Idealna randkaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Jest dziewiętnasta trzydzieści, kiedy wreszcie kończę dzień pracy, i to jaki dzień. Nawet wtedy czuję się winna, bo Jas wciąż siedzi w gabinecie i Harry też pracuje do późna. Właśnie odebrał telefon od Gemmy, która chyba miała do niego spore pretensje.

– Nie będę tu już zbyt długo. Wiem, wiem – mówi pojednawczym tonem.

Posyłam mu współczujące spojrzenie, kiedy wstaję, żeby wyjść, a on tylko kiwa głową i wywraca oczami.

– Długo jeszcze zostajesz? – pytam po tym, jak odkłada telefon.

Wzrusza ramionami.

– Nie wiem. Wydaje się, że wszystko powariowało, nie sądzisz?

– Tak, Jas też zostaje do późna. – Wskazuję w stronę jej biura.

– Tyle, że ona nie pracuje – odpowiada Harry.

Jestem zaskoczona.

– To dlaczego jeszcze tu siedzi?

– Cóż, kiedy wszedłem do niej dziesięć minut temu, przeglądała zdjęcia facetów w internecie. Zakładam, że szuka jakiejś gorącej randki.

– Powiedziała mi, że robi sobie przerwę od mężczyzn.

Śmieje się.

– Ona zawsze tak mówi.

Biorę torebkę, żeby wyjść i macham, przechodząc obok jej pokoju.

– Hej, Hannah, odprowadzę cię do samochodu – oznajmia.

– Nie jadę samochodem, idę do Alexa. Mieszka jakieś piętnaście minut stąd, tak sądzę. I nie chcę prowadzić, może będę miała ochotę na drinka – dodaję.

– Tak, po tym, co się dzisiaj stało, możesz go potrzebować. – Wzdycha. – Podwieźć cię?

– Nie, w porządku, po drodze muszę wstąpić do sklepu.

– Po prostu martwię się, że Tom może krążyć gdzieś w pobliżu.

– Nie, to tchórz, Jas, już dawno go nie ma, pewnie cieszy się, że udało mu się zepsuć mi humor. Ale nie pozwolę, żeby zrujnował mi randkę. Chociaż, jeśli dorwę tego świra…

– Moja dziewczynka – mówi i macha, kiedy ruszam w stronę drzwi.

Mam dość Toma, pracy i martwienia się. Miałam fatalny dzień, ale nie pozwolę na zniszczenie wieczoru – teraz będziemy tylko ja i Alex.

Wychodzę na zewnątrz, jest chłodny jesienny wieczór. Mamy początek listopada, więc odnoszę wrażenie, że udaję się do pracy i wracam z niej po nocy. A dzisiaj jest cholernie ciemno. I robi się coraz zimniej. Owijam się szczelniej kurtką i naciągam kaptur, kiedy zaczyna padać. Miałam nadzieję, że pójdę do domu, wezmę prysznic i przebiorę się, zanim pojadę do Alexa, ale nie mam na to czasu. Nie przewidziałam tego, więc nie zabrałam do pracy kosmetyków, ani ubrań na zmianę. Nie wierzę, że spotkam się z nim dopiero trzeci raz, w ubraniu, w którym byłam w pracy i z pozostałościami makijażu po całym dniu. Dlatego dzwonię, żeby sprawdzić, czy nie jest za późno na wizytę, bo będzie blisko dwudziestej, zanim dotrę na miejsce. Muszę go też ostrzec, że ta olśniewająca kobieta, z którą się dotąd spotykał, dziś się nie pojawi.

– Hej, Alex. Jest późno… właśnie skończyłam i nie jestem pewna co do dzisiejszego wieczoru?

– Oczywiście, wszystko aktualne. Jesteś już w drodze?

– Tak, jeśli nie masz nic przeciwko? – Moja dawna niepewność daje o sobie znać. Czy tylko jest uprzejmy?

– Jasne, że nie mam – odpowiada ochrypłym ponaglającym głosem, który mnie cieszy.

– Nie chciałam po prostu sprawiać ci żadnych…

– Przygotowałem twoje ulubione lody pistacjowe.

Jestem tym naprawdę wzruszona.

– No cóż, jak mogłabym się oprzeć? Złapałeś mnie na lody – mówię, a on się śmieje. – Ale ostrzegam cię, wyglądam jak zmokła kura i potrzebuję się wykąpać.

– Próbujesz sprawić, że będę jeszcze bardziej podekscytowany – żartuje.

– Mmm, jeśli jesteś pewien, że masz ochotę na trzecią randkę z kobietą, która nie brała prysznica i może zasnąć przy stole w ciuchach po całym dniu…?

– Brzmi idealnie, właśnie takie trzecie randki lubię najbardziej.

– Dobrze, ale nie mów, że cię nie ostrzegałam. Będę za dziesięć minut – mówię, chichocząc, kiedy kończę rozmowę i wchodzę do sklepu.

Po zapoznaniu się z ograniczonym asortymentem znajduję przyzwoitego merlota za dwadzieścia funtów. Skoro Alex przygotowuje kolację, ja mogę przynajmniej przynieść wino. Czekając w kolejce do kasy, zauważam pudełko smarties w kształcie świętego mikołaja i decyduję się wziąć je dla Harry’ego, żeby podziękować mu za te wszystkie przynoszone croissanty i ciasta.

Płacę za wszystko i wychodzę, niosąc zakupy w cienkiej reklamówce. Wpisałam adres do aplikacji w telefonie.

– To niezły labirynt – powiedział wcześniej Alex. Dwadzieścia minut później nadal kluczę po tym „labiryncie” pewna, że niektóre z tych domów widziałam więcej niż raz. To niedaleko od głównej ulicy, ale nieczęsto zapuszczam się w tę część miasta. To zapomniana okolica, w której stoi sporo pustych budynków i zarastają ją chwasty, a połowa okien jest zabita deskami. Czuję się niepewnie, zwłaszcza po otrzymaniu tego okropnego liściku i kiedy idę, ciągle odwracam się za siebie.

Nie ma nikogo w zasięgu wzroku, a mam świadomość, że robi się coraz później. Po prostu krążę w kółko, nie mam pojęcia, gdzie jestem i naprawdę zaczynam odczuwać przerażenie. Kusi mnie, żeby zadzwonić do niego, ale czuję się jak kompletna idiotka, która – idąc według mapy – zgubiła się w środku miasta, w którym mieszka przez większość życia. Jednak po kolejnych dziesięciu minutach zaczynam panikować i postanawiam, że jednak zadzwonię, kiedy akurat w tym samym momencie on dzwoni do mnie.

– Wszystko w porządku, Hannah? Gdzie jesteś? Mówiłaś, że niedługo będziesz.

– Ja… ja… nie jestem pewna. Mieszkasz przy Black Horse Road, prawda? Mapa wyprowadziła mnie gdzieś indziej… Jestem w pobliżu kanału, tak myślę. Wpisałam adres, ale… – Zamarzam, mam nadzieję, że nie słyszy, jak szczękam zębami.

– Aaa, tak, nawigacja satelitarna czasem go nie odczytuje. Słuchaj, zaraz po ciebie wyjadę, ale nie mam pojęcia, gdzie jesteś, będę musiał namierzyć telefon.

– Dobrze, ale nie jestem pewna, jak to działa.

– To proste. Wyślę prośbę na twój smartfon, ty ją zaakceptujesz, wtedy będę widział, gdzie jesteś i przyjadę po ciebie – wyjaśnia.

– Świetnie – odpowiadam z ulgą.

I rzeczywiście, już po chwili przychodzi wiadomość od Alexa z prośbą o udostępnienie lokalizacji. Klikam i słyszę, jak mówi:

– Tak, widzę, gdzie jesteś, zostań tam. Zaraz będę. – I rozłącza się.

Jest dwudziesta piętnaście w wietrzną środową noc. Leje deszcz, ulice są puste, a ja cała drżę, więc zamiast po prostu stać tam i czekać, ruszam powoli chodnikiem, żeby rozejrzeć się za jakimś schronieniem, zanim Alex mnie znajdzie. Zauważam przystanek autobusowy i ruszam w jego stronę. Taki już mój urok. Na naszej poprzedniej randce miałam zrobioną fryzurę, nową sukienkę, makijaż, perfumy, wszystko – i mimo że padało, udało mi się uniknąć najgorszego. Jednak teraz tak mocno leje, że nawet kiedy docieram już do przystanku, woda odbija się o daszek i opryskuje mi głowę i nogi.

Po kilku minutach podjeżdża samochód, otwiera się okno kierowcy, a ja zaglądam do środka, czując się odrobinę jak prostytutka.

– Dzięki Bogu, że to ty! – mówię ze śmiechem, kiedy Alex wychyla się i otwiera drzwi po stronie pasażera. Niemal wpadam do środka, ochlapując jasną tapicerkę jego audi. – Bardzo przepraszam, że cię wyciągnęłam – dodaję, zapinając pas.

– Cała przyjemność po mojej stronie, to żaden problem – odpowiada. Dłonie trzyma na kierownicy, a kiedy siadam i patrzę na niego, uśmiecha się.

– Wiem, wiem, wyglądam okropnie, ale obiecuję, jestem tą samą kobietą, z którą spotykałeś się wcześniej, tylko bardzo mokrą.

– I jeszcze piękniejszą – szepcze i pochyla się do mnie, delikatnie przyciskając wargi do moich.

Zaczyna od muskania, ale pogłębia pocałunek, aż nagle słyszymy klakson za nami, a ja próbuję się odsunąć. Jednak on nie przestaje, oplata mnie ramionami, jego język jeszcze niecierpliwiej wpycha się do moich ust. Chciałabym się zrelaksować i cieszyć tą chwilą, ale samochód za nami znowu trąbi, tym razem mocniej i dłużej, a Alex nagle przestaje mnie całować.

– Co do k…? – Patrzy we wsteczne lusterko i uchyla drzwi.

– Co ty robisz? – pytam, odwracając się. Nic dziwnego, że tak głośno trąbi. To autobus. – Jesteśmy na przystanku, musimy odjechać – wołam z niepokojem. Już otworzył drzwi i prawie wysiadł. W środku zapaliło się światło i mogę zobaczyć, jak wygląda czysta furia na jego twarzy. Kładę dłoń na jego ramieniu, żeby go powstrzymać i w tej chwili wydaje się, że przemyślał sprawę.

Siada z powrotem i bez słowa przekręca kluczyk w stacyjce, wciska gaz i ruszamy. Za szybko. W deszczu. Jestem zdezorientowana, jeszcze zamroczona tą sytuacją i jego zaskakującą reakcją na to, co właśnie zaszło. Próbuję zrozumieć, ale jestem kompletnie skołowana.

– Co… co ty chciałeś zrobić? Zamierzałeś powiedzieć coś temu człowiekowi? – pytam z niedowierzaniem.

– Nie, nie. Chciałem tylko sprawdzić, kto to.

– Staliśmy na przystanku. To był autobus.

– Tak, tak. Nie zdawałem sobie sprawy, dopóki nie wyszedłem… Myślałem, że to ktoś, kogo znam.

Jestem zaskoczona. Kiedy pojazd zatrąbił po razu drugi, natychmiastowa reakcja Alexa wydawała się podszyta gniewem, a to nie sugerowało, żeby znał tamtego kierowcę. Do tego jest ciemno i pada – z pewnością nie zamierzał się z kimś witać.

– Wydawało się, że jesteś zły – sugeruję cicho.

– Boże, nie, ani trochę. Myślałem tylko, że to facet, którego kiedyś… znałem. – Głos mu cichnie. – Więc jak ci minął dzień? – pyta, zmieniając temat. Zastanawiam się, czy tylko wyobraziłam sobie jego gniew, a może działał pod wpływem chwili i teraz czuje się zażenowany.

– Było okropnie – odpowiadam niemrawo, nadal rozmyślając o tym, co się wydarzyło. Czuję, że przesadził z reakcją; ale w sumie wszystkich nas to kiedyś spotkało, złośliwe trąbienie, środkowy palec w odpowiedzi.

 

– Cóż, mam nadzieję, że niedługo będzie lepiej. Wszystko w porządku? – Upewnia się, prawdopodobnie widząc niepewność w moich oczach.

– Tak – odpowiadam, kiedy przymierza się do zjazdu i kładzie dłoń na moim kolanie.

Całkiem możliwe, że zna tamtą osobę, a może po prostu klakson wytrącił go z równowagi. Może być trochę nerwowy, przecież spotykamy się od niedawna, a ja mam przeczucie, że jest typem obrońcy i pomyślał, że zachowanie tamtego kierowcy mnie wystraszyło. Nie mogę wszystkiego tak analizować, to miły facet, trzecia randka, tylko się cieszyć – rozluźnić się w ciepłym, drogim, pachnącym nowością samochodzie – jestem pewna, że mi się uda.

– Nie wiem, jak tam trafiłam. – Uśmiecham się. – Nie mogłam znaleźć twojej ulicy, ta aplikacja w moim telefonie jest bezużyteczna.

– To ten adres. Sprawia naprawdę dużo problemów. – Przejeżdżamy zaledwie kilkaset metrów od miejsca, z którego mnie odebrał i skręcamy w Black Horse Road.

– Och, ale jestem głupia, byłam zaledwie kilka minut stąd. Wyciągnęłam cię na to zimno i deszcz, przepraszam.

– Nic się nie stało, nie przepraszaj – mówi, podjeżdżając do ślicznego szeregowca. W tej opuszczonej okolicy takie miejsce jest anomalią. Widzę wawrzyny w doniczkach po obu stronach wejścia, lampę na werandzie oświetlającą stopnie i maleńki schludny ogródek.

– To tutaj? – pytam z nadzieją. Jest ślicznie. To takie miejsce, w którym żyją inni. Jednak z Alexem to mogłabym być ja. To mógłby być mój dom. Natychmiast biorę się w garść, nie mogę dać się ponieść emocjom.

– Tak, tu mieszkam – odpowiada, zaciągając hamulec ręczny.

– Wygląda uroczo, ale nie mam pojęcia, gdzie jestem – dodaję niepewnie.

– Nie martw się, odwiozę cię – proponuje, a ja czuję ulgę.

– Dzięki – mamroczę i zabieram swoją reklamówkę z winem, wysiadam szybko z auta i przechodzę przez furtkę.

Mój towarzysz otwiera drzwi i zaprasza mnie do środka.

– Witaj w Casa de Alex – mówi, trzymając rękę na moim ramieniu, kiedy włącza światło w korytarzu.

Otacza mnie cudowne ciepło, zapach jedzenia i domu. Gospodarz pomaga mi zdjąć tę niezbyt elegancką, przemoczoną kurtkę i ostrożnie ją wiesza, jakby była najcenniejszą rzeczą, jakiej kiedykolwiek dotykał. Sięga po moją teczkę z dokumentami.

– Poradzę sobie – mówię, automatycznie przyciągając ją do siebie. Wygląda na nieco urażonego i przepraszam go za to, wyjaśniając, że jest tam mój laptop.

– Ooo, są tam wszystkie twoje sekrety?

– Nie, przepraszam. Zachowuję się, jakbym chowała tam największy skarb świata. Instynktownie chcę trzymać go przy sobie. Mam tam wszystko, całą dokumentację z pracy.

– Nie szkodzi. Chcę, żebyś czuła się komfortowo. – Uśmiecha się. – Jest tutaj półka, na którą możesz go odłożyć, jeśli chcesz.

– Dzięki. Zostawię go w tym miejscu – mówię. Ale ze mnie idiotka, że robię zamieszanie z powodu cholernego biurowego laptopa.

Wskazuje, żebym przeszła do kuchni, więc ruszam przed nim, ale nagle zdaję sobie sprawę, że on nie podąża za mną.

– Hej, idziesz? – pytam.

– Sekundę – odpowiada. – Ty przodem.

Idę dalej, jak zasugerował, ale dyskretnie odwracam się i widzę, że szuka czegoś po kieszeniach, aż wyjmuje klucz. Nieświadomy, że patrzę, przykłada teraz twarz do wąskiej szybki w drzwiach. Robi to przez chwilę, po prostu przez nią patrząc. Stoi zupełnie nieruchomo i ja również, zaledwie kilka kroków od niego, na końcu korytarza. Co on, do cholery, wyprawia? Czuję się nieco przerażona i zastanawiam się, czy głupio zrobiłam, że tu przyszłam. To był wystarczająco dziwny dzień z tymi kwiatami, a teraz jeszcze to. Co on w ogóle robi?

Po kilku sekundach odsuwa się i już myślę, że się odwróci, więc czmycham do kuchni, żeby mnie nie zobaczył. Potem słyszę, jak przekręca klucz w zamku i kolejne kliknięcie, kiedy robi to po raz drugi.

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Cholera, zamknął drzwi na klucz! Upewnia się, że nikt tu nie wejdzie – czy, że ja nie wyjdę? Tak czy inaczej, to niepokojące.

Stoję w kuchni, ale nieco się wychylam, żeby dostrzec, co robi. Znowu patrzy przez szybę! Czeka na kogoś? Sprawdza, czy droga jest wolna? W końcu odsuwa się od wejścia i rusza korytarzem, żeby do mnie dołączyć, a ja udaję, że podziwiam szare połyskliwe meble.

– Śliczne wnętrze – mamroczę, opierając się o wyspę. Z sufitu nad moją głową zwisają równo ułożone rondle i patelnie. Jest ładnie i wygląda, jakby było niedawno remontowane, ale ciężko mi odgonić wizję jego zachowania w przedpokoju. Co on, do cholery, robił?

Rozglądam się wokół, a on sprawdza zawartość piekarnika. Wszystko jest bardzo gustowne i minimalistyczne – żadnych rupieci, żadnych zbędnych ozdób, żadnego bałaganu. Wyglądałoby to dość uspokajająco, gdybym nie była tak wytrącona z równowagi jego dziwnym postępowaniem. Moja kuchnia wygląda bardziej jak miejsce po wybuchu bomby, a na lodówce jest tyle magnesów, że za każdym razem, kiedy ją otwieram, kilka spada na podłogę. Może to seksistowskie z mojej strony, ale zaskakuje mnie, jak tu jest schludnie i czysto, i że ma wiele sprzętów kuchennych jak na samotnego faceta.

Nie powinnam przesadnie analizować zamknięcia domu na klucz i wyglądania przez szybę – na pewno jest po prostu ostrożny. Żeby odgonić od siebie te myśli, skupiam się na cudnej, ręcznie robionej zastawie; są tu też bardzo modne piękne kuchenne meble; że nie wspomnę o tych idealnie pasujących wawrzynach po obu stronach wspaniale pomalowanych na szaro drzwi wejściowych. Nigdy nie poznałam heteroseksualnego mężczyzny z tak dobrym gustem. Może to doświadczenia z moich poprzednich związków, a nie seksualność Alexa, ale muszę zapytać, na wszelki wypadek, gdyby okazało się, że wszystko bardzo źle zrozumiałam.

– Jesteś gejem?

Śmieje się.

– Nic mi o tym nie wiadomo.

– Tak też myślałam. – Uśmiecham się. – Ale tu jest tak… stylowo, wszystko takie dopasowane, takie czyste. – Stoję plecami do niego i rozglądam się wkoło, po czym odwracam się, by uzyskać odpowiedź, ale on tylko patrzy na mnie bez słowa.

Robi krok w moją stronę. Jest teraz tak blisko, że czuję jego oddech na twarzy, kiedy delikatnie chwyta mnie za nadgarstek. Stoimy teraz naprzeciwko siebie, widzę uśmiech w jego oczach i rozpływam się. Ma najpiękniejszą twarz, a kiedy znajduje się obok mnie w dżinsowej koszuli, widzę, że jest wysportowany. Jeśli to w ogóle możliwe, jestem nim jeszcze bardziej zauroczona, niż sądziłam – serce mi łomocze. Jestem tutaj z przystojnym mężczyzną, w jego pięknym domu i próbuję nie upaść na te, jak przypuszczam, bardzo drogie wypalane kafelki. Desperacko staram się wymyślić coś, co mogłabym powiedzieć. Jednak mam kompletną pustkę w głowie, a on wciąż patrzy mi w oczy, jego usta są niebezpiecznie blisko moich. Chcę, żeby mnie pocałował, ale obawiam się, że mogę zemdleć.

– Czy to bezpieczna okolica? – Słyszę własne słowa. Wiem, że dziwnie to brzmi w takiej sytuacji, ale nie mogę zapomnieć tego, jak dziwnie się zachowywał. Zanim będziemy się całować, muszę wiedzieć, co robił i czy powinnam się martwić.

Odsuwa głowę, zaskoczony zupełnym zwrotem w konwersacji.

– Ja… pytam tylko, bo… Jest tutaj sporo pustych domów. Macie tu dużą, eee, przestępczość?

– Nie, nie bardzo. – Wydaje się nieco rozbawiony moim pytaniem i patrzy, jakby czekał na wyjaśnienie.

– Och, to… zastanawiałam się tylko, dlaczego zamknąłeś drzwi na dwa razy. Nie czujesz się tu bezpiecznie?

Waha się przez sekundę.

– Tak… rzeczywiście, przekręciłem klucz dwa razy, prawda? To pewnie z przyzwyczajenia.

Przytakuję z roztargnieniem, niepewna, czy rzeczywiście rozwiał moje wątpliwości.

– To znaczy, nigdy nic nie wiadomo, a dodatkowa ostrożność nie zaszkodzi – dodaje, wyglądając na nieco zażenowanego.

– Tak, masz rację.

To ma sens – tak jakby. Ale jestem idiotką – postawiłam sama siebie w sytuacji, którą kategorycznie odradzałabym moim podopiecznym. Jestem sama w domu z mężczyzną, którego w ogóle nie znam. A może jednak wpadam w paranoję? Zrobił dla mnie lody pistacjowe. Seryjni mordercy nie robią lodów pistacjowych dla swoich ofiar. Prawda? I tak, to dopiero trzecia randka, ale czuję, jakbym znała Alexa o wiele dłużej. Często polegam na intuicji. Na pewno wychwyciłabym jakieś przejawy szaleństwa. On jest całkowicie normalny. I naprawdę uroczy. I teraz nalewa dla nas wina w swojej ślicznej, błyszczącej kuchni. Muszę wziąć się w garść.

– Mam tylko nadzieję, że nie próbujesz mnie tu zamknąć – stwierdzam z rozbawieniem, chcąc uzyskać satysfakcjonującą odpowiedź.

– Boże, nie, nie próbuję cię zamknąć. Klucz jest tutaj – mówi, klepiąc kieszeń. Ale nie wyjmuje go i nie odkłada na bok, co pozwoliłoby mi poczuć się lepiej. – Mam nadzieję, że cię nie przeraziłem, tylko… lubię dbać o bezpieczeństwo.

– Nic się nie stało – kłamię. – Żartowałam. Prawnicy zwykle nie są seryjnymi mordercami, prawda?

– Nie, aż do teraz. – Uśmiecha się powoli i przez ułamek sekundy zamieram, aż Alex zaczyna się śmiać.

– Dobra, teraz mnie przerażasz – sapię i klepię go w ramach lekkiej reprymendy.

– Przepraszam za te wygłupy, masz rację, że się martwisz, Hannah. Nie znasz mnie, a jesteśmy w domu sami. Przecież mógłbym być… kimkolwiek – mówi to trochę zbyt dziwnym głosem, który sprawia, że uśmiecham się i wywracam oczami.

– Tak? Cóż, nie wyjdzie ci to na dobre, jeśli zrobisz coś podejrzanego. – Śmieję się. – I wszyscy moi przyjaciele wiedzą, gdzie jestem – dodaję, tak na wszelki wypadek.

– A moi przyjaciele wiedzą, gdzie ja jestem i z kim. – Ironizuje. – A niektórzy z nich są policjantami, więc jeśli masz jakieś mordercze zamiary, Hannah Weston, przemyśl to dokładnie.

Przesuwa kieliszek w moją stronę, a ja chichoczę trochę zbyt histerycznie, kiedy zdaję sobie sprawę, że moi znajomi nie znają jego adresu ani nawet nazwiska. Gdybym nie pojawiła się jutro w biurze, nikt nie zacząłby mnie szukać od razu, mogliby pomyśleć, że mam wizytę u podopiecznego. Mogliby nie zauważyć mojego zaginięcia aż do późnego poranka. Jas zawsze jest taka zajęta, Harry nie zwróciłby uwagi, a Sameera jest zbyt zaabsorbowana ślubem, żeby zastanawiać się, czy jej koleżanka z pracy nie stała się właśnie bohaterką prawdziwej historii kryminalnej. Więc jeśli mój facet okaże się następnym Tedem Bundym, najpewniej już po mnie. Biorę duży łyk wina, które nieznacznie mnie odpręża.

Alex zagląda do piekarnika, więc biorę kolejny łyk i szybko wysyłam do przyjaciółki nazwisko i adres chłopaka, wyjaśniając, że to tylko na wszelki wypadek, żeby nie myślała, że to wołanie o pomoc, a potem od razu odkładam telefon. Nie chcę wyjść na nieuprzejmą, pisząc z kimś, podczas gdy on przygotowuje romantyczną kolację. Nie ma się czym martwić, dopiero co się uspokoiłam. Jestem trochę roztrzęsiona przez te róże, bilecik i fakt, że Tom nadal jest w pobliżu. Ale może to jednak coś więcej. Może chodzi o pracę. Po tym, jak każdego dnia stykam się z najgorszymi możliwymi ludzkimi postępkami, to musi zostawiać ślad. Tak, Jas zawsze mnie ostrzega, że to, co robimy może wedrzeć się do naszego życia i grozi tym, że obróci każdą sytuację w kryzys, którym w rzeczywistości nie jest.

Alex otwiera lodówkę, żeby wyjąć warzywa na sałatkę, a ja zauważam, że niewiele jest w środku – co bardziej pasuje do mojego męskiego stereotypu niż wawrzyny i niebieskie naczynia. Koncentruję się na tym, co robi – kroi paprykę, ale już nie jest wesoły. Mam nadzieję, że nie zepsułam nastroju i nie sprawiłam, że między nami zrobiło się dziwnie.

– Przepraszam – stwierdzam.

– Dlaczego? – Odrywa wzrok od deski.

– Za kwestionowanie twoich metod zabezpieczania domu. – Próbuję powiedzieć to żartobliwym tonem, ale on się nie uśmiecha.

– Mówiłem ci już, wszystko w porządku. Dolać ci wina, czy wolisz herbatę? – Stoi przy wyspie kuchennej, w jednej dłoni trzyma butelkę, a drugą wskazuje na stylową blaszaną puszkę.

– Poproszę wino, jeśli nie masz nic przeciwko – odpowiadam, wskazując na swój do połowy pusty kieliszek, a on go napełnia. Patrzę, jak krwistoczerwony płyn wlewa się do naczynia i postanawiam, że muszę przystopować z alkoholem. Jestem pewna, że wszystko jest w porządku, ale nie chcę sprawić, że będę jeszcze bardziej bezbronna, niż jestem. No i zaproponował mi herbatę jako alternatywę, a to dość pocieszające.

 

– Równie łatwo mogę dodać ci rohypnol do herbaty, więc twój wybór – oznajmia, jakby czytał mi w myślach.

– Co?

Patrzy na mnie tymi roześmianymi oczami i już wiem, że się ze mnie nabija.

– Przepraszam, nie jestem do tego przyzwyczajona… Że ktoś dla mnie gotuje, jest uprzejmy i troszczy się. Podświadomie szukam wad. Masz jakieś?

– Wady? Nie, w zasadzie jestem dość idealny – stwierdza, nalewając teraz sobie.

– Na zdrowie… i dziękuję – mówię.

– Za co?

– Za to, że jesteś miły, że zaprosiłeś mnie tutaj, że nie wściekasz się, że pomyliłam drogę, a potem zaczęłam wypytywać cię o zamykanie twoich własnych drzwi wejściowych.

– Trudno tutaj trafić, a pytanie było całkiem rozsądne.

Nagle zauważam moją reklamówkę, którą położyłam na podłodze.

– Och, coś przyniosłam – wspominam i wyjmuję butelkę. Prostuję się, żeby postawić ją na wyspie kuchennej, ale zahaczam o kieliszek i zrzucam go. Szkło i czerwone wino są wszędzie. Jestem przerażona.

Słyszę, jak mówi pod nosem: „Cholera!” i mam ochotę umrzeć.

– Tak mi przykro. – Biorę uroczy niebieski ręcznik kuchenny, który wygląda na zbyt ładny, żeby zetrzeć rozlaną ciecz, ale nie zważam na to i zaczynam zawzięcie wycierać plamę i podnosić odłamki.

– Przestań, przestań… w porządku – mówi łagodnie, podchodząc z szufelką i zmiotką. – Po prostu przesuń się, ja to zrobię. – Dotyka mojego ramienia i delikatnie odsuwa mnie na bok.

Naprawdę nie wiem, co powiedzieć. Chciałabym, żeby obrócił wszystko w żart, ale nie robi tego, a sprzątanie trwa przez jakiś czas w ciszy, podczas gdy ja stoję z boku. Uważnie zmywa podłogę, a potem podnosi każdy fragment szkła, używając kciuka i palca wskazującego, następnie czyści blat i jeszcze raz podłogę. W końcu, kiedy pozbywa się już każdego szkiełka i każdej kropli wina, podnosi wzrok i uśmiecha się.

– No i proszę. – Podchodzi do zlewu, żeby umyć ręce, udając, że nic się nie stało.

– Przepraszam – powtarzam.

Odwraca się.

– Hannah, proszę, nie powtarzaj ciągle, że jest ci przykro, to tylko rzeczy, nic więcej.

Robię zbolałą minę.

– Ale to był piękny kieliszek, musiał sporo kosztować.

Alex wzrusza ramionami, bierze kolejny śliczny ręcznik, wyciera ręce i sięga po przyniesiony przeze mnie alkohol, który spowodował całe to zamieszanie.

– Niezłe – mamrocze.

– Tak. Wiem, że lubisz merlota… cóż, oboje go lubimy.

Trzyma butelkę przez chwilę i czyta etykietę, a ja stoję w pobliżu i zastanawiam się, co mam ze sobą zrobić. Zaczynam się zastanawiać, czy to wszystko jest tego warte. Czy jakikolwiek związek jest wart całej tej niepewności, niezręczności na początku, zastanawiania się, czy on coś zrobi, czy nie, czy ja powinnam, czy lepiej odpuścić? Rozważania, czy jestem dość dobra.

– Nie potrafię kłamać… trochę się denerwuję. – Słyszę własny głos, przerywający ciszę.

– Wiem, ja też. Pierwsze kilka randek to zawsze nerwówka. Ale… ja… to… – Przerywa i wskazuje na mnie i na siebie. – To wydaje się właściwe.

Czuję falę ulgi. Lubi mnie, a ja jego, więc musimy po prostu przetrwać te kilka początkowych niezręcznych spotkań, a jestem pewna, że zacznie się dziać coś dobrego.

Nagle sięga ręką w dół, obok moich nóg i podnosi siatkę, w której miałam wino, ale zauważa, że jest tam coś jeszcze.

– Przepraszam, myślałem, że jest pusta, właśnie miałem to wyrzucić.

Podaje mi siatkę. Biorę ją i kładę na pobliskim krześle.

– To tylko słodycze dla kogoś z pracy.

– Och… czy to na urodziny? – Pochodzi do piekarnika i zagląda przez szybę.

– Nie, to w ramach podziękowania dla mojego przyjaciela, Harry’ego.

– Ach tak, wspominałaś o nim. – Nie odwraca się.

– Tak, jego dziewczyna pracuje w kawiarni niedaleko biura. Słyszałeś o Brilliant Bakes?

– Tak, chyba kojarzę. – Alex podchodzi do mnie i pochyla się, wyciągając przed siebie nasze kieliszki, jakbyśmy byli w barze.

– Cóż, Harry przynosi dla mnie migdałowe croissanty, które się nie sprzedadzą. To moje ulubione. Kupiłam dla niego pudełko smarties, bo nie bierze ode mnie żadnych pieniędzy – dodaję.

– To miło z twojej strony – mówi i czuję jego dłoń na mojej, głaszczącą powoli każdy palec, jeden po drugim. Podoba mi się to.

– On kocha smarties… – Mój głos staje się coraz cichszy, pragnę, żeby Alex mnie pocałował.

Jego twarz jest teraz blisko mojej, czuję gorący oddech na wargach. Już mamy się pocałować, kiedy odsuwa się nieznacznie.

– Bądź ostrożna, Hannah. Gdyby piękna kobieta kupiła mi słodycze, mógłbym pomyśleć, że mam jakieś szanse. – Zostawia mnie i wraca do gotowania, a ja z zaskoczeniem odkrywam, jak bardzo pragnę, żeby był blisko mnie.

– Po pierwsze, nie jestem piękna…

– Jesteś. – Stoi do mnie plecami i otwiera drzwiczki od piekarnika.

– A Harry nie jest taki. Jest jeszcze bardzo niedoświadczony i, szczerze mówiąc, trochę irytujący. Przyjaźnimy się, lubimy się razem wygłupiać, ale jestem o dziesięć lat starsza od niego. A do tego on jest szaleńczo zakochany w Gemmie.

– Ani trochę nie potrafię sobie wyobrazić, żeby była tak śliczna, jak ty. – Alex wzdycha. – I czym jest dziesięć lat?

Śmieję się, schlebiają mi jego słowa.

– Jest bardzo ładna… a dziesięć lat to cała dekada.

Biorę kolejny łyk wina, czując się jak szesnastolatka na pierwszej randce.

– Miło tutaj. O wiele lepiej niż w zatłoczonym lokalu – mówię, czując się teraz swobodniej.

– Wiem. Myślę, że można wiele powiedzieć o człowieku, kiedy zobaczy się miejsce, w którym żyje. Zaprosiłem cię, ponieważ chcę, żebyś poznała prawdziwego mnie. Tak jak ja ciebie.

– Nie jestem pewna, czy byłbyś już gotowy na moje mieszkanie… Nie ma porównania do twojego – przyznaję. – Mam nadzieję, że nie mówi ono o mnie zbyt wiele. Byłabym przerażona, gdyby tak się stało.

Śmieje się.

– Myślę, że już cię znam, nawet nie widząc twojego domu. Ale naprawdę chciałbym go zobaczyć. Chcę wiedzieć, co jadasz, gdzie odpoczywasz, gdzie śpisz. Chcę wiedzieć o tobie wszystko. Rozumiem jednak, że możesz czuć się bezbronna, wpuszczając kogoś do siebie.

– Dokładnie – oznajmiam. Nasze spojrzenia się spotykają i wiem, że czujemy to samo, że czegoś szukamy, kogoś, kogo nigdy nie mogliśmy znaleźć. Oboje mamy nadzieję, że to jest to.

– Najbardziej boję się, że może onieśmielić cię moja bezcenna kolekcja sztuki – mówi, wskazując na oprawiony obraz na ścianie.

– Bezcenna? – sapię.

– Oryginały.

– Och, wow.

– Kiedy mówię oryginały, mam na myśli, że prosto z Ikei – dodaje z błyskiem w oku.

Śmieję się i czuję trochę niemądrze. Muszę zacząć rozpoznać, kiedy żartuje, a kiedy mówi poważnie. Ale jego humor nieco mnie rozluźnia, dom jest ciepły i gościnny, a ja w końcu zaczynam się odprężać.

– Kolacja za dziesięć minut – informuje i sugeruje, że powinniśmy przejść do salonu. Jest wypełniony regałami na książki oraz mnóstwem zdjęć w różnych ramkach, wiszących na ścianach, wszystkie skupione razem; kiedyś chciałam stworzyć coś podobnego, ale ostatecznie wyszło fatalnie. Alex zdecydowanie ma oko do szczegółów.

– To zdjęcia rodzinne? – pytam, zastanawiając się, czy którakolwiek z jego byłych dziewczyn trafiła na tę ścianę.

– Tak – odpowiada.

– Na żadnym nie widzę ciebie – mówię.

– Nie znoszę zdjęć – stwierdza mimochodem, pokazując, żebym odpuściła sobie oglądanie i usiadła na welwetowej kanapie w morskim kolorze.

Robię to, myśląc o moich zużytych meblach, niemodnym mieszkaniu i aż się wzdrygam, że miałabym go tam zaprosić. Jak sam stwierdził, można powiedzieć wiele, kiedy zobaczy się miejsce, w którym człowiek żyje.

Sączę wino i czuję, że uspokajam się coraz bardziej, kiedy on dołącza do mnie. Jego udo dotyka mojego, nasze ramiona się stykają. Odchyla głowę, kiedy opowiada o czymś, co wydarzyło się dzisiaj w sądzie, a ja wyczuwam jego bliskość. Śmieję się z czegoś, co mówi, nawet nie wiem, czy to miało być zabawne, ale jest zadowolony, a ja czuję się wspaniale. Potem delikatnie wyjmuje mi z ręki kieliszek, odstawia go na stolik kawowy i nachyla się ku mnie.

Mam wrażenie, że moje serce przestanie bić, kiedy zaczyna mnie czule całować. Odczuwam mrowienie w każdym zakończeniu nerwowym, jego pocałunek wpływa na każdą część mojego ciała, a każda odrobinka strachu, każdy niuans znika, wyparowuje i tańczy w ciepłym, przepełnionym zapachem czosnku powietrzu. Zapomniałam o Tomie i różach, o tym, jak Alex wyglądał przez okienko w korytarzu i o ostrzeżeniu Jas, że zakocham się zbyt szybko. A nawet gdybym pamiętała, już jest za późno – przepadłam i nie ma odwrotu.