Czasy secondhandTekst

Z serii: Reportaż
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Czasy secondhand
Czasy secondhand
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 83,80  67,04 
Czasy secondhand
Czasy secondhand
Audiobook
Czyta Krystyna Czubówna
50,90  37,67 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Pierestrojka… Był taki moment, kiedy ludzie znowu zaczęli do nas ciągnąć. Wstępować do partii. Wszyscy mieli duże oczekiwania. Wszyscy byli wówczas naiwni – lewicowi i prawicowi, komuniści i antykomuniści. Wszyscy byli romantykami. Dzisiaj się tego wstydzą, tej swojej naiwności. Modlą się za Sołżenicyna. Wielki starzec z Vermont! Nie tylko Sołżenicyn, wielu już rozumiało, że tak, jak żyjemy, dalej żyć nie sposób. Za daleko posunęliśmy się w kłamstwie. Komuniści – nie wiem, czy mi pani uwierzy – też to rozumieli. Przecież w partii było wielu mądrych i uczciwych ludzi. Szczerych. Sama takich znałam, trafiali się zwłaszcza na prowincji. Takich jak mój ojciec… Nie przyjęto go do partii, nacierpiał się przez nią, ale jej wierzył. Wierzył partii i krajowi. Każdy dzień zaczynał od świeżej „Prawdy”, którą czytał od pierwszej do ostatniej strony. Komunistów bez legitymacji partyjnej było więcej niż partyjnych, wszyscy oni w duchu byli komunistami. (Milknie). Na wszystkich pochodach nieśliśmy transparent „Naród i partia to jedno!”. Te słowa to nie żaden wymysł, to prawda. Nikogo nie agituję, opowiadam tylko, jak było. Wszyscy zdążyli już zapomnieć… Wielu wstępowało do partii uczciwie, nie tylko dla kariery czy też dla korzyści – jeśli jestem bezpartyjny i ukradnę, to pójdę siedzieć, a jak wstąpię do partii, to mnie tylko wyrzucą, ale nie zamkną. Oburza mnie, kiedy ktoś mówi z pogardą, z kpiną o marksizmie. Że do zsypu, na śmietnik! Bo to jest wielka nauka, przeżyje wszystkie prześladowania. To samo, jeśli chodzi o naszą radziecką klęskę. Dlatego że… Przyczyn jest wiele… Socjalizm to nie tylko łagry, donosy i żelazna kurtyna, ale także sprawiedliwy, jasny świat: ze wszystkimi się dzielić, litować się nad słabszymi, współczuć, nie garnąć wszystkiego dla siebie. Mówią do mnie, że nie można było kupić samochodu, ale też nikt inny samochodu nie miał. Nikt nie nosił ubrań od Versacego i nie kupował domu w Miami. Mój Boże! Przywódcy ZSRR żyli na poziomie średnio bogatych biznesmenów, do oligarchów im było daleko. Za mali byli. Nie zamawiali dla siebie jachtów ani prysznica z szampana. Też coś! W telewizji nadają reklamy miedzianych wanien, wartych tyle co dwupokojowe mieszkanie. Dla kogo to jest, niech mi pani powie? Pozłacane klamki… To ma być wolność? A mały, szary człowiek jest nikim, jest zerem. Na dnie życia. A wtedy mógł napisać do gazety, pójść i poskarżyć się do komitetu dzielnicowego – na szefa albo na złą obsługę… na niewiernego męża… Były i rzeczy głupie, temu nie przeczę, ale kto dzisiaj w ogóle słucha tego szarego człowieka? Komu jest potrzebny? Pamięta pani radzieckie nazwy ulic: Metalurgów, Entuzjastów… Fabryczna, Proletariacka… Ten szary człowiek był najważniejszy… Mówi pani, że to tylko deklaracja, pozory? A teraz nawet pozorów nie zachowują. Nie masz pieniędzy – idź precz! Już cię nie ma! Zmieniają nazwy ulic: Mieszczańska, Kupiecka, Szlachecka… Widziałam nawet kiełbasę „Książęcą”, a wino „Generalskie”. Kult sukcesu i pieniędzy. Przetrwa silniejszy, z mocnymi bicepsami. Ale nie każdy potrafi iść, depcząc ludzi, wyrywając ochłap mięsa drugiemu. Jedni mają taką naturę, że nie potrafią, a drudzy po prostu się brzydzą.

My dwie (wskazuje głową przyjaciółkę) oczywiście się kłócimy… Ona mnie przekonuje, że do prawdziwego socjalizmu potrzebni są idealni ludzie, a takich nie ma. Ta idea to brednie… bajki… Nasi ludzie już za nic nie zamienią swoich używanych zagranicznych samochodów i paszportów z wizą schengeńską na socjalizm radziecki. A ja wierzę w coś innego: ludzkość kroczy ku socjalizmowi. Ku sprawiedliwości. Nie ma innej drogi. Popatrzcie na Niemcy… Na Francję… Jest wariant szwedzki. A jakie zalety ma rosyjski kapitalizm? Pogardę dla „ludzików”… Dla tych, którzy nie mają miliona, nie mają mercedesa. Zamiast czerwonego sztandaru – Chrystus zmartwychwstał! I kult konsumpcji… Zasypiają z myślą nie o czymś wzniosłym, ale o tym, że czegoś dzisiaj nie kupili. Pani myśli, że kraj rozpadł się dlatego, że dowiedziano się prawdy o Gułagu? Tak myślą ci, którzy piszą książki. A człowiek… normalny człowiek nie żyje historią. Żyje prościej: zakochał się, ożenił, przyszły na świat dzieci. Zbudował dom. Kraj upadł przez brak damskich bucików i papieru toaletowego, przez brak pomarańcz. I tych cholernych dżinsów! Teraz nasze sklepy są podobne do muzeów. Do teatrów. A oni chcą mnie przekonać, że wszystko, czego człowiek potrzebuje, to fatałaszki od Versacego i Armaniego. Że to mu wystarcza. Że życie to są piramidy finansowe i weksle. Wolność to pieniądze, a pieniądze to wolność. A nasze życie nie jest warte nawet kopiejki. No, to już… Wie pani, nawet słów nie znajduję, żeby to nazwać… Szkoda mi moich małych wnuczek. Szkoda. Im takie rzeczy telewizja codziennie wbija do głowy. Nie godzę się na to. Byłam i jestem komunistką.

Dłuższa przerwa w rozmowie. Nieodzowna herbata, tym razem z konfiturą z wiśni, robioną według własnego przepisu gospodyni.

Rok osiemdziesiąty dziewiąty… W owym czasie byłam już trzecim sekretarzem komitetu dzielnicowego partii. Do pracy partyjnej wzięto mnie ze szkoły, uczyłam języka rosyjskiego i literatury. Moich ulubionych pisarzy – Tołstoja, Czechowa… Kiedy dostałam propozycję, przestraszyłam się. Taka odpowiedzialność! Ale nie wahałam się ani chwili, moje intencje były szczere – służyć partii. Tamtego lata przyjechałam do domu na urlop. Zazwyczaj nie noszę żadnych ozdób, ale wtedy kupiłam sobie jakieś tanie korale. Kiedy mama mnie zobaczyła, powiedziała: „Wyglądasz jak królowa”. Była mną zachwycona… ale przecież nie koralami! Tato powiedział: „Nikt z nas nie będzie cię o nic prosił. Musisz być w porządku wobec ludzi”. Rodzice byli dumni! Szczęśliwi! A ja… Ja… Co przeżywałam? Czy wierzyłam partii? Odpowiem szczerze – tak, wierzyłam. I nadal wierzę. Nie rozstanę się z legitymacją partyjną, cokolwiek by się działo. Czy wierzyłam w komunizm? Powiem uczciwie, nie będę kłamać: wierzyłam w możliwość sprawiedliwego urządzenia życia. Mówiłam już, że teraz też wierzę. Znudziło mi się słuchać opowieści o tym, jak to źle żyło się za socjalizmu. Dumna jestem z tamtych czasów! Nie mieliśmy eleganckiego życia, za to mieliśmy normalne. Była miłość, była przyjaźń… sukienki i pantofle… Słuchano chętnie pisarzy i aktorów, a teraz już nie. Miejsce poetów na stadionach zajęli wróżbici i energoterapeuci. Ludzie wierzą czarownikom, jak w Afryce. Nasze radzieckie życie było próbą alternatywnej cywilizacji, jeśli pani woli. A jeśli patetycznie, to… Władza ludu! Nie, nie mogę się uspokoić! Gdzie pani dzisiaj zobaczy dojarki, tokarzy albo maszynistów z metra? Nie ma ich ani w gazetach, ani w telewizji, ani na Kremlu, kiedy wręcza się ordery i medale. Nigdzie ich nie widać. Wszędzie są nowi bohaterowie: bankierzy i biznesmeni, modelki i dolarowe dziwki… Menedżerowie… Młodzi jeszcze są w stanie do tego się przystosować, a starsi umierają w milczeniu, za zamkniętymi drzwiami. Umierają w zapomnieniu i nędzy. Moja emerytura wynosi pięćdziesiąt dolarów… (Śmieje się). Czytałam, że Gorbaczow też ma pięćdziesiąt dolarów… Mówią o nas: „Komuniści mieszkali w pałacach, jedli kawior łyżkami. Zbudowali komunizm dla siebie”. Mój Boże! Oprowadzałam panią po swoim „pałacu” – zwykłe dwupokojowe mieszkanie, pięćdziesiąt siedem metrów. Niczego nie schowałam: ani radzieckich kryształów, ani złota…

A specjalne lecznice i przydziały specjalne, odrębne kolejki na mieszkania i rządowe dacze… sanatoria dla partyjnych?

– Mam powiedzieć? No, były… były… ale raczej tam… (Podnosi rękę). A ja zawsze – na dole, najniższy szczebel władzy. Na dole, wśród ludzi. Zawsze na widoku. Jeśli gdzieś nawet było… Nie będę się z panią spierać… Nie zaprzeczam! Czytałam, tak jak i pani, w gazetach okresu pierestrojki, że dzieci sekretarzy KC latały na polowania do Afryki. Skupowały brylanty… Mimo wszystko nie da się tego porównać z poziomem życia „nowych Ruskich”. Z ich zamkami i jachtami. Proszę popatrzeć, co pobudowali wokół Moskwy. Pałace! Dwumetrowe mury, druty z prądem elektrycznym, wszędzie kamery. Uzbrojeni ochroniarze. Jak w obozie albo w tajnym obiekcie wojskowym. I kto tam mieszka – Bill Gates, geniusz komputerowy? A może Garri Kasparow, mistrz świata w szachach? Tak mieszkają zwycięzcy? Niby nie było wojny domowej, a zwycięzcy są. Tam właśnie, za murem. Przed kim się chowają? Przed ludźmi? Ludzie myśleli, że jak przepędzą komunistów, to zacznie się piękna epoka. Rajskie życie. Zamiast wolnych ludzi pojawili się ci z milionami i miliardami… Gangsterzy! Strzelają w biały dzień… Nawet u nas jednemu z biznesmenów rozwalili balkon. Nikogo się nie boją. Latają własnymi samolotami, mają tam pozłacane ubikacje i jeszcze się tym chwalą. Sama widziałam w telewizji… Jeden pokazywał zegarek, który kosztował tyle, ile nowy bombowiec. A drugi – komórkę z brylantami. I nikt! Nikt nie zawoła na całą Rosję, że to wstyd. Że to ohyda. Kiedyś byli Uspienski i Korolenko. Szołochow pisał list do Stalina w obronie chłopów. Teraz chciałabym… Pani mnie tu wypytuje, a teraz ja panią chciałabym zapytać, gdzie jest nasza elita. Dlaczego codziennie w gazetach na każdy temat wypowiadają się Bieriezowski i Potanin[26], a nie ma Okudżawy… Iskandera… Jak to się stało, żeście wszyscy oddali swoje miejsce? Swoją katedrę… I pierwsi pobiegli po odpadki ze stołu oligarchów. Na służbę. Inteligencja rosyjska kiedyś nie biegała i nie służyła. A teraz nie ma nikogo – nikt nic nie powie na temat ducha, poza popami. A gdzie ci od pierestrojki?

Komuniści mojego pokolenia mało wspólnego mieli z Pawką Korczaginem[27]. Z pierwszymi bolszewikami, którzy mieli teczki i rewolwery. Po tamtych zostało tylko wojenne słownictwo: „żołnierze partii”, „front pracy”, „bitwa o plony”. Już nie czuliśmy się żołnierzami partii, byliśmy pracownikami partii. Urzędnikami. Wystrój był niezmieniony: w auli wisiał portret Lenina, w kącie stał czerwony sztandar. Obrzęd… rytuał… Ale żołnierze już nie byli potrzebni, potrzebowano wykonawców: „Dalej, do roboty!”, a jak nie, to „Oddawaj legitymację!”. Jak każą, to trzeba zrobić. Zameldować. Partia to nie sztab wojskowy, ale aparat. Machina. Biurokratyczna machina. Humanistów rzadko angażowano do pracy, partia im nie ufała jeszcze od czasów Lenina, który mówił o warstwie inteligenckiej, że to nie „mózg, ale gówno narodu”. Takich jak ja, filologów, było mało. Kadry tworzono z inżynierów, zootechników, z tych, którzy do czynienia mieli z maszynami, mięsem i ziarnem, a nie z ludźmi. Kuźniami kadr partyjnych były uczelnie rolnicze. Potrzebne były dzieci robotników i chłopów. Z ludu. Dochodziło do śmiesznych sytuacji. Weterynarz na przykład mógł być przyjęty do pracy partyjnej, a lekarz internista już nie. Nie widziałam tam ani fizyków, ani liryków[28]. Co jeszcze? Subordynacja, jak w wojsku… Powolne pięcie się w górę, szczebel po szczeblu: lektor komitetu dzielnicowego, potem kierownik gabinetu… instruktor… Trzeci sekretarz… drugi sekretarz… W ciągu dziesięciu lat przeszłam wszystkie stopnie. To dzisiaj pomocniczy pracownicy naukowi i kierownicy laboratoriów rządzą krajem, a przewodniczący kołchozu albo elektryk zostają prezydentami. Zamiast kołchozu – od razu cały kraj! Coś takiego zdarza się tylko podczas rewolucji… (Pyta – nie wiadomo, czy mnie, czy siebie samą). Nie wiem, jak nazwać to, co się stało w roku dziewięćdziesiątym pierwszym…

 

Rewolucja czy kontrrewolucja? Nikt nawet nie usiłuje tłumaczyć, w jakim kraju żyjemy. Jaką mamy ideę poza kiełbasą? Co budujemy… Idziemy naprzód – do zwycięstwa kapitalizmu. Tak? Sto lat wyklinano u nas kapitalizm: potwór… monstrum… A teraz pękamy z dumy, że u nas będzie tak jak u innych. Jeśli staniemy się tacy jak inni, to kogo będziemy interesować? Naród­­-bogonośca… Nadzieja całej postępowej ludzkości… (ironicznie). O kapitalizmie wszyscy mają takie same pojęcie, jak niedawno o komunizmie. Marzenia! Potępiają Marksa, oskarżają ideę… Idea – morderca! A ja oskarżam wykonawców. To co było u nas, to był nie komunizm, tylko stalinizm. A teraz nie ma ani socjalizmu, ani kapitalizmu. Ani modelu wschodniego, ani zachodniego. Ani imperium, ani republiki. Kręcimy się jak g…. w przeręblu. Ach, szkoda gadać… Stalin! Stalin! Grzebią go i grzebią… A pogrzebać jakoś się nie udaje. Nie wiem, jak w Moskwie, ale u nas ludzie często przyklejają jego portrety w samochodach, za przednią szybą. W autobusach. Lubią go zwłaszcza tirowcy. W mundurze generalissimusa… Lud! Lud! A co lud? Lud sam o sobie powiedział, że z niego tak jak z drewna – i sękate laski, i święte obrazki. Co z niego zrobisz, to będziesz miał… Nasze życie zatacza się od baraku do burdelu. Teraz wahadło jest pośrodku… Połowa kraju czeka na nowego Stalina. Że przyjdzie i zrobi porządek… (Znowu milknie). U nas w komitecie oczywiście też wiele rozmawialiśmy o Stalinie. Taka partyjna mitologia. Przekazywano ją z pokolenia na pokolenie. Wszyscy lubili rozmowy o tym, jak żyli za Gospodarza… Porządki za Stalina były takie: na przykład kierownikom wydziałów KC roznoszono herbatę i kanapki, a lektorom – tylko herbatę. No i nagle wprowadzono stanowisko zastępcy kierownika wydziału. Co teraz? Postanowiono wydawać im herbatę bez kanapek, ale na białej serwetce. Już zostali wyróżnieni… dostali się na ucztę bogów, na Olimp. Teraz trzeba się dopchać do żłobu… Tak było i za Cezara, i za Piotra Pierwszego. I tak będzie zawsze. Niech się pani przyjrzy swoim demokratom… Objęli władzę i od razu biegiem… dokąd? Do korytka. Do rogu obfitości. Koryto wykończyło niejedną rewolucję. Na naszych oczach… Jelcyn walczył z przywilejami i mienił się demokratą, a teraz lubi, jak mówią o nim: „car Boris”. Został „ojcem chrzestnym”…

Przeczytałam Przeklęte dni Bunina. (Zdejmuje książkę z półki, wyjmuje zakładkę i czyta). „Pamiętam starego robotnika przed bramą domu, gdzie przedtem były »Odiesskije Nowosti«, w pierwszym dniu instalowania się bolszewików. Raptem wyskoczyła z bramy wataha chłopców, każdy z plikiem dopiero co wydrukowanych »Izwestii« i z okrzykiem: »Na burżujów odeskich nałożono kontrybucję w wysokości 500 milionów!«. Robotnik zacharczał, zakrztusił się z wściekłości i złości: »Mało! Mało!«”[29]. Nic to pani nie przypomina? Bo mnie – tak… Przypomina… Lata Gorbaczowa, pierwsze bunty… Kiedy ludzie zaczęli wychodzić na place i żądać – raz chleba i wolności, raz wódki i papierosów… To było straszne! Wielu pracowników partyjnych miało wylewy i zawały. „Otoczeni przez wrogów”, jak im wbijano do głów, żyli w „oblężonej twierdzy”. Szykowali się do wojny światowej… Bali się przede wszystkim wojny nuklearnej, ale takiego zamętu się nie spodziewali. Czegoś takiego… Nie, nigdy… Przyzwyczaili się do majowych i październikowych defilad, do plakatów: „Dzieło Lenina przetrwa wieki”, „Partia kieruje”. A tu nagle nie ma defilady, jest żywioł. Naród nie radziecki, ale jakiś inny, zupełnie nam nieznany. Plakaty też inne: „Komunistów pod sąd!”, „Rozdepczemy komunistycznego gada!”. Od razu przypomniał się Nowoczerkask… Informacja była utajniona, ale myśmy wiedzieli, że za Chruszczowa głodujący robotnicy wyszli na ulicę, że do nich strzelano… Tych, którzy przeżyli, powysyłano do łagrów i do dnia dzisiejszego ich bliscy nie wiedzą, gdzie przepadli… A tutaj… tutaj już pierestrojka… Nie można strzelać ani zamykać. Trzeba rozmawiać. A któż z nas potrafiłby wyjść do tłumu i przemówić? Zacząć dialog, agitować… Byliśmy aparatczykami, nie mówcami. Ja na przykład miałam wykłady, potępiałam kapitalistów i broniłam Murzynów w Ameryce. W gabinecie miałam pełne wydanie dzieł Lenina… pięćdziesiąt pięć tomów… Ale kto je naprawdę przeczytał? Na uczelniach przed egzaminami powtarzano sobie: „Religia to opium dla ludu” i „Wiara w jakiegokolwiek Bozię to nekrofilia”.

Ogarnął nas paniczny strach… Lektorzy, instruktorzy, sekretarze komitetów dzielnicowych i obwodowych – wszyscy baliśmy się wyjeżdżać do fabryk, do robotników czy też do studentów w akademikach. Baliśmy się telefonów. A nuż zapytają o Sacharowa czy Bukowskiego… Co mamy wtedy odpowiedzieć? To są wrogowie władzy radzieckiej, czy już nie? Jak oceniać Dzieci Arbatu Rybakowa i sztuki Szatrowa? Żadnych dyrektyw z góry… Kiedyś wykonywało się polecenia, wprowadzało linię partii w życie. Teraz nauczyciele strajkują, żądają podwyżek, młody reżyser w jakimś fabrycznym klubie robi próby zakazanej sztuki… Mój Boże! W fabryce tektury robotnicy wywieźli dyrektora taczkami za bramę. Krzyczeli na całe gardło. Tłukli szyby. W nocy zarzucili stalową linę na pomnik Lenina i zwalili. Pokazywali mu figę. A partia zupełnie się pogubiła… Pamiętam to zagubienie… Siedzieliśmy w swoich gabinetach za spuszczonymi zasłonami. Przed wejściem do gmachu komitetu dniem i nocą wartował wzmocniony oddział milicji. Baliśmy się ludzi, a ludzie jeszcze z przyzwyczajenia bali się nas. Potem przestali… Na placu zbierały się tysiące ludzi… Zapamiętałam plakat: „Chcemy 1917 roku! Rewolucji!”. Byłam wstrząśnięta. Stali z nim jacyś chłopcy z zawodówek… młodzież… Pisklęta! Kiedyś do komitetu weszli przedstawiciele protestujących: „Pokażcie swój sklep specjalny. Macie tam pełno wszystkiego, a nasze dzieci z głodu mdleją na lekcjach”. Żadnych futer z norek ani kawioru w naszym bufecie nie znaleźli, ale i tak nie uwierzyli: „Oszukujecie prostych ludzi”. Wszystko się ruszyło, wszystko zaczęło się chwiać. Gorbaczow był słaby. Lawirował. Rzekomo był za socjalizmem, ale… kapitalizmu też mu się zachciało… Myślał raczej o tym, żeby spodobać się na Zachodzie. W Ameryce. Tam go oklaskiwano: „Gorbi! Gorbi! Brawo Gorbi!”. Zagadał pierestrojkę… (Milknie).

Socjalizm umierał na naszych oczach. Nadeszli ci… stalowi chłopcy.

Anna Iljiniczna

To działo się niedawno, ale w innej epoce… W innym kraju… Pozostała tam nasza naiwność, pozostał nasz romantyzm. Nasza ufność. Niejeden nie chce tego wspominać, bo to przykre. No cóż, przeżyliśmy wiele rozczarowań. Kto mówi, że nic się nie zmieniło? Nie wolno było przewieźć Biblii przez granicę. Zapomnieli o tym? Jeździłam do krewnych w Moskwie i jako prezent zawoziłam im mąkę i makaron. A oni byli szczęśliwi. O tym też zapomnieli? Nikt już nie stoi w kolejce po cukier i mydło. I nie ma talonów na płaszcze.

Gorbaczowa pokochałam od razu! Dzisiaj go przeklinają: „Zdrajca ZSRR!”, „Gorbaczow sprzedał kraj za pizzę!”. A ja pamiętam nasze zdumienie. Wstrząs! Wreszcie mamy normalnego przywódcę! Nie musimy się za niego wstydzić! Opowiadaliśmy sobie nawzajem, jak Gorbaczow w Leningradzie zatrzymał swój orszak i wyszedł do ludzi, a w jakiejś fabryce odmówił przyjęcia drogiego podarunku. W czasie tradycyjnego poczęstunku wypił tylko szklankę herbaty. Uśmiechał się. Przemawiał bez kartki. Był młody. Nikt z nas nie wierzył, że władza radziecka kiedyś się skończy i w sklepach pojawi się kiełbasa, i znikną kilometrowe kolejki po importowane biustonosze. Przywykliśmy, że wszystko dostaje się po znajomości: prenumeratę „Biblioteki Literatury Światowej”, cukierki czekoladowe i enerdowskie dresy. Że trzeba przyjaźnić się z rzeźnikiem, żeby dostać kawałek mięsa. Władza radziecka wydawała się wieczna. Myśleliśmy, że starczy jej i dla dzieci, i dla wnuków. A ona sobie tymczasem upadła. Teraz jest jasne, że sam Gorbaczow się tego nie spodziewał, chciał coś zmienić, ale nie wiedział jak. Nikt nie był gotowy. Nikt! Nawet ci, którzy kruszyli ten mur. Jestem zwykłym technologiem. Nie bohaterką… nie… I nie komunistką… Dzięki swojemu mężowi, malarzowi, wcześnie trafiłam do środowiska cyganerii artystycznej. Poeci, malarze… Wśród nas nie było bohaterów, nikt nie był na tyle odważny, żeby zostać dysydentem, siedzieć w więzieniu albo psychuszce za swoje przekonania. Pokazywaliśmy „figę w kieszeni”.

Siedzieliśmy w kuchniach, klęli władzę radziecką i opowiadali dowcipy. Czytaliśmy samizdat. Jeśli ktoś dostał nową książkę, to mógł odwiedzić przyjaciół o każdej porze – nawet o drugiej czy trzeciej w nocy, i tak byłby pożądanym gościem. Dobrze pamiętam to nocne życie w Moskwie… Osobliwe… Mieliśmy swoich własnych bohaterów… Swoich tchórzów i zdrajców… Swój własny zachwyt! Nie sposób tego wyjaśnić komuś niewtajemniczonemu. Przede wszystkim nie umiem wyjaśnić naszego zachwytu. I nie mogę wytłumaczyć czegoś innego… Właśnie tego naszego nocnego życia, które wcale nie przypominało tego dziennego. Ani trochę! Rano wszyscy szliśmy do pracy i stawali się zwyczajnymi ludźmi radzieckimi. Tak jak pozostali. Tyraliśmy na reżim. Albo jesteś konformistą, albo musisz zatrudnić się jako stróż, innego sposobu ocalenia nie było. Wracaliśmy z pracy do domu… I znowu piliśmy wódkę, w kuchniach słuchaliśmy zakazanego Wysockiego. Łapaliśmy przez trzaski zagłuszarek „Głos Ameryki”. Do tej pory pamiętam te wspaniałe trzaski. Wdawaliśmy się w niekończące się romanse. Zakochiwaliśmy się, rozstawali. Wielu z nas przy tym czuło się sumieniem narodu, uważało, że ma prawo pouczać swój naród. A cośmy o nim wiedzieli? To, co przeczytaliśmy w Notatkach myśliwego Turgieniewa albo u pisarzy „wiejskiego nurtu”. Rasputina… Biełowa… Ja nie rozumiałam nawet własnego ojca. Wołałam do niego: „Tato, jeśli nie oddasz legitymacji partyjnej, to nie będę z tobą rozmawiała!”. Tato płakał.

Gorbaczow miał więcej władzy niż car. Miał nieograniczoną władzę. A on przyszedł i powiedział: „Nie sposób tak dalej żyć”. To jego sławna wypowiedź. Wtedy kraj zmienił się w klub dyskusyjny. Spierano się w domu, w pracy, w tramwajach i auto­busach. Przez różnice poglądów rozpadały się rodziny, dzieci się kłóciły z rodzicami. Pewna moja znajoma tak się pożarła z synem i synową o Lenina, że wypędziła ich na ulicę, mieszkali więc za miastem w nieogrzewanej daczy. Teatry opustoszały, wszyscy siedzieli w domu przed telewizorami. Nadawano bezpośrednie relacje z Pierwszego Zjazdu Delegatów Ludowych ZSRR. A długo jeszcze można by opowiadać, jakeśmy tych delegatów wybierali. Pierwsze wolne wybory! Prawdziwe! W naszym okręgu wysunięto dwie kandydatury: jakiegoś urzędnika partyjnego i młodego demokratę, wykładowcę uniwersytetu. Pamiętam do dzisiaj, jak się nazywał – Małyszew… Jura Małyszew. Niedawno przypadkowo się dowiedziałam, że zajmuje się agrobiznesem – handluje pomidorami i ogórkami. A wtedy był rewolucjonistą! Przemawiał i głosił takie rzeczy… wprost niesłychane! O literaturze marksistowsko-leninowskiej mówił, że jest małolitrażowa, że pachnie naftaliną… Żądał zniesienia szóstego artykułu konstytucji, a to był artykuł dotyczący kierowniczej roli KPZR. Kamień węgielny marksizmu-leninizmu. Słuchałam i nie mogłam sobie tego wyobrazić. Jakieś brednie! Kto się zgodzi?… Kto pozwoli to ruszyć? Wszystko się rozwali… Na tym się przecież wszystko trzyma… Aż tak wszyscy byliśmy zahipnotyzowani. Przez lata musiałam wyciskać z siebie człowieka radzieckiego, całe wiadra. (Milknie). Nasza drużyna… Zebrało się nas dwudziestu ochotników – po pracy obchodziliśmy mieszkania w swojej dzielnicy i agitowali. Rysowaliśmy plakaty: „Głosuj na Małyszewa!”. I niech pani sobie wyobrazi, że zwyciężył! Z dużą przewagą. Nasze pierwsze zwycięstwo! Potem wszyscy upajaliśmy się bezpośrednimi transmisjami ze zjazdu – delegaci wypowiadali się jeszcze bardziej otwarcie niż my w kuchniach. Albo dwa metry od kuchni, ale nie dalej. Wszyscy sterczeli przy telewizorach jak narkomani. Nie mogliśmy się oderwać. Teraz Trawkin im pokaże! Pokazaaał! A Bołdyriew? Teraz on… Brawo!

 

Niedająca się opisać namiętność do gazet i czasopism, bardziej do periodyków niż do książek. Nakłady miesięczników literac­kich podskoczyły do milionów egzemplarzy. Rankiem w metrze codziennie powtarzał się ten sam widok: cały wagon siedzi i czyta. Stojący też czytają. Wymieniają się gazetami. Nieznajomi ludzie. Myśmy z mężem prenumerowali dwadzieścia tytułów, jedną pensję wydaliśmy w całości na prenumeratę. Z pracy biegłam czym prędzej do domu, żeby włożyć szlafrok i czytać. Moja mama, która niedawno zmarła, mówiła: „Umieram jak szczur na śmietniku”. Jej kawalerka przypominała czytelnię: sterty gazet i tygodników na półkach, w szafie. Na podłodze i w przedpokoju. Drogocenny „Nowyj Mir” i „Znamia”… „Daugawa”… Wszędzie pudła z wycinkami z prasy. Wielkie pudła. Wywiozłam wszystko na daczę. Wyrzucić szkoda, a oddać – komu? Teraz to makulatura! Wszystko wielokrotnie czytane. Wiele podkreśleń – czerwonym, żółtym ołówkiem. Najważniejsze rzeczy – czerwonym. Leży tego u mnie chyba z pół tony. Wypełnia całą daczę.

Nasza wiara była szczera… naiwna… Uwierzyliśmy, że już zaraz… że już stoją na ulicy autobusy, które zawiozą nas do demokracji. Będziemy żyli w pięknych domach, a nie w szarych „chruszczowcach”, zbudujemy autostrady zamiast wyboistych dróg i wszyscy będziemy dobrzy. Racjonalnych uzasadnień, że tak będzie, nikt nie szukał. Nie było ich. A po co? Wierzyliśmy sercem, a nie rozumem. I w lokalach wyborczych głosowaliśmy sercem. Nikt nam nie mówił, co należy robić: wolność i już. Jeśli ktoś siedzi w zamkniętej windzie, to marzy tylko o tym, żeby z niej wyjść. Miał szczęście: windę otwarto. Euforia! Nie myśli się wtedy o tym, co będzie się robić po wyjściu… Nareszcie oddycha się pełną piersią… Jest się szczęśliwym! Moja koleżanka wyszła za mąż za Francuza, który pracował w ambasadzie. Cały czas słyszał od niej: „Popatrz tylko, jaką my, Rosjanie, mamy energię!” i pytał: „Dobrze, tylko mi wytłumacz, co chcecie zrobić z tą energią?”. Ani ona, ani ja nie wiedziałyśmy, co mu odpowiedzieć. Mówiłam tylko: „No, energia z nas bije i już”. Widziałam wokół siebie żywych ludzi, żywe twarze. Jacy wszyscy w owym czasie byli piękni! Skąd ci ludzie się wzięli? Bo jeszcze wczoraj ich nie było!

W domu nie wyłączaliśmy telewizora… Dziennik oglądaliśmy co godzinę. Gdy wychodziłam na spacer z moim maleńkim synem, zawsze brałam ze sobą odbiornik. Ludzie mieli przy sobie radia, wyprowadzając psy. Śmiejemy się teraz z syna, że od kołyski jest obznajomiony z polityką. Jego jednak polityka nie interesuje. Słucha muzyki, uczy się języków. Chce zobaczyć świat. Jest inny. Nasze dzieci nie są do nas podobne. A do kogo są? Do swoich czasów. A my wtedy… Och! Dzisiaj Sobczak[30] przemawia na zjeździe… Wszyscy wszystko rzucają i biegną do telewizorów. Podobało mi się, że Sobczak miał na sobie jakąś ładną, welwetową chyba marynarkę, krawat zawiązany „po europejsku”. Sacharow na trybunie… To znaczy, że socjalizm może mieć „ludzkie oblicze”? To właśnie ono… Dla mnie była to twarz akademika Lichaczowa, a nie generała Jaruzelskiego. Kiedy mówiłam „Gorbaczow”, to mąż dodawał: „Gorbaczow i Raisa Maksimowna też”. Pierwszy raz zobaczyliśmy żonę genseka, której nie musieliśmy się wstydzić. Ma ładną figurę, dobrze ubrana. Kochają się. Ktoś przyniósł nam polski tygodnik, w którym napisano, że Raisa jest szykowna! Jakże byliśmy dumni! Niekończące się mityngi… Ulice tonęły w ulotkach. Kończył się jeden wiec, a zaczynał następny. Wszyscy szli i szli, każdy myślał, że pójdzie i dozna jakiegoś objawienia. Że zaraz odpowiedni ludzie znajdą mu właściwe odpowiedzi. Czekało na nas nieznane życie, które wszystkich nęciło. Wydawało się, że królestwo wolności jest tuż za progiem…

Żyło się jednak coraz gorzej. Wkrótce już nic nie można było dostać. Poza książkami. Tylko książki leżały na ladach…

Jelena Jurjewna

Dziewiętnastego sierpnia dziewięćdziesiątego pierwszego roku… Przyjeżdżam do komitetu. Na wszystkich piętrach, we wszystkich gabinetach słychać radio. Sekretarka przekazuje mi prośbę „pierwszego”, żeby do niego przyjść. Wchodzę. U „pierwszego” tele­wizor włączony na cały regulator, a on sam siedzi ponury przy radiu i łapie to „Swobodę”, to „Deutsche Welle”, to BBC… Co się tylko da. Na biurku ma spis członków Państwowego Komitetu Stanu Wyjątkowego… PKSW… „Jeden Wariennikow – mówi do mnie – budzi szacunek. Mimo wszystko to generał wojsk liniowych. Walczył w Afganistanie”. Wchodzi drugi sekretarz, kierownik działu organizacyjnego… Zaczynamy rozmawiać:

– Straszne! Poleje się krew. Utoniemy we krwi.

– Wszyscy nie utoną, tylko ci, którzy powinni.

– Dawno już pora ratować Związek Radziecki.

– Będą góry trupów.

– E, dosyć już tego, Gorbacz się doigrał. Wreszcie normalni ludzie, generałowie, dojdą do władzy. Skończy się ten burdel.

„Pierwszy” ogłosił, że poranna odprawa się nie odbędzie – cóż miałby ludziom powiedzieć? Nie nadeszły żadne dyrektywy. Przy nas zadzwonił na milicję. „Co u was słychać?” „Nic”. Jeszcze pogadali o Gorbaczowie – że albo chory, albo aresztowany. Coraz bardziej skłonni byliśmy przyjąć trzeci wariant – że uciekł z rodziną do Ameryki. Bo dokąd miał uciec?

Tak właśnie cały dzień przesiedzieliśmy przy telewizorach i telefonach. Pełni strachu zastanawialiśmy się, kto tam na górze zwycięży. Czekaliśmy. Szczerze pani mówię, że czekaliśmy. Wszystko to trochę przypominało upadek Chruszczowa. Już naczytaliśmy się pamiętników… Rozmowy, ma się rozumieć, dotyczyły jednej sprawy… Jaka tam wolność? Dla naszego człowieka wolność to jak okulary dla małpy. Nikt nie wie, co z nią robić. Wszystkie te bazary, kioski… no, nie mieliśmy do nich serca. Przypomniałam sobie, jak parę dni wcześniej spotkałam swojego dawnego kierowcę. Taka historia… Chłopak zaraz po wojsku trafił do naszego komitetu. Miał jakąś niesamowitą protekcję. Był bardzo zadowolony. Ale kiedy zaczęły się zmiany i zezwolono na tworzenie ajencji, od razu się zwolnił. Zajął się biznesem. Z trudem go poznałam: ostrzyżony na zero, skórzana kurtka, dres. Domyśliłam się, że to taki ich mundur. Pochwalił się, że dziennie zarabia więcej niż u nas pierwszy sekretarz miesięcznie. Biznes bez ryzyka – dżinsy. Wynajęli z kolegą zwykłą pralnię i tam robili te „gotowane” dżinsy. Technologia jest prosta (bieda uczy rozumu): zwykłe, banalne dżinsy wrzucają do roztworu wybielacza albo wapna chlorowanego, dodają tam tłuczonej cegły. Parę godzin gotują – na spodniach powstają pasma, wzory, plamy… abstrakcjonizm! Suszą i naklejają metkę „Montana”. Od razu mnie olśniło, że jeśli nic się nie zmieni, to oni, ci sprzedawcy dżinsów, będą wkrótce nami rządzić. Nepmani[31]! Jakkolwiek śmiesznie by to brzmiało, właśnie oni nakarmią wszystkich i ubiorą. Zrobią fabryki w piwnicach… Tak właśnie się stało. Tak! Teraz ten chłopak jest milionerem czy miliarderem (dla mnie milion czy miliard to suma jednakowo szalona), posłem do Dumy. Ma jeden dom na Wyspach Kanaryjskich, drugi w Londynie… Za cara w Londynie mieszkali Hercen i Ogariow, a teraz oni, nasi „nowi Ruscy”… Królowie dżinsów, mebli, czekolady… Nafty.