Nasze małe kłamstwaTekst

Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dedykuję tę książkę Eve Watson, mojej „wspólniczce zbrodni”



PROLOG

Oglądamy wiadomości, przerażone i jednocześnie zafascynowane. Zupełnie jakby ciało, które sanitariusze wnoszą do karetki, należało do kogoś nam nieznanego. Ale to… to jest dobrze znana nam osoba.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Sposób, w jaki wymawia jej imię, od razu mnie niepokoi. Smaruję właśnie masłem tosty dla dzieci, kiedy mówi:

– Caroline…

Nie słyszę całej reszty, tylko to, jak jego usta pieszczą jej imię. Caroline. Trudno to wytłumaczyć, ale coś mi mówi, że jest kimś więcej niż koleżanką z pracy. Może sposób, w jaki jego język leniwie prześlizguje się po „r”, kończąc z pełnym zadowolenia westchnieniem na głoskach „ine”.

Przesuwam powoli nożem po powierzchni masła. Podnoszę wzrok i widzę ją w jego oczach. Tak, wiem – nie mam pojęcia, kim jest ta kobieta, i wyciąganie pochopnych wniosków jest z mojej strony głupotą. Potrzebuję konkretniejszych dowodów niż ton jego cholernego głosu. Ale mimo wszystko mam pewność. Po prostu wiem. Domyślałam się już od jakiegoś czasu; jest tutaj z nami – ze mną – nie od dzisiaj i doświadczenie podpowiada mi, że choć jeszcze nie zostały zdiagnozowane, tych symptomów nie można ignorować. Nie mogę zostawić ich, aby gniły i rozrastały się niczym nowotwór w moim małżeństwie. Chwytam czysty nóż, otwieram słoik z marmoladą i dźgam kleistą bursztynową maź. Caroline.

– Jest nowa? – pytam.

– Słucham? – Udaje niezrozumienie. – Och, Caroline Harker? – I znów to słyszę: prześlizgiwanie się po „r” i westchnienie na końcówce „ine”. – Emm… nie… zaczęła na chirurgii przede mną.

– Skąd pochodzi? – Rozbijam jajko o brzeg miski, starając się nie wyobrażać sobie, że to jej głowa.

– Z Edynburga. Bardzo utalentowana, ma tylko trzydzieści dwa lata…

Nagle robi mi się niedobrze i natychmiast odsuwam się od mętnych, mdląco żółtych jajek. Otulam się ściślej szlafrokiem, chroniąc się przed chłodem, i szybko zamykam słoik z marmoladą, jakby coś mogło się z niego wydostać. Tylko że może już być za późno. Roztrzęsiona i zagubiona, spryskuję blat kuchenny środkiem dezynfekującym, pokrywając wszelkie zalegające tam zapachy intensywną świeżością cytryny.

Poruszam się żwawo po kuchni, wycierając wszystkie powierzchnie. Nie poprzestaję na jednej – nie umiem. Muszę wyczyścić je wszystkie.

– Myślałam o „Oddechu słonia”…

Spogląda na mnie znad ekranu telefonu z lekką irytacją na twarzy.

– To odcień farby na ściany dużego pokoju… lekko szarawy – wyjaśniam.

Kiwa głową zamyślony. Wspominam o kolorze ścian, żeby usunąć Caroline z kuchni – mojej kuchni, w której moje dzieci za chwilę zjedzą śniadanie. Szoruję blaty kuchenne, żałując, że nie można jej wytrzeć równie łatwo. Wrzucam szmatkę do zlewu z niepotrzebną siłą i wracam do pracy. Śniadanie.

Kroję chleb żytni domowej roboty, który upiekłam o szóstej rano, roztrzepuję energicznie jajka i nalewam do trzech szklanek świeżo wyciśnięty sok pomarańczowy. Już trochę mi lepiej.

Bliźniaki wydzierają się i hałasują na górze. Spoglądam na Simona, który wywraca oczami.

– Czy oni potrafią zrobić cokolwiek cicho i nie próbować przy tym pozabijać się nawzajem?

– To by było nudne. – Śmieję się, wydobywając się z mojej otchłani. Sophie wchodzi do kuchni, z nieobecnym spojrzeniem siedemnastolatki.

Spoglądam na nią i wypełnia mnie matczyna miłość. Pokochałam ją, kiedy pokochałam Simona. Stracił żonę, a Sophie matkę – miała wtedy tylko siedem lat i była taka zagubiona i oszołomiona. Nigdy nie zapomnę naszego pierwszego spotkania, kiedy spojrzała na mnie i spytała: „Będziesz teraz moją mamusią?”. W tej jednej chwili rozpłynęłam się i wiedziałam już, że będę w stanie pokochać to dziecko jak swoje własne. Potrzebowała mnie, a ja chcę wierzyć, że od kiedy pojawiłam się w jej życiu, sprawiłam, że znów stało się dla niej znośne. Nigdy nie byłabym w stanie zastąpić jej matki, ale jesteśmy sobie bliskie – chociaż od czasu, gdy pojawili się chłopcy, trudno mi poświęcać jej tyle czasu i uwagi, ile potrzebuje. Czuję się z tego powodu winna. Sophie uwielbia swoich przyrodnich braci, ale chłopcy całkowicie wypełniają nasze życie swoją żywiołowością i krzykliwymi żądaniami. Boję się, że Sophie czasem może się czuć zepchnięta na drugi plan. Próbuję znaleźć pół godzinki tu i tam, żeby spędzić z nią trochę czasu; małe zakupy, wspólny lunch. Żartujemy wtedy i śmiejemy się jak kiedyś, chociaż teraz zdarza się to rzadko. Zwłaszcza że ostatnio Sophie zrobiła się dość zamknięta w sobie. Pewnie to przez tę nagłą przeprowadzkę tutaj. A może nie ma to nic wspólnego z życiem domowym i Sophie się po prostu zakochała? Nie rób tego, Sophie. Nie daj się usidlić, bo nigdy nie odzyskasz wolności.

– Możesz zawołać chłopców, kochanie? – Uśmiecham się do niej, przy okazji spoglądając na nią uważnie i starając się ocenić poziom jej burzy hormonalnej i szczęścia.

– Alfieeeeee! Charlieeee! – krzyczy Sophie głośno, stojąc tuż obok mnie.

Zasłaniam żartobliwie uszy.

– Eee tam, tak to ja sama mogłam zrobić – mówię. – Myślałam raczej o tym, żebyś stanęła przy schodach i wtedy ich zawołała. – Rozkładam porcje trzęsącej się złotawej jajecznicy na talerzach, które ustawiam równo na stole. Uśmiecham się pobłażliwie do Sophie zza parującego jedzenia.

– Sophie, czy musisz tak wrzeszczeć, do diabła? Masz siedemnaście lat, a nie siedem. Dorośnij wreszcie! – Nagła surowość w głosie Simona wdziera się w ciepłe, pachnące tostami z masłem powietrze.

Na pewno nie chciał być taki szorstki. Jego córka po prostu go nastraszyła. Próbował się skoncentrować i trochę na nią naskoczył. Jest to coś, co zdarza mu się bardzo rzadko wobec dzieci, dlatego obie jesteśmy dość zdumione. Zerkam na Sophie, która nagle zaczyna się kurczyć w moich oczach. Przenoszę wzrok na Simona, sprawdzając, czy zdaje sobie sprawę, w jaki sposób jego słowa wpłynęły na Sophie, ale on nadal pochłonięty jest telefonem. Ciągle tylko myśli o pracy. Tak więc to mi przypada zadanie opatrzenia zranionych uczuć jego córki.

– Jajecznica, Wasza Wysokość. – Kłaniam się uniżenie, przesadnie wywijając ramieniem, gdy stawiam talerz przed Sophie. Za późno. Nasza córka opada spochmurniała na krzesło – jej delikatne skrzydła zmięte, zniszczone. Gdyby tylko Simon zdawał sobie sprawę, jak bardzo Sophie go kocha i jak rozpaczliwie pragnie jego aprobaty… Zawsze była córeczką tatusia i wiem, że Simon ją uwielbia. Zrobiłby dla niej wszystko. Tym niemniej kompleksy nastolatki czasem przejmują nad nią władzę, a jego brak wrażliwości potrafi zaboleć. Przykro mi z tego powodu, ale w tej chwili nie mam czasu na próby rozpogodzenia jej. Jest już kwadrans po ósmej i po schodach, z głośnym tupotem, zbiegają właśnie bliźniaki. Lądują w kuchni, kłócąc się o to, który z nich beknął najgłośniej. Dyskusję przeplatają oczywiście żywiołowe i ohydne demonstracje.

– Chłopcy, proszę, to niezbyt miłe – mówię ze znużeniem, ale oni nadal wydają z siebie odrażające dźwięki; na razie wydobywają się tylko z ust, chociaż istnieje poważne zagrożenie, iż rozszerzy się to również na ich zadki.

Spoglądam na Simona, który uśmiecha się do bliźniaków z pobłażaniem, a potem obdarza mnie pełnym dezaprobaty spojrzeniem, zupełnie jakbym to ja zainicjowała te cholerne zawody bekania. Czekam, żeby upomniał chłopców albo przyłączył się do ich zawodów na najgłośniejsze beknięcie, ale on tylko bierze kawę, wynosi ją do oranżerii i rozsiada się tam ze swoim telefonem.

Moje identyczne sześciolatki mają gęste ciemne włosy, tak jak ich tata, i są naprawdę nieokiełznane. Charlie, starszy o cztery minuty, jest przywódcą. Zazwyczaj to on zaczyna kłótnie i bójki i ma obsesję na punkcie wszelkich okropieństw. Jeśli Alfie sam nie odważy się czegoś zrobić, Charlie zawsze go do tego zmusi. W tej chwili próbują rozbić sobie talerze ze śniadaniem na głowach, co najwyraźniej jest nową, innowacyjną techniką testowania, który z nich ma najmocniejsze kości czaszki.

– To EKSPERYMENT MEDYCZNY! – krzyczy mi Charlie prosto w twarz, kiedy protestuję.

Przemawiam cichym głosem, z nadzieją, że on również przestanie wrzeszczeć, i łagodnie tłumaczę, że nie jest to ani czas, ani miejsce na eksperymenty medyczne oraz że muszą zjeść jajecznicę, inaczej spóźnią się do szkoły. Naturalnie wspomnienie o szkole wywołuje cichy sprzeciw i Charlie po raz ostatni wali swojego brata w głowę, w imię neurologii.

– WYSTARCZY tego! – krzyczę, gdy Alfie łapie się za głowę i zaczyna wyć.

– Charlieeeeee mnie zabił!

– Nie, nie zabił cię, ale jeśli dalej będziecie się w ten sposób zachowywać, to ktoś tu kogoś naprawdę zabije. Ja! Was!

Usiłuję pocieszyć Alfiego, jednocześnie karcąc Charliego. Sophie pogłaśnia radio, żeby zagłuszyć hałas, co oczywiście nie pomaga w zażegnaniu kryzysu. Zastanawiam się, w jaki sposób Simon potrafi tak świetnie skoncentrować się na swoim telefonie, z tą kakofonią dobiegającą do niego przez otwarte drzwi oranżerii. Ale mój mąż ma tę niezwykłą zdolność odcinania się od wszystkiego i wszystkich. Podobno to typowe dla mężczyzn, jeśli to, co słyszę przy szkolnej bramie jest prawdą. Swoją drogą, w przypadku Simona to plus, zważywszy na to, jak ważna jest jego praca. Często dyżuruje pod telefonem i zawsze sprawdza esemesy i e-maile – 24 godziny na dobę, w razie gdyby pojawił się jakiś nagły wypadek. Mówi, że chirurgia to nie praca, tylko stan umysłu; i musi tak być, ponieważ na Simonie polega tak wielu ludzi. Ktoś z jego pozycją nie może tak po prostu się wyłączyć, a przez to mój mąż nie zawsze ma czas i energię na nieistotne wydarzenia rodzinnego życia. Na tym właśnie polega moja rola. Jestem potrzebna w życiu naszej rodziny; pełnym rysunków na lodówce, podrapanych kolan, dziecięcych utarczek, pospiesznych całusów nad ranem oraz śmiechu, łez i chaosu. I nie chciałabym, żeby moje życie było nawet odrobinę inne, chociaż moja przyjaciółka, Jen, sądzi, że jestem szalona.

 

Jest żoną bogatego człowieka i ma Juanitę – nianię, która prowadzi samochód jak pijaczka, wrzeszczy na dzieciaki i sprowadza sobie na noc przeróżnych absztyfikantów. Ale Jen ją uwielbia. Twierdzi, że niania pomogła jej odzyskać dawne życie, i pozwala Juanicie robić, co chce, ponieważ podobno jest warta swojej wagi w złocie. Jen byłaby bez niej bezradna, ale ja lubię zajmować się dziećmi. Jen nie ma powołania do macierzyństwa, mimo trójki potomstwa, a dzięki Juanicie zyskała mnóstwo tego, co nazywa „czasem dla siebie”. Chodzi na lekcje tańca i języka włoskiego, zajmuje się różnoraką działalnością charytatywną. Ale ja nie jestem taka jak ona, nie potrzebuję „czasu dla siebie”. Chcę po prostu być z moimi dziećmi, jak prawdziwa mama.

Kiedyś rozważałam przekwalifikowanie się, powrót na akademię sztuk pięknych i odświeżenie najnowszych technik, ale Simon spytał: po co? Nie potrzebujemy pieniędzy. On dobrze zarabia, jego mama umarła kilka lat temu, zostawiając mu w spadku fortunę, a poza tym, kto miałby się wtedy zajmować dziećmi? Sophie, w wieku siedemnastu lat, jest wprawdzie już dość samowystarczalna, ale potrzebuje mnie tak samo jak chłopcy – tylko w inny sposób. Musi mieć kogoś, z kim mogłaby porozmawiać, zwłaszcza od czasu przeprowadzki, kiedy musiała pożegnać się z dawnymi przyjaciółkami. Czasami jednak trudno mi wszystko ogarnąć. Całe dnie spędzam na sprzątaniu w domu, gotowaniu, wożeniu chłopców w różne miejsca i powstrzymywaniu ich przed wyrządzeniem krzywdy sobie samym i wszystkim osobom znajdującym się w promieniu pięciu kilometrów od nich.

Niektórzy ludzie mogą uważać Simona za nieco staroświeckiego, ale on ceni sobie tradycyjne role w rodzinie. Kiedy się poznaliśmy, był walczącym o uznanie początkującym chirurgiem i wdowcem z małą córką. Jego żona umarła rok wcześniej i życie Simona nie było usłane różami. Dlatego wiem, jak bardzo docenia wszystko to, co robię. Nie uważa mnie za kogoś gorszego dlatego, że on chodzi do pracy, podczas gdy ja zostaję w domu, opiekując się całą rodziną, utrzymując dom w czystości i sprawiając, że jest przytulnym gniazdem rodzinnym.

– Jesteśmy zespołem, Marianne – mówi zawsze. – Twoja praca jest nie mniej ważna niż moja. Bez ciebie nie mógłbym zarabiać na życie i ofiarować ci wszystkiego, czego pragniesz.

Dla innych ludzi jest doktorem S. Wilsonem; szykownym i genialnym kardiochirurgiem, ale dla mnie jest po prostu Simonem – moim mężem oraz ojcem moich dzieci. Jest również jednym z najinteligentniejszych ludzi, jakich znam. Nie rozumiem nawet do końca opisu jego stanowiska, który zawiera w sobie specjalizację w naprawach zastawek dwudzielnych, w przezcewnikowym wszczepie zastawek aorty oraz w zabiegach korygujących migotanie przedsionków (nauczyłam się tego wszystkiego na pamięć, żeby mu zaimponować, mam tylko nadzieję, że nigdy nie zapragnie sprawdzić, czy to rozumiem!). Wiem, jak nerwowa jest jego praca, i że czasem przynosi ten stres do domu – zwłaszcza teraz, kiedy ma nadzieję na awans na starszego specjalistę w dziedzinie chirurgii. Pracuje niewiarygodnie ciężko, czasem nie widujemy go całymi dniami, ale, jak mówi, jeśli dostanie to stanowisko, cały wysiłek będzie tego wart. A ja wierzę, że mu się uda. Martwię się jedynie, że z powodu ambicji narzuca sobie ogromne wymagania i próbuje tłumić w sobie stres. Problem w tym, że nie może się nim ze mną podzielić, ponieważ nie rozumiem sztuki, jaką jest kardiochirurgia, i nie pojmuję jej szczegółów. Kto by potrafił? Z pewnością Caroline.

– Kochanie, nie jestem nawet w stanie zacząć ci tłumaczyć, co się dzisiaj wydarzyło, bo po prostu byś nie zrozumiała – powiedział poprzedniego wieczora, kiedy spytałam, czy dobrze się czuje. – Dzierżę w dłoniach ludzkie życie… nieustannie żyję w napięciu. Nie mam przerw na kawę ani dni wolnych, jak jakiś przygłupi liczykrupa. – Myślę, że była to aluzja do Petera, męża Jen, który jest szychą w bankowości. Jen zaprosiła nas na weekend do ich domu w Kornwalii, ale Simon nie mógł dostać wolnego. Reszta naszej rodziny była rozczarowana i oczywiście Simon zezłościł się na nas z tego powodu. Nie cierpi nam odmawiać i był wściekły na samego siebie. Nienawidzi sprawiać zawodu swoim dzieciom.

Powinnam to po prostu zaakceptować, ale, jak zwykle, próbowałam naciskać. Zauważyłam, że naprawdę cieszyliśmy się na myśl o spędzeniu ostatniego letniego weekendu w Kornwalii z Moretonami. Przez te nalegania sprawiłam, że Simon poczuł się podle i tamtego wieczora dość ostro się o to pokłóciliśmy. Później jednak, kiedy dzieci były już w łóżkach, przyłączyłam się do Simona na sofie i wkrótce zapomnieliśmy o sprawie. Nawet teraz, po dziesięciu wspólnych latach, nie potrafię zbyt długo się na niego boczyć. Jedno spojrzenie w te piękne oczy i natychmiast przypominam sobie, że jest wszystkim, czego kiedykolwiek pragnęłam. I że jestem szczęściarą.

Zawsze kochałam Simona, od pierwszego wejrzenia, i chociaż mieliśmy swoje problemy, po przeprowadzce tutaj miałam wrażenie, że nasze życie stało się bardziej zrównoważone. Ale teraz wisi nad nami zjawa Caroline, „utalentowanej” trzydziestoparolatki, z którą Simon spędza całe dnie. Nie mogę jednak znów pokazać, że moje podejrzenia dążą w tym samym kierunku, co wcześniej. Dlatego zamierzam zatrzymać nieproszone myśli dla siebie i powstrzymać się od wyobrażania sobie Simona i Caroline razem na sali operacyjnej, w maskach, spoglądających na siebie nad otwartą klatką piersiową i flirtujących przy defibrylatorze. Czuję, jak tętnica szyjna zaczyna mi gniewnie pulsować, kiedy myślę o tym, jak Caroline podaje Simonowi skalpel, trzepocząc długimi rzęsami, a ich okryte rękawiczkami dłonie „przypadkowo” się dotykają. Słyszę władczy, seksowny głos Simona instruujący zespół, podczas gdy on sam pracuje nad założeniem skomplikowanego poczwórnego bypassu – głos, od którego pod każdą obecną na sali kobietą uginają się kolana. Mnie miękną nogi na samą myśl. Zazdrość wypełnia moje podbrzusze i pierś, aż czuję się nią tak wypełniona, że na wspomnienie tej wyobrażonej scenki, która zagościła na dobre w moim umyśle, chce mi się wymiotować. Czuję się słaba, oderwana od rzeczywistości. Obserwuję, jak Alfie odgrywa się na Charliem, wkładając mu do ucha łyżeczkę od herbaty. Nie reaguję.

Chłopcy wrzeszczą, krzyczą i robią sobie krzywdę, a ja chwytam szczotkę i szoruję zlew, przeganiając głupie koszmarne fantazje na temat Simona z inną kobietą. Zamiast tego usiłuję skoncentrować się na pozytywnych rzeczach. Przestaję na chwilę szorować i spoglądam na dzieci, wreszcie jedzące śniadanie. Ich widok zawsze poprawia mi nastrój. No dobrze – może i chłopcy wpychają sobie nieelegancko jedzenie do ust i siorbią sok pomarańczowy, ale mimo to czuję swojski przypływ energii. To samo uczucie ogarnia mnie na widok Sophie, skubiącej delikatnie tost, wpatrzonej wielkimi błękitnymi oczami w przestrzeń. Pewnie marzy o swoim księciu z bajki lub o kimkolwiek z klasy trzynastej, w kim zakochała się w tym tygodniu. No i oczywiście jest jeszcze mój cudowny mąż – który może, ale nie musi zastanawiać się nad rozpoczęciem romansu, siedząc w naszej przepięknej oranżerii. Wygląda tak przystojnie, gdy popija kawę i wpatruje się w telefon, z gęstą grzywą ciemnych włosów przesłaniającą mu jedno oko. Ten obrazek nadaje się na uwiecznienie na Instagramie. Mam ochotę sfotografować ich wszystkich, tutaj, w naszym pięknym domu. #MójDom #MojaMiłość. Wiadomość dla wszelkich Caroline na świecie, które sądzą, że mają jakąś szansę: wskazówka tkwi w słowie „mój”, „moja” – NICZYJA INNA.

Zamieszkaliśmy tutaj dopiero na wiosnę, ale uwielbiam ten dom, z pięknym ogromnym ogrodem i nowoczesnym niemieckim wyposażeniem kuchennym, które sprawiliśmy sobie zaraz po przeprowadzce. Simon twierdzi, że każda kobieta powinna mieć wspaniałą kuchnię, i był to jego prezent dla mnie – wspaniały, tylko że w tej chwili mam wrażenie, jakby mój idealny obrazek został przybrudzony. Obserwuję, jak poranne promienie słońca wpadają do środka przez ogromne okna, czekając, aby ogarnął mnie spokój, ale ulga nie nadchodzi. To wszystko wina Caroline. Zazwyczaj uwielbiam przyglądać się słońcu odbijającemu się w „Pożyczonym świetle”, zmieniającemu ten przepiękny odcień farby od Farrowa i Balla na mojej ścianie w iście marzycielską chmurną szarość. Dzisiejszego poranka jednak nie osiągam spokoju, bez względu na to, jak bardzo się staram, a człowiek nie może stać zbyt długo w rodzinnej kuchni, wpatrując się w ścianę, zanim jedno z dzieci nie spyta: „Czy mama się znów zawiesiła?”.

Dowiedziałam się przed chwilą o istnieniu Caroline i jestem zdenerwowana. Niech cię diabli, Caroline, z twoją młodością, talentem i pracą u boku mojego męża. Sposób, w jaki włosy stają mi dęba na karku na myśl o Simonie z inną kobietą, jest iście atawistyczny. Nie to, że o tym myślę. A przynajmniej niezbyt często.

Wcześniej w tym roku, kiedy sądziłam, że Simon ma romans z Julią – nauczycielką gry na pianinie naszych chłopców, chciałam udowodnić sobie samej, że jestem w stanie zachować trzeźwość umysłu i że sprawa nie była warta dramatu, którym nieuchronnie by się skończyła. Poza tym nie miałam absolutnie żadnego dowodu, co na pewno by nie pomogło, gdybym zdecydowała się na konfrontację z mężem. W końcu, w miarę upływu czasu przestałam wierzyć w istnienie romansu. Udowodniłam sobie, że potrafię kontrolować swoje irracjonalne lęki, jestem w stanie stłumić wszystkie te emocje, które wypełniają całą mnie tak, że prawie nie mogę oddychać i choruję. Moja ówczesna terapeutka zapytała mnie wtedy, czy Simon jest mężczyzną przedkładającym potrzeby i szczęście swojej żony nad swoje własne. Odpowiedziałam, że oczywiście. Spójrzcie tylko na moje życie: mam piękny dom, nie muszę chodzić do pracy, a mój mąż daje mi wszystko, czego dusza zapragnie. Zadałam sobie pytanie, czy mężczyzna, który kupuje swojej żonie kwiaty tak często jak Simon, naprawdę mógłby ją zdradzać? Mój mąż okazuje swą miłość na wiele sposobów, ale regularnie otrzymywane od niego bukiety są dowodem na to, że nawet przy tak napiętym harmonogramie pracy, dniach wypełnionych ratowaniem życia i licznymi operacjami Simon znajduje czas, aby zatrzymać się na chwilę i pomyśleć o mnie. Wiązanki pojawiają się co dwa tygodnie, we wtorki. Zawsze są białe, sezonowe, piękne i kosztowne. I zawsze są przypomnieniem tego, że Simon mnie kocha. Tylko mnie.

Mieliśmy wprawdzie kilka nierównych lat, ale od kiedy w lutym przeprowadziliśmy się do naszego nowego domu, wszystko zaczęło się lepiej układać. Ja się zdecydowanie uspokoiłam, po dziesięciu latach małżeństwa. Na początku, kiedy byłam młodsza, bardziej spontaniczna i uczuciowa, zachowywałam się okropnie. Byłam jeszcze bardziej zazdrosna niż teraz, a moje idiotyczne podejrzenia popychały mnie do bezpośrednich konfrontacji, bez względu na konsekwencje. Wywoływało to między nami tyle problemów, że Simon wreszcie zagroził odejściem. Powiedział, że jest mu trudno kochać taką osobę. Obiecałam więc, że się zmienię, i razem wzięliśmy udział w kilku sesjach w poradni małżeńskiej, ale mimo to nie potrafiłam sobie radzić w dorosły, rozsądny sposób.

– Nie możesz wciąż tego robić, Marianne – powiedział po tym, jak zaatakowałam go słownie w obecności terapeutki, oskarżając go o różne różności.

– A ty nie możesz mnie zdradzać na prawo i lewo – warknęłam, nieco ogłupiała od zażywanych leków. Dostrzegłam, jak wymieniają spojrzenia, i nawet półprzytomna od prochów wiedziałam, co to znaczy. Oboje bez słów stwierdzali fakt, że wszystko to dzieje się wyłącznie w mojej głowie. Simon był troskliwym mężczyzną, który chciał dla swojej żony jak najlepiej, który delikatnie głaskał ją po włosach, nawet gdy szalała z wściekłości, i który nigdy nawet nie pomyślałby o zdradzie, pomimo nieustannych oskarżeń o to i przysparzania mu wstydu. Spojrzenie to potwierdzało, że jestem niespełna rozumu, niezrównoważona i że oszukuję samą siebie.

Dopiero kilka tygodni w szpitalu i długotrwała terapia (nie wspominając o cierpliwości Simona względem mnie) pomogły mi zaakceptować mój własny błąd i to, że mój własny niepokój sprawił, iż zaczęłam wyobrażać sobie coś, co się nie wydarzyło. Dopiero wtedy, gdy wszyscy upewnili się, że nie stanowię zagrożenia dla innych i dla siebie samej, zostałam wypuszczona.

– Jedzcie powoli – mamroczę do chłopców. – Nie wrzucajcie w siebie śniadania… – Próbuję skoncentrować się na porządkowaniu półek w lodówce, z nadzieją, że odgłosy łapczywego połykania za moimi plecami nie są preludium do kolejnego konkursu bekania. Kątem oka dostrzegam, że Sophie prawie nic nie zjadła i wpatruje się w telefon. Odsuwam myśli o Caroline, pozwalając zresetować się umysłowi wypełnionemu coraz bardziej znajomymi i niepożądanymi wyobrażeniami. Czy Sophie je wystarczająco dużo? Może jest anorektyczką? Zdecydowanie zrobiła się dużo bardziej zamknięta w sobie, od kiedy się tu przeprowadziliśmy.

 

O Boże, muszę z tym skończyć.

Simon twierdzi, że Sophie jest normalną, zdrową dziewczyną i jeśli chce ograniczyć jedzenie, nie ma w tym nic złego.

– Sprawdziłem jej BMI i wszystko jest w normie – odparł, kiedy poruszyłam ten temat. – Prawdopodobnie po prostu nie chce przytyć, ze względu na tenisa.

Jestem pewna, że ma rację i wiem, że chciał mi oszczędzić zmartwień. Poza tym, jak to zauważył, ma wystarczająco dużo prawdziwych problemów, z którymi musi się codziennie borykać, i moje jęki na temat tego, że któreś z dzieci nie chce jeść warzyw są zwyczajnie irytujące. Ale Sophie wydaje mi się dużo szczuplejsza i nie mogę nic poradzić na to, że się martwię. Widziałam zdjęcia jej mamy, pierwszej żony Simona, która również była bardzo szczupła, więc być może to cecha wrodzona? Ja dla odmiany mam tendencje do tycia i muszę się pilnować. Simon zawsze bardzo mnie wspiera, kiedy jestem na diecie, opowiadając mi o kaloriach i o tym, ile powinno wynosić moje BMI. Zdecydowanie pilnuje mnie w tej kwestii, chociaż nie lubi, kiedy wspominam o jego brzuchu, który zaczyna wystawać mu nad paskiem spodni, gdy Simon nie ma czasu grać w tenisa.

W każdym razie przypuszczam, że tak długo, jak Sophie jest zdrowa, nie ma się czym niepokoić. Może być chuda, ale ćwiczy, a to dobrze. Simon zabiera ją na tenisa – oboje są członkami niezłego klubu na przedmieściach. Simon twierdzi, że jego córka ma mocny backhand. Członkostwo w klubie kosztowało majątek, ale jest to naprawdę uroczy ośrodek, z fantastycznymi kortami na dworze i wspaniałym lokalem klubowym, w którym jest również bar. Simon powtarza, że powinniśmy się tam wybrać któregoś wieczora, ale na razie nie mieliśmy na to szans, ponieważ jestem zbyt zajęta chłopcami. Naprawdę musimy lepiej zsynchronizować nasze plany codziennych zajęć. Bardzo bym chciała zobaczyć, jak Sophie gra w tenisa, i może nawet uraczyć się później ginem z tonikiem w klubowym barze. Sama myśl o tym sprawia, że czuję się lepiej. Tak jak to powiedziała moja terapeutka: dobrze jest się skupić na pozytywnych rzeczach oraz aktywnościach, które sprawiają człowiekowi przyjemność.

– Chyba o czymś zapomniałaś – wołam, kiedy Sophie biegnie w kierunku drzwi, z plecakiem na ramieniu, szykując się do całodniowego wyjścia. – Sophie? – mówię nieco głośniej i dziewczyna odwraca się już w drzwiach. Słońce igra z jej włosami, sprawiając, że przybierają barwę miliona odcieni karmelu. Jest wysoka, jak jej tata. Naprawdę posągowa. Widzę przez chwilę kobietę, którą się wkrótce stanie. Zapamiętuję ten widok, wspominając osieroconą przez matkę małą dziewczynkę, którą pokochałam, a która stoi teraz przede mną niemal całkiem już dorosła. Przypominam sobie czasy, gdy ja byłam w wieku Sophie. Wstrzymuję oddech i myślę, że chciałabym znów mieć siedemnaście lat…

– Co? – pyta niecierpliwie.

Posyłam jej całusa.

– Pa – mówi Sophie, łagodniejąc. Wywraca oczami, wydyma usta i posyła mi również w odpowiedzi pocałunek, a potem pokazuje język, spoglądając z miłością na swoich braci. Chwytam jej całusa i uśmiecham się, kiedy Sophie znika za drzwiami, pochłonięta przez kolejny dzień swojego życia.

Simon pojawia się z powrotem w kuchni.

– Odwiozę chłopców do szkoły – mówi, wręczając mi brudny kubek i rekompensując to pocałunkiem w czoło.

Smutnieję nagle. Lubię zabierać chłopców na zajęcia; to jeden z niewielu stałych punktów mojego dziennego grafiku. Poza tym miałam plany na dzisiejszy poranek.

– Dziękuję, ale chyba wspominałam, że wybieram się rano z Jen na kawę. – Uśmiecham się, składając schludnie ściereczkę. Poklepuję ją i spoglądam na Simona.

– Jen? – unosi lekko brwi, a ja znów czuję niepokój.

– Tak.

– Ale po co? To bardzo dziwna przyjaźń. Jen jest zupełnie nie w twoim typie.

– Jest miła. – Nie jestem pewna, co Simon chciał przez to powiedzieć. – A jaki jest „mój typ”? – Chichoczę, aby zaznaczyć, że nie chciałam w ten sposób doprowadzić do konfrontacji.

– Cóż, po prostu jest zupełnie inna niż ty.

– Chcesz powiedzieć, bardziej rozrywkowa? – Próbuję ukryć nagłą urazę.

– Nie. Jest inna… bardzo się różnicie.

Żałuję, że Simon nie widzi w Jen tego co ja, ale nie lubił jej od samego początku. Myślę, że czuje się przy niej nieco zagrożony od czasu letniej szkolnej dyskoteki w stodole, kiedy to Jen zagięła na niego parol. Na Simona i pięciu innych atrakcyjnych tatusiów, dodajmy. Taki ma styl.

– Zaplanowałyśmy spotkanie na boisku szkolnym, po odstawieniu dzieci do szkoły… – Mam nadzieję, że to wystarczy, aby uzyskać pozwolenie na wyjście. Cieszyłam się na plotki z moją nową przyjaciółką. Nadal mam poczucie winy z powodu weekendu w Kornwalii. Wiem, że budowanie naszej przyjaźni zabierze nieco czasu, ale ta sprawa z wyjazdem nie pomogła, a zwykłe rozmowy przerywa nam najczęściej szkolny dzwonek lub zranione czy rozgniewane dziecko. Kawa i spokojna konwersacja z dala od wszelkich hałasów będzie równoznaczna z całym tygodniem boiskowych rozmów. Syn Jen, Oliver, gra w rugby wraz z moimi chłopcami. Tak właśnie się poznałyśmy. Jen jest zabawna i popularna, a ponieważ zamieszkaliśmy w tej okolicy zaledwie kilka miesięcy temu, jestem wdzięczna za jej przyjazne nastawienie wobec mnie.

– W drodze do szpitala przejeżdżam obok szkoły, więc podrzucę chłopców – mówi Simon.

Najwyraźniej uważa, że Jen będzie miała na mnie zły wpływ i sprowadzi mnie na manowce. Pomarzyć zawsze można. Abstrahując od wszystkiego, niewiele można zrobić pomiędzy dziewiątą rano a trzecią po południu.

– Ale ja chciałam się spotkać z Jen… – zaczynam niechętnie, wiedząc, że nie ma sensu się z nim kłócić. Lepiej z nim nie zadzierać.

– A co z tym kolorem farby do dużego pokoju? Musisz jak najszybciej dokonać wyboru – mówi, jakby chodziło o moją karierę.

– Wiem, ale Jen spodziewa się, że…

– Przykro mi, Marianne, ale spójrzmy prawdzie w oczy. Jen wygląda koszmarnie, z tymi jej truskawkowymi włosami i obcisłymi sukienkami. Poza tym jest potwornie głośna. Nie mogę zrozumieć, dlaczego chcesz spędzać czas z kimś takim. Pozwól, że cię usprawiedliwię. Kiedy odwiozę chłopców do szkoły, porozmawiam z nią i powiem, że jesteś zajęta… – Podchodzi do mnie, obejmuje mnie w pasie i lekko przyciska biodra do moich. Od dłuższego czasu nie okazywał mi tego rodzaju zainteresowania, więc nagle odprężam się i czuję lekkie łaskotanie w brzuchu. Może jednak nie myśli o romansie z tą całą swoją tajemniczą Caroline?

– Kochanie – mruczy, chowając usta w moich włosach. – Nie mogę uwierzyć, że wolałabyś spędzać czas w jakiejś zakurzonej brudnej kawiarence, w towarzystwie wrzaskliwej Jen, niż tutaj, w tym pięknym domu. – Odsuwa się lekko i odwraca mnie twarzą do siebie. – Chciałbym być takim szczęściarzem jak ty i nie musieć się stąd ruszać co rano… – Gładzi mnie po włosach, chwyta kosmyk i wsuwa go delikatnie za moje ucho. – Wiele bym dał, żeby tu z tobą zostać, krzątając się po domu, gotując, pracując w ogrodzie… Nie pamiętam, kiedy ostatnim razem mogłem tak po prostu być.

Spoglądam mu w oczy, z poczuciem winy. Wracam myślą do naszego pierwszego wspólnego domu, gdy oboje z radością i podnieceniem wybieraliśmy nową kanapę i zasłony. Wiem, że naprawdę chciałby tu zostać i przejrzeć razem ze mną próbki kolorów farb, pomagając mi uczynić nasz dom jeszcze piękniejszym i przytulniejszym dla naszej rodziny. A ja, jak ostatnia niewdzięczna suka, wolę spędzić ten czas, popijając kawę i plotkując. Simon ma na uwadze wyłącznie moje dobro. Martwi się, że zestresuje mnie spotkanie z kimś tak pobudliwym, jak Jen. I prawdopodobnie ma rację. Powinnam zostać tutaj, gdzie jest bezpiecznie. Gdzie ja jestem bezpieczna.