, ja to odrzucam wręcz fizjologicznie. Nie dopuszczam do siebie. Nie potrafię, nie jestem zdolna… Gorbaczowa przyjęłam życzliwie, chociaż krytykowałam… Gorbaczow był… Teraz to już jasne, że tak jak my wszyscy, był marzycielem. Budował zamki na lodzie. Tak można powiedzieć. Ale na Jelcyna nie byłam przygotowana… Na reformy Gajdara. Jednego dnia przepadły pieniądze. Pieniądze… i całe nasze życie… Wszystko w jednej chwili straciło wartość. Zamiast o świetlanej przyszłości zaczęto mówić: bogaćcie się, kochajcie pieniądze… Pokłońcie się temu cielcowi! Naród nie był na to przygotowany. Nikt o kapitalizmie nie marzył – przynajmniej o sobie mogę powiedzieć bez wahania, że nie marzyłam… Podobał mi się socjalizm. To były czasy Breżniewa… wegetariańskie… Poprzednie, ludożercze już się skończyły. Śpiewałam piosenki Pachmutowej: „Pod skrzydłem samolotu śpiewa zielone morze tajgi…”[48]. Chciałam serdecznie się przyjaźnić i budować „błękitne miasta”. Marzyć! „I wiem – tu miasto będzie stać… powstanie miasto-ogród…”[49] Kochałam Majakowskiego. Wiersze patriotyczne, pieśni. Wtedy to było takie ważne. Tak wiele dla nas znaczyło. Nikt mnie nie przekona, że życie dane jest tylko po to, żeby dobrze zjeść i się wyspać. Ani że bohaterem jest ten, kto kupił coś w jednym mieście i sprzedał w innym o trzy kopiejki drożej. Teraz to nam się wciska… Wychodzi na to, że ci, którzy oddali życie za innych, za wielkie ideały, byli głupi, tak? Nie! Nie! Stałam wczoraj do kasy w sklepie… Starsza kobieta przede mną liczyła pieniądze i koniec końców kupiła sto gramów najtańszej kiełbasy, tak zwanej psiej… i dwa jajka. A ja ją znam. Całe życie pracowała jako nauczycielka…

Nie może mnie cieszyć takie nowe życie! Nie będzie mi w nim dobrze, nigdy nie będzie mi dobrze samej. W pojedynkę. A życie ściąga, ściąga mnie na tę glinę. Na ziemię. Moje dzieci będą już żyły według tych praw. Nie jestem im potrzebna, jestem dla nich śmieszna. Całe moje życie… Przeglądałam niedawno papiery i natknęłam się na swój młodzieńczy dziennik: pierwsza miłość, pierwszy pocałunek i całe stronice o tym, jak kocham Stalina i jestem gotowa umrzeć, żeby go zobaczyć. Notatki wariatki… Chciałam je wyrzucić i nie mogłam. Ze strachu schowałam. Byle tylko nikomu nie wpadły w ręce. Będą kpić, śmiać się. Nikomu nie pokazałam… (Milknie). Pamiętam wiele rzeczy, których nie da się wyjaśnić zdrowym rozsądkiem. Rzadki przypadek, tak! Każdy psychoterapeuta by się ucieszył… Prawda!? Miała pani szczęście, że na mnie natrafiła… (Płacze, a równocześnie się śmieje).

Niech pani zapyta… Powinna pani zapytać, jak to się dało połączyć: nasze szczęście i to, że po kogoś przychodzili w nocy, kogoś zabierali? Ktoś znikał, ktoś szlochał za drzwiami. Ja tego jakoś nie pamiętam. Nie pamiętam! Pamiętam za to, że wiosną kwitły bzy, pamiętam tłumy spacerujących ludzi, drewniane chodniki, które ogrzało słońce. Zapach słońca. Olśniewające parady gimnastyków, splecione z żywych ciał i kwiatów nazwiska na placu Czerwonym: Lenin – Stalin. Mamie też zadawałam to pytanie…

Co pamiętamy na temat Berii? Łubianki? Mama nic nie mówiła… Kiedyś raz wspomniała, jak latem razem z tatą wracali po urlopie z Krymu. Jechali przez Ukrainę. To były lata trzydzieste, kolektywizacja… Na Ukrainie panował wielki głód, po ukraińsku hołodomor. Miliony ludzi umarły… umierali całymi wsiami… Nie było komu ich grzebać… Ukraińców zabijali za to, że nie chcieli iść do kołchozów. Zabijali ich głodem. Teraz o tym wiem… Kiedyś mieli Sicz Zaporoską i lud pamiętał wolność… Tam ziemia jest taka, że jak się kołek wetknie, to drzewo wyrośnie. A oni umierali, zdychali jak bydło. Wszystko im zabrali, wywieźli do ostatniego ziarnka. Otoczyli wojskiem jak w obozie koncentracyjnym. Teraz już wiem… Przyjaźnię się w pracy z Ukrainką, a ona słyszała od swojej babci… Jak w ich wsi matka sama zarąbała siekierą jedno dziecko, żeby je ugotować i nakarmić pozostałe. Własne dziecko… To wszystko działo się naprawdę… Ludzie bali się wypuszczać dzieci poza płot. Bo tam je łapali jak koty czy psy. Wykopywali robaki w ogródkach i jedli. Kto mógł, czołgał się do miasta, do pociągów. Czekali, żeby ktoś rzucił im skórkę chleba… Żołnierze kopali ich, bili kolbami… Pociągi pędziły obok nich, z pełną szybkością. Konduktorzy zasłaniali szczelnie okna i nikt nikogo o nic nie pytał. Przyjeżdżali do Moskwy. Przywozili wino, owoce, pysznili się opalenizną i wspominali morze. (Milknie). Kochałam Stalina… Długo go kochałam. Nawet wtedy, kiedy zaczęto o nim pisać, że był mały, rudy, i miał uschniętą rękę. Że zastrzelił żonę. Zdetronizowali go. Wyrzucili z mauzoleum. A ja go i tak kochałam.

Długo jeszcze byłam taką małą stalinistką. Bardzo długo. Bardzo… Tak, tak było! Ja… my… i bez tamtego życia zostanę z pustymi rękami. Bez niczego… Będę nędzarką! Byłam dumna z naszego sąsiada, wujka Wani, że to bohater! Na wojnie stracił obie nogi. Jeździł po podwórzu na drewnianym wózku własnej roboty. Mówił na mnie „moja Margaritka”, łatał wszystkim walonki i buty. Jak się upił, to śpiewał: „Drodzy bracia i siostry kochane… dzielniem walczył w wojenny ten czas…”[50]. Kilka dni po śmierci Stalina przychodzę do niego, a on: „No co, Margaritka, zdechł w końcu ten…”. Tak mówił o moim Stalinie! Wyszarpnęłam mu z rąk walonki. „Jak pan śmie!? I to bohater? Z orderem?” Dwa dni się zastanawiałam – jestem pionierką, a to znaczy, że powinnam pójść do NKWD i opowiedzieć o wujku Wani. Złożyć donos. I to zupełnie poważnie… Tak! Jak Pawlik Morozow… Byłam w stanie donieść na własnego ojca… na matkę… Mogłam… Tak! Byłam gotowa! Wracam ze szkoły, a wujek Wania leży w bramie pijany. Przewrócił się ze swoim wózkiem i nie może wstać. Zrobiło mi się go żal.

I to ja… Ja siedziałam, przyciskając ucho do odbiornika, i słuchałam, jak co godzinę nadawano komunikat o stanie zdrowia towarzysza Stalina. I płakałam. Z całego serca. Tak było! Naprawdę. To były stalinowskie czasy, a my byliśmy stalinowskimi ludźmi… Moja mama pochodziła ze szlachty. Na kilka miesięcy przed rewolucją wyszła za mąż za oficera, który później walczył po stronie białych. W Odessie się rozstali – emigrował razem z resztkami rozbitych oddziałów Denikina, a ona nie chciała zostawić sparaliżowanej matki. Zabrało ją Czeka jako żonę białogwardzisty. Śledczy, który prowadził sprawę, zakochał się w mamie. Jakoś ją ocalił… Ale zmusił, żeby za niego wyszła. Po służbie wracał do domu pijany i tłukł ją rewolwerem po głowie. Potem gdzieś zniknął. No i właśnie ta moja mama, uwielbiająca muzykę, znająca kilka języków, nieprzytomnie kochała Stalina. Groziła tacie, jeśli był z czegoś niezadowolony: „Pójdę do komitetu i powiem, jaki z ciebie komunista”. A tato… Tato brał udział w rewolucji… W 1937 roku był represjonowany… Ale prędko go wypuścili, bo wstawił się za nim jakiś ważny bolszewik, który go znał osobiście. Dał poręczenie. Ale do partii go z powrotem nie przyjęto. To był cios, którego nie mógł przeżyć. W więzieniu wybili mu zęby, rozbili głowę. Mimo to się nie zmienił, pozostał komunistą. Proszę mi to wytłumaczyć… Myśli pani, że to byli głupcy? Naiwniacy? Nie, to byli mądrzy i wykształceni ludzie. Mama czytywała Szekspira i Goethego w oryginale, a tato skończył Akademię Rolniczą imienia Timiriaziewa. A Błok… Majakowski… Inessa Armand? Moje bożyszcza… Moje ideały… Z nimi wyrosłam… (Zamyśla się).

Kiedyś uczyłam się latać w aeroklubie. Jak sobie przypomnę, na czym lataliśmy, to się dziwię, że przeżyłam! Nie szybowce, ale jakieś machiny własnego wyrobu – drewniane, poszyte gazą. Ster – rączka i pedał. Ale za to kiedy człowiek leci, to widzi ptaki, ogląda ziemię z góry tak jak one. Czuje, że ma skrzydła! Niebo człowieka zmienia, wysokość go zmienia… Rozumie pani, co chcę powiedzieć? Mówię o tamtym naszym życiu… Nie szkoda mi siebie, ale tego wszystkiego, cośmy kochali…

Wszystko uczciwie opowiedziałam… i nie wiem nawet… Jakoś teraz wstydzę się to komuś opowiadać…

Gagarin poleciał w kosmos… Ludzie wyszli na ulice, śmiali się, ściskali, płakali. Obcy sobie ludzie. Robotnicy w kombinezonach, prosto z fabryk, medycy w białych czepkach, podrzucali je w górę: „Jesteśmy pierwsi! Nasz człowiek w kosmosie!”. Tego nie można zapomnieć! Byliśmy oczarowani, zachłysnęliśmy się tym sukcesem. Do dzisiaj nie umiem spokojnie słuchać piosenki: „Nie przyśni się nam hałas kosmodromu, i nie ta straszna lodowata czerń, nam śni się trawa, trawa koło domu, zielona trawa w jasny, piękny dzień…”[51]. Rewolucja kubańska… Młody Castro… Wołałam: „Mamo! Tato! Zwyciężyli! Viva Cuba!”. (Śpiewa). „Kubo, ojczyzno ma, wyspo czerwonej jutrzenki! Pieśń w nieobjęte przestworza gna, Kubo, ojczyzno ma!”[52] Do naszej szkoły przychodzili weterani z Hiszpanii… Razem śpiewaliśmy Grenadę: „Jam chatę porzucił i walczyć szedł po tom, że ziemię w Grenadzie ja oddać chcę chłopom…”[53]. Nad moim biurkiem wisiało zdjęcie Dolores Ibárruri. Tak… marzyliśmy o Grenadzie… potem o Kubie… Kilkadziesiąt lat później inni chłopcy dokładnie tak bajdurzyli o Afganistanie. Łatwo nas było oszukać. Ale i tak… Wszystko jedno! Nie zapomnę tego! Nie zapomnę, jak cała dziesiąta klasa wyjeżdżała na niezagospodarowane ziemie. Szli w kolumnie marszowej, z plecakami, z powiewającym sztandarem. Niektórzy na plecach nieśli gitary. „To są bohaterowie!” – myślałam. Wielu z nich potem wróciło chorych – nie pojechali na żadne ugory, ale budowali gdzieś kolej w tajdze, dźwigali ciężkie szyny po pas w lodowatej wodzie. Brakowało sprzętu… Jedli zgniłe kartofle, wszyscy zapadli na szkorbut. Ale ci chłopcy naprawdę tacy byli. I naprawdę istniała dziewczyna, która patrzyła na nich z zachwytem. To byłam ja! Moja pamięć… Nie oddam jej nikomu: ani komunistom, ani demokratom, ani brokerom. Należy do mnie! Tylko do mnie! Mogę się obyć bez wszystkiego – nie potrzebuję dużo pieniędzy, drogiej żywności, modnego ubrania… ani eleganckiego wozu… Myśmy swoim „żyguli” objechali cały Związek – widziałam Karelię… jezioro Sewan… i Pamir. To wszystko była moja ojczyzna. Moja Ojczyzna – ZSRR. Mogę się obyć bez wielu rzeczy. Nie mogę tylko bez tego, co było. (Długo milczy. Tak długo, że muszę ją wyrwać z tego milczenia).

 

Niech się pani nie obawia… Ze mną jest wszystko w porządku… Teraz już w porządku… Siedzę teraz w domu… Głaszczę kotka, robię na drutach. Taka prosta czynność, jak robienie na drutach, najlepiej pomaga… Co mnie utrzymało? Nie chciałam skończyć ze sobą… nie… Jako lekarz wszystko sobie wyobraziłam… szczegółowo… Śmierć to okropność, nigdy nie jest piękna. Widywałam wisielców… W ostatnich chwilach doznają orgazmu, albo moczą się, brudzą kałem. Gaz czyni człowieka sinym… fioletowym… Sama myśl o tym jest dla kobiety okropna. Nie mogłam mieć żadnych złudzeń co do pięknej śmierci. Ale… coś jednak człowieka opuściło, podbechtało, kazało się szarpnąć. Taki rozpaczliwy zryw… Jest oddech i rytm… i jest szarpnięcie… Potem trudno się powstrzymać. Pociągnąć za hamulec! Stop! Ale jakoś się powstrzymałam. Zostawiłam sznur od bielizny. Wybiegłam na ulicę. Zmokłam na deszczu, jakaż to radość po tym wszystkim zmoknąć na deszczu! Jaka przyjemność! (Milknie). Długo nie rozmawiałam… Osiem miesięcy leżałam z depresją. Oduczyłam się chodzenia. W końcu jednak wstałam. Znowu nauczyłam się chodzić. Jestem… Znowu stąpam po ziemi… Ale było ze mną źle… Przekłuli mnie jak balonik… O czym to chciałam… No, dosyć! Dosyć! (Siedzi i płacze). Dosyć…

Tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty… W naszym mińskim trzypokojowym mieszkaniu mieszkało piętnaście osób i jeszcze niemowlę przy piersi. Najpierw przyjechali z Baku krewni męża – siostra z rodziną i kuzyni. Nie przyjechali w gości, przywieźli ze sobą słowo „wojna”. Weszli do domu z krzykiem, ze zgaszonym wzrokiem… Jakoś tak jesienią czy zimą, było już zimno. Tak, przyjechali jesienią, bo w zimie już nas było więcej. Zimą z Tadżykistanu… Z Duszanbe przyjechała moja siostra ze swoją rodziną i teściami. Właśnie tak było… Tak… Spali gdzie się dało, latem nawet na balkonie. I… nie mówili, tylko krzyczeli… O tym, jak uciekali, a wojna ich dopędzała. Deptała im po piętach. A oni… wszyscy byli tacy jak ja… radzieccy… absolutnie radzieccy. Stuprocentowo! Byli z tego dumni. I nagle nic z tego nie ma. Nie ma i już! Budzą się rano, spoglądają przez okno i już są pod inną flagą. W innym kraju. Już są obcy.

Słuchałam. Słuchałam, jak opowiadali…

„No bo jakie to były czasy… Przyszedł Gorbaczow… I nagle pod oknami strzelanina. Boże! W stolicy… w Duszanbe… Wszyscy siedzieli przed telewizorem i bali się przegapić wiadomości. U nas w fabryce była załoga kobieca, przeważnie Rosjanki. Pytam: »Dziewczyny, co będzie?«. »Wojna się zaczyna, już Rosjan mordują«. Wkrótce w biały dzień został rozgrabiony jeden sklep, drugi…”

„W pierwszych miesiącach płakałam, potem przestałam płakać. Łzy wysychają szybko. Najbardziej bałam się mężczyzn, znajomych czy nieznajomych. Że zaciągną do domu, do samochodu… »Krasawyca! Dewuszka, poruchamy sze…« Córkę sąsiadów zgwałcili tadżyccy koledzy z klasy. Znaliśmy tych chłopców. Matka dziewczyny poszła do rodziców jednego z nich. »A po coś tutaj przyjechała? – nakrzyczeli na nią. – Wracaj do swojej Rosji. Zaraz was tu Ruskich w ogóle nie będzie. W samych gaciach będziecie zwiewali«…”

„Po cośmy tam pojechali? Dostaliśmy skierowanie z Komso­mołu. Budowaliśmy elektrownię Nuriecką, hutę aluminium. Uczyłam się tadżyckiego: czajchana, piała, aryk, arcza, czy­nara[54]… Mówili na nas »Szurawi«[55]. »Bracia Rosjanie«”

„…Śnią mi się różowe góry – całe w kwitnących migdałach. A budzę się cała we łzach…”

„W Baku… Mieszkaliśmy w ośmiopiętrowym domu. Rankiem wyprowadzono na dwór rodziny ormiańskie… Sąsiedzi otoczyli Ormian i każdy czymś ich uderzył. Mały chłopczyk, pięcioletni, podszedł i uderzył łopatką. A stara Azerbejdżanka pogłaskała go po głowie…”

„A nasi przyjaciele, chociaż też Azerbejdżanie, przechowali nas w piwnicy. Zasłonili jakimiś gratami, skrzyniami. Nocą przynosili jedzenie…”

„Rano biegnę do pracy, a na ulicy leżą trupy. Poniewierają się albo siedzą pod murem, zupełnie jak żywi ludzie. Jednego przykryli dastarchanem, po naszemu serwetą, a drugiego już nie. Nie zdążyli. Większość trupów leżała rozebrana… i mężczyźni, i kobiety… Tych, którzy siedzieli, nie odzierano z ubrania, bo już nie dało się ich wyprostować…”

„Dawniej myślałem, że Tadżycy są jak dzieci, nikogo nie skrzywdzą. Wystarczyło pół roku, a nawet mniej, żeby Duszanbe zmieniło się nie do poznania. Podobnie jak ludzie. Kostnice były przepełnione. Rano na asfalcie leżały grudki zakrzepłej krwi, leżały, dopóki się nie starły… Wyglądały jak mięsna galareta…”

„Całymi dniami chodzili koło naszego domu z plakatami: »Śmierć Ormianom! Śmierć!«. Mężczyźni i kobiety. Starzy i młodzi. Rozjuszony tłum, ani jednej ludzkiej twarzy. Gazety zapełnione ogłoszeniami: »Zamienię trzypokojowe mieszkanie w Baku na jakiekolwiek w dowolnym mieście w Rosji…«. Sprzedaliśmy swoje za trzysta dolarów. Tyle warta jest lodówka. Gdybyśmy nie sprzedali, mogliby nas zabić…”

„Myśmy za swoje kupili puchową kurtkę chińską dla mnie, a dla męża – ciepłe buty. Meble, naczynia, dywany – wszystko zostawiliśmy…”

„Siedzieliśmy bez światła i gazu, bez wody… Na rynku ceny niesamowite. Koło naszego domu otwarto kiosk. Sprzedawano tam kwiaty i wieńce żałobne. Tylko kwiaty i wieńce…”

„Nocą na ścianie sąsiedniego domu ktoś wymalował farbą: »Bój się, ruskie ścierwo! Nie pomogą ci twoi czołgiści«. Rosjan odwoływano z kierowniczych stanowisk, strzelano zza węgła… Miasto w krótkim czasie zrobiło się brudne jak kiszłak[56]. Obce miasto. Nie radzieckie…”

„Zabijali za byle co… Bo się urodziłeś w innym miejscu, bo mówisz innym językiem. Bo się nie spodobałeś człowiekowi z auto­matem… A jak żyliśmy przedtem? W święta pierwszy toast był zawsze »za przyjaźń«. Es kes sirum em (po ormiańsku – kocham cię). Man sani sewiram – to samo po azerbejdżańsku. Żyliśmy razem…”